Kompensacja

Ochotnicza służba w napastniczej armii to najpoważniejszy przejaw poparcia dla agresywnej polityki własnego państwa. W rosji nie jest to postawa na tyle popularna, by zapewnić wojsku stały dopływ „świeżej krwi”. Stąd częściowa, przymusowa mobilizacja, stąd – nade wszystko – przekupywanie rosyjskiej prowincjonalnej biedoty bardzo wysokim żołdem. Tym niemniej rosjanie wcale nie są interwencji w Ukrainie przeciwni. Popiera ją ponad dwie trzecie społeczeństwa, co jest tendencją trwałą i diagnozowaną przez Centrum Lewady, jedyny w rosji ośrodek badawczy, który zachował niezależność od władz.

Dyskusje o tym, czy rosjanie rzeczywiście tak gremialnie opowiadają się za wojną (i kłamią ankieterom), uważam za bezprzedmiotowe. Unieważnia je rażący brak powszechnych antywojennych wystąpień i protestów przeciwko militaryzacji kraju. W ostatecznym rozrachunku nawet jeśli w głębi ducha obywatele federacji są wojnie przeciwni, ich obojętność ma realne skutki, pozwala bowiem Kremlowi na kontynuowanie agresji.

—–

Dlaczego rosjanie tacy są? Siergiej Davidis, członek Memoriału, stowarzyszenia zajmującego się m.in. obroną praw człowieka w rosji, zwraca uwagę na działania putinowskiego reżimu podjęte w 2020 roku. „Oni już wtedy przygotowywali się do tej wojny”, mówił w wywiadzie dla portalu OKO.press z czerwca 2022 roku. „Wprowadzili mnóstwo restrykcyjnych przepisów (…), zaostrzyli te o ‘zagranicznych agentach’ i ‘niepożądanych organizacjach’. Zaczęli stosować surowsze kary, wyroki stały się dłuższe. Uproszczono też procedurę śledztwa. Praktycznie zakazano demonstracji czy jakichkolwiek publicznych wydarzeń”.

Inwazja odsłoniła intencje i przyniosła kolejne obostrzenia. „Zabronione jest publiczne komentowanie sytuacji w Ukrainie. Nie można wojny nazywać wojną. Nie wolno mówić prawdy o zbrodniach wojennych. Można jedynie powtarzać to, co oficjalnie twierdzą rosyjskie władze. A wszystko, co one mówią, to kłamstwa”, nie miał złudzeń Davidis. „Za udział w zgromadzeniu możesz dostać grzywnę, albo miesiąc aresztu – jeśli jest to kolejne wykroczenie, albo zostaniesz uznany za ‘organizatora’. Jeśli na przykład napiszesz u siebie na Facebooku: ‘Chodźmy na pokojowy protest’ – awansujesz na ‘organizatora’”, obnażał warsztatowe kulisy polityki karnej federacji. Za sprzeciw wobec wojny w grę wchodzi nie tylko grzywna lub areszt, ale i sprawa karna. „Wszystko zależy od tego, jak to potraktują”, Davidis wskazywał na uznaniowość, niemającą nic wspólnego z państwem prawa. „Jeśli uznają, że działałeś w grupie, albo że twoją pobudką była ‘polityczna nienawiść’ (zwykle decydują, że motywowała cię nienawiść do rosyjskiej armii, władz itp.) – możesz dostać nawet 10 lat. Jeśli uznają, że twoje działania spowodowały jakieś ‘konsekwencje’ – w grę wchodzi wyrok 15 lat więzienia. (…) Niemal każdy, kto wychodzi protestować, zostanie zatrzymany i co najmniej ukarany grzywną. Trzeba mieć naprawdę dużo szczęścia, żeby tego uniknąć”.

A zatem wzmożona presja policyjno-administracyjna jako metoda dyscyplinowania społeczeństwa. A właściwie jego potencjalnie niepokornych elementów, większość rosjan bowiem i tak żyje w apatii. „To właśnie apatia jest strukturą nośną reżimu”, przekonywał w innym wywiadzie dla OKO Press (z września 2022 roku), Lew Gudkow, socjolog z moskiewskiego Centrum Lewady. „Niewielu jest zawziętych fanatyków. Większość dostosowuje się do represyjnego państwa, wykazując lojalność w przekonaniu, że w ten sposób można się z tym państwem dogadać, ujść jego uwadze. Jeśli będziemy przytakiwać, to państwo nas nie zje i nie zniszczy naszego prywatnego życia”.

W takich okolicznościach dochodzi do specyficznej integracji – państwo i obywatel stają się nierozłączni. „Nie ma rozumienia autonomii własnego stanowiska, praw, możliwości obrony własnych interesów”, precyzował Gudkow. Jeśli rosja jest na wojnie, na wojnie są też rosjanie. W miażdżącej większości niegotowi do osobistego zaangażowania (pójścia na front), ale w końcu nie ma takiej potrzeby; to nie jest konflikt totalny, angażujący wszystkie zasoby.

Mamy więc postawę, którą na własny użytek określam mianem „nienachalnej akceptacji”. O jej popularność troszczy się nie tylko aparat przemocy, ale i sami obywatele. Pół roku po rozpoczęciu pełnoskalowej wojny rosyjskie sądy rozpatrywały dziennie średnio 40 spraw, otwartych na skutek obywatelskich donosów. Między końcem lutego a końcówką sierpnia 2022 roku zaniepokojeni obywatele napisali prawie 150 tys. donosów na swoich sąsiadów i bliskich, oskarżając ich o „proukraińską propagandę” lub „rozpowszechnianie fałszywych informacji”. Jak wyliczyło ministerstwo sprawiedliwości federacji – promujące „obywatelską czujność” – ponad 80 proc. donosów władze otrzymały w formie elektronicznej. Tradycyjną, pisemną formę miało tylko 13 proc. (reszta to m.in. zgłoszenia telefoniczne). Słowem, stalinowskie standardy w XXI-wiecznej otoczce.

—–

„Zarazem rosjanie rozumieją, że władze kłamią”, zastrzegał we wspomnianej rozmowie Lew Gudkow. „To świetnie wpisuje się w schemat podwójnego totalitarnego myślenia”, dodał.

Orwellowskie „dwójmyślenie” nie jest wyłącznie cechą rosjan. Znamy je z własnego podwórka, z czasów PRL, kiedy wiele działań i komunikatów władz inaczej komentowaliśmy publicznie, inaczej w domu (czy w kręgu bliskich znajomych). Z tamtych doświadczeń wywodzimy przekonanie, że da się tak żyć, ale wiemy też, że takiemu życiu zwykle towarzyszy dyskomfort. Szczególnie gdy rozjazd między propagandą a rzeczywistością dotyczy podstaw egzystencji. Za „komuny” sprowadzało się to do fundamentalnego pytania: „Skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle?”. Mało kto zadawał je publicznie, tak jak dziś w rosji mało kto pyta o fenomen (nie)powodzenia spec-operacji. Skoro idzie zgodnie z planem, dlaczego ginie tylu chłopców? Dlaczego tyle to kosztuje? Dlaczego tyle trwa? Fakt, iż tego typu wątpliwości nie są artykułowane w przestrzeni publicznej, nie oznacza, że rosjanie takich pytań nie stawiają. Że nie dręczą ich one w domowym zaciszu. Dręczą, co przywodzi nas do kwestii kompensacji – tego, jak mieszkańcy federacji wetują sobie ów poznawczy dysonans i wszelkie materialne niedogodności wywołane działaniami władz.

Gudkow wskazuje na nastroje imperialne. „Idea wielkiego mocarstwa (…) to ważny element tożsamości narodowej, rekompensujący ludziom zależność, upokorzenie i ubóstwo w życiu prywatnym. ‘Ale przecież my robimy rakiety!’. Jeszcze przed dojściem do władzy putina pytaliśmy rosjan ‘Czego oczekujecie od następnego prezydenta?’. Dwa główne postulaty były takie: ‘wyjścia z kryzysu gospodarczego’ i ‘przywrócenia statusu wielkiego mocarstwa’”. Mocarstwowość to również zdolność do aneksji, co zabór Ukrainy czyni sposobem na osiągnięcie upragnionego statusu.

—–

Ale usprawiedliwianiu agresji sprzyja też niepokój. „NATO mogłoby wykorzystać ukraińskie terytorium do rozmieszczenia pocisków zdolnych dosięgnąć Moskwę w ciągu pięciu minut”, wielokrotnie złowieszczył putin. Bredził, mówiąc o sojuszniczych planach wobec rosyjskiej stolicy, co nie zmienia faktu, że koncepcja Ukrainy jako „miękkiego podbrzusza federacji” jest istotnym elementem rosyjskiej kultury strategicznej. 500–600 km dzielących Charków, Sumy czy Szostki od Moskwy to za mało, by pozwolić Ukraińcom na pełne samowładztwo. Tak myślą rosyjskie elity i znaczna część społeczeństwa. I na tym opiera się również wewnętrzna legitymizacja działań Kremla wobec Kijowa. Wspiera je niezmienne, mimo upadku ZSRR, przekonanie rosjan, że NATO to wróg ich ojczyzny, co ukraiński „romans” z Zachodem czyni nieakceptowalnym.

—–

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

We wpisie wykorzystałem fragment swojej ostatniej książki pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”. Jeśli chcielibyście ją nabyć, w wersji z autografem i pozdrowieniami, interesują Was także inne moje pozycje (również z bonusem), zapraszam tu.

Nz. pomnik z czasów sowieckich na przedmieściach Izjumu. „Zdekomunizowany”, choć nadal sławiący bohaterstwo żołnierzy „wielkiej wojny ojczyźnianej”. Zabiegi Moskwy związane z próbą restytucji imperium dotyczą również sfery symbolicznej – na okupowanych terenach Ukrainy pomnikom tego typu przywraca się dawną „radzieckość”/fot. własne

Zbrodnia?

Ochotnicza służba w napastniczej armii to najpoważniejszy przejaw poparcia dla agresywnej polityki własnego państwa. W rosji nie jest to postawa na tyle popularna, by zapewnić wojsku stały dopływ „świeżej krwi”. To dlatego jesienią 2022 roku putin zdecydował się na przymusowy pobór, czyli tzw.: częściową mobilizację. Media całego świata skupiły się na pierwotnej odsłonie tego przedsięwzięcia – 300 tysiącach zmobilizowanych mężczyzn – zwykle nie dostrzegając, że uruchomione wówczas procedury zapewniły armii rosyjskiej możliwość odtwarzania, ba, rozbudowy stanów osobowych. Do końca 2023 roku częściowa mobilizacja objęła ponad milion osób.

Przymus przymusem, ale rosjanie – jako społeczeństwo – wcale nie są interwencji w Ukrainie przeciwni. W październiku 2023 roku, w dwudziestym miesiącu pełnoskalowej wojny, aż 73 proc. obywateli federacji popierało działania armii rosyjskiej. I nie chodziło o sondaż zmanipulowany przez kremlowską propagandę, a procedurę przeprowadzoną przez Centrum Lewady, jedyny w rosji ośrodek badawczy, który zachował niezależność od władz. Co więcej, ów ponad 70-procentowy wskaźnik poparcia nie był wyjątkowym odczytem, a kolejnym dowodem trwałej tendencji, obserwowanej od początku inwazji.

Dyskusje o tym, czy rosjanie rzeczywiście tak gremialnie opowiadają się za wojną (i kłamią ankieterom), uważam za bezprzedmiotowe. Unieważnia je rażący brak powszechnych antywojennych wystąpień i protestów przeciwko militaryzacji kraju. W ostatecznym rozrachunku nawet jeśli w głębi ducha obywatele federacji są wojnie przeciwni, ich obojętność ma realne skutki, pozwala bowiem Kremlowi na kontynuowanie agresji.

Dlaczego o tym wspominam? Ano jest to istotny kontekst dla sytuacji, którą od kilku dni usiłuje rozegrać na swoją korzyść rosyjska propaganda (a wraz z nią prokremlowskie szumowiny z polskiej infosfery). Chodzi o ukraińskie ostrzały Biełgorodu, w których – wedle rosyjskich źródeł – zginęło kilkanaście osób, a ponad setka została ranna. „To akt terroru!”, rzecze Moskwa, domagając się międzynarodowej reakcji. Zważywszy na rosyjskie „dokonania” w Ukrainie, możemy tu mówić o skrajnej bezczelności. Świetnie ilustruje ją powiedzenie: „diabeł założył ornat i ogonem na mszę dzwoni”.

Nie zmienia to faktu, że co najmniej kilku rosyjskich cywilów zginęło, sporo też zostało rannych; istnieje na ten temat przekonujący materiał filmowy. I nie trzeba pielęgnować prorosyjskich sympatii, by uznać, że źle się stało, wszak na gruncie współczesnej, zachodniej refleksji etycznej, osoby cywilne na wojnie ginąć nie powinny.

Ale owa refleksja etyczna – w potocznym, nieujętym w przepisy prawa wydaniu – zawiera również koncept sprawiedliwej zemsty. Możemy go podzielać lub nie – to kwestia osobistej wrażliwości. Jeśli podzielamy, wówczas to, co wydarzyło się w Biełgorodzie, nie ma znamion nagannego czynu. Jest zasłużoną „karą” na rosyjskim społeczeństwie (jego części), które realną bezczynnością i deklaratywnym poparciem wspiera zbrodniczą politykę reżimu. „Nie interesujecie się wojną? To wojna zainteresowała się wami”, ów pozbawiony żalu i współczucia zwrot dobrze oddaje istotę takiego postrzegania sprawy. Wśród Polaków dominującego, sądząc po reakcjach na ostrzały Biełgorodu.

Nie ulegajmy jednak za bardzo retoryce zemsty. W obliczu bezczynności rosjan (i bestialstwa ich armii!), to kusząca opcja, tyle że niemająca związku z rzeczywistością. Ukraińska armia ani nie zamierzała trafiać w obiekty cywilne, ani nie strzelała na rympał. Celem obu ostrzałów były instalacje wojskowe, położone w mieście i na jego obrzeżach.

Co oznacza również, że nie ma mowy o zbrodni wojennej w rozumieniu międzynarodowego prawa humanitarnego konfliktów zbrojnych (MPHKZ). Cywilne ofiary to tzw.: „collateral damage” (straty uboczne). Ów termin ma szersze znaczenie, odnosi się nie tylko do niezamierzonych strat wśród ludności cywilnej (śmierci i ran), ale i szkód w dobrach o charakterze cywilnym, w obu przypadkach będących wynikiem ataku na dozwolony cel wojskowy. W Biełgorodzie atakowano m.in. magazyny położone w centrum miasta. Skutki eksplozji odczuli okoliczni mieszkańcy, ale to nie oni, ich domy czy auta, mieli zostać zniszczeni.

Skutki prawne ukraińskiego ataku są zatem inne od tych, jakie rodzą rosyjskie ostrzały bezpośrednio i z premedytacją wymierzone w obiekty cywilne. Zwłaszcza że największe spustoszenia w Biełgorodzie – pośród cywili i cywilnej infrastruktury – wywołały rosyjskie systemy przeciwlotnicze. Mieszkańcy miasta co rusz wrzucają do sieci kolejne zdjęcia „sprawców” pożarów i eksplozji – szczątków amunicji przeciwlotniczej (najczęściej pocisków wystrzeliwanych przez zestawy artyleryjsko-rakietowe Pancyr). Załączam do wpisu jedną z takich ilustracji.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -