Odporność

Wróćmy do rozmowy, jaką kilka tygodni temu odbyłem z prof. Michałem Wróblewskim, socjologiem i filozofem z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Wywiad dotyczył odporności społecznej, ukazał się w miesięczniku „Polska Zbrojna”, którego majowy numer wciąż jest w sprzedaży.

By zachęcić Was do lektury całości, podrzucam fragment – ciekawy także w kontekście bieżących okołowyborczych debat na temat kondycji polskiego społeczeństwa.

„(…)

Marcin Ogdowski: Wróćmy do braku zaufania wobec instytucji i tego, że nauczyliśmy się brać sprawy w swoje ręce. To taka siła w słabości…

Michał Wróblewski: Nie jesteśmy przyzwyczajeni, że państwo nas w czymś wyręczy, więc w razie kryzysu potrafimy się szybko i oddolnie zmobilizować. Owszem, to wspaniała cecha, ale tej opartej na emocjach skłonności do pojedynczych zrywów towarzyszy szybkie przepalanie entuzjazmu. Widać to w stosunku do Ukraińców. Niewydolne państwo nie zaabsorbowałoby takich tłumów uchodźców – wiedzieliśmy to i wzięliśmy ich pod własne dachy. Obsłużyliśmy transfer milionów ludzi w istotnej mierze energią nie instytucji, a społecznego entuzjazmu. Z którego dziś niewiele zostało. Zamiast tego mamy coraz bardziej negatywny stosunek do przybyszów zza wschodniej granicy, a triumfy święci kłamliwa narracja, że „tamci zabierają nam socjalne przywileje”.

Politycy również jej ulegają, zamiast wyjść z rzetelną kampanią informacyjną. Dlaczego?

Nasza klasa polityczna ma skłonność do „płynięcia z nurtem”. Nie do urabiania pewnych kwestii, a do absorbowania tego, co jest, co przynosi rzeczywistość. Łatwiej jest wejść w buty „ukrainosceptyków”, niż zrobić dużą kampanię informacyjną, odwrócić dyskurs i zmienić przekonania opinii publicznej. Ta mała podmiotowość polityków to zarazem jeden z czynników, który osłabia naszą społeczną odporność.

(…)

Jak to opisane przez nas społeczeństwo zachowałoby się w obliczu poważnego kryzysu, gdyby na przykład zagrożona była integralności państwa polskiego?

Sądzę, że przez pierwsze miesiące mielibyśmy powtórkę z pandemii – wielkie emocjonalne poruszenie i dużą mobilizację społeczną. Ludzie by się organizowali w grupy samopomocy, wstępowali do armii, wolontariacko pomagali żołnierzom. Widzieliśmy to w Ukrainie, i teraz też widzimy, co się dzieje, gdy trzeba działać na dłuższą metę. W Ukraińcach coś się wypaliło. U nas – jeśliby państwo nie przejęło zaniedbanych wcześniej powinności, samorzutnie realizowanych przez obywateli – zapewne byłoby tak samo.

Część z nas pewnie by z kraju wyjechała…

Cóż, jesteśmy dziś społeczeństwem bardzo mobilnym i dużo zamożniejszym. Wielu z nas ma rozbudowane sieci kontraktów rodzinnych i towarzyskich za granicą. Byłoby za co i gdzie uciekać.

Coś bardziej optymistycznego?

A proszę bardzo. Są obszary polityki, gdzie mamy kontynuację i gdzie istnieje społeczny konsensus. Zbroimy się – wydając na to gigantyczne sumy – a polska opinia publiczna nie ma z tym problemów. To pozytywny przykład adaptowania się do zmian wywołanych kryzysem, w tym wypadku agresywną polityką Federacji Rosyjskiej. Co ważne, wykazujemy przy tym dużą odporność na dezinformację. Na narrację, wedle której nasze wysiłki nie mają sensu, bo Rosjanie „i tak nas nakryją czapkami”.

Przywołani cały czas próbują nas do tego przekonać.

Ale Polacy tego nie kupują. I godzą się na ekstraordynaryjne wydatki.

To efekt naszych historycznych doświadczeń – starych traum, których nie chcemy powtórzyć?

Po części tak. Ale też faktu, że jesteśmy dość zamożnym społeczeństwem, które nie musi stawać przed alternatywą: albo będzie nam lepiej, ale będziemy zagrożeni, albo będziemy biedni, za to bezpieczni. Nie czarujmy się, intensywne zbrojenia zawsze odbywają się kosztem poziomu życia, ale ten najwyraźniej nie obniżył się w sposób, który byłby dokuczliwy. I Polacy się takiej perspektywy nie boją. Coraz bardziej czujemy siłę naszej gospodarki, dobrze pokazał to dyskurs wokół CPK. Ta masa głosów mówiących o tym, że jesteśmy już silnym podmiotem, a nie państwem na dorobku. Mnóstwo Polaków wierzy, że stać nas na centralny port komunikacyjny, na elektrownie atomowe, więc pewnie stać nas też na zbrojenia.

Czy podkreślanie tej siły i podmiotowości, nie byłoby elementem zaszczepiania odporności?

Oczywiście. Zwłaszcza że to nie byłaby żadna publicystyczna figura, a dyskurs oparty na twardych danych.

Dziękuję za rozmowę”.

—–

Dr hab. Michał Wróblewski (na zdjęciu), socjolog i filozof z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, profesor tamtejszej uczelni. Pracownik Instytutu Innowacji i Technologii Ł-ITECH. Prowadzi badania w obszarze socjologii środowiskowej oraz socjologii medycyny, zdrowia i choroby/fot. Andrzej Romański

Szanowni, odwiedźcie sklep Patronite, gdzie można nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

(Nie)pamięć

Kilka tygodni temu rozmawiałem z prof. Michałem Wróblewskim, socjologiem i filozofem z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Wywiad dotyczył odporności społecznej – zjawiska, które podobnie jak liczebność czy uzbrojenie armii, współdecyduje o przetrwaniu danej wspólnoty. Rozmowa właśnie ukazała się w miesięczniku „Polska Zbrojna” – zapraszam do saloników prasowych, gdzie znajdziecie majowy numer.

Papier to nie guma – z konieczności pierwsza część rozmowy nie weszła na łamy. A że owo wprowadzenie porusza bardzo ciekawą kwestię, podrzucam je w tym wpisie, licząc, że zachęci Was do lektury całego wywiadu.

Tymczasem sunę na północ, na spotkanie autorskie w Wolinie. Dobrego tygodnia Wam życzę!

*          *          *

– Zacznijmy od zjawiska, które zdaje się nie mieć związku z odpornością społeczną. Mam na myśli wyparcie z pamięci pandemii Covid-19. Nieodległego przecież dramatu, który Polskę kosztował ponad 200 tys. „nadmiarowych zgonów”. Mniej więcej tyle samo obywateli w twardym kinetycznym konflikcie straciła do tej pory Ukraina. Co się stało z naszymi wspomnieniami?

Wydaje mi się, że Ukraina „przykryła” doświadczenie pandemii. Płynnie przyszliśmy z jednego kryzysu w drugi, wybuch wojny na Wschodzie przekierował uwagę opinii publicznej. Ta koincydencja przypomina wydarzenia sprzed wieku – wtedy też konflikt zbrojny wyparł ze świadomości społecznej, na wiele kolejnych dekad, pandemię grypy hiszpanki. Jej niszczący przebieg został przyćmiony przez okrucieństwa I wojny światowej, śmierć milionów żołnierzy, fizyczne dewastacje, fakt, że trzeba było odbudowywać europejskie państwa i miasta.

– Więc Covid-19, jak hiszpanka, nie mógł zakorzenić się w pamięci z przyczyn od nas niezależnych. Ale chyba sami też w tym pomogliśmy?

– W moim przekonaniu nie przepracowaliśmy pamięci covidowej – zarówno na poziomie indywidualnym, jak i instytucjonalnym. Nie ma w nas dostatecznej refleksji nad tym, co się wtedy działo, na poziomie państwa brakuje odpowiedzialnej polityki pamięci. Było-minęło, zajęliśmy się innymi sprawami.

– Czy to skomasowany efekt wyparcia? A może instytucjonalne zaniechania?

Sądzę, że jedno i drugie. Wielu z nas nie chce sobie przypominać, jak wyglądały pierwsze tygodnie pandemii. Ile było wówczas strachu, niepewności, chaosu. Łatwiej o to, gdy w przestrzeni publicznej panuje „cisza”. Nie ma wystaw, pomników, ogrodów pamięci ofiar Covid-19, jakie powstają w Wielkiej Brytanii czy we Włoszech. Naturalna tendencja do wypierania nieprzyjemnych doświadczeń zostaje wzmocniona. W efekcie nikt nie zadaje niewygodnych pytań. A przecież państwo polskie nie spisało się w zarządzaniu kryzysowym w trakcie pandemii…

– Na początku byłyśmy prymusem, zwłaszcza we wprowadzaniu obostrzeń…

– …ale później było już coraz gorzej, a na końcu programu szczepień skandalicznie. Te wydarzenia stawiały w nienajlepszym świetle rządzących i moim zdaniem, to jeden z powodów, dla których nie skonstruowano polityki pamięci. Po co przypominać opinii publicznej o negatywnych rzeczach? A nuż pojawiłyby się niewygodne pytania – dlaczego nas tylu zginęło, dlaczego ochrona zdrowia tak kiepsko działała? Dlaczego nie podjęto pewnych działań prędzej? – itp., itd. No ale skoro my wypieramy, to takie pytania nie padają, co było politycznie wygodne.

– A może ta „niepamięć” to przejaw cynizmu? Covid zabrał głównie osoby starsze, w logice społecznego darwinizmu zbyteczne.

Jako społeczeństwo mamy ze starością problem, wypieramy ją, lekceważymy. Co jest pewnym paradoksem, zważywszy na konserwatywny rys naszej kultury, nastawionej na tożsamość i pamięć. No ale spójrzmy na poziom instytucjonalny – na kiepską kondycję Domów Pomocy Społecznej, na zapaść geriatrii, na brak polityki senioralnej. Na masę zaniedbań i niedobór regulacji, które przywodzą do wniosku, że państwo i społeczeństwo raczej nie myślą o potrzebach osób starszych. Co później przekłada się na sytuacje kryzysowe, w których cierpią ci najstarsi. Więc być może, gdybyśmy mieli do czynienia z innym wirusem, który atakuje inne grupy wiekowe, gdyby poczucie straty było dotkliwsze, to tego wyparcia byłoby mniej.

– Jest go tyle ile jest, porozmawiajmy o konsekwencjach.

– Zapominając o tym, że były, nie uczymy się na kryzysach. Kryzys nie tylko trzeba przetrwać, ale też dostosować instytucje, które go „przeżyły” i „pamiętają”, w taki sposób, by w przyszłości działały lepiej.

– Nie działają?

*          *          *

Odpowiedź wynika już wprost z tego, co do tej pory przeczytaliście, ale wywiad niesie też kilka optymistycznych wniosków, dotyczących kondycji naszego społeczeństwa. Jako się rzekło, przeczytacie go w najnowszym numerze „Polski Zbrojnej” – zapraszam do lektury, bo warto!

—–

Szanowni, odwiedźcie sklep Patronite, gdzie można nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Umieralnia

W swym noworocznym wystąpieniu putin kreślił wizję rosji imperialnej, gospodarczo i militarnie potężnej, silnej także witalnością swoich obywateli. Ciekaw jestem, czy ci, którzy go słuchali – w niedogrzanych i rozpadających się domach na głubince – też mieli poczucie głębokiego „odklejenia”, jakie udzieliło się rosyjskiemu przywódcy. Pewnie nie, wszak siła propagandy jest potężna, co nie zmienia faktu, że rosja to żaden raj na ziemi; raczej przedsionek piekła i umieralnia dla wszelkiej maści przedwcześnie odchodzących.

Zerknijmy na współczynnik urodzeń, który zaliczył dramatyczny zjazd – z 16 urodzeń na 1000 mieszkańców w 1989 roku do 8 w połowie lat 90. Tym samym na łeb na szyję poleciał również wskaźnik dzietności – w ciągu dekady (między 1989 a 1999 rokiem) zmniejszył się z 2,13 do 1,15. Potem nieznacznie urósł – w rekordowym 2016 roku wyniósł 1,76 – lecz następnie znów wszedł w trend spadkowy i w 2022 roku był na poziomie 1,42. Dla porządku dodajmy – zapewnienie prostej zastępowalności pokoleń wymaga współczynnika dzietności rzędu 2,1.

Problemy demograficzne federacji obrazują też inne statystyki, na przykład wysoka śmiertelność. W pierwszej dekadzie XXI wieku na dwoje urodzonych przypadało troje zmarłych. Jak zauważa profesor Adam Gwiazda, ekonomista i politolog, w tym okresie stan zdrowia ludności rosji był gorszy niż w epoce Gorbaczowa czy Breżniewa. W artykule o znamiennym tytule Niski standard życia i wysoka śmiertelność (dla portalu Forsal.pl) profesor zwraca uwagę, że średnia długość życia w rosji, która w 2006 roku wynosiła 65 lat, była niższa niż przed 50 laty. Między 1965 a 2005 rokiem stopa śmiertelności rosjan (liczba zgonów na 1000 osób) w wieku od 15 do 64 lat wzrosła przeciętnie o około 50 proc. „Do końca pierwszej dekady XXI wieku nie udało się znacząco wydłużyć średniej długości życia mieszkańców rosji. Nastąpiło to dopiero w drugim dziesięcioleciu”, czytamy w tekście z kwietnia 2019 roku.

A i tak w 2019 roku 15-latek z rosji miał przed sobą krótsze życie niż jego rówieśnicy z 23 najbiedniejszych krajów na świecie. Prognozy z tamtego roku pokazywały też, że średnio jeden na czterech rosyjskich 20-latków umrze przed ukończeniem 60. roku życia. W Szwajcarii ryzyko niedożycia 60 lat, po osiągnięciu 20. roku życia, wyniosło jedynie 4 proc. Według danych Światowej Organizacji Zdrowia z 2020 roku oczekiwana długość życia rosjanina wynosiła 68 lat, rosjanki – 78, co dawało średnią na poziomie 73 lat, a rosji 96. miejsce na świecie (spośród 195 krajów). Dla porównania średnia oczekiwana długość życia Polaków w tym czasie to 78,3 lat (dla mężczyzn 74,5, dla kobiet 81,9), co było 42. wynikiem w skali globu. W najlepszej sytuacji w tym zakresie byli mieszkańcy Księstwa Monako – tam średnia dobiła do 89 lat (93 dla kobiet i 85 dla mężczyzn). Przyrównując do szerszego grona najlepszych – krajów Europy Zachodniej, Ameryki Północnej i Japonii – rosyjska oczekiwana długość życia w chwili narodzin pozostawała o ponad 10 lat niższa. Patrząc z perspektywy indywidualnej (któż by nie chciał żyć o dekadę dłużej) i społecznej (przez pryzmat wartości, jakie można w tym czasie wnieść dla ogółu), mówimy tu o cywilizacyjnej przepaści.

O ile nierodzeniu sprzyjało ubóstwo, o tyle na statystyki śmiertelności największy wpływ miał zły stan zdrowia publicznego. Jak wylicza profesor Gwiazda, w wyniku epidemii HIV/AIDS, alkoholizmu i fatalnej kondycji systemu opieki zdrowotnej „śmiertelność w rosji była w latach 2005–2015 trzy razy wyższa wśród mężczyzn i dwukrotnie wyższa wśród kobiet niż w innych krajach o podobnym poziomie rozwoju społeczno-gospodarczego”. Po 1991 roku nadużywanie alkoholu powodowało ponad połowę zgonów rosjan w wieku 15–54 lat. Co roku z tego powodu umiera w rosji pół miliona osób. Ćwierć miliona zabrała dotąd epidemia HIV/AIDS. W 2021 roku Wadim Pokrowski, dyrektor Krajowego Centrum ds. Walki z AIDS, przedstawił dane dotyczące zachorowalności na HIV. Wynika z nich, że liczba zakażonych wzrosła do półtora miliona. Jak podaje „Nowaja Gazieta”, od 2019 roku rosja ma drugą najwyższą liczbę przypadków HIV na 100 tys. mieszkańców. Ryzyko zarażenia się wirusem jest w tym kraju 42 razy wyższe niż w całej Unii Europejskiej. Ale rosjan masowo – w skali większej niż w innych rozwiniętych krajach – zabija też chociażby gruźlica (25 tys. zgonów rocznie; w Polsce, przy 38-milionowej populacji, umiera mniej niż 500 osób) oraz choroby wywołane paleniem tytoniu i przyjmowaniem narkotyków. Te ostatnie w kraju putina są znacznie tańsze niż na Zachodzie.

Znacznie łatwiej niż na Zachodzie można w federacji przeprowadzić aborcję, która nadal uchodzi tam za jedną z metod antykoncepcyjnych. W 2002 roku rosjanki poddały się 1,72 mln zabiegów, cztery lata później liczba ta spadła do 1,58 mln. W 2006 roku na każde 10 urodzeń żywych przypadało 13 aborcji (!); w USA – ostoi „zachodniej zgnilizny” – ta relacja wynosiła wówczas 10:3. Pogłębiający się kryzys demograficzny zmusił Kreml do działania – uznano, że dostęp do aborcji jest zbyt łatwy, i zaczęto go administracyjnie utrudniać. Po latach odtrąbiono sukces – według statystyk rosyjskiego ministerstwa zdrowia w 2022 roku liczba wszystkich przeprowadzonych aborcji w rosji spadła o 3,9 proc., z 411 tys. w 2021 roku do 395 tys. Na przestrzeni dwóch dekad mówimy więc o spadku na poziomie 400 proc., tyle że to oficjalne dane. Trudno orzec, czy celowo zafałszowane, w każdym razie mimo raportowanego drastycznego ograniczenia liczby zabiegów nie doszło do wzrostu dzietności. Zapewne ma to związek z istnieniem szarej strefy usług aborcyjnych, choć nie tylko. Inne oficjalne statystyki rzucają dodatkowe światło na zjawisko. W 2021 roku w całej federacji sprzedano ponad milion opakowań mifepristonu i lewonorgestrelu, środków do antykoncepcji awaryjnej.

Pod koniec pierwszej dekady XXI wieku na 100 kobiet przypadało w rosji 86 mężczyzn. Stan ten nie uległ poważniejszym zmianom w kolejnym dziesięcioleciu, w którym z kolei pogłębił się inny problem – tak przynajmniej, w kategorii problemu, widzą sprawy na Kremlu. Otóż gdy upadał Związek Radziecki, ludność rosji w 90 proc. składała się ze Słowian różnych narodowości. W 2022 roku „biali” obywatele federacji stanowili 72 proc. populacji, a kraj zamieszkiwało już niemal 20 mln muzułmanów. Tymczasem na przestrzeni ostatnich dekad dzietność we wspólnotach etnicznie nierosyjskich (i nieprawosławnych) utrzymywała się na poziomie znacznie wyższym niż wśród rosjanek – w Dagestanie nawet trzykrotnie, generalnie (uśredniając) pozostawała w relacji 2,4:1,5.

I na to wszystko przyszła pandemia COVID-19. W 2020 roku śmiertelność w rosji wzrosła o 18 proc. – w pierwszym roku zarazy zmarło 2,1 mln osób, o 324 tys. więcej niż w 2019 roku. Ujemny przyrost naturalny urósł do 660 tys. (w 2020 roku urodziło się 1,44 mln nowych obywateli federacji) i był największy od 2005 roku. W zestawieniach procentowych tak tragiczne dane odnotowano w 1993 roku (wzrost śmiertelności o 17,8 proc.), a wcześniej w 1947 roku (37,2 proc.). W pierwszym przypadku było to pokłosie rozpadu Związku Radzieckiego i towarzyszącej mu gospodarczej zapaści, w drugim – skutek powojennej klęski głodu. A trzeba tu zastrzeżenia, że oficjalna liczba rosyjskich ofiar pandemii z lat 2020–2022 – 390 tys. osób – jest kwestionowana. Zdaniem specjalistów (epidemiologów i statystyków, także rosyjskich) rosja doświadczyła największej po Indiach liczby zgonów z powodu koronawirusa. Prawdopodobnie był to aż milion dodatkowych śmierci. Te przypuszczenia znajdują częściowe potwierdzenie w danych Rosstatu. Zgodnie z nimi tylko w okresie od kwietnia 2020 do września 2021 roku w kraju zmarło ponad 600 tys. osób więcej, niż wynosiła średnia dla podobnych okresów na przestrzeni poprzednich pięciu lat (wzrost o prawie 27 proc.).

I z takim bagażem rosja, wiedziona przez swojego „genialnego” przywódcę, wpakowała się w pełnoskalową wojnę z Ukrainą. Między lutym 2022 a początkiem stycznia br. zginęło i zostało rannych niemal 800 tys. rosyjskich żołnierzy. Już w 2021 roku – wtedy głównie na skutek pandemii – oczekiwana długość życia rosyjskich mężczyzn spadła do 64 lat. Wojna bez wątpienia ów wskaźnik zaniży. W tym kontekście na ironię zakrawa fakt, że putin zamierza rosjanom płci męskiej podnieść wiek emerytalny z 60. na 65. rok życia. Najpierw umrą, a potem dostaną emeryturę…

—–

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. W grudniu nie udało mi się „spiąć” projektu, ufam, że w styczniu będzie lepiej. Będzie? Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

We wpisie wykorzystałem fragment swojej ostatniej książki pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”. Polecam lekturę całości! Osoby zainteresowane nabyciem „Alfabetu…”, w wersji z autografem, oraz kilku innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.

Nz. putin podczas przemówienia/screen za kremlin.ru

Demografia

Istnieje wiele odpowiedzi na pytanie, dlaczego rosja napadła na Ukrainę. Iwan Krastew, znakomity bułgarski politolog, w lipcu 2022 roku udzielił wywiadu polskiej edycji tygodnika Newsweek. Zapytany o to, czego chce putin, odparł: „(…) on nie jest zainteresowany terytorium, tylko ludnością. Ma obsesję demograficzną. Od jakiegoś czasu powtarza, że gdyby nie rewolucja i II wojna światowa, rosja miałaby dziś 500 mln mieszkańców. (…) Jest przekonany, że dla przetrwania w nowym świecie, rosja potrzebuje mężczyzn i kobiet Ukrainy. Bo dla niego Ukraińcy są rosjanami. Unifikacja historycznej rosji z Ukrainą i Białorusią to jego obsesja numer jeden”. Obsesja nie tylko putina – dodam od siebie – wszak wchłoniecie Ukrainy i wynarodowienie miejscowej ludności to dla wielu rosyjskich decydentów i przedstawicieli elit, także intelektualnych, „ostatnia deska ratunku”. W przeciwnym razie rosji grozi rewolucja kulturowa, związana ze spadkiem liczby etnicznie rosyjskiej i prawosławnej ludności na rzecz muzułmanów z Kaukazu i Azji Centralnej.

Piszę o tym szerzej we właśnie przygotowywanej książce – do lektury której zapraszam Was już dziś (jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, „Zabić Ukrainę! Alfabet rosyjskiej agresji” ukaże się pod koniec lutego).

A skoro o demografii mowa, pozwólcie, że podzielę się kilkoma refleksjami. Zacznę od banału – demografia ma znaczenie dla wojennego wysiłku, co szczególnie dotyczy konfliktów długotrwałych, o wysokiej intensywności, jak ten prowadzony w Ukrainie. Fakt, iż na linii styku wojsk obie strony równoważą ilościowe potencjały, jak dotąd wystarczał Ukrainie do przetrwania. Rzecz w tym, że owo równoważenie na dłuższą metę będzie wyzwaniem nie do udźwignięcia. A to za sprawą rażącej dysproporcji w ludzkich zasobach mobilizacyjnych. W 2022 roku populacja Ukrainy liczyła 41 mln osób, według dostępnych danych, z końcem 2023 roku mieszkało w niej już tylko 29 mln ludzi. Brakujące 12 mln to przede wszystkim uchodźcy i mieszkańcy okupowanych terytoriów. Podstawowa baza rekrutacyjna została więc uszczuplona, a niekorzystna proporcja w odniesieniu do zasobów rosyjskich (143 mln ludzi) jeszcze się pogorszyła – w lutym 2022 roku wynosiła 1:3,5, w 2023 roku 1:5.

Mimo to kompletnie niezasadne pozostają twierdzenia o rzekomej niewyczerpalności rosyjskich rezerw, oparte głównie o wciąż żywą analogię z możliwościami ZSRR. Jeszcze przed wybuchem pełnoskalowej wojny rosjan było dużo mniej niż rosjanek – na każdą setkę kobiet przypadało mniej niż 90 mężczyzn. To wyjątkowo upośledzona proporcja (w Polsce wynosi ona 100:96 i nie odbiega od średniej dla rozwiniętych państw), która w praktyce oznaczała, że w rosji żyło nieco ponad 64 mln mężczyzn. Ilu z nich nadawało się do wcielenia? Według raportu ONZ World Population Prospects, w 2020 roku w federacji było 14,25 mln mężczyzn w wieku poborowym (18-40 lat). Wówczas przewidywano, że w 2025 roku liczba ta spadnie do 11,55 mln, a w 2030 roku do 11,23 mln. Po drodze wydarzyła się pandemia, która zabiła milion moskali (!), potem exodus potencjalnych rekrutów (500 tys.-1 mln mężczyzn), no i koszmarne starty na froncie (co najmniej 350 tys. zabitych i rannych). Z drugiej strony, mieliśmy zabieg administracyjny, polegający na podniesieniu górnej granicy wieku poborowego o pięć lat, co pozwoliło zniwelować ubytki.

Lecz nie zapominajmy o dwóch sprawach – po pierwsze, o niskiej kondycji zdrowotnej rosyjskiego społeczeństwa. Podrzucę Wam garść spośród statystyk, które zebrałem na potrzeby książki. I tak w 2019 roku 15-latek z rosji miał przed sobą krótsze życie niż jego rówieśnicy z 23 najbiedniejszych krajów na świecie. Prognozy z tamtego roku pokazywały też, że średnio jeden na czterech rosyjskich 20-latków umrze przed ukończeniem 60. roku życia. W Szwajcarii ryzyko niedożycia 60 lat, po osiągnięciu 20. roku życia, wyniosło jedynie 4 proc. W wyniku epidemii HIV/AIDS, alkoholizmu i fatalnej kondycji systemu opieki zdrowotnej śmiertelność w rosji była w latach 2005-2015 trzy razy wyższa wśród mężczyzn i dwukrotnie wyższa wśród kobiet niż w innych krajach o podobnym poziomie rozwoju społeczno-gospodarczego. Co roku z powodu nadużywania alkoholu umiera w rosji pół miliona osób. Ćwierć miliona zabrała dotąd epidemia HIV/AIDS. W 2021 roku liczba zakażonych wzrosła do półtora miliona. Od 2019 roku rosja ma drugą najwyższą liczbę przypadków HIV na 100 tys. mieszkańców. Ryzyko zarażenia się wirusem jest w tym kraju 42 razy wyższe niż w całej Unii Europejskiej. Ale rosjan masowo – w skali większej niż w innych rozwiniętych krajach – zabija też chociażby gruźlica (25 tys. zgonów rocznie; w Polsce, przy 38-milionowej populacji, umiera mniej niż 500 osób) oraz choroby wywołane paleniem i przyjmowaniem narkotyków. Te ostatnie w kraju putina są znacznie tańsze niż na Zachodzie. Już w 2021 roku – wtedy głównie na skutek pandemii – oczekiwana długość życia rosyjskich mężczyzn spadła z 68 (w 2019 roku) do 64 lat. Wojna bez wątpienia ów wskaźnik zaniży. Itp., itd.

Po drugie, pamiętajmy o tym że kilkunastomilionowa rzesza potencjalnych żołnierzy, to zbiór w istotnej mierze tożsamy z zasobem osób w wieku produkcyjnym. Rosyjska gospodarka jest nieefektywna, w wielu obszarach przestarzała, wciąż jednak opiera się o przemysł i usługi, które wymagają wykwalifikowanej siły roboczej. Gospodarka Związku Radzieckiego w 1941 roku – mimo wcześniejszej, intensywnej industrializacji – wciąż oparta była o rolnictwo, te zaś zmagało się z problemem ogromnego ukrytego bezrobocia. W realiach nadpodaży rąk do pracy, masowa mobilizacja kołchozowych chłopów nie wpłynęła na efektywność produkcji rolnej i gospodarki jako całości. Tymczasem rosja takich niewykorzystanych zasobów nie ma za wiele, nie może więc w nieskończoność ściągać kolejnych roczników mężczyzn do armii.

Niemniej może to robić dłużej niż Ukraina. Jesienią 2023 roku ukraińskie straty utrzymywały się na poziomie około 20 tys. miesięcznie – zabitych, rannych i z różnych powodów niezdolnych do walki. Rosyjskie w listopadzie 2023 roku dobiły do tysiąca zabitych i rannych dziennie. Nadal więc pozostawały wyższe od ukraińskich, co jest tendencją obserwowaną od początku wojny na pełną skalę. Niestety, taka proporcja, w której na trzech wyeliminowanych z walki rosjan przypada dwóch Ukraińców, pozostaje niekorzystna dla Ukrainy. Gdy zaczęła się inwazja, ukraińskich mężczyzn w wieku 18-60 lat objął zakaz opuszczania kraju. Istniały wyłączenia (na przykład dla ojców trójki dzieci), pojawiło się zjawisko nielegalnych wyjazdów, lecz i tak cztery piąte uchodźców stanowiły kobiety, dzieci i osoby starsze. Rząd w Kijowie nie publikuje danych o strukturze wieku i płci populacji zamieszkującej kontrolowany przezeń teren. Jednak założenie, że w 29-milionowej społeczności występuje nadreprezentacja mężczyzn, wydaje się prawidłowe. Ukraińcy dużo chętniej niż rosjanie rekrutują do wojska kobiety – stanowią one niemal 10 proc. personelu sił zbrojnych i w odróżnieniu od ruSS-armii, służą również w formacjach liniowych. Do czego zmierzam? Ano w mojej ocenie, ukraiński zasób potencjalnych rekrutów (i rekrutek), to 3,5-4 mln osób – bez sięgania po drastyczny środek w postaci mobilizacji dzieci, starców i dużej liczby kobiet. Sporo? Owszem, lecz wciąż dużo mniej od wroga. „Nadzabijaniem” rosjan w proporcji 3:2 tej słabości zniwelować się nie da.

Ponure dla Ukrainy konkluzje płynące z zestawienia potencjałów ludnościowych nie muszą być jednak wiążące. A klucz demograficzny wcale nie jest odpowiedzią na pytanie, kto przedłużającą się wojnę zwycięży. Dziesięciokrotnie mniejszy Wietnam ostatecznie pokonał USA w połowie lat 70., siły zachodniej koalicji – nominalnie mniejsze o połowę – rozniosły w pył wojska Saddama Husajna podczas drugiej „Pustynnej Burzy” w 2003 roku. Maleńki Afganistan upokorzył olbrzymie sowieckie imperium w latach 80., a 70-milionowe Niemcy hitlerowskie w dwa lata zawojowały kawał Europy, zamieszkały przez 150 mln ludzi (znam finał, ale załóżmy, że ta historia kończy się wiosną 1941 roku). Już po tych przykładach widzimy, że istotnych zmiennych jest więcej. Poza „masą demograficzną” liczy się przewaga technologiczna, organizacyjna, determinacja (rozumiana jako wola walki), baza przemysłowa czy wreszcie potężny sojusznik, który wcale nie musi angażować się wprost w działania wojenne, by mieć na nie istotny czy wręcz decydujący wpływ.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Irinie Wolańskiej, Joannie Marciniak, Andrzejowi Kardasiowi, Jakubowi Wojtakajtisowi Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu i Michałowi Strzelcowi. A także: Kacprowi Myśliborskiemu, Adamowi Cybowiczowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Radosławowi Dębcowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi i Sławkowi Polakowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Łukaszowi Podsiadle, Adamowi Jaworskiemu i Arkadiuszowi Wiśniewskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Zdjęcie ilustracyjne, fasada domu w Chersoniu. Wiosna 2023 roku/fot. własne

Kody

Dzisiaj nieco obok moich zasadniczych zainteresowań, choć z nadzieją, że i ten temat Was zainteresuje. Rzecz dotyczy bowiem tego, na co umierają Polacy. Zasadniczo znamy powody, wiemy, ile jest tych zgonów. Ale to zaburzony, niepełny obraz…

Historią z Wejherowa przez jeden wieczór żyła niemal cała Polska. Pewien 34-latek postawił się lokalnej straży miejskiej. Nie przyjął bowiem mandatu w wysokości 500 zł, choć złapano go na gorącym uczynku, gdy palił w kozie wiórowymi płytami meblowymi. Co z uwagi na szkodliwe emisje, jest w Polsce czynem zakazanym. Wejherowianin uznał jednak, że prawo to nie obowiązuje, bo… Jarosław Kaczyński „pozwolił palić wszystkim”. „Trzeba palić wszystkim, poza oponami czy podobnymi szkodliwymi rzeczami, bo Polska musi być ogrzana”, faktycznie stwierdził we wrześniu br. lider PiS na spotkaniu z mieszkańcami w Nowym Targu. „Takie pozwolenie nie stanowi normy prawnej”, czytamy w komunikacie straży, która sprawę skierowała do sądu.

Mimo humorystycznej wymowy, ów przypadek dobrze ilustruje poważny problem. Słowom prezesa towarzyszyło cofnięcie przez rząd zakazu palenia w piecach miałem węglowym i węglem brunatnym. Ich spalanie – zwłaszcza drugiego, zanieczyszczonego siarką – jest wyjątkowo szkodliwe dla zdrowia człowieka. Tymczasem smog, będący u nas głównie efektem palenia w piecach, zabija rocznie 40 tys. Polaków. Sezon ciepłowniczy w realiach kryzysu energetycznego oznacza, że ofiar „ogrzania Polski” będzie jeszcze więcej.

A już teraz jesteśmy świadkami demograficznej katastrofy. „Covidowe” lata 2020-21 cechowała najwyższa umieralność od zakończenia II wojny światowej. W pierwszym roku pandemii zmarło 477 tys. Polaków, w drugim 519 tys. Zgonów bezpośrednio związanych z koronawirusem odnotowano wówczas nieco ponad 100 tys. (dwie trzecie w 2021 r.), drugie tyle było wynikiem okresowych zapaści w systemie opieki zdrowotnej, wywołanych rozmiarami pandemii (na Covid-19 zachorowało dotąd 6,3 mln Polaków). Liczba wszystkich zmarłych w 2020 r. była wyższa o 68 tys. w porównaniu z rokiem minionym, aż o 100 tys. przekroczyła średnioroczną wartość z ostatniego półwiecza. Jeszcze tragiczniejszy 2021 r. wyznaczył szczyt, z którego – wiele na to wskazuje – z mozołem taszczymy się w dół. Dane Głównego Urzędu Statystycznego dotyczące trzech kwartałów 2022 r. mówią o 324 tys. zgonów, co pozwala przyjąć, że do końca grudnia (jeśli nie wydarzy się jakaś katastrofa), umrze łącznie nie więcej niż 450 tys. obywateli RP. Należy przy tym zauważyć, że umieralność na terytorium Polski będzie wyższa z uwagi na obecność półtoramilionowej rzeszy ukraińskich uchodźców. Ich jednak krajowe statystyki nie obejmują.

—–

A na co umieramy? Niezależnie od „covidowych zawirowań”, nadal uśmiercają nas przede wszystkim choroby układu krążenia. Odpowiadają za 40% zgonów, o czym na katowickim kongresie Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego (PTK) mówił jego prezes, prof. Przemysław Mitkowski.

– Wiemy, na podstawie raportu Państwowego Zakładu Higieny-Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego, że w 2020 r., w porównaniu do 2019, o 17 procent wzrosła liczba zgonów z przyczyn sercowo-naczyniowych – informował szef PTK podczas wrześniowych obrad.

Drugie miejsce zajmują choroby nowotworowe. W latach 2020-21 odpowiadały one za jedną piątą zgonów. Największe śmiertelne żniwo zbierał – niezależnie od płci – rak tchawicy, oskrzeli, płuc, w przypadku mężczyzn – rak prostaty, kobiet – nowotwór piersi i szyjki macicy.

Wspomniany okres upłynął pod znakiem pandemii, co przełożyło się na niemal 9% zgonów w 2020 i 18% w 2021 r., będących skutkiem Covid-19. Od 1 stycznia br. do końca października z powodu koronawirusa zmarło 18 tys. Polaków. Jak dotąd nie sprawdziły się apokaliptyczne zapowiedzi z początku roku o kolejnej wyjątkowo śmiercionośnej mutacji. Przeciwnie, mamy do czynienia z łagodnieniem wirusa, co wraz z połowicznym (ale zawsze) sukcesem kampanii szczepiennej daje powody, by przypuszczać, że odsetek covidowych zgonów za 2022 r. będzie oscylował na poziomie 5-6%.

We wskazanej dwulatce tylko 5% śmierci wynikało z chorób układu oddechowego. Pozornie przeczy to doniesieniom o 40-tysięcznym rokrocznym pokłosiu smogu. Tyle że potoczne skojarzenia z „duszącym dymem” nie oddają istoty rzeczy. Smog – obok astmy, obturacyjnej choroby płuc (włącznie z zapaleniem) oraz niewydolności oddechowej – powoduje również nowotwory (płuc, górnych dróg oddechowych), niewydolność krążenia, zawały serca i udary mózgu. Zabija wieloletnią ekspozycją i niebezpiecznymi powikłaniami. „Wchodzi” zatem w inne statystyczne kategorie.

W publicznym dyskursie dużo uwagi poświęca się śmierciom gwałtownym, będącym efektem samobójstwa, wypadku komunikacyjnego czy zbrodni. Przez 20 kolejnych lat po 2000 r., średnio życie odbierało sobie 4,8 tys. Polaków, bieżący rok nie odbiega od normy (w danych za trzy kwartały odnotowano 3,8 tys. ofiar samobójstw). Szykuje się za to pozytywna zmiana jeśli idzie o wypadki drogowe – miniony rok przyniósł śmierć w takich zdarzeniach 2,2 tys. osób (550 na kwartał), do początku października życie na drogach straciło nieco ponad 1,2 tys. osób (470 na kwartał). Polacy najwyraźniej jeżdżą ostrożniej, co może mieć związek z wprowadzeniem dotkliwszych mandatów. Co zaś się tyczy zabójstw – stanowią one śladowy odsetek zgonów w skali kraju. Warto odnotować dramatyczny spadek na przestrzeni dwóch dekad. Zestawienie zabójstw za 2000 r. i 2021 wygląda następująco – 1325-625.

—–

Zasadniczo więc wiemy, co zabija Polaków – zasadniczo. Zaburzony obraz to sprawka tzw. garbage codes – kodów śmieciowych. Lekarze mają obowiązek przedstawienia w karcie zgonu jego przyczyny. Z kodowaniem śmieciowym mamy do czynienia, gdy opis wykonany przez medyka nie daje pewności, na co konkretnie zmarła dana osoba. Jest na przykład zbyt ogólny („miażdżyca”, „śmierć nagła”/„naturalna). Od ponad 20 lat dotyczy to zwykle jednej czwartej wszystkich zgonów w kraju. W efekcie Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) wykluczyła Polskę z analiz porównawczych umieralności według przyczyn. W Czechach odsetek garbage codes wynosi 15%, w Niemczech 14%, zaś na Węgrzech nie przekracza 7%.

– Śmieciowe kody to rzecz naturalna w medycynie – zauważa prof. Michał Wróblewski z Instytutu Socjologii UMK. – Stwierdzenie zgonu jest niekiedy bardzo trudnym zadaniem. Klasyfikacja medyczna, choć jest koniecznością z perspektywy zarządzania systemem ochrony zdrowia, do pewnego stopnia stoi w sprzeczności z logiką praktyki medycznej. Ta ostatnia – mająca do czynienia z czymś tak złożonym, jak ludzki organizm – często nie pasuje do sztywnych przegródek i jasno zdefiniowanych klasyfikacji.

To oczywista natura zjawiska, tyle że polskie statystyki zgonów są wyjątkowe „zaśmiecone” na tle innych raportowanych do WHO danych. Z czego to wynika?

– To pochodna niedofinansowania i fatalnej organizacji systemu – twierdzi socjolog medycyny z Torunia. – Niedofinansowania, ponieważ w Polsce maleje liczba wykonywanych sekcji zwłok. Z kolei przeciążenie lekarzy i zła dystrybucja obowiązków administracyjnych wśród personelu medycznego powoduje zaniedbania na poziomie biurokratycznym, również w obszarze raportowania zgonów.

Tymczasem statystyki są potrzebne do sprawnego zarządzania, na przykład do racjonalnej alokacji środków. Jeżeli chcemy inwestować w jakąś dziedzinę medycyny (powiedzmy, promować określone specjalizacje medyczne, rozwijać specjalistyczne kliniki), to musimy wiedzieć, które problemy zdrowotne Polaków są najdotkliwsze. Bez rzetelnych danych błądzimy.

– Złe statystyki mogą mieć też negatywne konsekwencje społeczne – dodaje mój rozmówca. – W trakcie pandemii dane o zgonach były ważnym składnikiem debaty publicznej. Ich nierzetelność może rodzić sceptycyzm i spowodować brak zaufania do wiedzy eksperckiej. Skoro lekarze nie do końca wiedzą, na co umieramy (a takie powstaje wrażenie, gdy zgony w dużej ilości raportuje się za pomocą kodów śmieciowych), to właściwie czemu mielibyśmy im wierzyć? Z tej perspektywy bałagan w statystykach jest wodą na młyn grup antyszczepionkowych, które wykorzystują go, by podważać bezpieczeństwo szczepionek czy nawet realność całej pandemii.

Ale to już zupełnie inna historia…

—–

Nz. Krakowski punkt szczepień. Zdjęcie własne, wykonane wiosną br. przy okazji przyjęcia dawki przypominającej.

Szanowni, jeśli chcecie mnie wesprzeć w pisaniu kolejnych artykułów oraz książek – będę szczerze zobowiązany. Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Przy tej okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Przemkowi Piotrowskiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Tomaszowi Frontczakowi, Maciejowi Szulcowi, Pawłowi Ostojskiemu, Bartoszowi Wojciechowskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Mateuszowi Jasinie, Miko Kopczakowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Juliuszowi Zającowi, Szymonowi Jończykowi i Katarzynie Byłów.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom”: Tomisławowi Kalembce, Marynie Szopskiej, Michałowi Nowakowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Czytelnikowi o nicku TurboQna666, Wojciechowi Zielińskiemu, Aleksandrowi Ornochowi, Stanisławowi Czarneckiemu i Tomaszowi Rosińskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały. Raz jeszcze dziękuję!