Elita

Jeszcze do niedawna za wojskową elitę uchodzili komandosi GROM-u, SAS, Delty czy Navy SEALs – żołnierze przechodzący morderczą selekcję, doskonale wyszkoleni i przygotowani do wykonywania zadań niedostępnych dla zwykłych jednostek. Wojna w Ukrainie tego wzorca nie unieważniła, ale go poszerzyła. Dziś nieproporcjonalnie duży wpływ na przebieg walk mają operatorzy bezzałogowców, specjaliści walki radioelektronicznej, programiści i analitycy danych.

Według danych przedstawionych na początku 2026 roku przez ukraińskie władze, ponad 80 proc. rosyjskich celów niszczonych przez Siły Zbrojne Ukrainy przypada na systemy bezzałogowe. W samym 2025 roku w ukraińskim systemie ewidencji odnotowano niemal 820 tys. potwierdzonych nagraniami trafień w cele przeciwnika.

Tyle że obraz operatora FPV, który samodzielnie poluje na rosyjskie czołgi, byłby nieadekwatny. Im bardziej bowiem nasycone technologią staje się pole walki, tym mniej zależy na nim od umiejętności pojedynczego człowieka. Największą przewagę dają dziś zespoły zdolne połączyć kolejne elementy jednego procesu: wykryć przeciwnika, rozpoznać cel, przekazać informację, wybrać odpowiedni środek rażenia, zaatakować i sprawdzić rezultat.

Niektóre z takich zespołów stały się już markami rozpoznawalnymi nie gorzej niż nazwy tradycyjnych formacji specjalnych. Dość wspomnieć takie jednostki jak „Ptaki Madziara”, NEMESIS, Raroh czy Achilles. Co więcej, znaczenie systemów bezzałogowych jest na tyle duże, że Ukraina stworzyła poświęcony im osobny rodzaj sił zbrojnych – Siły Systemów Bezzałogowych.

Nie operator, lecz cały system

Skuteczność takich jednostek zależy jednak nie tylko od umiejętności personalu. Jednym z narzędzi pozwalających Ukraińcom łączyć poszczególne elementy pola walki jest DELTA – rozwijany od lat system, który zbiera i porządkuje informacje pochodzące z różnych źródeł i udostępnia je dowódcom oraz żołnierzom. Na początku 2026 roku uruchomiono w nim Mission Control, przeznaczony specjalnie do zarządzania operacjami systemów bezzałogowych. Każda załoga może wprowadzić do systemu m.in. typ używanego drona, miejsce startu, trasę i wykonywane zadanie. Dane nie kończą jednak życia w kolejnym wojskowym raporcie. Są automatycznie przetwarzane i trafiają na cyfrowe pulpity dostępne na różnych szczeblach dowodzenia.

Skala przedsięwzięcia jest już ogromna. Do początku marca Mission Control wygenerował ponad 150 tys. cyfrowych raportów z wykonanych misji, a kilka tygodni później system działał we wszystkich ukraińskich korpusach i zgrupowaniach wojsk. Dowódcy mogą dzięki niemu śledzić wykorzystanie bezzałogowców, porównywać skuteczność jednostek i sprzętu, koordynować ich działanie z obroną przeciwlotniczą oraz walką radioelektroniczną. Informacje są dostępne jednocześnie na różnych poziomach – od batalionu po Sztab Generalny i Ministerstwo Obrony.

– Budujemy system, w którym każde działanie zamienia się w dane, a dane w decyzje – tak wiosną br. sens Mission Control tłumaczył ówczesny minister obrony Ukrainy Mychajło Fedorow.

Jeden człowiek obsługuje sensor, drugi interpretuje dostarczone przez niego informacje, kolejny odpowiada za łączność lub walkę radioelektroniczną, następny uruchamia środek rażenia. Gdzieś za nimi pracują programiści, którzy napisali oprogramowanie łączące wszystkie elementy, oraz analitycy wyciągający wnioski z tysięcy wcześniejszych misji. Żaden z nich sam nie musi dysponować możliwościami kojarzonymi z żołnierzem jednostki specjalnej. Razem mogą jednak w ciągu kilku minut odnaleźć i zniszczyć cel znajdujący się kilkanaście czy kilkadziesiąt kilometrów dalej.

I właśnie zdolność skrócenia czasu między wykryciem przeciwnika a jego skutecznym zaatakowaniem staje się jedną z najcenniejszych kompetencji współczesnej armii. Coraz częściej nie wygrywa bowiem ten, kto dysponuje lepszym pojedynczym dronem, sensorem czy pociskiem. Wygrywa ten, kto potrafi szybciej połączyć je w jeden sprawnie działający system.

Technologiczny wyścig

Jest jeszcze jeden powód, dla którego sama umiejętność obsługi drona nie wystarcza, by mówić o wojskowej elicie. Na ukraińskim froncie technologia starzeje się w niezwykłym tempie. Rozwiązanie, które dziś daje przewagę, za kilka tygodni może być znacznie mniej skuteczne, bo przeciwnik nauczy się je zakłócać, wykrywać albo zwalczać. Dlatego jedną z najcenniejszych umiejętności stała się zdolność szybszego dostosowywania się do zmian niż robi to druga strona.

Doskonale widać to w pojedynku między bezzałogowcami a systemami walki radioelektronicznej. Większość popularnych FPV wymaga łączności radiowej między operatorem a maszyną, a wiele innych systemów korzysta z nawigacji satelitarnej. Zakłócenie sygnału sterującego lub GPS może więc uniemożliwić wykonanie zadania. Stąd ogromne znaczenie specjalistów WRE, którzy próbują wykrywać używane przez przeciwnika częstotliwości i zagłuszać je, chroniąc własne oddziały przed atakiem.

Tyle że druga strona natychmiast szuka odpowiedzi. Zmienia częstotliwości, sposób transmisji i oprogramowanie, stosuje rozwiązania zwiększające autonomię dronów. Jedną z najbardziej spektakularnych odpowiedzi stały się bezzałogowce FPV sterowane za pomocą rozwijanego za nimi cienkiego przewodu światłowodowego. Nie potrzebują radiowego połączenia z operatorem, dlatego tradycyjne zagłuszanie nie pozwala zerwać ich sterowania. Problem urósł do takich rozmiarów, że NATO uruchomiło w 2025 roku specjalne wyzwanie technologiczne poświęcone metodom wykrywania i zwalczania dronów światłowodowych.

Na tym technologiczny pojedynek się nie kończy. Coraz większą rolę odgrywają systemy computer vision pozwalające dronowi rozpoznać wskazany obiekt i kontynuować atak nawet po utracie kontaktu z operatorem. Rozwijana jest autonomiczna nawigacja niewymagająca sygnału satelitarnego, a równocześnie powstają kolejne metody wykrywania i fizycznego niszczenia bezzałogowców odpornych na zakłócenia. Każda skuteczna odpowiedź wywołuje więc następną kontrę.

Walka toczy się przy tym nie tylko między urządzeniami. Celem stają się również ludzie, którzy je obsługują. Analitycy brytyjskiego Royal United Services Institute zwracają uwagę, że rosjanie systematycznie wykorzystują rozpoznawcze BSP do poszukiwania ukraińskich stanowisk dowodzenia, systemów WRE i zespołów operatorów bezzałogowców. Po ich wykryciu do ataku mogą zostać użyte kolejne drony albo artyleria. Specjalista siedzący kilka czy kilkanaście kilometrów od pierwszej linii nie musi więc być wcale bezpieczniejszy tylko dlatego, że nie znajduje się w okopie.

Trwa więc nieustanny wyścig. Jedna strona znajduje sposób na skuteczne użycie dronów, druga próbuje je zakłócić lub zniszczyć. Gdy pojawia się skuteczna odpowiedź, przeciwnik szuka sposobu na jej obejście. W tym pojedynku liczy się nie tylko sprzęt, lecz także ludzie, którzy potrafią szybko zrozumieć, dlaczego dotychczasowe rozwiązanie przestało działać, i znaleźć nowe.

To jeszcze jedna cecha łącząca nowych specjalistów z tradycyjnymi siłami specjalnymi. Elitarność nigdy nie polegała wyłącznie na perfekcyjnym opanowaniu określonych procedur. Komandos musi potrafić działać wtedy, gdy sytuacja rozwija się inaczej, niż przewidywał plan. Wojna technologiczna wymaga podobnej zdolności – tyle że czasami zamiast zmiany sposobu wejścia do budynku oznacza zmianę częstotliwości, oprogramowania, anteny albo całej konstrukcji bezzałogowca.

… i na potrzeby tego wpisu to wszystko. Do lektury ciągu dalszego mojego tekstu zapraszam Was do portalu TVP.Info, oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Operator drona z ZSU podczas szkoleń dla ukraińskiej armii organizowanych w Polsce/fot. własne

Szkolenie

Był rok 1993. Elitarne oddziały armii amerykańskiej zostały brutalnie zdziesiątkowane przez słabo wyszkolonych somalijskich bojowników. Rutynowa akcja przekształciła się w wielogodzinne starcie, w którym śmierć poniosło 18 Amerykanów, a 73 zostało rannych. „Jakim cudem straciliśmy aż tylu żołnierzy?” – zastanawiali się dowódcy Rangersów, Delty i Navy Seals.

Wydarzenia z Mogadiszu – szerszej publiczności znane z filmu Ridleya Scotta „Black Hawk Down” – analizowano w Pentagonie na wiele sposobów. Jedna z kluczowych konkluzji dotyczyła wyszkolenia medycznego żołnierzy elitarnych formacji US Army. Okazało się, że daje ono umiejętności tożsame z posiadanymi przez cywilnych ratowników medycznych. Tymczasem na polu bitwy taki zakres kompetencji był zwyczajnie niewystarczający. Mówiąc wprost, część spośród zabitych udałoby się uratować, gdyby medycy wiedzieli, jak tego dokonać. W takich okolicznościach zaczął się kolejny rozdział w historii medycyny wojskowej. Do jego opisu wystarczą cztery litery – TCCC (ang. Tactical Combat Casualty Care).

Tak zwana „czerwona taktyka” została szybko wdrożona do programów szkoleniowych armii amerykańskiej. Musiały minąć lata, nim dotarła też do Polski. Pionierem, jak to często bywa, okazały się siły specjalne – to one posiadają dziś najlepszych paramedyków, wyszkolonych zgodnie z zaleceniami TCCC. Z doświadczeniem bojowym, nabytym w Afganistanie.

Nie czas i miejsce, by opisywać zasady TC3. Wystarczy wspomnieć, że podstawowe umiejętności w tym zakresie dają rannemu szanse, by uporał się z krwotokiem, w tym przypadku także z własnego ciała, zatrzymaniem oddychania i odmą płucną – konsekwencjami obrażeń typowych nie tylko dla pola walki.

– Ledwie zrobiłem kurs, a przyszło mi, w ciągu jednego wieczoru, pomagać ofiarom trzech wypadków drogowych – usłyszałem od instruktora TC3, na co dzień żołnierza jednej z naszych jednostek specjalnych.

Świadomość, że TCCC – jakkolwiek „wyrosłe” w oderwaniu od medycyny cywilnej – może znaleźć zastosowanie także w codziennym życiu, zadecydowała o wyjściu czerwonej taktyki poza mury koszar. Na rynku pojawiły się oferty kursów. Z oczywistych powodów zainteresowały one i mnie.

W Iraku czy w Afganistanie niemal zawsze miałem w pobliżu kogoś, kto był w stanie udzielić profesjonalnej pomocy medycznej. To na Ukrainie – gdzie żołnierze obu stron nie mieli pojęcia, jak sobie pomóc w razie zranienia – przyszła refleksja, że najlepiej liczyć na siebie – i kolegów. Ostateczną decyzję podjąłem w Libanie, w jednym z obozów dla uchodźców, kiedy uświadomiłem sobie, że nie wywinę się, jeśli ktoś sprzeda mi kosę. Potem, przez wiele miesięcy, brakowało czasu, ale w weekend udało się postawić pierwszy krok w zakresie taktycznego ratownictwa medycznego. W niedzielę, z rąk doświadczonych instruktorów z Eagle-Med System, otrzymałem specjalny certyfikat.

Teraz pozostaje ćwiczyć i mieć nadzieję, że nigdy nie będę musiał użyć nowo nabytych umiejętności.

GALERIA/fot. Darek Prosiński, Eagle-Med System

—–

Jedna z naczelnych zasad TCCC brzmi: Nawet w sytuacji beznadziejnej (pozorant na zdjęciu miał krwotok z tętnicy szyjnej; właściwie nie do powstrzymania), podejmujesz akcję ratunkową. Liczy się bowiem efekt psychologiczny – rannemu nie pomożesz, ale pozostałym pokażesz, że będziesz walczył o nich do końca…/fot. Darek Prosiński, Eagle-Med System

Postaw mi kawę na buycoffee.to