Priorytety

Polska debata polityczna o bezpieczeństwie coraz częściej rozmija się z rzeczywistością. Zamiast analizować interesy państwa, skupiamy się na sympatiach i antypatiach. Zapominamy, że dziś to przede wszystkim armia ukraińska odstrasza rosję i odsuwa zagrożenie od Polski – nie wojska USA. Umyka nam, że niezależnie od emocji politycznych to Niemcy pozostają naszym zapleczem logistycznym i przemysłowym. I że to Francja ma bardzo konkretny interes w obronie wschodniej flanki NATO.

W polskiej debacie politycznej od lat funkcjonuje przekonanie, że podstawowym gwarantem naszego bezpieczeństwa jest obecność wojsk amerykańskich. Trudno podważyć ten paradygmat, zwłaszcza w obliczu potencjału militarnego Stanów Zjednoczonych, dysponujących najsilniejszą armią na świecie. A zarazem to łatwy zabieg, wziąwszy pod uwagę polityczną niestabilność USA pod rządami Donalda Trumpa. Bo czy ten zdecyduje się nam pomóc w razie kryzysowej sytuacji? W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy namnożyło się tyle wątpliwości, że odpowiedź wcale nie jest oczywista.

—–

Nie ma jednak powodów, byśmy popadali w ponury nastrój. A to za sprawą ukraińskich żołnierzy, którzy pokazali rosyjskim elitom politycznym i wojskowym, że wojna przeciwko zdeterminowanemu przeciwnikowi może kosztować setki tysięcy zabitych i rannych żołnierzy, tysiące czołgów, gigantyczne straty finansowe oraz wyczerpanie gospodarki. Gdy sobie to uświadomimy, warto postawić proste pytanie: co bardziej wpływa dziś na kalkulacje Kremla? Obecność kilku czy kilkunastu tysięcy amerykańskich żołnierzy w Polsce czy fakt, że rosja od czterech lat nie potrafi pokonać Ukrainy mimo zaangażowania ogromnej części swoich sił zbrojnych?

Odpowiedź jest oczywista.

rosja nie zrezygnowała z agresywnych ambicji dlatego, że przestraszyła się amerykańskich komunikatów. rosja została zmuszona do koncentracji wysiłku na Ukrainie, bo napotkała tam przeciwnika, który okazał się znacznie silniejszy i bardziej zdeterminowany, niż zakładano w Moskwie.

Każda rosyjska brygada walcząca dziś pod Pokrowskiem, Kupiańskiem czy Czasiw Jarem nie stoi na granicy państw NATO. Każdy czołg zniszczony na Ukrainie nie będzie użyty przeciw Polsce. Każdy rok ukraińskiego oporu oznacza kolejny rok, który Polska może wykorzystać na rozbudowę własnych sił zbrojnych.

To właśnie dlatego wsparcie Ukrainy pozostaje jednym z najważniejszych interesów bezpieczeństwa Rzeczypospolitej. Nie z powodów sentymentalnych, ale jak najbardziej pragmatycznych. Dopóki rosja wykrwawia się w Ukrainie, dopóty zagrożenie dla Polski pozostaje mniejsze, niż byłoby w sytuacji rosyjskiego zwycięstwa lub narzuconego Ukrainie pokoju na warunkach Kremla.

A znaczenie Ukrainy dla bezpieczeństwa Polski nie skończy się wraz z wojną. Przeciwnie – po jej zakończeniu za naszą wschodnią granicą pozostanie państwo dysponujące jedną z największych i najbardziej doświadczonych armii Europy, dla którego rosja będzie egzystencjalnym zagrożeniem. To oznacza, że Kreml jeszcze przez długie lata nie będzie mógł ignorować kierunku ukraińskiego. A im więcej rosyjskiej uwagi i zasobów będzie pochłaniać Ukraina, tym bezpieczniejsza będzie Polska. Z tego punktu widzenia silna i niepodległa Ukraina jest nie tylko naszym sąsiadem, ale też jednym z najważniejszych aktywów strategicznych Rzeczypospolitej. Nie mniej ważnym niż Stany Zjednoczone.

—–

Drugim faktem, który coraz częściej przegrywa w Polsce z politycznymi emocjami, jest znaczenie Niemiec dla bezpieczeństwa naszego kraju. Często zapominamy, że Polska jest państwem frontowym, Niemcy zaś państwem zaplecza – lub ignorujemy konsekwencje takiego stanu rzeczy.

Jakie one są? Spójrzmy na to przez pryzmat doświadczeń ukraińskich – wojna na Wschodzie pokazuje, jak ogromne znaczenie mają nie tylko dostawy uzbrojenia, lecz także infrastruktura umożliwiająca jego transport. Czołg, armatohaubica czy system obrony przeciwlotniczej są warte tyle, ile zdolność do ich szybkiego przemieszczenia, naprawy i zaopatrzenia. A więc dla skutecznego prowadzenia wojny potrzebni są nie tylko żołnierze na pierwszej linii, lecz także kolejarze, logistycy, operatorzy portowych dźwigów, inżynierowie i przemysł.

W razie kryzysu lub wojny główne posiłki amerykańskie – jeśli zostaną wysłane… – nie pojawią się nad Wisłą bezpośrednio z Teksasu czy Karoliny Północnej. Najpierw trafią do Europy Zachodniej, głównie do Niemiec, które są centralnym węzłem logistycznym europejskiego teatru działań wojennych. Stamtąd zostaną przewiezione koleją i drogami na wschód. Dokładnie tak funkcjonuje system wsparcia dla Ukrainy i podobnie wyglądałby proces wzmacniania wschodniej flanki NATO (z tą różnicą, że transfer obejmowałby też ludzi).

Idźmy dalej. Jeśli Europa rzeczywiście chce odbudować swoje zdolności wojskowe, potrzebuje nie tylko poligonów i jednostek bojowych, ale także hut, zakładów chemicznych, fabryk amunicji i producentów elektroniki. Niemcy dysponują w tej dziedzinie potencjałem, którego nie posiada żadne inne państwo kontynentalnej Europy poza Francją.

Warto przy tym pamiętać, że dla Polski Niemcy nie są wyłącznie korytarzem tranzytowym oraz zapleczem logistycznym. Najogólniej rzecz ujmując, to Bundeswehra ma do nas najbliżej – to jej oddziały będą stanowić czołówkę sił sojuszniczych. W razie wojny z rosją to niemieckie lotniska posłużą do bazowania, rozśrodkowania i odtwarzania zdolności naszego lotnictwa.

Geografia nie pozostawia tu wielkiego pola do interpretacji. Politycy mogą kłócić się z Berlinem, obrażać na Berlin albo budować kapitał polityczny na krytyce Berlina. Nie są jednak w stanie przesunąć Niemiec w inne miejsce na mapie Europy.

Trzecim faktem, który często umyka w polskiej debacie politycznej, jest znaczenie Francji dla bezpieczeństwa Europy. O czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Żołnierze ukraińskich sił specjalnych, zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Graal

W pierwszej rodzimej produkcji dla Netfliksa – niezbyt udanym, stworzonym przed kilku laty serialu pt.: „1983” – jest scena, w której dowódca polskiej armii z dumą ogląda skrzynie z głowicami jądrowymi. W alternatywnej rzeczywistości, do jakiej zabierają nas twórcy, Polska początku XXI wieku jest mocarstwem atomowym. W scenariuszu nie znajdziemy informacji o tym, jak Polacy weszli w posiadanie broni A. Tajemnicza transformacja naszego kraju zaczyna się w tytułowym roku, 20 lat później wciąż rządzą komuniści, ale ich PRL jest bytem niezależnym od ZSRR i prężnie się rozwija. Warunki dla tego rozwoju, i tej niezależności, zapewnia właśnie arsenał nuklearny.

„Mocarstwowy” element fabuły może się nam wydawać śmieszny i nieprawdopodobny, co nie zmienia faktu, że założenie o nietykalności, jaką gwarantuje broń jądrowa, jest jak najbardziej poprawne. „Jestem absolutnie pewien, że gdyby rosjanie nie mieli broni jądrowej, bylibyśmy na Ukrainie i ich stamtąd wyrzucili. Z pewnością byśmy to zrobili”, przyznał admirał Rob Bauer, przewodniczący Komitetu Wojskowego NATO, podczas Szczytu Obronnego w Pradze (8-10 listopada br.). Wśród analityków militarnych panuje niemal pełna zgoda co do tego, że gdyby Kijów nie zrezygnował z broni jądrowej odziedziczonej po Związku Radzieckim, federacja rosyjska nie najechałaby Ukrainy – ani w 2014, ani w 2022 roku.

—–

Poza rosyjskim i ukraińskim, pouczający pozostaje przykład Korei Północnej. Choć to agresywna dyktatura, strach jej tykać, bo skutki dla regionu – relatywnie niedużego półwyspu – byłyby dramatyczne. Rok temu spotkałem się z emerytowanym generałem południowokoreańskiej armii. Głównym tematem rozmowy była współpraca przemysłów naszych krajów, ale skorzystałem z okazji i poprosiłem o ocenę możliwości wojsk Kim Dzong Una. „Dla nas jedynym poważnym zmartwieniem są ich głowice nuklearne”, usłyszałem. Korea Północna ma około 50 ładunków, co przy tysiącach, jakimi dysponują Amerykanie i rosjanie, może wydawać się skromnym potencjałem. I jest takim w liczbach rzeczywistych, w drzemiącej w głowicach sile już nie.

Samodzielny potencjał odstraszania, jaki dają własne „atomówki”, nie zapewnia całkowitej gwarancji niepokonania. W najnowszej historii mamy przykłady mocarstw jądrowych, które przegrały wojny; dość wspomnieć USA w Wietnamie czy ZSRR w Afganistanie. Najnowszy konflikt rosyjsko-ukraiński – wszystko na to wskazuje – także nie zakończy się zwycięstwem rosji. Tym niemniej arsenał jądrowy nadal sprawdza się w charakterze polisy ubezpieczeniowej chroniącej przed widmem okupacji. Przykład obwodu kurskiego i prowadzonej tam ukraińskiej operacji nie podważa tej reguły, mamy tu bowiem do czynienia z symbolicznym naruszeniem rosyjskiej integralności – tymczasowym, biorąc pod uwagę rozległość federacji mikroskopijnym, nade wszystko zaś niestanowiącym zagrożenia dla trwałości struktur rosyjskiego państwa. To raczej prztyczek niż bolesny cios, użycie w takiej sytuacji broni jądrowej byłoby działaniem nieadekwatnym i tak też postrzegają sprawy w Moskwie.

—–

Myślenie o atomowym zabezpieczeniu nieobce jest też Polakom – ale na życzeniowej refleksji się kończy. Nie dysponujemy bowiem zapleczem techniczno-naukowym, które dałoby możliwość samodzielnego pozyskania komponentów niezbędnych do produkcji broni jądrowej. Kupno? Nie istnieje „sklep z atomówkami”, a jest jeszcze kwestia politycznego klimatu – od wrogów nie kupimy, a sojusznicy nam nie sprzedadzą.

W latach 70. XX na przeszkodzie do pozyskania broni A przez Polskę stała sowiecka kuratela, po 1989 roku Amerykanie. Dlaczego? Stanom (jak ZSRR, a potem rosji) zależy, by „atomowy klub” pozostał jak najmniejszy, co obejmuje także sojuszników. Takie podejście to element „zarządzania eskalacją”. Kalkulacji, zgodnie z którą im mniej posiadaczy głowic, tym mniejsze ryzyko, że ktoś ich użyje. Im mniej w tym gronie sojuszników, tym niższe prawdopodobieństwo, że USA – zobligowane aliansami – zmuszone będą wejść do wojny, w której już sięgnięto po broń jądrową. Czyli znaleźć się w sytuacji bliższej czarnemu scenariuszowi niekontrolowanej eskalacji.

W takich okolicznościach jedyny sposób na posiadanie dostępu do głowic, to udział Polski w natowskim programie Nuclear Sharing. Ale nawet jeśli do niego przystąpimy (czego dotąd nam nie zaproponowano…) – użyczymy miejsc do składowania ładunków, a nasi piloci będą uczyć się zrzucania bomb jądrowych – dysponentem głowic pozostaną USA. Decyzje o ich użyciu nie byłyby więc podejmowane w Warszawie, co mogłoby mieć dramatyczne skutki w razie rozdźwięku w postrzeganiu zagrożeń. Sytuację w naszej ocenie śmiertelnie ryzykowną, Amerykanie mogliby definiować jako niespełniającą kryteriów koniecznych dla sięgnięcia po „ostateczny argument” czy choćby zademonstrowania woli jego użycia. Skutkiem takiego zaniechania mogłaby być rosyjska okupacja części terytorium RP.

—–

Wychodzi więc na to, że samodzielny potencjał odstraszania to święty Graal polskiej polityki obronnej. Zdaje się, że nigdy go nie posiądziemy, co wcale nie oznacza beznadziejnego położenia.

Kilka lat temu – przygotowując się do napisania pierwszej powieści z konfliktem polsko-rosyjskim w tle (chodzi o „(Dez)informację”) – spotkałem się z wieloma wojskowymi. Jeden z generałów opowiedział mi o grze strategicznej, w ramach której ćwiczono „na sucho” operację obronną. Częścią manewrów było uderzenie odwetowe o kryptonimie „Iglica” (piszę o tym swobodnie – we wspomnianej książce i na potrzeby tego tekstu – nie ujawniam bowiem żadnych planów, a jedynie scenariusz jednej z gier). No więc na potrzeby „Iglicy” zamierzono użyć najgroźniejszej broni z arsenału WP – pocisków manewrujących JASSM. Jeszcze w minionej dekadzie Polska kupiła w USA co najmniej 70 takich rakiet, wynoszonych do miejsc odpalenia przez samoloty F-16. Bez zbędnego wchodzenia w szczegóły, JASSM-y służą do precyzyjnego rażenia umocnionych obiektów o istotnym znaczeniu strategicznym, daleko poza linią frontu.

W „Iglicy” – choć jej nazwa może kojarzyć się z Basztą Spasską – nie chodziło o uderzenie w siedzibę prezydenta rosji. Celem miały być bazy w Kaliningradzie (dziś Królewcu), Bałtyjsku i Donskoje. Ich poważne uszkodzenie odcięłoby na wiele dni flotę bałtycką od zaplecza. Gdyby dodatkowo udało się zatopić część jej jednostek na wodzie – a takie zadanie mogłyby wykonać Nadbrzeżne Dywizjony Rakietowe – rosyjskie działania na Bałtyku zostałyby mocno ograniczone. Wówczas zapewne nie doszłoby do desantów na Wybrzeżu, a tym samym oddziały przeciwnika nie wyszłyby na tyły polskiej obrony. Losów wojny od razu by to nie zmieniło – najważniejsza bitwa i tak toczyłaby się między Wisłą a Bugiem. Plan dawał jednak czas i tworzył miejsce na przybycie sojuszniczych posiłków.

—–

Nie napiszę, jak zakończyły się ćwiczenia. Przyznam za to, że z ogromną satysfakcją przyjąłem wiadomość sprzed kilku miesięcy – o tym, że Polska podpisała z USA umowę na dostawę kilkuset dodatkowych JASSM-ów, w różnych konfiguracjach, także tych o zasięgu tysiąca kilometrów. „Po Ukrainie” wiemy już, że rosyjska obrona przeciwlotnicza jest dziurawa i że rosjanie nie potrafią upilnować wielu strategicznych obiektów. Mamy zatem pośredni dowód na to, że bylibyśmy w stanie zdać im dotkliwy cios z powietrza. Oni również o tym wiedzą.

A przecież budujemy potencjał nie tylko do uderzeń dalekiego zasięgu. Zakres zakupów obejmujących wiele kategorii wojskowego sprzętu jest imponujący, niespotykany w powojennej historii Polski (owszem, „za komuny” zdarzały się lata, że pozyskiwaliśmy więcej uzbrojenia, ale nie tak wysokiej jakości). Wymienienie wszystkich typów broni wymagałoby oddzielnego artykułu, na potrzeby tego poprzestańmy na stwierdzeniu, że za mniej więcej dekadę – gdy całe to „bogactwo” będzie już w Polsce i będzie operacyjne – potencjał odstraszania naszej armii znacząco wzrośnie. Zyskamy zdolność do długotrwałego i samodzielnego powstrzymywania rosji, choć oczywiście w ostatecznym rozrachunku bez wsparcia sojuszników się nie obejdzie (tak jak Ukraina nie obeszłaby się bez zachodniej „kroplówki”).

Pod jednym wszak warunkiem – że nie zabraknie nam ludzi do obsługi wszystkich tych nowoczesnych czołgów, armat, samolotów i dronów. Ale skutki demograficznej zapaści to temat na inną opowieść…

—–

Szanowni, życzę Wam spokojnych, pogodnych i rodzinnych świąt. Odpocznijcie! Ja również zamierzam złapać trochę oddechu, więc biorę sobie kilka dni wolnego. Oczywiście, pozostanę w trybie czuwania i jeśli wydarzy się coś nadzwyczajnego, będę reagował.

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Tomaszowi Krajewskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu i Monice Rani. A także: Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Adamowi Cybowiczowi, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Bognie Gałek, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Piotrowi Rucińskiemu, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie i Grzegorzowi Dąbrowskiemu.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Czytelniczce Marcie, Czytelnikowi Łukaszowi oraz Kamilowi Zemlakowi.

To dzięki Wam powstają także moje książki!

Czytelników, którzy chcieliby nabyć najnowszą pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilka innych wcześniejszych pozycji, także wspomnianą w tekście „(Dez)informację”, zapraszam tu.

Nz. Polskie F-16 w akcji/fot. Bartek Bera

Tekst pierwotnie opublikowałem w portalu Interia, oryginał znajdziecie pod tym linkiem.