Rozkazy…

Spytali mnie dziś w radio (w Jedynce), czy odetchnąłem z ulgą po decyzji Trumpa, że nie tylko nie będzie redukcji sił amerykańskich w Polsce, ale wręcz kontyngent zostanie powiększony o kolejne 5 tys. żołnierzy. Co łącznie da 15 tys. wojskowych, ekwiwalent dywizji – nie lada siłę. Odrzekłem, że tak, i nie – że jest ulga, ale jest też niepokój. A po prawdzie, to tego drugiego jest nawet więcej. Dlaczego?

Nim odpowiem na to pytanie, ustalmy, do czego w ogóle potrzebne są amerykańskie wojska w Polsce. Przede wszystkim po to, by odstraszać Rosję – tak brzmi najpopularniejsza interpretacja. Zgodnie z nią, sama obecność żołnierzy USA oznacza, że ewentualny atak na Polskę automatycznie staje się problemem Waszyngtonu, a nie wyłącznie Warszawy. To polityczny i wojskowy „bezpiecznik”, który ma zmniejszać ryzyko agresji. To zarazem prawda i naiwność. Bez trudu wyobrażam sobie sytuację, w której rosjanie atakują Polskę, robiąc wszystko, by nie skrzywdzić ani jednego Amerykanina – o ile ci sami nie wejdą do wojny. W tym właśnie zawiera się istota efektywnej dla nas obecności sił USA – w ich gotowości, lub nie, do włączenia się do walki. Innymi słowy, to, że dodatkowy zawodnik jest na ringu, o niczym jeszcze nie przesądza, ważne, czy rzeczony użyje pięści czy oprze się o liny, albo wręcz zejdzie z maty.

Przy takim sposobie myślenia przestaje mieć znaczenie, ilu faktycznie Amerykanów u nas stacjonuje. Czy jest to 5, 10 czy 15 tys. O czym piszę nie dla siana defetyzmu, ale po to, byśmy przestali fetyszyzować liczby. Bo nawet 100-tysięczny kontyngent – jeśli zabraknie  politycznej zgody na jego użycie – przed niczym nas nie uchroni. I tu właśnie są źródła mojego niepokoju. Trump i jego administracja zrobili już tak wiele, by podważyć swoją wiarygodność, że trudno im ufać „z automatu”. I nawet nie chodzi o to, że w Waszyngtonie mogę sobie przekalkulować, że wojowanie im się nie opłaca; to, jakkolwiek złe dla Polski, broniłoby się jeszcze swoją racjonalnością. Problem w tym, że w amerykańskiej administracji po lutym 2025 roku panuje koszmarny bałagan, nie ma jasnych, wypracowanych polityk i strategii. Uproszczając, w czym nie ma wielkiej przesady, dużo – zbyt dużo – zależy od tego, w jakim humorze danego dnia obudzi się amerykański przywódca. Często wiedziony nie chłodną kalkulacją, ale emocją, impulsem i osobistymi obsesjami. Przeraża mnie fakt, jak bardzo jesteśmy – cały świat jest – uzależnieni od kaprysu tego człowieka.

Ale dobrze, załóżmy, że w sytuacji poważnej próby administracja Trumpa stanie na wysokości zadania. Albo że będzie to już inna, posttrumpowska administracja (czytaj – normalna) – czy to coś zmienia w naszych rozważaniach na temat obecności sił USA w Polsce? Czy kwestia liczebności ma znaczenie? Otóż Szanowni, dla Polski drugorzędne, Amerykanie nie są tu bowiem tylko dla nas, a precyzyjniej rzecz ujmując, są przede wszystkim dla Bałtów. Powiedzmy to wprost, na przekór dominującej retoryce – Rzeczpospolitej w dającej się przewidzieć perspektywie nie grozi fizyczny rosyjski najazd. Armia putina jest na to „za krótka”, zbyt zdemolowana przez Ukraińców; nie stać jej na próbę inwazji tak dużego państwa jak Polska, z tak dużym i stosunkowo silnym wojskiem (póki ono duże i relatywnie silne jest – nie zapominajmy o tym!). Na marginesie warto zauważyć, że w tej diagnozie kryje się niebagatelna rola ukraińskich sił zbrojnych. Prawdę mówiąc, są one dziś większym i efektywniejszym gwarantem bezpieczeństwa dla naszego kraju niż armia amerykańska, realnie bowiem upuszczają rosji krew. Warto o tym pamiętać, gdy mówimy o naszych priorytetach bezpieczeństwa.

Wracając zaś do sedna – „oni” tu nie przyjdą, ale mogą spróbować wejść do któregoś z maleńkich państw bałtyckich; to jakoś sobie ogarną mimo poniesionych w Ukrainie strat. Dla Litwy, Łotwy i Estonii głębią strategiczną jest Rzeczpospolita – to tu, w razie W, będzie zaplecze logistyczne dla operacji obronnej NATO na wschodniej flance. Stąd ruszą sojusznicze siły, jeśli pojawi się groźba rosyjskiego ataku na któreś z trzech państw. Im więcej będzie tu gotowych do szybkiego działania Amerykanów, tym lepiej. Im więcej będą mieli zmagazynowanego na miejscu sprzętu, tym większa to będzie siła.

Byle tylko przyszły odpowiednie rozkazy…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Namiastka

Dron zawisł nad drzewami, a obraz z jego kamery termowizyjnej szybko ujawnia wyraźny ślad ciepła. Ktoś przykrył się płachtą, ale zrobił to niedokładnie. Materiał przylgnął do ciała, po kilkunastu sekundach się nagrzał i w termowizji zaczął świecić jak latarnia. „Brak odstępu to podstawowy błąd”, mówi instruktor, objaśniając zasady kamuflażu termicznego. „Jeśli materiał styka się z ciałem, ciepło przechodzi bezpośrednio i szybko wyrównuje temperaturę. Dlatego między ciałem a pierwszą warstwą maskowania musi być przestrzeń – najlepiej kilkanaście centymetrów powietrza, które działa jak izolator”, wyjaśnia podoficer. Jak podkreśla, najlepiej w ogóle wkopać się w ziemię – grunt stabilizuje temperaturę i ogranicza emisję ciepła na zewnątrz. Dopiero nad takim zagłębieniem należy stworzyć kolejne warstwy: przestrzeń powietrzną, potem warstwę izolacyjną, a na końcu płachtę termiczną i maskowanie.

Na ekranie widać, że jedno stanowisko ma zbyt regularny kształt – niemal prostokąt, który odcina się od tła. Inne zdradza cień, który wraz z przesuwającym się słońcem zaczyna układać się nienaturalnie. Kolejne demaskuje kolor – świeżo ścięte gałęzie są jaśniejsze niż otoczenie. „Dron dojrzy wszystko”, mówi po polsku instruktor, a tłumaczka przekłada jego słowa na ukraiński. „Temperaturę, kształt, kontrast, cień. Nie maskujesz się przed jednym sensorem, tylko przed całym ich zestawem”.

Ćwiczenia dla ukraińskiej kompanii odbywają się w południe, kiedy las jest już nagrzany. Wtedy najlepiej widać, jak stanowisko zaczyna „pracować” w termowizji. Rano łatwiej byłoby się ukryć, wieczorem też. W środku dnia błędy w maskowaniu wychodzą natychmiast. Okazuje się, że grupa, która korzystała wyłącznie z naturalnych materiałów, wypada lepiej. Jej stanowiska są nieregularne, „rozlane” w terenie, trudniejsze do uchwycenia. Ale i tam pojawiają się ślady – naruszona ściółka, źle dobrane elementy roślinności, zbyt oczywiste linie. „Nie bierzesz materiału spod nóg, bo zostawiasz ślad”, pada kolejna uwaga szkolącego. „Trzeba go przynieść z innego miejsca”, instruuje podoficer. Wszystkie jego zalecenia oznaczają jedno: nie wystarczy się ukryć, trzeba cały czas kontrolować otoczenie, reagować na zmianę światła i temperatury. Na poligonie w Polsce za źle wykonane stanowisko grozi reprymenda, na froncie w Ukrainie to kwestia życia i śmierci.

—–

Szkolenia dla ukraińskich żołnierzy są organizowane w Polsce od jesieni 2022 roku – i wciąż się zmieniają. „Skuteczność wielu rozwiązań ma dziś ograniczony »termin ważności«”, zastrzega gen. dyw. Piotr Fajkowski, dowódca 11 Lubuskiej Dywizji Kawalerii Pancernej, na której spoczywa główny ciężar organizacji ćwiczeń dla Sił Zbrojnych Ukrainy. „To, co działa na froncie teraz, za miesiąc może być już bezużyteczne. Naszym zadaniem jest nadążać za tymi zmianami, żeby nie szkolić żołnierzy w próżnię”.

Wytyczne przychodzą z Ukrainy – to tamtejszy sztab generalny odpowiada za aktualizację programów na bazie wniosków z działań bojowych. Trafiają one do instruktorów, którzy modyfikują scenariusze zajęć i wprowadzają do nich nowe elementy. „Bywa, że jeden kurs odbywa się według wcześniejszej wersji programu, a kolejny już według nowej”, przyznaje generał. Obecnie obowiązuje szósta edycja programu szkolenia podstawowego, a siódma jest już testowana w Ukrainie i będzie wdrażana w kolejnych edycjach.

Ale szkolenie w Polsce ma też pewne ograniczenia. Nie wszystko da się odtworzyć w warunkach poligonu – masowe ataki dronów czy nawały artyleryjskie trzeba symulować przy użyciu środków ćwiczebnych, na przykład petard. Z drugiej strony poligony w Polsce (i w innych europejskich krajach, gdzie odbywają się szkolenia), oferują coś, czego w Ukrainie brakuje: bezpieczeństwo i ciągłość. „Tam zajęcia są przerywane przez alarmy i ataki, tu można przepracować cały cykl bez przerw”, wyjaśnia gen. Fajkowski.

Ma to znaczenie szczególnie na początku. Wielu szkolonych to poborowi, którzy wcześniej nie mieli kontaktu z wojskiem. Najpierw uczą się zatem najprostszych rzeczy – reagowania na komendy, współdziałania w grupie. Dopiero potem dochodzi taktyka, medycyna i działania w większych zespołach. Jeśli szkolenie odbywa się we względnym komforcie, łatwiej im przyswoić nowe kompetencje i zbudować właściwe nawyki.

—–

Ukraiński pluton rozwija się na odcinku prowadzącym do kill house’u. Inna grupa właśnie opuściła obiekt i schodzi do lasu. Rotacja trwa bez przerwy. Cykl szkoleniowy dobiega końca – trwają testy wszystkich pododdziałów trzykompanijnego kontyngentu. „To moment, w którym nie sprawdzamy poszczególnych umiejętności, tylko całość: planowanie, przemieszczanie się, reakcję na kontakt ogniowy”, wyjaśnia instruktor z 6. Brygady Powietrznodesantowej. Ukraińscy dowódcy dostają zadanie zdobycia kill house’u i mają kilka minut na przygotowanie. Reszta zależy od nich. Decydują o kierunku podejścia, podziale sił, wykorzystaniu terenu i środków wsparcia. Instruktorzy nie ingerują – obserwują. „Pierwotnie chcieliśmy, by realizowali to zadanie w sile drużyny, ale Ukraińcy od razu weszli na poziom plutonu”, mówi nasz rozmówca. „Tak działają na froncie i przenieśli tę praktykę tutaj”.

Nad obiektem pojawia się dron – ten został wysłany przez oceniających. Śledzi ruchy plutonu, wychwytuje błędy w ubezpieczeniu, pokazuje, gdzie kolumna się rozciąga, gdzie ktoś wychodzi za bardzo w odkryty teren. „To nasze oko”, tłumaczy ukraiński operator drona pracujący z polskimi instruktorami. „Bez tego nie bylibyśmy w stanie zobaczyć połowy rzeczy istotnych na etapie oceny”. Kiedy pluton zbliża się do celu, operator wchodzi z nim w kontakt – symuluje przeciwnika, zmusza do zmiany kierunku, przyspieszenia lub zatrzymania. „Sprawdzamy reakcję żołnierzy”, wyjaśnia instruktor z 6 BDP. „Czy potrafią się przegrupować, czy zachowują kontrolę nad sytuacją”.

W innym scenariuszu – szturmu na okopy – to atakujący Ukraińcy wykorzystują bezzałogowiec. Operator – dołączony do rekrutów doświadczony frontowiec – przekazuje informacje o przeciwniku, wskazuje kierunki podejścia, „czyści” teren przed grupą szturmową. „W tym są naprawdę dobrzy”, przyznaje kolejny instruktor, również spadochroniarz. „To jeden z obszarów, gdzie my uczymy się od nich”.

… na tym zdaniu nie kończy się ów tekst – całość materiału opublikowałem w najnowszym wydaniu „Polski Zbrojnej”. Kwietniowy numer miesięcznika jest w sprzedaży, obok „papieru” można też nabyć cyfrową wersję – znajdziecie ją pod tym linkiem. A w środku także inny mój artykuł – materiał rocznicowy oparty o relacje uczestników bitwy o City Hall w Karbali. Zachęcam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Ukraiński żołnierz podczas symulowanego „czyszczenia okopów”/fot. własne

Ostatnia?

Według części zachodnich i ukraińskich ekspertów Moskwa przygotowuje kolejną dużą ofensywę, próbując jeszcze raz przełamać front. Pytanie jednak, czy rosyjska armia dysponuje dziś potencjałem pozwalającym na taki manewr – i czy ewentualne niepowodzenie rzeczywiście ograniczyłoby zdolność Kremla do prowadzenia dalszych działań ofensywnych.

Pierwsze miesiące 2026 roku nie przyniosły zasadniczej zmiany sytuacji na froncie rosyjsko-ukraińskim. Walki pozostają intensywne, lecz postępy rosyjskiej armii są niewielkie i okupione dużymi stratami. Ba, na Zaporożu to Ukraińcy spychają rosjan z części pozycji; zyski terytorialne są symboliczne, ale inicjatywa należy tam do obrońców.

Mimo to pojawiają się sygnały o możliwej wiosennej ofensywie rosjan. Wskazywać na to mają dane wywiadowcze, koncentracja wojsk, rotacje jednostek i wzmożona aktywność logistyczna. Ukraińskie dowództwo ostrzega, że rosja może przygotowywać operację zaczepną na kilku odcinkach frontu w Donbasie. Zdobycie całego obwodu donieckiego pozostaje jednym z kluczowych celów politycznych Kremla.

Z operacyjnego punktu widzenia oznaczałoby to próbę przełamania ukraińskiej obrony w rejonie Pokrowska, Konstantyniwki, Kramatorska i Słowiańska – ośrodków o znaczeniu logistycznym i militarnym. Ich utrata utrudniłaby Ukrainie utrzymanie obrony we wschodniej części kraju. Możliwe byłyby także działania pomocnicze: na południu próba odsunięcia ukraińskiej artylerii od korytarza lądowego na Krym, a na północy operacje wiążące w rejonie Charkowa lub Sum.

—–

Ale czy rosja „ma czym robić”? Tak. System kontraktów wojskowych, wspierany kolejnymi falami mobilizacji, pozwala jej utrzymywać dużą liczebność wojsk na froncie. Problemem pozostaje jednak jakość nowych żołnierzy, często po skróconym szkoleniu.

Jeszcze poważniejszym wyzwaniem jest sprzęt. Straty rosyjskiej armii od początku wojny obejmują tysiące czołgów, bojowych wozów piechoty i systemów artyleryjskich. Choć przemysł obronny zwiększył produkcję amunicji i części uzbrojenia, wiele jednostek korzysta dziś ze sprzętu wyciągniętego z magazynów lub zmodernizowanych konstrukcji starszych generacji. Nie oznacza to jednak wyczerpania potencjału rosji – gospodarka przestawiona na tryb wojenny oraz wsparcie państw partnerskich pozwalają jeszcze utrzymywać produkcję uzbrojenia i prowadzić wojnę materiałową.

Dotychczasowe działania ofensywne rosji pokazują jednak, że nawet przy dużym zaangażowaniu sił postępy są bardzo ograniczone. Jednym z głównych powodów jest charakter ukraińskiej obrony: wielowarstwowe umocnienia wspierane przez artylerię, drony i precyzyjne systemy rakietowe. Masowe użycie dronów sprawia, że koncentracja wojsk – niezbędna do klasycznego przełamania – jest trudna do ukrycia i szybko naraża nacierające jednostki na ogień. W efekcie rosyjskie natarcia mają najczęściej charakter lokalnych ataków prowadzonych przez niewielkie grupy piechoty wspierane przez artylerię i drony. Pozwala to powoli zdobywać teren, ale utrudnia szybkie przełamanie frontu.

—–

Skuteczna operacja zaczepna rosji mogłaby oznaczać załamanie ukraińskiej obrony w rejonie Kramatorska i Słowiańska, co pozwoliłoby Kremlowi ogłosić realizację jednego z głównych celów wojny, czyli opanowanie całego obwodu donieckiego. Najbardziej ambitny scenariusz zakładałby głębsze przełamanie frontu i powrót do operacji manewrowej w głębi Ukrainy, choć rosyjska armia od dawna nie była w stanie przeprowadzić takiej operacji na większą skalę.

Niepowodzenie ofensywy nie oznaczałoby jednak końca wojny. rosja nadal dysponuje znacznymi zasobami ludzkimi i potencjałem przemysłowym, a jej system polityczny jest zdolny narzucać społeczeństwu długotrwały wysiłek wojenny. Jeśli ofensywa zakończy się fiaskiem, konflikt prawdopodobnie wejdzie w jeszcze dłuższą fazę wyniszczeniową. Front pozostanie względnie stabilny, a kluczową rolę nadal będą odgrywać artyleria, drony i uderzenia dalekiego zasięgu. Wojna jeszcze wyraźniej stanie się starciem gospodarek, przemysłów i systemów mobilizacyjnych, w którym ostatecznie może zadecydować wytrzymałość państw zaangażowanych w konflikt.

Ten tekst, w bardziej rozbudowanej wersji, opublikowałem na łamach portalu „Polska Zbrojna” – oto link do całości materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

NZ. Ukraińska armia jest gotowa na przyjęcie rosjan, zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Twierdza

Czas pozbyć się złudzeń i przyjąć do wiadomości, że Ukraina nie zostanie członkiem NATO – nie w ciągu najbliższych kilku, a może nawet kilkunastu lat. I nie chodzi tylko o opór Węgier czy Słowacji – nie chcą tego także Stany Zjednoczone i Niemcy. Nie będzie też europejskich sił pokojowych w Donbasie, amerykańskie bataliony nie zostaną rozlokowane na Zaporożu. Zachód, choć hojnie Ukrainę wspiera, nie zdecyduje się na bezpośrednie zaangażowanie militarne. Dla Kijowa oznacza to jedno: przyszłe bezpieczeństwo musi być zbudowane w oparciu o własną siłę.

Idźmy dalej i wskażmy drugą istotną zmienną, determinującą przyszłość Ukrainy. Najnowsza historia relacji rosyjsko-ukraińskich pokazała jedno: obietnice Moskwy są bezwartościowe. Od memorandum w Budapeszcie po niezliczone zawieszenia broni, rosja złamała każde przyrzeczenie o nieagresji. Naiwnością byłoby zakładać, że po ewentualnym wygaszeniu walk na Wschodzie byłoby inaczej; bezpieczniej przyjąć, że Kreml będzie czyhał na okazję, by znów uderzyć na sąsiada.

Zdolność do kontruderzenia

„Ukraina powinna dysponować własną bronią atomową!”, przekonują domorośli stratedzy. Co do sedna argumentacji trudno odmówić im racji – odstraszanie nuklearne jest najskuteczniejszym gwarantem pokoju. Lecz realnie patrząc Ukraina nie ma dziś możliwości powrotu do statusu państwa nuklearnego. Ani politycznie (żaden z liczących się sojuszników na to nie pozwoli), ani technologicznie i finansowo. A więc zostaje Ukraińcom konwencjonalna armia, a ta – by skutecznie pełnić rolę straszaka – musi być zdolna do błyskawicznego zadania nieakceptowalnych strat agresorowi. To nie tylko kwestia sprzętu, ale i doktryny, morale, logistyki czy także mocy przemysłowych.

Jak zatem powinno wyglądać to wojsko? Zacznijmy od komponentu lądowego. Zdaniem części analityków, winien on liczyć co najmniej 25 w pełni rozwiniętych brygad, przede wszystkim zmechanizowanych i pancernych, co dałoby około 120 tys. żołnierzy gotowych do walki. W mojej ocenie to za mało. Ukraina potrzebuje 50 takich jednostek, oczywiście z pełnym zapleczem logistycznym, artyleryjskim i rozpoznawczym. Dlaczego aż tyle? Jest niemal pewnym, że nawet gdy skończy się wojna, rosja nie rozpuści istotnej części swojej armii do domu. Analizując rosyjskie plany i strukturę organizacyjną, z dużym prawdopodobieństwem można uznać, że Moskwa zamierza utrzymywać na terenach okupowanych i w bliskim sąsiedztwie Ukrainy ponad 300-tysięczny kontyngent. Nie bez znaczenia jest też zdolność rosji do szybkiej mobilizacji rezerw i znacznie większy od ukraińskiego zasób mobilizacyjny. Rzecz jasna Ukraina nie musi równoważyć tych sił w relacji jeden do jednego – wystarczy zbudować przewagę jakościową – ale to nadal oznacza konieczność posiadania ćwierćmilionowych wojsk lądowych. Zdolnych zarówno do obrony, jak i do kontruderzenia, co wymaga nie tylko wysokich zdolności manewrowych, ale też rezerw operacyjnych; rosja musi się bać szybkiego przeniesienia walk na jej terytorium, to istotny czynnik odstraszający.

Stany osobowe to jedno, drugie – sprzęt. Jaki? Każda brygada powinna być wyposażona w nowoczesne czołgi (Leopard 2A6, M1A2 Abrams), bojowe wozy piechoty (CV90, Bradley), artylerię precyzyjną (Krab, Caesar, Bohdana, Himars) oraz systemy rozpoznania i walki radio-elektronicznej. Plus oczywiście drony taktyczne, jako broń bezpośredniego wsparcia.

Niska kultura techniczna

Rozważając przyszłość relacji rosyjsko-ukraińskich trzeba przyjąć założenie, że federacja nie zrezygnuje z ataków rakietowych i dronowych. I nie chodzi mi wyłącznie o oczywisty dla pełnoskalowych działań wojennych aspekt, ale także o strategię uderzeń nękających, ponawianych co jakiś czas mimo formalnego zawieszenia broni. Po to choćby, by Ukraina nie stanęła zbyt szybko na nogi. Stąd konieczność posiadania przez Kijów wielowarstwowej obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej, nie punktowej, jak ma to miejsce obecnie, a obejmującej znacznie większe połacie kraju. O czym konkretnie mówimy? O systemach krótkiego zasięgu typu Piorun, Stinger, Gepard, przeznaczonych do osłony jednostek liniowych oraz pojedynczych elementów infrastruktury. O systemach NASAMS i IRIS-T przewidzianych do obrony miast i obiektów strategicznych oraz o zestawach średniego zasięgu, takich jak Patriot i SAMP/T, skutecznych w neutralizacji rakiet balistycznych i lotnictwa. Jeśli idzie o dwa ostatnie rodzaje uzbrojenia, musi to być co najmniej po kilkanaście baterii.

Ukraina powinna też rozwijać własne systemy antydronowe i radarowe.

Kluczem do skutecznego odstraszania są także odpowiednio wyposażone siły powietrzne. Według rzecznika ukraińskiego lotnictwa Jurija Ignata, kraj potrzebuje co najmniej 200 samolotów bojowych różnych typów. Ktoś mógłby zauważyć, że rosja będzie ich miała pięć razy więcej. Zgoda, lecz pamiętajmy, że parytet ilościowy nie ma tu większego znaczenia. rosyjskie konstrukcje ustępują zachodnim, a wskaźniki ich sprawności są znacząco gorsze, co jest konsekwencją niskiej kultury technicznej rosjan (zarówno na etapie produkcji, jak i użytkowania). Innymi słowy, owe 200 samolotów to nie jest parametr niedoszacowany.

„Długie ręce” Ukrainy

Ukraińcy już użytkują około 50 F-16 i Mirage 2000, wykorzystując je do walki z pociskami manewrującymi i bezzałogowcami typu Szahed oraz do misji wsparcia wojsk lądowych. Te działania wymiernie wspierają operację obronną, ale nie przekładają się na posiadanie przewagi w powietrzu – ukraińska flotylla jest na to po prostu za mała. Myśląc o jej rozbudowie musimy pamiętać, że obecnie posiadane maszyny maja już swoje lata i są intensywnie eksploatowane, zatem w przyszłości nie wystarczy dosłać Ukraińcom kolejnych 150 maszyn.

Idźmy dalej – podobnie jak w przypadku wojsk lądowych, także siły powietrzne powinny być zdolne do prowadzenia operacji ofensywnych – nie tylko niszczenia przeciwnika w rejonie konfliktu, ale też do ataków na głębokie zaplecze logistyczne. Nie mam tu na myśli rajdów w głąb rosji, a możliwość używania precyzyjnej broni lotniczej dalekiego zasięgu, na przykład podwieszanych pod F-16 rakiety JASSM o zasięgu 1000 km.

Generalnie Ukraina winna mieć „długie ręce”, rozumiane jako zdolność do ataków na kluczowe obiekty rosyjskiej infrastruktury, co z uwagi na rozległość rosji oznacza konieczność posiadania pokaźnego arsenału rakietowego. Fakt, iż nad Dnieprem intensywnie pracują nad takimi projektami, długofalowo znosi konieczność zaopatrywania ukraińskiej armii zachodnimi konstrukcjami (choć „na dziś” jest to konieczne).

Wracając zaś do lotnictwa – obok załogowego, konieczna jest rozbudowa komponentu bezzałogowego – zarówno bojowego, jak i rozpoznawczego – obejmującego takie maszyny jak Bayraktar TB2, RQ-20 Puma i własne konstrukcje ukraińskie. Całość sił powietrznych musi zachować dotychczasową zdolność do operowania z rozproszonych, często zaimprowizowanych lotnisk, co przekłada się na konieczność posiadania mobilnych systemów wsparcia i centrów dowodzenia.

Cyberbezpieczeństwo też jest ważne

Jeśli idzie o morze, Ukraina nie zbuduje klasycznej floty – taki projekt, z konieczności realizowany niemal od zera, były zbyt kosztowny i za bardzo rozłożony w czasie. Kraj może jednak dalej rozwijać flotyllę dronów morskich, pozyskiwać i budować własne systemy przeciwokrętowe (Harpoon, Neptune), rozbudowywać arsenał min morskich (do rozstawiania których wystarczą małe, stosunkowo tanie okręty). Kontrola nad Morzem Czarnym nie musi oznaczać dominacji – wystarczy, jak ma to miejsce obecnie, zdolność do trzymania Rosjan z dala od ukraińskiego brzegu.

Każda armia potrzebuje oczu i uszu, co na poziomie strategicznym sprowadza się do posiadania satelitów. W tym zakresie Ukraina nie posiądzie własnych zdolności, ale te mają jej sojusznicy (przede wszystkim Stany Zjednoczone i Francja). Zatem o jakości rozpoznania przesądzi w przyszłości charakter relacji politycznych – dbanie o nie jest dla Kijowa równie ważne, jak budowanie fizycznego potencjału.

Współczesne konflikty toczą się także w cyberprzestrzeni. Wymiar ściśle informacyjny (wojna propagandowa) to jedno, drugie to przekładające się na realia fizyczne cyberbezpieczeństwo kluczowych elementów infrastruktury krytycznej. Elektrowni nie trzeba niszczyć bombami czy rakietami, można je zahackować. W Ukrainie pracuje ponad 200 tys. wykwalifikowanych informatyków, jest więc na kim i na czym budować zdolności w tym zakresie, zarówno defensywne, jak i ofensywne.

Ważne jest też morale

Dziś ponad 40 procent broni i amunicji, jakie trafiają na front, pochodzi z ukraińskich zakładów i manufaktur. W niektórych obszarach produkcji wojskowej odnotowano 35-krotny wzrost wydajności w porównaniu z 2022 rokiem. Udział własny w produkcji zbrojeniowej daje luksus niezależności – od widzi mi się dostawców i nieprzewidywalności łańcuchów dostaw (pamiętamy, jak pandemia sparaliżowała przemysły w Europie; nie było w tym niczyjej złej woli, były za to konsekwencje rozproszonej wcześniej produkcji). Zatem kolejnym kluczem do skutecznego odstraszania jest dalsza rozbudowa własnej bazy przemysłowej.

Lecz produkcja to ledwie wstęp – warunkiem koniecznym militarnego sukcesu, w tym skutecznego odstraszania, jest posiadanie sprawnej logistyki. Niezależnie od tego, jak wyszkolona i wyposażona będzie armia, pozbawiona na czas amunicji, paliwa, jedzenia i zaplecza medycznego, w najlepszym razie nie zwycięży, w najgorszym poniesie porażkę. A więc Ukrainie potrzebne są również duże projekty infrastrukturalne – drogowe, kolejowe, związane z koniecznością budowy różnego rodzaju magazynów, centrów dystrybucji itp. Ktoś mógłby zauważyć, że przecież kraj jakoś sobie w tym zakresie radzi. Znając jakość ukraińskich dróg, zwłaszcza na wschodzie, poprzestanę na stwierdzeniu, że mogłoby być lepiej. I że owo lepiej z pewnością wpłynęłoby na sytuację na froncie.

Ale ów „twardy” wymiar to nie wszystko. W wojnie od zawsze liczą się morale, jakość dowodzenie, o skuteczności armii przesądza też poziom wyszkolenia. Ukraina nadal nie najlepiej radzi sobie z rotacją personelu i budowaniem rezerw. Zbyt wielu ludzi walczy zbyt długo; gros żołnierzy jest nadmiernie eksploatowanych. Tymczasem w realiach „zimnej wojny” z rosją przez lata trzeba będzie utrzymywać w gotowości liczne siły zbrojne – tego nie da się zrobić selektywnym poborem, z zastosowaniem wyłączeń dla całych grup społecznych. Ukraina musi wreszcie zbudować armię obywatelską z prawdziwego zdarzenia. W kontekście jakości „oczywistą oczywistością” jest kontynuowanie współpracy szkoleniowej z NATO. Mniej oczywiste, a istotne, jest też zmierzenie się ze społecznymi skutkami prowadzonych dotąd działań wojennych. Weterani i ich rodziny nie mogą poczuć się porzuceni – bo to zaproszenie do niepokojów i „podcinacz” motywacji dla służby krajowi. Wsparcie psychologiczne i medyczne: systemy rehabilitacji, pomoc dla rodzin, programy reintegracji; tego typu inicjatywy są równie istotne jak budowanie potencjału armii.

Ukraina nie dźwignie wymienionych wyzwań sama – w czym ujawnia się rola jej sojuszników. I nie chodzi tylko o „prosty” transfer uzbrojenia i „zwykłe” finansowanie wysiłków zbrojeniowych; tu trzeba czegoś więcej.

Czego? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewick, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Tomaszowi Krajewskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Bognie Gałek, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Habeli i Annie Sierańskiej.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego miesiąca: Dariuszowi Wołosiańskiemu, Adamowi Halupowi, Jarkowi Uścińskiemu, Monice Kalisz, Katarzynie Kulpie, Joannie Syrewicz, Edycie Miturze, Marianowi Sztukowskiemu i Jackowi Romańskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Ukraińska piechota wyposażona w amerykański ciężki karabin maszynowy/fot. SzG ZSU

„Troska”

Kilka dni temu pisałem o najsensowniejszej moim zdaniem, i najbardziej realnej, opcji gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy. Byłaby nią rozbudowa, za zachodnie pieniądze i przy użyciu zachodniego sprzętu, potencjału armii ukraińskiej.

Rozwinąłem ten wątek w felietonie dla „Polski Zbrojnej” – zapraszam Was do jego lektury, link znajdziecie poniżej. Tu podrzucę Wam tylko jedną z konkluzji, wszak moim zdaniem to bardzo istotna kwestia.

(…) Na koniec warto wspomnieć o pewnym zagrożeniu. Widać je szczególnie w Polsce, gdzie coraz częściej w debacie publicznej pojawia się argument o ryzyku dozbrajania Ukrainy. „Bo jak się tamci dogadają z rosją, to miecz, który im daliśmy, wymierzą w nas”, oto sedno tego sposobu myślenia. Być może w części przypadków stoi za nim prawdziwa troska, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że takie lęki są wzmacniane przez rosyjski aparat dezinformacyjny. Za pewnik zaś można uznać, że rosjanie nie odpuszczą i będą wpływać na nasze postrzeganie spraw w tym zakresie. Licząc, że jeśli uda im się zniechęcić Polaków do wspierania Ukrainy, z czasem przełoży się to także na decyzje polityczne podejmowane przez polskie władze. A rosjanie działają szeroko, nie tylko u nas…”.

Nie dajmy się zwieść tej neosowieckiej hydrze!

Dobrego weekendu Wam życzę!

A oto link do zapowiadanego materiału.

Fot. SzG ZSU