Odporność

Wróćmy do rozmowy, jaką kilka tygodni temu odbyłem z prof. Michałem Wróblewskim, socjologiem i filozofem z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Wywiad dotyczył odporności społecznej, ukazał się w miesięczniku „Polska Zbrojna”, którego majowy numer wciąż jest w sprzedaży.

By zachęcić Was do lektury całości, podrzucam fragment – ciekawy także w kontekście bieżących okołowyborczych debat na temat kondycji polskiego społeczeństwa.

„(…)

Marcin Ogdowski: Wróćmy do braku zaufania wobec instytucji i tego, że nauczyliśmy się brać sprawy w swoje ręce. To taka siła w słabości…

Michał Wróblewski: Nie jesteśmy przyzwyczajeni, że państwo nas w czymś wyręczy, więc w razie kryzysu potrafimy się szybko i oddolnie zmobilizować. Owszem, to wspaniała cecha, ale tej opartej na emocjach skłonności do pojedynczych zrywów towarzyszy szybkie przepalanie entuzjazmu. Widać to w stosunku do Ukraińców. Niewydolne państwo nie zaabsorbowałoby takich tłumów uchodźców – wiedzieliśmy to i wzięliśmy ich pod własne dachy. Obsłużyliśmy transfer milionów ludzi w istotnej mierze energią nie instytucji, a społecznego entuzjazmu. Z którego dziś niewiele zostało. Zamiast tego mamy coraz bardziej negatywny stosunek do przybyszów zza wschodniej granicy, a triumfy święci kłamliwa narracja, że „tamci zabierają nam socjalne przywileje”.

Politycy również jej ulegają, zamiast wyjść z rzetelną kampanią informacyjną. Dlaczego?

Nasza klasa polityczna ma skłonność do „płynięcia z nurtem”. Nie do urabiania pewnych kwestii, a do absorbowania tego, co jest, co przynosi rzeczywistość. Łatwiej jest wejść w buty „ukrainosceptyków”, niż zrobić dużą kampanię informacyjną, odwrócić dyskurs i zmienić przekonania opinii publicznej. Ta mała podmiotowość polityków to zarazem jeden z czynników, który osłabia naszą społeczną odporność.

(…)

Jak to opisane przez nas społeczeństwo zachowałoby się w obliczu poważnego kryzysu, gdyby na przykład zagrożona była integralności państwa polskiego?

Sądzę, że przez pierwsze miesiące mielibyśmy powtórkę z pandemii – wielkie emocjonalne poruszenie i dużą mobilizację społeczną. Ludzie by się organizowali w grupy samopomocy, wstępowali do armii, wolontariacko pomagali żołnierzom. Widzieliśmy to w Ukrainie, i teraz też widzimy, co się dzieje, gdy trzeba działać na dłuższą metę. W Ukraińcach coś się wypaliło. U nas – jeśliby państwo nie przejęło zaniedbanych wcześniej powinności, samorzutnie realizowanych przez obywateli – zapewne byłoby tak samo.

Część z nas pewnie by z kraju wyjechała…

Cóż, jesteśmy dziś społeczeństwem bardzo mobilnym i dużo zamożniejszym. Wielu z nas ma rozbudowane sieci kontraktów rodzinnych i towarzyskich za granicą. Byłoby za co i gdzie uciekać.

Coś bardziej optymistycznego?

A proszę bardzo. Są obszary polityki, gdzie mamy kontynuację i gdzie istnieje społeczny konsensus. Zbroimy się – wydając na to gigantyczne sumy – a polska opinia publiczna nie ma z tym problemów. To pozytywny przykład adaptowania się do zmian wywołanych kryzysem, w tym wypadku agresywną polityką Federacji Rosyjskiej. Co ważne, wykazujemy przy tym dużą odporność na dezinformację. Na narrację, wedle której nasze wysiłki nie mają sensu, bo Rosjanie „i tak nas nakryją czapkami”.

Przywołani cały czas próbują nas do tego przekonać.

Ale Polacy tego nie kupują. I godzą się na ekstraordynaryjne wydatki.

To efekt naszych historycznych doświadczeń – starych traum, których nie chcemy powtórzyć?

Po części tak. Ale też faktu, że jesteśmy dość zamożnym społeczeństwem, które nie musi stawać przed alternatywą: albo będzie nam lepiej, ale będziemy zagrożeni, albo będziemy biedni, za to bezpieczni. Nie czarujmy się, intensywne zbrojenia zawsze odbywają się kosztem poziomu życia, ale ten najwyraźniej nie obniżył się w sposób, który byłby dokuczliwy. I Polacy się takiej perspektywy nie boją. Coraz bardziej czujemy siłę naszej gospodarki, dobrze pokazał to dyskurs wokół CPK. Ta masa głosów mówiących o tym, że jesteśmy już silnym podmiotem, a nie państwem na dorobku. Mnóstwo Polaków wierzy, że stać nas na centralny port komunikacyjny, na elektrownie atomowe, więc pewnie stać nas też na zbrojenia.

Czy podkreślanie tej siły i podmiotowości, nie byłoby elementem zaszczepiania odporności?

Oczywiście. Zwłaszcza że to nie byłaby żadna publicystyczna figura, a dyskurs oparty na twardych danych.

Dziękuję za rozmowę”.

—–

Dr hab. Michał Wróblewski (na zdjęciu), socjolog i filozof z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, profesor tamtejszej uczelni. Pracownik Instytutu Innowacji i Technologii Ł-ITECH. Prowadzi badania w obszarze socjologii środowiskowej oraz socjologii medycyny, zdrowia i choroby/fot. Andrzej Romański

Szanowni, odwiedźcie sklep Patronite, gdzie można nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

(Nie)pamięć

Kilka tygodni temu rozmawiałem z prof. Michałem Wróblewskim, socjologiem i filozofem z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Wywiad dotyczył odporności społecznej – zjawiska, które podobnie jak liczebność czy uzbrojenie armii, współdecyduje o przetrwaniu danej wspólnoty. Rozmowa właśnie ukazała się w miesięczniku „Polska Zbrojna” – zapraszam do saloników prasowych, gdzie znajdziecie majowy numer.

Papier to nie guma – z konieczności pierwsza część rozmowy nie weszła na łamy. A że owo wprowadzenie porusza bardzo ciekawą kwestię, podrzucam je w tym wpisie, licząc, że zachęci Was do lektury całego wywiadu.

Tymczasem sunę na północ, na spotkanie autorskie w Wolinie. Dobrego tygodnia Wam życzę!

*          *          *

– Zacznijmy od zjawiska, które zdaje się nie mieć związku z odpornością społeczną. Mam na myśli wyparcie z pamięci pandemii Covid-19. Nieodległego przecież dramatu, który Polskę kosztował ponad 200 tys. „nadmiarowych zgonów”. Mniej więcej tyle samo obywateli w twardym kinetycznym konflikcie straciła do tej pory Ukraina. Co się stało z naszymi wspomnieniami?

Wydaje mi się, że Ukraina „przykryła” doświadczenie pandemii. Płynnie przyszliśmy z jednego kryzysu w drugi, wybuch wojny na Wschodzie przekierował uwagę opinii publicznej. Ta koincydencja przypomina wydarzenia sprzed wieku – wtedy też konflikt zbrojny wyparł ze świadomości społecznej, na wiele kolejnych dekad, pandemię grypy hiszpanki. Jej niszczący przebieg został przyćmiony przez okrucieństwa I wojny światowej, śmierć milionów żołnierzy, fizyczne dewastacje, fakt, że trzeba było odbudowywać europejskie państwa i miasta.

– Więc Covid-19, jak hiszpanka, nie mógł zakorzenić się w pamięci z przyczyn od nas niezależnych. Ale chyba sami też w tym pomogliśmy?

– W moim przekonaniu nie przepracowaliśmy pamięci covidowej – zarówno na poziomie indywidualnym, jak i instytucjonalnym. Nie ma w nas dostatecznej refleksji nad tym, co się wtedy działo, na poziomie państwa brakuje odpowiedzialnej polityki pamięci. Było-minęło, zajęliśmy się innymi sprawami.

– Czy to skomasowany efekt wyparcia? A może instytucjonalne zaniechania?

Sądzę, że jedno i drugie. Wielu z nas nie chce sobie przypominać, jak wyglądały pierwsze tygodnie pandemii. Ile było wówczas strachu, niepewności, chaosu. Łatwiej o to, gdy w przestrzeni publicznej panuje „cisza”. Nie ma wystaw, pomników, ogrodów pamięci ofiar Covid-19, jakie powstają w Wielkiej Brytanii czy we Włoszech. Naturalna tendencja do wypierania nieprzyjemnych doświadczeń zostaje wzmocniona. W efekcie nikt nie zadaje niewygodnych pytań. A przecież państwo polskie nie spisało się w zarządzaniu kryzysowym w trakcie pandemii…

– Na początku byłyśmy prymusem, zwłaszcza we wprowadzaniu obostrzeń…

– …ale później było już coraz gorzej, a na końcu programu szczepień skandalicznie. Te wydarzenia stawiały w nienajlepszym świetle rządzących i moim zdaniem, to jeden z powodów, dla których nie skonstruowano polityki pamięci. Po co przypominać opinii publicznej o negatywnych rzeczach? A nuż pojawiłyby się niewygodne pytania – dlaczego nas tylu zginęło, dlaczego ochrona zdrowia tak kiepsko działała? Dlaczego nie podjęto pewnych działań prędzej? – itp., itd. No ale skoro my wypieramy, to takie pytania nie padają, co było politycznie wygodne.

– A może ta „niepamięć” to przejaw cynizmu? Covid zabrał głównie osoby starsze, w logice społecznego darwinizmu zbyteczne.

Jako społeczeństwo mamy ze starością problem, wypieramy ją, lekceważymy. Co jest pewnym paradoksem, zważywszy na konserwatywny rys naszej kultury, nastawionej na tożsamość i pamięć. No ale spójrzmy na poziom instytucjonalny – na kiepską kondycję Domów Pomocy Społecznej, na zapaść geriatrii, na brak polityki senioralnej. Na masę zaniedbań i niedobór regulacji, które przywodzą do wniosku, że państwo i społeczeństwo raczej nie myślą o potrzebach osób starszych. Co później przekłada się na sytuacje kryzysowe, w których cierpią ci najstarsi. Więc być może, gdybyśmy mieli do czynienia z innym wirusem, który atakuje inne grupy wiekowe, gdyby poczucie straty było dotkliwsze, to tego wyparcia byłoby mniej.

– Jest go tyle ile jest, porozmawiajmy o konsekwencjach.

– Zapominając o tym, że były, nie uczymy się na kryzysach. Kryzys nie tylko trzeba przetrwać, ale też dostosować instytucje, które go „przeżyły” i „pamiętają”, w taki sposób, by w przyszłości działały lepiej.

– Nie działają?

*          *          *

Odpowiedź wynika już wprost z tego, co do tej pory przeczytaliście, ale wywiad niesie też kilka optymistycznych wniosków, dotyczących kondycji naszego społeczeństwa. Jako się rzekło, przeczytacie go w najnowszym numerze „Polski Zbrojnej” – zapraszam do lektury, bo warto!

—–

Szanowni, odwiedźcie sklep Patronite, gdzie można nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.