Tory

rosyjskie ataki na ukraińską infrastrukturę transportową wyraźnie się nasilają. Drony uderzają w kolej, porty i przejścia graniczne, także te położone przy zachodniej granicy kraju. Ataki zagrażają również cywilom, stąd wyjaśnienie, że rosjanom chodzi o zastraszenie społeczeństwa i złamanie jego odporności. Ale czy tylko?

W niedzielę 13 września rosyjski atak dronowy spowodował pożar stacji paliw i ciężarówek w pobliżu przejścia Jagodzin–Dorohusk. Do zdarzenia doszło niespełna 800 metrów od polskiej granicy. Odprawy trzeba było wstrzymać, a ludzi ewakuować z pojazdów do miejsc schronienia. Również 13 września rosyjski bezzałogowiec uderzył w lokomotywę pociągu w tym samym rejonie, około dwóch kilometrów od naszej granicy. Tym razem na szczęście nikt nie zginął.

rosjanie od początku pełnoskalowej wojny atakują obiekty cywilne, a ich bomby, drony i rakiety zabijają mieszkańców ukraińskich miast i niszczą domy, szkoły czy szpitale. Tylko 12 września rosyjskie naloty zabiły co najmniej 10 osób i raniły dziesiątki kolejnych. Terror jest więc ważnym elementem rosyjskiej kampanii, ale nie wyjaśnia wszystkiego.

Kręgosłup państwa na wojnie

Kolej jest obiektem cywilnym. Jeżdżą nią pasażerowie, przewożone są zboże, stal, paliwa i tysiące innych produktów. W warunkach wojny staje się jednak również jednym z najważniejszych elementów wojskowej logistyki.

Ukraina jest pod tym względem przypadkiem szczególnym. To ogromny kraj, a linia frontu liczy ponad 1200 kilometrów. Każdego dnia trzeba dostarczać na nią amunicję, paliwo, części zamienne, wyposażenie i ludzi. Przy takich odległościach i skali potrzeb kolej ma przewagę, której nie da się łatwo zastąpić transportem drogowym. Pojedynczy skład może zabrać ładunek wymagający użycia dziesiątek ciężarówek, zużywając przy tym mniej paliwa i angażując mniej ludzi. Ponadto sieć drogowa już przed pełnoskalową wojną należała do słabych punktów ukraińskiej infrastruktury. Drogi lokalne i regionalne są stosunkowo rzadkie, a duża część pozostaje w złym stanie. Wojna tylko pogłębiła te problemy – niszcząc drogi i mosty oraz kierując na pozostałe trasy jeszcze większy strumień ciężkiego transportu.

Kolej pozostaje więc jedną z głównych arterii łączących zachodnie zaplecze kraju z rejonami położonymi bliżej frontu. A właśnie na zachodniej granicy ukraiński system logistyczny łączy się z europejskim zapleczem, przez które płynie pomoc wojskowa.

O skali tego przedsięwzięcia świadczą dane natowskiej misji NSATU, która koordynuje część międzynarodowej pomocy wojskowej dla Ukrainy. W 2025 roku przez zarządzany przez nią system dostaw przeszło około 220 tys. ton uzbrojenia i wyposażenia. Jak wyliczał zastępca dowódcy NSATU gen. Maik Keller, odpowiada to ładunkowi około 9 tys. ciężarówek lub 1800 wagonów kolejowych. Większość dostaw koordynowanych przez NSATU przechodziła przez hub w Polsce, a NATO przygotowywało drugi w Rumunii.

Z punktu widzenia rosyjskiego sztabu ten system jest częścią zaplecza ukraińskiej armii. Nie oznacza to, że każdy pociąg i obiekt kolejowy automatycznie staje się celem wojskowym. Oznacza natomiast, że rosja ma wojskowy interes w ograniczeniu możliwości transportowych Ukrainy.

Naturalne wąskie gardła

Atakowanie samych torów jest mało efektywne. Uszkodzony odcinek można stosunkowo szybko naprawić albo ominąć. Znacznie bardziej opłaca się uderzać w elementy, od których zależy funkcjonowanie całego systemu: węzły kolejowe, mosty, podstacje zasilające trakcję, lokomotywownie czy tabor.

Taki wzorzec działań obserwujemy już od dawna. We wrześniu 2025 roku prezes Ukrzaliznyci Ołeksandr Percowski mówił Reutersowi o „systematycznej” rosyjskiej kampanii przeciw kolei, która nasiliła się latem. rosjanie atakowali m.in. podstacje energetyczne i kluczowe węzły. Około 30 proc. ukraińskiej sieci kolejowej znajdowało się wówczas w ciągłej naprawie, a przewoźnik zatrudniający około 170 tys. osób musiał zastępować uszkodzone systemy i organizować transport alternatywny.

Te dane pokazują, że celem takiej kampanii nie musi być całkowite sparaliżowanie kolei. Przy rozmiarach Ukrainy i odporności jej systemu transportowego byłoby to zresztą niezwykle trudne. Wystarczy pogorszyć jego działanie. Każda kilkugodzinna przerwa, konieczność skierowania pociągu objazdem, użycia lokomotywy spalinowej zamiast elektrycznej czy przerzucenia ładunku na ciężarówki oznacza opóźnienie i dodatkowy koszt. Jeśli takie zakłócenia pojawiają się jednocześnie w wielu miejscach, ich skutki zaczynają się kumulować.

Jeszcze „ciekawszym” celem są przejścia graniczne. Wewnątrz Ukrainy istnieją tysiące kilometrów dróg i linii kolejowych. Na zachodniej granicy cały ten system styka się jednak z europejską siecią transportową w ograniczonej liczbie miejsc. Dochodzi do tego różnica rozstawu torów między większością Ukrainy a państwami Unii Europejskiej, która zwiększa znaczenie terminali przeładunkowych i infrastruktury po obu stronach granicy. Powstają w ten sposób naturalne wąskie gardła: miejsca, przez które musi przejść duża część ruchu między Ukrainą a jej europejskim zapleczem.

1 września rosjanie uderzyli w przejście Orliwka na granicy z Rumunią. Odprawy ludzi i pojazdów zostały czasowo zawieszone. W sierpniu w obwodzie odeskim ogłoszono ponad 300 alarmów lotniczych trwających łącznie 238 godzin. Już samo to utrudnia funkcjonowanie transportu. Dwanaście dni później rosyjskie drony uderzyły w rejon Jagodzina przy polskiej granicy. Po tym incydencie rosyjskie MON oznajmiło, że celem ataku była infrastruktura służąca do przewozu ładunków wojskowych z Europy. rosyjskich komunikatów nie należy traktować jako wiarygodnego opisu konkretnych uderzeń – zwłaszcza gdy trafiane są obiekty cywilne. Sam wybór rejonów uderzeń pokazuje jednak zainteresowanie Moskwy zachodnimi korytarzami transportowymi Ukrainy.

A znaczenie wspomnianych korytarzy nie ogranicza się do logistyki wojskowej – o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna”. Oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Screen z nagrania ujawnionego przez rosyjskie ministerstwo obrony. Film przedstawia atak na pociąg w pobliżu granicy z Polską.

Pancerze

Ukraina zgłasza zapotrzebowanie na większą liczbę wozów bojowych – bewupów, transporterów i czołgów. To potwierdzona informacja z dowództwa NATO zajmującego się koordynacją zachodniej pomocy. „No ale jak to!?”, mógłby rzec ktoś. „Przecież drony wyeliminowały z pola walki sprzęt ciężki…”, argumentowałby świadomy lub nie wyznawca dronozy. Z czego nie czynię zarzutu, bo łatwo nim zostać, będąc zewsząd bombardowanym doniesieniami o absolutnej dominacji bezzałogowców. Tymczasem sprawa jest bardziej złożona, co od dawna usiłuję przekazać swoim Czytelnikom.

Drony rzeczywiście ograniczyły obecność czołgów i wozów bojowych na rosyjsko-ukraińskim froncie. Na odcinkach najbardziej nasyconych bezzałogowcami redukując ich role do działających z oddali, mobilnych stanowisk artyleryjskich (czołgi) i „taksówek” podwożących żołnierzy na podejścia do „zerówek” (bwp-y i transportery). To nadal użycie zgodne z zasadami sztuki, niemniej mocno redukcyjne, pozbawione elementu ofensywnego.

Ale…

Dronami można przeciwnika szachować – razić go, gdy atakuje, dokonywać nalotów na jego pozycje obronne i, przede wszystkim, paraliżować jego logistykę. Jeśli tym działaniom będzie towarzyszyć skuteczne zwalczanie wrogich dronów – kinetyczne i z użyciem środków zagłuszania – można pokusić się o coś więcej. O przejęcie inicjatywy, czyli próbę zdobycia/odzyskania terenu.

Rzecz w tym, że drony tego nie zrobią. Potrzebny jest – jak to się mówi w anglosaskiej terminologii wojskowej – boot on the ground. Człowiek, który fizycznie zabezpieczy zdobyty obszar. Tyle że ten człowiek musi być jak najlepiej chroniony – także pancerzem. I musi mieć przewagę ogniową, czyli coś więcej niż karabin. Najlepiej coś, co będzie w stanie niszczyć ogniem bezpośrednim umocnione stanowiska wroga. Do czego idealnie nadaje się na przykład czołgowa armata (dysponująca siłą, której żaden dron mieć nie będzie).

Tak drodzy Państwo, właśnie to usiłuję Wam powiedzieć: Ukraińcy wracają do manewru na froncie. Na razie na poziomie taktycznym, w walce o niewielkie obszary, ale dotychczasowe doświadczenia znad rzeki Oskoł (na pograniczu obwodu charkowskiego i donieckiego) są obiecujące. Problem w tym, że do działań na większą skalę zwyczajnie brakuje sprzętu. Mnóstwo czołgów i wozów bojowych Ukraińcom „wyszło”, skupiając się na obronie i dronach poniekąd sami też temat zaniedbali. I stąd zwiększone zapotrzebowanie.

Podkreślmy to: warunkiem tego manewru jest zredukowanie dronowych możliwości przeciwnika. Wtórnym, ale wciąż ważnym – zabezpieczenie nacierających oddziałów na okoliczność uderzeń wrogich dronów, które mimo wszystko się przedrą. Atakować nie mogą zatem „gołe” czołgi czy bwp-y, a wozy wyposażone w systemy ochronne (co najmniej siatki i zagłuszarki). Oczywiście pod parasolem własnych dronów.

Które są bardzo ważne – jako część całego „ekosystemu”, pozwalającego na efektywną walkę, w tym przypadku natarcie.

I już na marginesie: ukraińskie doświadczenia niosą korzystny dla natowskich armii wniosek. Paraliż rosyjskich dronów otwiera drogę dla działań na lądzie, w których Sojusz ma miażdżącą przewagę techniczną nad rosjanami. Biorąc pod uwagę zaplecze finansowe, technologiczne i organizacyjne NATO, trudno mi sobie wyobrazić, by wyłączenie ruSSkich bezzałogowców stanowiło wyzwanie nie do pokonania.

Amen.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Kopuła

Polska wydaje dziesiątki miliardów złotych na programy Wisła, Narew, Pilica+ oraz systemy przeciwdronowe, ale nawet po ich zakończeniu nie będziemy dysponowali szczelną tarczą chroniącą każdy fragment kraju. Takiej obrony nie ma żadne państwo i przy obecnych możliwościach technicznych nie sposób jej stworzyć. Systemy przeciwlotnicze i przeciwrakietowe mają przede wszystkim chronić najważniejsze obiekty, wojska i infrastrukturę oraz ograniczać skutki uderzeń przeciwnika. Dlatego fakt, że pojedynczy dron czy rakieta przedrze się przez obronę, nie musi oznaczać jej porażki.

Warto o tym pamiętać zwłaszcza wtedy, gdy kolejny incydent w polskiej przestrzeni powietrznej wywołuje pytanie: skoro kupujemy tak wiele systemów przeciwlotniczych, to dlaczego po prostu nie zamkniemy nimi całego nieba nad Polską? Odpowiedź brzmi: bo nie można.

Najłatwiej ulec złudzeniu, patrząc na mapy pokazujące zasięgi poszczególnych zestawów przeciwlotniczych. Wystarczy zaznaczyć pozycję baterii, narysować wokół niej okrąg odpowiadający maksymalnemu zasięgowi pocisku i powtórzyć tę operację odpowiednią liczbę razy. Gdy okręgi pokryją całą powierzchnię Polski, można odnieść wrażenie, że powstała szczelna tarcza.

Tyle że w rzeczywistości obrona powietrzna tak nie działa.

Zasięg pocisku nie jest promieniem chronionej przez niego kopuły. To, z jakiej odległości można wykryć, śledzić i ostatecznie zwalczyć cel, zależy między innymi od rodzaju celu, wysokości i kierunku jego lotu, ukształtowania terenu, położenia radarów oraz geometrii przechwycenia. Samolot lecący na wysokości kilku czy kilkunastu kilometrów może być widoczny dla naziemnego radaru z odległości setek kilometrów. Pocisk manewrujący albo niewielki dron lecący kilkadziesiąt metrów nad ziemią może pojawić się na ekranie znacznie później.

Powodem jest choćby krzywizna Ziemi. Radar stojący na ziemi nie widzi przez horyzont, a dodatkowym problemem są wzgórza, budynki, lasy i inne przeszkody terenowe. Dlatego właśnie tak ważne są samoloty wczesnego ostrzegania, sensory wyniesione w powietrze i tworzenie sieci, w której informacje z wielu źródeł składają się na jeden obraz sytuacji. Ale nawet najbardziej rozbudowana sieć sensorów nie zmienia podstawowej zasady: wykrycie celu jest dopiero początkiem. Trzeba go jeszcze zidentyfikować, podjąć decyzję o zwalczaniu, przekazać dane do odpowiedniego efektora i znaleźć się w warunkach umożliwiających przechwycenie.

Nie wszystko jest równie ważne

Jest jeszcze istotniejszy powód, dla którego obrona powietrzna nie tworzy szczelnej kopuły. Nie buduje się jej po to, aby z jednakową intensywnością bronić każdego kilometra kwadratowego terytorium.

W czasie wojny dowódca dysponuje określoną liczbą radarów, wyrzutni, pocisków, samolotów i ludzi. Jednocześnie liczba potencjalnych celów ataku jest ogromna. Są nimi stanowiska dowodzenia, lotniska, bazy wojskowe, zgrupowania wojsk, składy amunicji, węzły kolejowe i drogowe, przeprawy przez rzeki, elektrownie, stacje elektroenergetyczne, rafinerie, porty, zakłady przemysłu obronnego, centra łączności czy ośrodki administracji państwowej.

Nie sposób zapewnić każdemu z nich takiej samej ochrony.

Dlatego jednym z fundamentów planowania obrony powietrznej jest ustalanie priorytetów. System ma przede wszystkim uniemożliwić przeciwnikowi zniszczenie tych elementów, których utrata najbardziej ograniczyłaby zdolność armii do prowadzenia działań albo państwa do funkcjonowania. W praktyce oznacza to również konieczność zaakceptowania faktu, że części potencjalnych celów nie będzie można chronić równie silnie, a niektórych wcale.

Brzmi to brutalnie, lecz obrona powietrzna jest także sztuką decydowania, czego w danym momencie bronić nie będziemy.

Tak właśnie problem ujmuje NATO. W opublikowanej w 2025 roku polityce zintegrowanej obrony powietrznej i przeciwrakietowej Sojusz wskazuje, że podczas kryzysu i konfliktu jednym z jej podstawowych zadań jest ochrona sił oraz infrastruktury i zasobów koniecznych do realizacji planów operacyjnych. Dokument mówi również o konieczności elastycznego przenoszenia środków obrony w zależności od zmieniającej się sytuacji.

To ważna różnica między potocznym wyobrażeniem a wojskową logiką. Obronę przeciwlotniczą można skoncentrować wokół Warszawy, ważnego lotniska albo zgrupowania wojsk. Nie można jednak z równą intensywnością rozmieścić jej nad ponad 300 tys. kilometrów kwadratowych Polski.

Atakujący wybiera miejsce

Problem pogłębia jeszcze jedna fundamentalna przewaga napastnika: to on wybiera czas, kierunek i skalę uderzenia.

Załóżmy, że obrońca dysponuje setkami środków zdolnych do zwalczania celów powietrznych. Musi rozmieścić je wcześniej, chroniąc wiele miejsc jednocześnie. Napastnik może tymczasem zgromadzić setki dronów i pocisków, a następnie znaczną ich część skierować przeciw kilku wybranym celom. Innymi słowy: obrońca musi się rozpraszać, atakujący może się koncentrować.

Wojna w Ukrainie pokazuje ten mechanizm niemal każdej nocy.

Ukraińcy dysponują dziś prawdopodobnie najbardziej doświadczoną bojowo obroną powietrzną na świecie. Łączą systemy Patriot, NASAMS i IRIS-T z zestawami postsowieckimi, lotnictwem, walką radioelektroniczną, mobilnymi grupami ogniowymi i coraz liczniejszymi systemami przeznaczonymi specjalnie do zwalczania bezzałogowców. Mimo to rosyjskie pociski i drony nadal docierają do celów.

Dobrym przykładem był atak przeprowadzony w nocy z 5 na 6 lipca tego roku. Według ukraińskich Sił Powietrznych rosja użyła łącznie 419 środków napadu powietrznego: 351 bezzałogowców różnych typów oraz 68 rakiet i pocisków, wśród nich 23 Iskandery-M lub pociski systemu S-400 użyte do atakowania celów naziemnych, sześć Cyrkonów lub Oniksów, 33 pociski manewrujące Ch-101 i sześć Kalibrów. Ukraińska obrona zestrzeliła lub obezwładniła 363 cele – 326 dronów oraz 37 pocisków manewrujących. Mimo tak wysokiej skuteczności odnotowano trafienia w 34 miejscach.

Nie jest to dowód na nieskuteczność ukraińskiej obrony. Jest ilustracją jej ograniczeń.

rosjanie mogą wysyłać drony z kilku kierunków, zmieniać ich trasy już podczas lotu, wykorzystywać maszyny pełniące rolę wabików, a właściwe pociski kierować tam, gdzie próbują przeciążyć obronę. Mogą również łączyć środki o zupełnie różnych charakterystykach – od wolnych Shahedów po pociski manewrujące i rakiety poruszające się po trajektorii balistycznej. Każde z tych zagrożeń wymaga innego sposobu wykrywania i zwalczania.

W efekcie nawet bardzo wysoki procent przechwyceń nie oznacza, że nic nie trafi w ziemię (…).

Nie zestrzelić, lecz przetrwać

Największym nieporozumieniem jest jednak sprowadzanie obrony przed atakiem powietrznym do zestrzeliwania tego, co przeciwnik wyśle w naszą stronę.

NATO wyróżnia w zintegrowanej obronie powietrznej i przeciwrakietowej zarówno obronę aktywną, jak i pasywną. Ta pierwsza obejmuje między innymi lotnictwo oraz naziemne systemy różnych zasięgów. Zadaniem drugiej jest zmniejszenie skutków tych uderzeń, których nie udało się powstrzymać. Wśród stosowanych środków Sojusz wymienia wzmacnianie i zabezpieczanie obiektów, maskowanie, ukrywanie i pozorację, rozproszenie oraz redundancję.

To bardzo ważna część całej układanki. Jeśli przeciwnik może zniszczyć jednym trafieniem jedyne stanowisko dowodzenia, rozwiązaniem nie zawsze musi być ustawienie przed nim kolejnej wyrzutni rakiet przeciwlotniczych. Można stworzyć stanowisko zapasowe i rozproszyć system dowodzenia. Samoloty można rozmieścić na kilku lotniskach, sprzęt ukrywać i maskować, budować schronohangary, tworzyć zapasowe magazyny paliwa i amunicji. Chodzi o to, by nawet skuteczne trafienie nie pozbawiło wojska zdolności do dalszego działania.

Ta sama zasada dotyczy infrastruktury cywilnej. Jeśli jeden atak może pozbawić dużą część kraju energii elektrycznej, potrzebna jest nie tylko obrona kluczowych elementów sieci, lecz także możliwość ich zastąpienia, obejścia uszkodzonego fragmentu albo szybkiego przywrócenia działania. Celem nie jest bowiem uniemożliwienie przeciwnikowi trafienia czegokolwiek. Jest nim pozbawienie go korzyści, którą miał osiągnąć dzięki temu trafieniu.

NATO ujmuje tę logikę w czterech kolejnych efektach: „no threat”, czyli brak zagrożenia, „no launch” – niedopuszczenie do odpalenia środka napadu, „no impact” – uniemożliwienie mu dotarcia do celu, oraz „no consequences” – ograniczenie skutków, jeśli atak mimo wszystko okaże się skuteczny. Zagrożenie można więc odstraszyć, środki napadu niszczyć jeszcze przed ich użyciem, przechwytywać już po odpaleniu, a jeśli przedrą się przez obronę – zadbać o to, by wyrządziły możliwie najmniejsze szkody. Sama aktywna obrona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa odpowiada więc tylko za jeden z elementów tego procesu.

Właśnie w ten sposób NATO rozumie IAMD (Integrated Air and Missile Defence), czyli zintegrowaną obronę powietrzną i przeciwrakietową. Jej zadaniem nie jest zagwarantowanie, że każdy samolot, dron czy pocisk zostanie zestrzelony, lecz zneutralizowanie zagrożenia albo ograniczenie jego skuteczności. Obrona zaczyna się zatem jeszcze przed startem rakiety przeciwnika i nie kończy w chwili, gdy którejś z nich uda się przebić przez system przeciwlotniczy (…).

Ten tekst ma swój ciąg dalszy i generalnie istnieje w rozszerzonej wersji – opublikowałem ją w portalu „Polska Zbrojna”, oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Elita

Jeszcze do niedawna za wojskową elitę uchodzili komandosi GROM-u, SAS, Delty czy Navy SEALs – żołnierze przechodzący morderczą selekcję, doskonale wyszkoleni i przygotowani do wykonywania zadań niedostępnych dla zwykłych jednostek. Wojna w Ukrainie tego wzorca nie unieważniła, ale go poszerzyła. Dziś nieproporcjonalnie duży wpływ na przebieg walk mają operatorzy bezzałogowców, specjaliści walki radioelektronicznej, programiści i analitycy danych.

Według danych przedstawionych na początku 2026 roku przez ukraińskie władze, ponad 80 proc. rosyjskich celów niszczonych przez Siły Zbrojne Ukrainy przypada na systemy bezzałogowe. W samym 2025 roku w ukraińskim systemie ewidencji odnotowano niemal 820 tys. potwierdzonych nagraniami trafień w cele przeciwnika.

Tyle że obraz operatora FPV, który samodzielnie poluje na rosyjskie czołgi, byłby nieadekwatny. Im bardziej bowiem nasycone technologią staje się pole walki, tym mniej zależy na nim od umiejętności pojedynczego człowieka. Największą przewagę dają dziś zespoły zdolne połączyć kolejne elementy jednego procesu: wykryć przeciwnika, rozpoznać cel, przekazać informację, wybrać odpowiedni środek rażenia, zaatakować i sprawdzić rezultat.

Niektóre z takich zespołów stały się już markami rozpoznawalnymi nie gorzej niż nazwy tradycyjnych formacji specjalnych. Dość wspomnieć takie jednostki jak „Ptaki Madziara”, NEMESIS, Raroh czy Achilles. Co więcej, znaczenie systemów bezzałogowych jest na tyle duże, że Ukraina stworzyła poświęcony im osobny rodzaj sił zbrojnych – Siły Systemów Bezzałogowych.

Nie operator, lecz cały system

Skuteczność takich jednostek zależy jednak nie tylko od umiejętności personalu. Jednym z narzędzi pozwalających Ukraińcom łączyć poszczególne elementy pola walki jest DELTA – rozwijany od lat system, który zbiera i porządkuje informacje pochodzące z różnych źródeł i udostępnia je dowódcom oraz żołnierzom. Na początku 2026 roku uruchomiono w nim Mission Control, przeznaczony specjalnie do zarządzania operacjami systemów bezzałogowych. Każda załoga może wprowadzić do systemu m.in. typ używanego drona, miejsce startu, trasę i wykonywane zadanie. Dane nie kończą jednak życia w kolejnym wojskowym raporcie. Są automatycznie przetwarzane i trafiają na cyfrowe pulpity dostępne na różnych szczeblach dowodzenia.

Skala przedsięwzięcia jest już ogromna. Do początku marca Mission Control wygenerował ponad 150 tys. cyfrowych raportów z wykonanych misji, a kilka tygodni później system działał we wszystkich ukraińskich korpusach i zgrupowaniach wojsk. Dowódcy mogą dzięki niemu śledzić wykorzystanie bezzałogowców, porównywać skuteczność jednostek i sprzętu, koordynować ich działanie z obroną przeciwlotniczą oraz walką radioelektroniczną. Informacje są dostępne jednocześnie na różnych poziomach – od batalionu po Sztab Generalny i Ministerstwo Obrony.

– Budujemy system, w którym każde działanie zamienia się w dane, a dane w decyzje – tak wiosną br. sens Mission Control tłumaczył ówczesny minister obrony Ukrainy Mychajło Fedorow.

Jeden człowiek obsługuje sensor, drugi interpretuje dostarczone przez niego informacje, kolejny odpowiada za łączność lub walkę radioelektroniczną, następny uruchamia środek rażenia. Gdzieś za nimi pracują programiści, którzy napisali oprogramowanie łączące wszystkie elementy, oraz analitycy wyciągający wnioski z tysięcy wcześniejszych misji. Żaden z nich sam nie musi dysponować możliwościami kojarzonymi z żołnierzem jednostki specjalnej. Razem mogą jednak w ciągu kilku minut odnaleźć i zniszczyć cel znajdujący się kilkanaście czy kilkadziesiąt kilometrów dalej.

I właśnie zdolność skrócenia czasu między wykryciem przeciwnika a jego skutecznym zaatakowaniem staje się jedną z najcenniejszych kompetencji współczesnej armii. Coraz częściej nie wygrywa bowiem ten, kto dysponuje lepszym pojedynczym dronem, sensorem czy pociskiem. Wygrywa ten, kto potrafi szybciej połączyć je w jeden sprawnie działający system.

Technologiczny wyścig

Jest jeszcze jeden powód, dla którego sama umiejętność obsługi drona nie wystarcza, by mówić o wojskowej elicie. Na ukraińskim froncie technologia starzeje się w niezwykłym tempie. Rozwiązanie, które dziś daje przewagę, za kilka tygodni może być znacznie mniej skuteczne, bo przeciwnik nauczy się je zakłócać, wykrywać albo zwalczać. Dlatego jedną z najcenniejszych umiejętności stała się zdolność szybszego dostosowywania się do zmian niż robi to druga strona.

Doskonale widać to w pojedynku między bezzałogowcami a systemami walki radioelektronicznej. Większość popularnych FPV wymaga łączności radiowej między operatorem a maszyną, a wiele innych systemów korzysta z nawigacji satelitarnej. Zakłócenie sygnału sterującego lub GPS może więc uniemożliwić wykonanie zadania. Stąd ogromne znaczenie specjalistów WRE, którzy próbują wykrywać używane przez przeciwnika częstotliwości i zagłuszać je, chroniąc własne oddziały przed atakiem.

Tyle że druga strona natychmiast szuka odpowiedzi. Zmienia częstotliwości, sposób transmisji i oprogramowanie, stosuje rozwiązania zwiększające autonomię dronów. Jedną z najbardziej spektakularnych odpowiedzi stały się bezzałogowce FPV sterowane za pomocą rozwijanego za nimi cienkiego przewodu światłowodowego. Nie potrzebują radiowego połączenia z operatorem, dlatego tradycyjne zagłuszanie nie pozwala zerwać ich sterowania. Problem urósł do takich rozmiarów, że NATO uruchomiło w 2025 roku specjalne wyzwanie technologiczne poświęcone metodom wykrywania i zwalczania dronów światłowodowych.

Na tym technologiczny pojedynek się nie kończy. Coraz większą rolę odgrywają systemy computer vision pozwalające dronowi rozpoznać wskazany obiekt i kontynuować atak nawet po utracie kontaktu z operatorem. Rozwijana jest autonomiczna nawigacja niewymagająca sygnału satelitarnego, a równocześnie powstają kolejne metody wykrywania i fizycznego niszczenia bezzałogowców odpornych na zakłócenia. Każda skuteczna odpowiedź wywołuje więc następną kontrę.

Walka toczy się przy tym nie tylko między urządzeniami. Celem stają się również ludzie, którzy je obsługują. Analitycy brytyjskiego Royal United Services Institute zwracają uwagę, że rosjanie systematycznie wykorzystują rozpoznawcze BSP do poszukiwania ukraińskich stanowisk dowodzenia, systemów WRE i zespołów operatorów bezzałogowców. Po ich wykryciu do ataku mogą zostać użyte kolejne drony albo artyleria. Specjalista siedzący kilka czy kilkanaście kilometrów od pierwszej linii nie musi więc być wcale bezpieczniejszy tylko dlatego, że nie znajduje się w okopie.

Trwa więc nieustanny wyścig. Jedna strona znajduje sposób na skuteczne użycie dronów, druga próbuje je zakłócić lub zniszczyć. Gdy pojawia się skuteczna odpowiedź, przeciwnik szuka sposobu na jej obejście. W tym pojedynku liczy się nie tylko sprzęt, lecz także ludzie, którzy potrafią szybko zrozumieć, dlaczego dotychczasowe rozwiązanie przestało działać, i znaleźć nowe.

To jeszcze jedna cecha łącząca nowych specjalistów z tradycyjnymi siłami specjalnymi. Elitarność nigdy nie polegała wyłącznie na perfekcyjnym opanowaniu określonych procedur. Komandos musi potrafić działać wtedy, gdy sytuacja rozwija się inaczej, niż przewidywał plan. Wojna technologiczna wymaga podobnej zdolności – tyle że czasami zamiast zmiany sposobu wejścia do budynku oznacza zmianę częstotliwości, oprogramowania, anteny albo całej konstrukcji bezzałogowca.

… i na potrzeby tego wpisu to wszystko. Do lektury ciągu dalszego mojego tekstu zapraszam Was do portalu TVP.Info, oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Operator drona z ZSU podczas szkoleń dla ukraińskiej armii organizowanych w Polsce/fot. własne

Totalna…

Jeszcze do niedawna ukraińskie ataki w głębi rosji były wymierzone przede wszystkim w rafinerie, bazy lotnicze i zakłady zbrojeniowe. Od kilku tygodni na liście celów coraz częściej pojawiają się magazyny Wildberries – największej rosyjskiej platformy handlu internetowego. Ukraińskie drony pokonują setki kilometrów, by niszczyć hale wypełnione elektroniką, ubraniami czy sprzętem AGD. Dlaczego Kijów uznał, że warto zużywać na nie cenne środki dalekiego zasięgu?

(…) Ukraińcy nie polują na sklepy czy punkty odbioru przesyłek, lecz na wielkie centra logistyczne – węzły, przez które przepływają ogromne ilości towarów. To pierwsza wskazówka pozwalająca zrozumieć sens tej kampanii.

Kijów uzasadnia ataki wojskowym znaczeniem infrastruktury Wildberries. Według strony ukraińskiej za pośrednictwem platformy do rosyjskich żołnierzy trafia wyposażenie oraz towary podwójnego zastosowania, w tym komponenty wykorzystywane do produkcji dronów. Kreml temu zaprzecza i przekonuje, że Ukraińcy świadomie atakują obiekty cywilne. Tego sporu nie sposób dziś jednoznacznie rozstrzygnąć, a twierdzeń o bezpośrednim udziale Wildberries w zaopatrywaniu armii nie należy traktować jako bezspornie potwierdzonych.

Nie oznacza to jednak, że argument o wojskowym znaczeniu platformy można łatwo odrzucić. Wojna w Ukrainie już dawno zatarła tradycyjną granicę między logistyką wojskową i cywilną. rosyjscy żołnierze, ich rodziny, wolontariusze oraz organizacje wspierające jednostki kupują na zwykłym rynku elektronikę, narzędzia, odzież, wyposażenie osobiste i tysiące innych produktów przydatnych na froncie. Część z nich to klasyczne towary podwójnego zastosowania – całkowicie cywilne w jednym miejscu, niezwykle użyteczne dla wojska w innym.

W takim modelu wojny platforma handlowa nie musi mieć podpisanej umowy z ministerstwem obrony, by stać się częścią zaplecza sił zbrojnych. Wystarczy, że jej sieć magazynów, transportu i dystrybucji umożliwia szybkie dostarczenie sprzętu tam, gdzie jest na niego zapotrzebowanie. Wildberries nie jest więc wojskową hurtownią. Ale ogromny system logistyczny stworzony przez firmę może służyć także ludziom prowadzącym i wspierającym wojnę (…).

Jest jednak jeszcze jeden wymiar ukraińskiej kampanii, być może najważniejszy. Przez ponad cztery lata Kreml usiłował prowadzić wojnę w taki sposób, aby większość rosjan odczuwała ją możliwie słabo. Owszem, setki tysięcy ludzi trafiły do armii, wzrosły wydatki wojskowe, pojawiły się sankcje i ograniczenia. Ale zwłaszcza mieszkańcy wielkich miast mieli nadal pracować, konsumować i żyć w poczuciu względnej normalności.

Wildberries stało się jednym z symboli tej normalności.

Można prowadzić największą wojnę w Europie od 1945 roku, a jednocześnie wieczorem zamówić telefon, buty, zabawkę dla dziecka czy ekspres do kawy i następnego dnia odebrać paczkę kilkaset metrów od domu. Wojna toczy się gdzieś daleko. Giną ludzie, płoną miasta, ale codzienny rytuał konsumpcji działa dokładnie tak jak wcześniej.

Ukraińskie drony próbują tę granicę przesunąć. Wojna ma pojawić się nie tylko w telewizyjnych wiadomościach czy w rodzinie zmobilizowanego żołnierza, ale również w najbardziej banalnych elementach codzienności: zamówienie jest opóźnione, towar przepadł w magazynie, sprzedawca zniknął z platformy, cena wzrosła.

To strategia niepozbawiona ryzyka. Magazyny Wildberries są obiektami cywilnymi i pracują w nich cywile. Już pierwsze duże uderzenia na centra logistyczne firmy przyniosły ofiary śmiertelne. Kolejni ludzie ginęli podczas następnych nalotów, także w sierpniu.

Im szerzej Ukraina definiuje infrastrukturę wspierającą rosyjski wysiłek wojenny, tym trudniejsze staje się pytanie o granicę między zapleczem militarnym a cywilnym. Jeśli magazyn internetowego sklepu staje się elementem machiny wojennej dlatego, że przepływają przez niego towary wykorzystywane także przez żołnierzy, gdzie kończy się gospodarcze zaplecze wojny? Podobny problem dotyczy również kolei, telekomunikacji, zakładów przemysłowych czy firm transportowych.

I nie jest to wyłącznie kwestia natury humanitarno-prawnej. Ukraińcy dają bowiem rosjanom argument do dalszej brutalizacji wojny. Moskwa również atakuje ukraińskie centra logistyczne, przekonując, że przechowywane i dystrybuowane są w nich komponenty dronów oraz inne towary podwójnego zastosowania. (…) Nie zmienia to zasadniczej odpowiedzialności za to, co dzieje się na Wschodzie. To rosja rozpoczęła wojnę i to ona narzuciła jej reguły, od początku atakując także cywilne zaplecze Ukrainy. Dziś jednak również Kijów coraz szerzej definiuje to, co stanowi zaplecze wojenne przeciwnika. Konflikt stopniowo przesuwa się więc w stronę modelu, w którym coraz trudniej oddzielić front od gospodarki i wojsko od cywilnego zaplecza.

Idzie w stronę wojny totalnej…

Znacznie bardziej rozbudowaną wersję tego tekstu opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.