Model44

Z gen. bryg. Grzegorzem Potrzuskim, szefem Zarządu Planowania i Programowania Rozwoju Sił Zbrojnych w SGWP, o programie pilotażowym SZ RP Model 44, przyszłej strukturze batalionów bojowych Wojska Polskiego i rosnącej roli systemów bezzałogowych rozmawiają Marcin Ogdowski i Tadeusz Wróbel.

W wybranych batalionach z 12 Brygady Zmechanizowanej i 17 Wielkopolskiej Brygady Zmechanizowanej testowane są nowe struktury organizacyjne. Co zdecydowało o potrzebie dokonania zmian, znanych pod nazwą Model 44?

Potrzeba wprowadzenia Modelu 44 wynika z doświadczeń współczesnych konfliktów, zwłaszcza wojny w Ukrainie, oraz analiz zmian zachodzących na polu walki. Trwające od roku testy poprzedziły wieloletnie analizy i symulacje prowadzone m.in. przez Sztab Generalny WP oraz podległe dowództwa i centra. Wykazały one, że obecna struktura i wyposażenie ograniczają zdolność batalionów do skutecznego i długotrwałego działania. Model 44 ma wzmocnić ich potencjał rozpoznawczy i uderzeniowy, usprawnić dowodzenie oraz zwiększyć elastyczność, interoperacyjność i zdolność do działań wielodomenowych.

W jaki sposób to zrobić?

Kluczowym elementem Modelu 44 jest nasycenie batalionu systemami bezzałogowymi – od dronów rozpoznawczych i uderzeniowych, przez amunicję krążącą i drony FPV, po platformy lądowe przeznaczone m.in. do dostarczania zaopatrzenia i ewakuacji rannych. Wymagało to przebudowy struktury batalionu: jedną z czterech kompanii bojowych zastąpiono kompanią bezzałogowych systemów uzbrojenia [KBSU]. W efekcie liczba wozów bojowych zmniejszyła się z 58 do 44 – stąd nazwa Model 44.

Dlaczego przyjęto rozwiązanie, które może zostać przez niektórych uznane za osłabiające batalion?

Analizowaliśmy również przydzielenie bezzałogowców do kompanii bojowych oraz dodanie nowej kompanii do obecnej struktury. Rozwiązania te nadmiernie rozbudowałyby jednak batalion, utrudniając dowodzenie i ograniczając jego manewrowość.

Model 44 zachowuje zbliżony stan etatowy, ale zwiększa potencjał bojowy dzięki synergii systemów załogowych i bezzałogowych. Czternaście wozów zastępują setki systemów bezzałogowych, w tym amunicja krążąca zdolna do precyzyjnego rażenia celów na dystansie do 30 km. Dowódca batalionu zyska tym samym możliwość samodzielnego zwalczania celów na odległościach dotychczas nieosiągalnych na tym szczeblu.

Będą też widzieć znacznie dalej niż do tej pory?

Zgadza się. Drony rozpoznawcze pozwolą dowódcy batalionu obserwować sytuację na głębokość kilkudziesięciu kilometrów i otrzymywać obraz niemal w czasie rzeczywistym. Umożliwi to wcześniejsze wykrywanie przeciwnika, śledzenie jego działań oraz szybkie wskazywanie celów środkom ogniowym. Skrócenie czasu od rozpoznania celu do wykonania uderzenia zwiększy precyzję i tempo działania batalionu.

Do tej pory batalion dysponował jedynie plutonem rozpoznawczym, którego możliwości były nieporównywalnie mniejsze. Aby zdobyć informacje o przeciwniku, często trzeba było wysyłać żołnierzy na niebezpieczne misje w głąb jego ugrupowania.

Model 44 zmienia tę logikę. Zadania rozpoznawcze przejmują systemy bezzałogowe, co poza wymienionymi wcześniej korzyściami oznacza też, że nie będziemy narażać zwiadowców na wykrycie i zniszczenie.

Część zadań przejmie sztuczna inteligencja?

To kolejne z założeń Modelu 44. Algorytmy sztucznej inteligencji mają wspomagać proces dowodzenia, zwłaszcza w analizie dużej ilości danych rozpoznawczych pozyskiwanych przez systemy bezzałogowe. Ich zadaniem będzie wstępna analiza, selekcja i priorytetyzacja informacji, w tym wykrywanie i klasyfikowanie celów oraz wskazywanie zagrożeń. Należy jednak wyraźnie podkreślić, że sztuczna inteligencja nie zastąpi dowódcy. Będzie narzędziem zwiększającym jego świadomość sytuacyjną i wspierającym podejmowanie decyzji oraz skuteczne wykorzystanie dostępnych środków walki.

Wstępnie przyjęto, że w kompanii bezzałogowych systemów uzbrojenia znajdzie się drużyna antydronowa. Czy to nie za mało w stosunku do rosnącego zagrożenia ze strony systemów bezzałogowych?

Jednym z wniosków z dotychczasowych testów Modelu 44 jest potrzeba dalszego wzmacniania zdolności batalionu do przeciwdziałania systemom bezzałogowym. Wstępna koncepcja zakłada utworzenie w KBSU wyspecjalizowanej drużyny antydronowej, jednak ochrona nie może ograniczać się do jednego pododdziału. Dlatego wszystkie wozy bojowe batalionu mają zostać wyposażone w systemy wykrywania i zakłócania dronów przeciwnika. Zdolności przeciwdronowe powinny stać się integralnym elementem całego batalionu, tworząc warstwowy system ochrony obejmujący wszystkie pododdziały.

Czy samo zagłuszanie wystarczy? Drony sterowane światłowodowo są na nie odporne.

Dlatego poza systemami walki elektronicznej przewidziano fizyczne osłony pojazdów, takie jak siatki ochronne. Rozważane jest również wyposażenie batalionów w kinetyczne systemy zwalczania dronów, w tym elementy powstającego systemu antydronowego SAN, jak wielolufowe karabiny maszynowe. Połączenie walki elektronicznej, ochrony pasywnej i efektorów kinetycznych ma zapewnić skuteczną obronę przed różnorodnymi zagrożeniami ze strony systemów bezzałogowych.

(…)

Objęte pilotażem kompanie zdały swoje Rosomaki. W to miejsce – poza dronami – pojawiły się wozy typu Ford Ranger oraz cięższe M-ATV, te ostatnie dla plutonu rozpoznawczego. W trakcie kolejnych ćwiczeń okazało się, że „rangery” nie wszędzie się sprawdzają.

Testy wykazały, że Ford Ranger, choć niezawodny w wielu zadaniach, ma zbyt małe możliwości transportowe dla plutonu uderzeniowego wyposażonego w systemy FlyEye i Warmate. Oprócz bezzałogowców i amunicji krążącej pododdział ten przewozi także stanowiska kierowania, agregaty, kompresory oraz inny sprzęt. Dlatego rozważamy wykorzystanie większej platformy, na przykład samochodu dostawczego klasy „bus”. Jest to możliwe, ponieważ pluton operuje na zapleczu batalionu. W jego przypadku ważniejsze od wysokiego poziomu ochrony balistycznej są ładowność, mobilność i możliwość sprawnego rozwinięcia stanowiska.

Pilotażowe jednostki z 12 i 17 Brygady Zmechanizowanej mają być certyfikowane w listopadzie 2026 roku. I co dalej?

O tym dowiecie się z dalszej części wywiadu, który ukazał się w sierpniowym numerze miesięcznika „Polska Zbrojna”. Redakcja publikuje go również w swoim portalu internetowym – oto link do tego materiału.

Notka:

Gen. bryg. Grzegorz Potrzuski jest szefem Zarządu Planowania i Programowania Rozwoju Sił Zbrojnych – P5 w Sztabie Generalnym Wojska Polskiego. Wcześniej był szefem Zarządu Wojsk Rakietowych i Artylerii w Inspektoracie Wojsk Lądowych DGRSZ.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Prowokacje

Szef MSZ Radosław Sikorski ostrzegł niedawno przed rosyjską operacją pod fałszywą flagą z wykorzystaniem przejętych ukraińskich dronów. Kilka dni później minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz poinformował, że rosjanie rzeczywiście weszli w posiadanie znacznej liczby takich maszyn i mogą próbować wykorzystać je do działań na terenie Polski.

Głos w sprawie zabrał też minister-koordynator służb specjalnych. Tomasz Siemoniak zwrócił uwagę, że rosyjskie operacje mogą polegać na sabotażu i podsycaniu napięć między Polakami a Ukraińcami. Sam fakt, że podobne ostrzeżenia jednocześnie formułują szefowie dyplomacji, MON i służb specjalnych, pokazuje, iż scenariusz prowokacji jest przez państwo traktowany całkowicie serio.

Zaznaczmy przy tym, że ewentualna prowokacja miałaby uderzyć nie tyle w Polskę, ile w zachodni system wsparcia dla Ukrainy. Nasz kraj pozostaje jednym z najważniejszych szlaków transportu uzbrojenia i pomocy humanitarnej oraz (niezależnie od ostatnich napięć) jednym z głównych politycznych sojuszników Kijowa. Gdyby po spektakularnym incydencie przez wiele tygodni trwała debata o bezpieczeństwie transportów, odpowiedzialności Ukrainy czy sensie dalszego angażowania się Polski w pomoc sąsiadowi, Kreml osiągnąłby swój cel. Nie musiałby niszczyć infrastruktury ani zajmować terytorium. Wystarczyłoby skłonić część opinii publicznej do zadania pytania: „Czy dalsze wspieranie Ukrainy nie sprowadza zagrożenia również na nas?”.

—–

Działania hybrydowe opierają się na wykorzystaniu niejednoznaczności. Najlepsza prowokacja to taka, której sprawcy nie da się od razu wskazać. Im więcej pytań pojawi się w pierwszych godzinach po incydencie, tym większe pole do działania zyska propaganda. Jej zadaniem nie musi być nawet przekonanie opinii publicznej do jednej, konkretnej wersji wydarzeń. Często wystarczy podważyć zaufanie do ustaleń państwowych instytucji i zasiać przekonanie, że „prawdy i tak nie da się ustalić”.

Równie ważna jest skala samego incydentu. Zbyt duży atak mógłby okazać się dla Kremla niekorzystny. Gdyby jednoznacznie przypisano go rosji i uznano za akt agresji wobec państwa NATO, Moskwa ryzykowałaby zdecydowaną odpowiedź Sojuszu. Znacznie korzystniejszy byłby więc incydent ograniczony – a zarazem na tyle poważny, by wywołać ogromne emocje.

Kluczową rolę odegrałby czas. Współczesne operacje informacyjne rozstrzygają się często nie w ciągu tygodni, lecz pierwszych godzin. Jeszcze zanim służby zabezpieczą miejsce zdarzenia i rozpoczną śledztwo, internet obiegają zdjęcia i nagrania, pojawiają się pierwsze komentarze, a media społecznościowe wypełniają się hipotezami. W takiej sytuacji fakty bardzo szybko przegrywają z emocjami.

rosyjskie służby doskonale rozumieją mechanizmy funkcjonowania współczesnego obiegu informacji. Dlatego celem prowokacji nie byłoby jedynie doprowadzenie do samego incydentu. Równie istotne byłoby przygotowanie gruntu pod jego interpretację – poprzez wcześniejsze kampanie dezinformacyjne, wzmacnianie skrajnych środowisk w mediach społecznościowych czy rozpowszechnianie narracji podważających wiarygodność państwowych instytucji. Jeśli po zdarzeniu społeczeństwo natychmiast podzieli się na zwalczające się obozy, wykonawcy operacji mogą uznać swoją misję za zakończoną.

—–

Najczęściej wskazywanym scenariuszem jest atak z wykorzystaniem bezzałogowców. rosja dysponuje ukraińskimi dronami zdobytymi na polu walki: zarówno maszynami przejętymi w całości, jak i wrakami, które można przebudować, naprawić lub wykorzystać do skopiowania charakterystycznych elementów konstrukcji. Teoretycznie pozwalałoby to przygotować aparat, którego pierwsze oględziny sugerowałyby ukraińskie pochodzenie.

Taki dron nie musiałby uderzyć w obiekt wojskowy. Wręcz przeciwnie – wybór celu mającego oczywiste znaczenie militarne zwiększałby ryzyko, że incydent zostanie uznany za rosyjski atak na zaplecze NATO. Z punktu widzenia prowokatora bardziej użyteczny byłby cel cywilny, lecz kojarzący się z pomocą dla Ukrainy: skład kolejowy, magazyn, zakład produkcyjny czy terminal przeładunkowy. Przy czym jego zniszczenie nie byłoby najważniejsze. Istotniejszy byłby chaos wokół ustalenia, skąd przyleciał dron i kto go wysłał.

rosjanie mogliby zadbać, aby trasa lotu prowadziła przez ukraińską przestrzeń powietrzną lub przebiegała w sposób umożliwiający przedstawienie incydentu jako skutku ukraińskiego ataku, awarii albo utraty kontroli nad maszyną. Jeszcze większy efekt informacyjny dałoby pojawienie się w innym miejscu bezzałogowca o wyraźnie ukraińskiej konstrukcji, który spadłby bez detonacji i został sfotografowany przez przypadkowych świadków przed przyjazdem służb. Nie byłby to dowód odpowiedzialności Kijowa, lecz w pierwszych godzinach dla wielu odbiorców mógłby nim zostać.

—–

Drugi wariant to klasyczny sabotaż infrastruktury. rosja nie musiałaby używać żadnego środka napadu powietrznego. Wystarczyłby pożar, eksplozja albo awaria wywołana przez ludzi działających na miejscu.

Tego rodzaju operacja byłaby prostsza do przeprowadzenia niż skomplikowany atak dronowy i łatwiejsza do ukrycia. Sprawcą nie musiałby być rosyjski funkcjonariusz. Dotychczasowe działania rosyjskich służb w Europie pokazały, że do prostych aktów sabotażu można werbować pośredników za pośrednictwem komunikatorów internetowych, często nie ujawniając im nawet, dla kogo rzeczywiście pracują. Zleceniodawca może znajdować się setki kilometrów dalej, a wykonawca otrzymać jedynie adres, instrukcję i obietnicę zapłaty.

Również w tym przypadku nie chodziłoby wyłącznie o straty materialne. Pożar magazynu paliw można przedstawić jako dowód bezradności państwa. Uszkodzenie linii kolejowej – jako znak, że transporty dla Ukrainy narażają Polskę na rosyjski odwet. Awarię sieci energetycznej – jako rezultat wojny, w którą rzekomo niepotrzebnie daliśmy się wciągnąć. Ta sama eksplozja może więc spełniać jednocześnie kilka funkcji: zakłócić działanie infrastruktury, zmusić służby do kosztownej reakcji i stać się paliwem dla kampanii propagandowej.

Trzeci scenariusz nie wymagałby ataku na infrastrukturę ani użycia dronów. Jego celem byłyby bezpośrednio relacje polsko-ukraińskie. rosyjskie służby mogłyby spróbować wywołać incydent, który dałoby się przedstawić jako przestępstwo dokonane przez Ukraińców przeciwko Polakom albo przez Polaków przeciwko Ukraińcom.

Możliwości jest wiele: podpalenie ośrodka dla uchodźców, pobicie uczestników demonstracji, dewastacja miejsca pamięci, atak na organizację pomagającą Ukrainie, a w najbardziej drastycznym wariancie – zabójstwo lub eksplozja podczas wydarzenia publicznego. Najważniejszy byłby dobór miejsca i symbolu. Incydent powinien dotykać istniejących napięć: sporów historycznych, kosztów pomocy, obecności uchodźców albo przekonania, że Ukraińcy są w Polsce traktowani lepiej niż jej obywatele.

To może być wariant nawet bardziej użyteczny niż atak dronowy. Nie wymaga skomplikowanej techniki, a jego konsekwencje społeczne mogą być równie silne. Wystarczyłoby pozostawić ślady sugerujące określony motyw, rozpowszechnić odpowiednio zmontowane nagranie albo podsunąć mediom fałszywą informację o narodowości sprawcy. Nawet szybkie zdementowanie takiej wersji nie musiałoby już zatrzymać fali emocji.

I tu się zatrzymajmy. Ten tekst ma swój ciąg dalszy – przeczytacie go w oryginalnej wersji, którą opublikowałem w portalu TVP.Info; oto link do tego materiału. Na potrzeby tego wpisu chciałbym dodać, że moim zdaniem to ostatni z wariantów jest najbardziej prawdopodobny, bo najbezpieczniejszy dla rosjan. Antyukraińskie ekscesy już mają miejsce, antyukraińskie nastroje – nawet jeśli w większości przypadków jest to zwykła niechęć – stają się coraz powszechniejsze. To podatny grunt dla rosyjskich działań. Dlatego oczekiwałbym od służb nie tylko szybkiego ujmowania sprawców, ale też – a może przede wszystkim – intensywnej operacji rozpoznawczo-wywiadowczej, prowadzonej w środowiskach „prawdziwych patriotów”. To tam rosjanie mają swoją piątą kolumnę.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

(Nie)obecna

Ministerstwo Obrony Białorusi poinformowało w minionym tygodniu o rozpoczęciu kolejnych ćwiczeń mobilizacyjnych. Manewry prowadzone są w obwodzie grodzieńskim i mają sprawdzić funkcjonowanie wojskowych komend uzupełnień, przebieg mobilizacji rezerwistów oraz współpracę administracji cywilnej z siłami zbrojnymi. Według oficjalnych komunikatów chodzi o rutynową kontrolę gotowości państwa do rozwinięcia armii w razie zagrożenia.

Podobne ćwiczenia nie są na Białorusi niczym wyjątkowym. Od rozpoczęcia pełnoskalowej wojny w Ukrainie Mińsk stara się utrzymywać podwyższoną gotowość sił zbrojnych oraz regularnie organizuje sprawdziany systemu mobilizacyjnego. Tym razem ich polityczne znaczenie jest jednak znacznie większe, ponieważ zbiegły się z wyjątkowo ostrą wymianą zdań między Kijowem a Mińskiem.

Kilka dni wcześniej Wołodymyr Zełenski publicznie oskarżył Białoruś o umożliwianie rosji prowadzenia ataków na Ukrainę przy wykorzystaniu naziemnych stacji retransmisyjnych sygnału, rozmieszczonych w dwóch przygranicznych obwodach. Według Kijowa urządzenia te wspomagają naprowadzanie rosyjskich dronów dalekiego zasięgu na cele w zachodniej i północno-zachodniej Ukrainie. Ukraiński prezydent dał władzom w Mińsku tydzień na ich usunięcie, zapowiadając, że w przeciwnym razie Ukraina zrobi to własnymi środkami. Było to jedno z najmocniejszych ostrzeżeń skierowanych pod adresem Aleksandra Łukaszenki od początku pełnoskalowej wojny.

Mińsk odrzucił te zarzuty, określając je jako bezpodstawne, a Kreml oskarżył Ukrainę o naruszanie suwerenności swojego najbliższego sojusznika. Kilka dni później Zełenski poinformował jednak, że wskazane urządzenia przestały działać. Nie wyjaśnił przy tym, czy zostały wyłączone przez stronę białoruską, czy też nastąpiło to z innych przyczyn.

Tak napięta wymiana komunikatów ponownie uruchomiła pytania o możliwość bezpośredniego zaangażowania armii białoruskiej w wojnę. To scenariusz, który powraca regularnie od lutego 2022 roku. Czy tym razem jest bardziej realny?

—–

Odpowiedź na pytanie o możliwe wejście Białorusi do wojny zależy od tego, jak zdefiniujemy samo uczestnictwo w konflikcie. Bo czy przypadkiem Białoruś już nie bierze w nim udziału? Jeśli za wyznacznik uznać wysłanie własnych żołnierzy na front, odpowiedź brzmi: nie. Jeśli jednak spojrzeć szerzej – na logistykę, przemysł zbrojeniowy i wsparcie udzielane rosji – trudno utrzymywać, że Mińsk pozostaje jedynie biernym obserwatorem.

Już pierwszego dnia pełnoskalowej inwazji rosyjskie wojska przekroczyły granicę Ukrainy także z terytorium Białorusi. To stamtąd ruszyło uderzenie na Kijów, a białoruskie lotniska, poligony i sieć kolejowa stały się zapleczem jednej z najważniejszych operacji pierwszych tygodni wojny. Z białoruskiego terytorium odpalano również rakiety i wykorzystywano je do przerzutu ludzi oraz sprzętu. Bez zgody Aleksandra Łukaszenki taki sposób prowadzenia działań nie byłby możliwy.

Na tym jednak współpraca się nie zakończyła. Gdy rosyjska armia zaczęła odczuwać braki sprzętu i amunicji, z białoruskich magazynów wywożono tysiące ton uzbrojenia. Obejmowało ono zarówno amunicję artyleryjską, jak i działa samobieżne 2S3 „Akacja”, moździerze samobieżne 2S9 „Nona-S”, haubice D-20 i D-30 oraz czołgi T-72A znajdujące się wcześniej w rezerwie. Część tego wyposażenia trafiła bezpośrednio na front w Ukrainie.

Z czasem współpraca weszła na kolejny poziom. Białoruskie zakłady rozpoczęły remonty rosyjskiego sprzętu uszkodzonego lub wycofanego z magazynów długotrwałego przechowywania, a tamtejszy przemysł coraz mocniej włączano w rosyjski kompleks wojskowo-przemysłowy. Dotyczy to zarówno produkcji komponentów, jak i dostaw specjalistycznych wyrobów wykorzystywanych przy produkcji uzbrojenia.

Szczególnie istotna okazała się rola Białorusi w obchodzeniu zachodnich sankcji. Dzięki ścisłej integracji gospodarczej z rosją stała się ona kanałem, którym do rosyjskiego przemysłu trafiają komponenty sprowadzane z państw trzecich, przede wszystkim z Chin. Dotyczy to między innymi obrabiarek, urządzeń przemysłowych, specjalistycznej chemii czy elementów elektronicznych, które następnie znajdują zastosowanie przy produkcji rakiet, amunicji i innego uzbrojenia.

Nie zmieniło się także znaczenie białoruskich przedsiębiorstw dla rosyjskiego przemysłu obronnego. Ciężkie podwozia produkowane przez Miński Zakład Ciągników Kołowych (MZKT) nadal wykorzystywane są jako platformy dla systemów rakietowych Iskander-M oraz strategicznych zestawów Topol-M i Jars. Z kolei zakłady mikroelektroniczne dostarczają komponenty znajdujące zastosowanie w rosyjskich programach rakietowych.

To wszystko oznacza, że choć białoruskie brygady nie przekroczyły granicy Ukrainy, państwo Łukaszenki jest jednym z elementów rosyjskiego zaplecza wojennego. Dostarcza infrastrukturę, wspiera logistykę, pomaga utrzymać produkcję zbrojeniową i ułatwia obchodzenie sankcji. Z tego punktu widzenia teza o „neutralności” Białorusi już dawno przestała odpowiadać rzeczywistości.

—–

A gdyby Łukaszenka zdecydował się wysłać swoją armię do walki, czy rzeczywiście mogłaby ona zagrozić Ukrainie? Białoruskie siły zbrojne pozostają jednymi z największych w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, liczą około 45–48 tys. żołnierzy służby czynnej i dysponują rozbudowanym systemem mobilizacyjnym. Na papierze ich potencjał wygląda więc całkiem poważnie. Problem polega na tym, że liczby nie oddają rzeczywistych zdolności bojowych.

Większość wyposażenia białoruskiej armii wywodzi się jeszcze z czasów Związku Radzieckiego. Trzon wojsk pancernych stanowią czołgi T-72B i ich zmodernizowane wersje, wojska zmechanizowane wykorzystują bojowe wozy piechoty BMP-2 oraz transportery BTR, a artyleria nadal opiera się przede wszystkim na systemach poradzieckiej konstrukcji. Białoruś prowadzi wprawdzie programy modernizacyjne, rozwija własne bezzałogowce i środki walki radioelektronicznej, lecz skala tych działań nie zmienia zasadniczego obrazu – armia pozostaje znacznie słabsza od rosyjskiej, której „wyczyny” w Ukrainie wszyscy znamy.

Najmocniejszym elementem wojsk Łukaszenki nie są jednak wojska lądowe, a obrona powietrzna. Białoruś dysponuje gęstą siecią zestawów przeciwlotniczych S-300 i S-400 oraz nowoczesnymi środkami radiolokacyjnymi, które od lat funkcjonują we wspólnym z rosją systemie obrony powietrznej. W praktyce oznacza to, że przestrzeń powietrzna obu państw jest coraz bardziej zintegrowana, a granica między rosyjskimi i białoruskimi zdolnościami wojskowymi stopniowo się zaciera.

To zresztą znacznie szerszy proces. Od kilku lat oba państwa budują tzw. Regionalne Zgrupowanie Wojsk, prowadzą wspólne ćwiczenia, ujednolicają systemy dowodzenia i rozwijają wspólną logistykę. Na Białorusi stale przebywają rosyjscy żołnierze, a po 2022 roku pojawiły się tam również elementy rosyjskiej infrastruktury wojskowej, w tym systemy rakietowe oraz broń jądrowa, która – choć formalnie rozmieszczona na terytorium Białorusi – pozostaje pod kontrolą rosji.

Największą słabością armii Łukaszenki pozostaje jednak brak doświadczenia bojowego. W przeciwieństwie do rosjan czy Ukraińców białoruscy żołnierze od dziesięcioleci nie uczestniczyli w wojnie o dużej intensywności. Nie sprawdzono ich dowódców, procedur ani zdolności do prowadzenia skomplikowanych operacji połączonych (z którymi nadal nie radzą sobie rosjanie).

Dlatego większość zachodnich i ukraińskich analityków ocenia, że samodzielne uderzenie Białorusi na Ukrainę miałoby ograniczone szanse powodzenia. Nawet jeśli Mińsk zdołałby zmobilizować kilkadziesiąt tysięcy dodatkowych rezerwistów, musiałby prowadzić działania na wyjątkowo trudnym kierunku operacyjnym. Północ Ukrainy jest dziś znacznie lepiej przygotowana do obrony niż w 2022 roku – rozbudowano umocnienia, zaminowano potencjalne kierunki natarcia, a ukraińskie dowództwo od dawna uwzględnia możliwość ponownego zagrożenia z terytorium Białorusi.

Nie oznacza to jednak, że armia białoruska byłaby dla Ukrainy nieistotna. Już sama groźba jej użycia zmusza Kijów do utrzymywania na północnym kierunku znacznych sił, których nie można skierować na Donbas czy południe kraju. Z militarnego punktu widzenia byłaby to więc przede wszystkim operacja wiążąca – niekoniecznie nastawiona na zdobywanie Kijowa, lecz na odciążenie rosyjskich wojsk walczących na głównych odcinkach frontu. To właśnie taki efekt mógłby okazać się dla Moskwy najcenniejszy.

—–

Skoro Białoruś od lat jest najbliższym sojusznikiem rosji, a jej armia pozostaje zintegrowana z rosyjskim systemem wojskowym, nasuwa się pytanie: dlaczego Aleksander Łukaszenka wciąż nie wysłał swoich żołnierzy do Ukrainy? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału. W artykule próbuję również odpowiedzieć na pytanie, co opisana sytuacja oznacza dla Polski i szerzej, całej wschodniej flanki NATO. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. ZSU, chce czy nie, musi trzymać część sił w rejonie ukraińsko-białoruskiej granicy. Zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Samowystarczalni?

W 2026 roku Ukraina produkuje więcej uzbrojenia niż kiedykolwiek wcześniej. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że kraj stopniowo uniezależnia się od zagranicznych dostaw. Rzeczywistość jest jednak bardziej skomplikowana.

Weźmy armatohaubicę Bogdana, jeden z największych sukcesów ukraińskiego przemysłu zbrojeniowego. To konstrukcja opracowana przez ukraińskich inżynierów i produkowana przez ukraińskie przedsiębiorstwa. Nie oznacza to jednak, że wszystkie elementy niezbędne do jej złożenia powstają nad Dnieprem.

Pierwszy prototyp osadzono na ukraińskim podwoziu KrAZ, ale kolejne serie wykorzystują podwozia zachodnie, przede wszystkim czeskie Tatry. Dotyczy to również części materiałów, komponentów oraz wyposażenia przemysłowego używanego w produkcji.

Armatohaubica to nie tylko lufa (też częściowo zachodnia…) i podwozie. O jej skuteczności decydują m.in. system kierowania ogniem, środki łączności i komputery balistyczne. Ukraina rozwija własne rozwiązania w tym zakresie, ale nadal pozostaje uzależniona od importu wielu zaawansowanych podzespołów elektronicznych i optoelektronicznych. Dotyczy to choćby układów scalonych, modułów komunikacyjnych, odbiorników nawigacji satelitarnej, kamer czy elementów termowizji.

Do tego dochodzi kwestia amunicji. Bogdana wykorzystuje standardowe dla NATO pociski kalibru 155 mm. Ukraina uruchomiła ich własną produkcję, jednak nadal nie jest w stanie samodzielnie zaspokoić potrzeb frontu. Innymi słowy, udana ukraińska konstrukcja artyleryjska pozostaje częścią znacznie większego, międzynarodowego systemu produkcji i zaopatrzenia.

Jeszcze wyraźniej widać to w przypadku dronów, które stały się symbolem tej wojny. Ukraina projektuje własne konstrukcje, rozwija oprogramowanie i organizuje produkcję seryjną, jednak znaczna część wykorzystywanych podzespołów pochodzi spoza kraju. Dotyczy to silników elektrycznych, kontrolerów lotu, kamer, modułów transmisji danych, baterii czy elementów optoelektroniki.

Większość z tych produktów powstaje w Chinach. Wraz z zaostrzaniem przez Pekin kontroli eksportowych dotyczących technologii mogących znaleźć zastosowanie wojskowe, bezpośredni zakup komponentów przez ukraińskie firmy stał się znacznie trudniejszy niż na początku wojny. W efekcie kluczową rolę odgrywają pośrednicy, centra logistyczne i magazyny zlokalizowane poza Ukrainą.

Komponenty trafiają najpierw do państw Unii Europejskiej lub innych krajów trzecich, gdzie są kompletowane, magazynowane i kierowane do ukraińskich producentów. A więc i dron – zaprojektowany, zmontowany i używany przez Ukraińców – pozostaje produktem międzynarodowego łańcucha dostaw rozciągającego się od Azji po Europę Środkową.

W tym systemie szczególną rolę odgrywa Polska. To przez polską infrastrukturę logistyczną i przez polskie firmy przechodzi znaczna część towarów wykorzystywanych przez ukraiński przemysł obronny. Polska pomaga nie tylko dostarczać Ukrainie broń. Pomaga również tworzyć broń powstającą w Ukrainie. Ukraińska samowystarczalność w tym zakresie to mit.

—–

Mitem jest też opowieść o wtórnym znaczeniu innych systemów uzbrojenia. Wojna w Ukrainie jest wojną dronów, ale same bezzałogowce jej nie rozstrzygną. Owszem, kontrolują strefę śmierci, utrudniając przeciwnikowi manewr, ale pozycje obronne wciąż obsadzane są przez ludzi. Tych zresztą – po obu stronach – jest obecnie na froncie najwięcej w historii pełnoskalowego konfliktu – mimo postępującej dronizacji. A ludzie potrzebują m.in. amunicji strzeleckiej, kamizelek kuloodpornych, hełmów, środków łączności, noktowizorów, termowizorów i całej masy innego wyposażenia. Ukraina zaspokaja tylko część tych potrzeb we własnym zakresie.

Co więcej, dron nie tylko nie zajmie i nie utrzyma terenu. Nie przejmie też wszystkich zadań artylerii dalekiego zasięgu. Ukraińcy rozwijają własne konstrukcje, lecz nadal nie są w stanie zastąpić amerykańskich pocisków GMLRS wykorzystywanych do precyzyjnych uderzeń na głębokość 80 km. Kijów może produkować tysiące dronów, ale nie produkuje pocisków Patriot, IRIS-T czy NASAMS, które zestrzeliwują rosyjskie rakiety i pociski manewrujące. Nie wytwarza wyrzutni do tych systemów oraz radarów, które decydują o ich skuteczności. Bez tej broni ukraińskie miasta, infrastruktura energetyczna i zaplecze przemysłowe byłyby znacznie bardziej narażone na rosyjskie ataki.

Podobnie rzecz się ma w przypadku lotnictwa, które nie tylko pełni niebagatelną rolę w osłonie ukraińskiego zaplecza, ale realizuje też misje uderzeniowe na cele lądowe, w tym zadania porażenia rosyjskiej obrony przeciwlotniczej. Nie byłoby ostatnich spektakularnych akcji na Krymie, gdyby wcześniej ukraińskiemu lotnictwu nie udało się wyeliminować rosyjskich systemów radiolokacyjnych. To samoloty załogowe wyrąbały ukraińskim dronom wolną drogę na półwysep. Ukraina może remontować i modernizować ocalałe posowieckie maszyny – których ma coraz mniej – ale nie produkuje F-16 i Miraży, pocisków powietrze-powietrze czy bomb kierowanych.

Tych przykładów można by wymienić znaczenie więcej, dość powiedzieć, że o skuteczności ZSU wciąż w znacznym stopniu decydują „klasyczne” rodzaje uzbrojenia, a te najbardziej efektywne pochodzą z Zachodu. Podobnie jak istotna część wojskowej drobnicy. Wszystko to, w zdecydowanej większości, nim trafi do Ukrainy idzie przez Polskę. O czym wspominam w kontekście rozpalającego emocje orderowego sporu, mam bowiem wrażenie, że Ukraińcy zapominają o wkładzie Polski. W reakcji na decyzję prezydenta Nawrockiego podkreślają rolę Ukrainy, która w ich percepcji urasta do rangi obrońcy Polski. Polski jako obrońcy Ukrainy w tej opowieści nie ma.

I nie chodzi mi o ukraińską wdzięczność i podkreślanie polskich zasług. Mnie osobiście wystarczy, że Ukraińcy łoją ruskich. Nie zmienia to faktu, że jako chłodny analityk nie potrafię przejść do porządku dziennego nad krótkowzrocznością Wołodymyra Zełenskiego. Wszak ukraiński prezydent i jego otoczenie doskonale wiedzą, jak wygląda geografia wojny. Że Polska pozostaje najważniejszym lądowym łącznikiem Ukrainy z zachodnim zapleczem wojskowym i gospodarczym – i że szybkiej i funkcjonalnej alternatywy dla tego układu nie ma. Trudno mi zrozumieć gotowość do podejmowania działań, które w oczywisty sposób bolą polską opinię publiczną i wzmacniają środowiska opowiadające się za ograniczeniem wsparcia dla Kijowa.

Nie chodzi o to, że Polska nagle odwróci się od Ukrainy. Nie chodzi nawet o to, że Warszawa dysponuje jakimś politycznym „wyłącznikiem” ukraińskiego wysiłku wojennego. Chodzi o coś znacznie prostszego. Prowadząc wojnę o przetrwanie, nie warto igrać z państwem, przez które prowadzi najważniejsza droga łącząca front z jego zapleczem. Zwłaszcza gdy alternatywy istnieją głównie na mapie.

Ten tekst, w rozszerzonej wersji, opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto link do oryginalnego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Płoń!

Moskwa, 18 czerwca 2026 roku.

Uważam, że to jest wspaniały widok…

Sądzę tak, choć wiem, czym jest wojna; doświadczyłem jej na własnej skórze. Wiem, że giną na niej również bogu ducha winni ludzie i zwierzęta. Że sytuacja ze zdjęcia to nic innego jak koszmarna ekologiczna katastrofa. A przecież ekosystemy nie walczą, nie są dla nas źródłem intencjonalnego zagrożenia – na wojnie są tylko ofiarą.

A mimo to ten widok mnie cieszy.

Karmi poczucie elementarnej sprawiedliwości, dobrze oddane w popularnym powiedzeniu: „kto sieje wiatr, ten zbiera burze”. rosjanie przynieśli Ukrainie tyle zła, tyle cierpienia, że takie coś po prostu im się należy. I jeszcze więcej – dłużej, mocniej, częściej.

Ale przemawia też przeze mnie pewien pragmatyzm. putin wykazuje się niezwykłą determinacją – rosja krwawi, a on wciąż chce prowadzić tę wojnę. Przy czym jego intencje są tu drugorzędne, kluczowe jest to, co poza putinem. Co pozwala mu na taką postawę. Źródłem rosyjskiej determinacji nie jest wola przywódcy, a zgoda poddanych. Tych, których słowo się liczy – wielkomiejskich, białych, prawosławnych rosjan, moskwian i petersburżan. Póki oni godzą się na wojnę, póty wojna będzie trwała. Pal licho bieda-ruskich z prowincji, masowo mielonych na froncie. Jebał pies przygraniczne wsie i miasta – ich los wielkomiejskim elitom zwisa i powiewa. Nasza chata z kraja, więc niech się dzieje.

Ale zaczyna się dziać i w Moskwie, i w Petersburgu. Na dobre, na grubo, coraz bardziej dotkliwie.

O ile znam dynamikę procesów społecznych, to nie może skończyć się dobrze dla putina. W końcu usłyszy od swoich „dość!”. Zabiją go przy tym czy nie – to już wtórna sprawa. Grunt, by skończyła się wojna.

Płoń więc Moskwo, radując moje oczy. I Petersburgu też. Z tego ognia będzie coś dobrego.