Brunatni?

„Polacy. Oni tylko małe dziewczynki bić potrafią…”, usłyszałem i wnet się we mnie zagotowało. Ale szybko się opanowałem i jak to ja, nie dałem po sobie znać, że poczułem się dotknięty. Ba, że w ogóle zrozumiałem wypowiedziane słowa.

Działo się to w 2015 roku, w Dniepropietrowsku, w domu wolontariuszki organizacji humanitarnej. Iryna zaprosiła mnie i pracującego ze mną fotoreportera na obiad. Nasza dwójka miała wieczorem jechać do Kramatorska, stamtąd na front. „Zjecie przed wyjazdem obiad, szybko coś przygotuję”, orzekła Ukrainka i tak wylądowaliśmy w jej progach. Wizyta cudzoziemskich gości zaskoczyła mamę Iryny. I chyba nie była jej na rękę – przynajmniej na początku. To właśnie wtedy – wyszeptane mimo uśmiechu na ustach adresowanego do gości – padły zacytowane słowa. Iryna syknęła na matkę, ja zmilczałem, mój kompan nie miał pojęcia, co się wydarzyło. I jakoś nam to popołudnie zleciało.

Ale opuszczając dom Iryny zapytałem gospodynię, o co chodziło jej matce. Wzruszyła ramionami, przeprosiła. Kilka dni później wysłała mi taką mniej więcej wiadomość: „Mama, jako dziecko, była na międzynarodowym zlocie skautów. Tam jakiś starszy chłopiec, z Polski, chciał zabrać jej gitarę i ją uderzył”. „Przykra sprawa”, odparłem, zapewniając, że nie żywię urazy.

I rzeczywiście nie żywiłem, choć dobrze pamiętałem, do dziś pamiętam, fizyczną reakcję organizmu, gdy usłyszałem to obrzydliwe uogólnienie.

Dlaczego o tym wspominam? Ano nie chciałbym, by czyjeś traumy, osobiste urazy będące efektem jednostkowych doświadczeń, stały się powodem krzywdzących uogólnień. Nie chciałbym, dlatego autentycznie wkurwia mnie pieśń naczelnych komentatorów i moralizatorów, zgodnym chórem orzekających, że „Polska brunatnieje”. Ma tę opinię uzasadniać wysyp incydentów, w których miejscowi – gamonie z polskim paszportem – biją obcych, głównie Ukraińców. Biją za obcość – akcent, wygląd, język – co oczywiście podpada pod obrzydliwe faszystowskie motywacje, tylko u licha, ilu tych skurwysynów jest?

Miażdżąca większość Polaków w żaden sposób się z nimi nie utożsamia (i proszę nie mylić większości z populacją internetowych aktywistów i botów), we mnie rodzą odruch odrazy. Zwłaszcza tępe dzidy atakujące trzech na jednego czy bijące kobietę. Miażdżąca większość Polaków nie brunatnieje, ja, jeśli zmieniam kolor, to na siwy, bo nieuchronnie się starzeję. Występki ekstremistów nie są, i nie mogą być, dowodem powszechnej i głębokiej zmiany. Takie ich przedstawianie jest krzywdzącym uogólnieniem.

Zresztą – patrząc w kontekście relacji polsko-ukraińskich – większym niepokojem napawa mnie to, co dzieje się w Ukrainie, nie w Polsce. To siły zbrojnie Ukrainy, nie wojsko polskie, dramatycznie skręcają w stronę prawicowego ekstremizmu. Ruch azowski – niegdyś marginalny – dziś staje się ideologiczną podwaliną armii, z całym tym neonazistowskim syfem. To w Ukrainie, nie w Polsce, są i będą setki tysięcy nawykłych do przemocy, sfrustrowanych weteranów, podatnych na populistyczne hasła, nawołujące do wszelkiej maści porachunków. Tu w Polsce jesteśmy niczym barany w obliczu żyjących w sąsiedztwie wilków.

Ale to temat na oddzielny wpis, na gruncie tego idzie o to, byśmy my, Polacy, nie padli ofiarą wspomnianych uogólnień. By świat nie mówił o nas, że bijemy obcych – bo jako wspólnota nie bijemy. Lecz by było to oczywiste, w tenże świat musi popłynąć jasny sygnał: skurwieli odpowiedzialnych za ekscesy dopada sprawiedliwość. Fakt, iż po wrocławskim incydencie policja raz-dwa ujęła bandytów, jest dobrym przykładem takiego działania. By je dopełnić, trzeba nam jeszcze jednoznacznych deklaracji polityków, potępiających wszelkie przejawy rasistowskiej i nacjonalistycznej agresji. Dla wszystkich na zewnątrz musi być jasne, że Polska mówi „nie!” tego rodzaju przemocy. Inaczej otwiera się pole do tego, by mówili o nas, że tylko małe dziewczynki bić potrafimy…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Drapaty

Zmiana na stanowisku głównodowodzącego Sił Zbrojnych Ukrainy nie jest zwykłą roszadą personalną. Nie wynika też wyłącznie z sytuacji na froncie. Aby zrozumieć, dlaczego Wołodymyr Zełenski zdecydował się odwołać gen. Ołeksandra Syrskiego i powierzyć dowodzenie gen. Mychajłowi Drapatemu, trzeba cofnąć się o kilka dni – do wydarzeń, które rozegrały się nie na linii frontu, lecz na ulicach ukraińskich miast.

Chodzi o protesty, dla których bezpośrednim impulsem była dymisja ministra obrony Mychajła Fedorowa. Dla wielu Ukraińców odwołany przez prezydenta minister nie był kolejnym politykiem odpowiedzialnym za resort siłowy. To właśnie z jego nazwiskiem kojarzono większość najważniejszych reform ostatnich lat – cyfryzację armii, rozwój technologii wojskowych, wsparcie dla krajowego sektora dronowego oraz otwarcie resortu na współpracę z prywatnym przemysłem. Fedorow stał się symbolem nowoczesnego państwa prowadzącego nowoczesną wojnę. Jego odwołanie wielu Ukraińców odebrało jako sygnał, że proces reform może wyhamować.

—–

Choć zaczęło się od Fedorowa, demonstracje szybko sprowokowały znacznie szerszą debatę o sposobie prowadzenia wojny. Coraz częściej pojawiały się zarzuty pod adresem kierownictwa armii, a przede wszystkim gen. Ołeksandra Syrskiego. Krytykowano nadmierną centralizację dowodzenia, powolne wdrażanie zmian wynikających z doświadczeń frontowych oraz wysokie straty ponoszone przez ukraińskie oddziały. Już wcześniej wielu ukraińskich wojskowych i komentatorów zarzucało Syrskiemu przywiązanie do kultury dowodzenia wywodzącej się z sowieckiej doktryny, opartej na silnej centralizacji procesu decyzyjnego i ograniczonej samodzielności dowódców niższych szczebli. Tymczasem wojna z Rosją od dawna premiuje rozwiązania odwrotne – decentralizację, inicjatywę oraz błyskawiczne przenoszenie doświadczeń z pola walki do codziennej praktyki armii.

W tym kontekście nominacja Mychajła Drapatego wydaje się wyborem dość oczywistym. Czterdziestotrzyletni generał należy do pokolenia oficerów ukształtowanych już nie przez radzieckie wzorce dowodzenia, lecz przez trwającą od 2014 roku wojnę z Rosją. Walczył pod Mariupolem, dowodził na najtrudniejszych odcinkach frontu, a w armii wyrobił sobie opinię dowódcy, którego wysyła się tam, gdzie sytuacja wymaga szybkiego opanowania kryzysu. Równie ważna jest jednak jego reputacja. Drapaty od dawna uchodzi za zwolennika większej samodzielności dowódców niższych szczebli, szybkiego wdrażania doświadczeń z frontu i ograniczania nadmiernej centralizacji procesu decyzyjnego. Innymi słowy – reprezentuje model dowodzenia, którego od miesięcy domaga się znaczna część ukraińskiego środowiska wojskowego, a dziś także społeczeństwa.

—–

Co warte podkreślenia – protestujący Ukraińcy nie wyszli na ulice z hasłami nawołującymi do zakończenia wojny czy zawarcia pokoju za wszelką cenę. Domagali się lepiej prowadzonej wojny. To wiele mówi o kondycji ukraińskiego społeczeństwa po ponad czterech latach pełnoskalowej wojny. Jest ono zmęczone, coraz bardziej wymagające wobec własnych władz i armii, ale nie utraciło przekonania, że walka z Rosją musi być kontynuowana.

Taka postawa nie pozostawia władzom wielkiego pola manewru. Państwo prowadzące długotrwałą wojnę nie może pozwolić sobie na utratę zaufania ani własnych obywateli, ani własnej armii. W tym sensie nominacja gen. Mychajła Drapatego jest czymś znacznie więcej niż zmianą personalną. To odpowiedź na wyraźny sygnał płynący ze społeczeństwa i zarazem dowód, że Ukraina – mimo ogromnych kosztów wojny – nadal potrafi reagować na krytykę, korygować własne decyzje i szukać nowych sposobów prowadzenia walki.

Obszerniejszą wersję tego tekstu opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do oryginalnego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Mychajło Drapaty/fot. kancelaria prezydenta Ukrainy

Czas!

We wrześniu 2022 roku świat z niedowierzaniem obserwował ukraińską kontrofensywę w obwodzie charkowskim. rosyjskie oddziały w nieco ponad tydzień utraciły niemal cały zajęty kilka miesięcy wcześniej teren, porzucając setki pojazdów, magazyny amunicji i ogromne ilości sprzętu. W natarciu uczestniczyły również czołgi T-72 przekazane Ukrainie przez Polskę. Owszem, maszyny miały już wówczas 30-40 lat, co dziś bywa powodem do określania ich mianem „złomu”. Ale na wojnie wartość broni rzadko mierzy się rokiem produkcji. Znacznie ważniejsze jest to, czy można jej natychmiast użyć.

Wiosną 2022 roku rosyjska armia nacierała na kilku kierunkach, ukraińskie jednostki ponosiły ciężkie straty, a kolejne brygady formowane w ramach mobilizacji trzeba było jak najszybciej wyposażyć i skierować na front. Czas liczono nie w miesiącach, lecz w dniach.

W takich realiach czołg T-72 miał dla Ukrainy większą wartość bojową niż znacznie nowocześniejszy Leopard 2 czy Abrams. Nie dlatego, że był od nich lepszy. Był po prostu gotowy do walki. Ukraińscy pancerniacy od dziesięcioleci szkolili się na konstrukcjach rodziny T-64, T-72 i T-80, przemysł posiadał doświadczenie w ich remontach, magazyny dysponowały częściami zamiennymi, a system logistyczny był dostosowany do utrzymywania tych pojazdów w służbie. Wprowadzenie kolejnych T-72 nie wymagało budowy nowego zaplecza szkoleniowego ani organizowania od podstaw systemu obsługi technicznej. Oznaczało możliwość niemal natychmiastowego uzupełnienia strat i zwiększenia potencjału walczących jednostek.

Ta sama logika dotyczyła również innych kategorii uzbrojenia o sowieckim rodowodzie. Armatohaubice, bojowe wozy piechoty, środki przeciwlotnicze czy amunicja były cenne nie tylko dlatego, że zwiększały liczbę egzemplarzy danego sprzętu. Przede wszystkim pozwalały utrzymać ciągłość działań bojowych. W pierwszych miesiącach wojny każda dostawa poradzieckiej techniki oznaczała możliwość odtworzenia utraconych zdolności, wyposażenia nowo formowanych pododdziałów lub utrzymania wysokiego tempa operacji. A właśnie tego Ukraina potrzebowała najbardziej.

Kiedy w pierwszych tygodniach wojny kolejne państwa Zachodu wciąż zastanawiały się, gdzie przebiega granica dopuszczalnego wsparcia dla Kijowa, Polska już ją przekraczała. Jako jeden z pierwszych sojuszników zdecydowała się przekazać ciężki sprzęt pochodzący z własnych jednostek, świadomie godząc się na czasowe osłabienie własnego potencjału.

Najbardziej wymownym przykładem są właśnie czołgi. Polska przekazała Ukrainie około 240 czołgów T-72 różnych wersji już w 2022 roku, a następnie kolejne wozy, w tym PT-91 Twardy oraz 14 Leopardów 2A4. Łącznie do Kijowa trafiło 318 czołgów z polskich zasobów – więcej niż przekazało jakiekolwiek inne państwo.

Na tym jednak pomoc się nie kończyła. Ukraina otrzymała również m.in. 137 systemów artyleryjskich, ponad pół tysiąca pojazdów opancerzonych, samoloty MiG-29, śmigłowce Mi-24 oraz ogromne ilości amunicji – od czołgowej, przez artyleryjską, po moździerzową. Zdecydowana większość donacji przypadła na lata 2022–2023, czyli okres, gdy ważyły się losy ukraińskiej obrony i państwowości.

Patrząc z perspektywy połowy 2026 roku łatwo zapomnieć, jak wyglądały pierwsze miesiące pełnoskalowej wojny. Dziś nikogo nie dziwią zachodnie czołgi na ukraińskim froncie, samoloty F-16 w barwach Sił Powietrznych Ukrainy czy dyskusje o kolejnych pakietach wsparcia. Wiosną 2022 roku nic z tego nie było jednak przesądzone.

W wielu zachodnich stolicach dominowało przekonanie, że Ukraina może nie przetrwać rosyjskiego uderzenia. Pomoc koncentrowała się przede wszystkim na lekkim uzbrojeniu przeciwpancernym i przeciwlotniczym, amunicji oraz wyposażeniu indywidualnym. Przekazanie czołgów, artylerii czy samolotów uznawano za krok zbyt ryzykowny politycznie, mogący doprowadzić do niekontrolowanej eskalacji konfliktu.

Polska patrzyła na sytuację inaczej. Nie dlatego, że lepiej od innych znała przyszłość. Po prostu rozumiała, że jeśli Ukraina ma doczekać momentu, w którym Zachód zdecyduje się przekazać bardziej zaawansowane uzbrojenie, musi najpierw utrzymać front. A do tego potrzebowała nie obietnic przyszłych dostaw, lecz sprzętu, który mógł trafić do walki natychmiast.

Nasze leciwe T-72 dały Ukrainie najcenniejszy zasób na wojnie – czas. I choćby dlatego nie były złomem.

Ten tekst, w obszerniejszej wersji, opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do oryginalnego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Polskie T-72 podczas ćwiczeń Anakonda 2010/fot. własne

Rozkazy…

Spytali mnie dziś w radio (w Jedynce), czy odetchnąłem z ulgą po decyzji Trumpa, że nie tylko nie będzie redukcji sił amerykańskich w Polsce, ale wręcz kontyngent zostanie powiększony o kolejne 5 tys. żołnierzy. Co łącznie da 15 tys. wojskowych, ekwiwalent dywizji – nie lada siłę. Odrzekłem, że tak, i nie – że jest ulga, ale jest też niepokój. A po prawdzie, to tego drugiego jest nawet więcej. Dlaczego?

Nim odpowiem na to pytanie, ustalmy, do czego w ogóle potrzebne są amerykańskie wojska w Polsce. Przede wszystkim po to, by odstraszać Rosję – tak brzmi najpopularniejsza interpretacja. Zgodnie z nią, sama obecność żołnierzy USA oznacza, że ewentualny atak na Polskę automatycznie staje się problemem Waszyngtonu, a nie wyłącznie Warszawy. To polityczny i wojskowy „bezpiecznik”, który ma zmniejszać ryzyko agresji. To zarazem prawda i naiwność. Bez trudu wyobrażam sobie sytuację, w której rosjanie atakują Polskę, robiąc wszystko, by nie skrzywdzić ani jednego Amerykanina – o ile ci sami nie wejdą do wojny. W tym właśnie zawiera się istota efektywnej dla nas obecności sił USA – w ich gotowości, lub nie, do włączenia się do walki. Innymi słowy, to, że dodatkowy zawodnik jest na ringu, o niczym jeszcze nie przesądza, ważne, czy rzeczony użyje pięści czy oprze się o liny, albo wręcz zejdzie z maty.

Przy takim sposobie myślenia przestaje mieć znaczenie, ilu faktycznie Amerykanów u nas stacjonuje. Czy jest to 5, 10 czy 15 tys. O czym piszę nie dla siana defetyzmu, ale po to, byśmy przestali fetyszyzować liczby. Bo nawet 100-tysięczny kontyngent – jeśli zabraknie  politycznej zgody na jego użycie – przed niczym nas nie uchroni. I tu właśnie są źródła mojego niepokoju. Trump i jego administracja zrobili już tak wiele, by podważyć swoją wiarygodność, że trudno im ufać „z automatu”. I nawet nie chodzi o to, że w Waszyngtonie mogę sobie przekalkulować, że wojowanie im się nie opłaca; to, jakkolwiek złe dla Polski, broniłoby się jeszcze swoją racjonalnością. Problem w tym, że w amerykańskiej administracji po lutym 2025 roku panuje koszmarny bałagan, nie ma jasnych, wypracowanych polityk i strategii. Uproszczając, w czym nie ma wielkiej przesady, dużo – zbyt dużo – zależy od tego, w jakim humorze danego dnia obudzi się amerykański przywódca. Często wiedziony nie chłodną kalkulacją, ale emocją, impulsem i osobistymi obsesjami. Przeraża mnie fakt, jak bardzo jesteśmy – cały świat jest – uzależnieni od kaprysu tego człowieka.

Ale dobrze, załóżmy, że w sytuacji poważnej próby administracja Trumpa stanie na wysokości zadania. Albo że będzie to już inna, posttrumpowska administracja (czytaj – normalna) – czy to coś zmienia w naszych rozważaniach na temat obecności sił USA w Polsce? Czy kwestia liczebności ma znaczenie? Otóż Szanowni, dla Polski drugorzędne, Amerykanie nie są tu bowiem tylko dla nas, a precyzyjniej rzecz ujmując, są przede wszystkim dla Bałtów. Powiedzmy to wprost, na przekór dominującej retoryce – Rzeczpospolitej w dającej się przewidzieć perspektywie nie grozi fizyczny rosyjski najazd. Armia putina jest na to „za krótka”, zbyt zdemolowana przez Ukraińców; nie stać jej na próbę inwazji tak dużego państwa jak Polska, z tak dużym i stosunkowo silnym wojskiem (póki ono duże i relatywnie silne jest – nie zapominajmy o tym!). Na marginesie warto zauważyć, że w tej diagnozie kryje się niebagatelna rola ukraińskich sił zbrojnych. Prawdę mówiąc, są one dziś większym i efektywniejszym gwarantem bezpieczeństwa dla naszego kraju niż armia amerykańska, realnie bowiem upuszczają rosji krew. Warto o tym pamiętać, gdy mówimy o naszych priorytetach bezpieczeństwa.

Wracając zaś do sedna – „oni” tu nie przyjdą, ale mogą spróbować wejść do któregoś z maleńkich państw bałtyckich; to jakoś sobie ogarną mimo poniesionych w Ukrainie strat. Dla Litwy, Łotwy i Estonii głębią strategiczną jest Rzeczpospolita – to tu, w razie W, będzie zaplecze logistyczne dla operacji obronnej NATO na wschodniej flance. Stąd ruszą sojusznicze siły, jeśli pojawi się groźba rosyjskiego ataku na któreś z trzech państw. Im więcej będzie tu gotowych do szybkiego działania Amerykanów, tym lepiej. Im więcej będą mieli zmagazynowanego na miejscu sprzętu, tym większa to będzie siła.

Byle tylko przyszły odpowiednie rozkazy…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Namiastka

Dron zawisł nad drzewami, a obraz z jego kamery termowizyjnej szybko ujawnia wyraźny ślad ciepła. Ktoś przykrył się płachtą, ale zrobił to niedokładnie. Materiał przylgnął do ciała, po kilkunastu sekundach się nagrzał i w termowizji zaczął świecić jak latarnia. „Brak odstępu to podstawowy błąd”, mówi instruktor, objaśniając zasady kamuflażu termicznego. „Jeśli materiał styka się z ciałem, ciepło przechodzi bezpośrednio i szybko wyrównuje temperaturę. Dlatego między ciałem a pierwszą warstwą maskowania musi być przestrzeń – najlepiej kilkanaście centymetrów powietrza, które działa jak izolator”, wyjaśnia podoficer. Jak podkreśla, najlepiej w ogóle wkopać się w ziemię – grunt stabilizuje temperaturę i ogranicza emisję ciepła na zewnątrz. Dopiero nad takim zagłębieniem należy stworzyć kolejne warstwy: przestrzeń powietrzną, potem warstwę izolacyjną, a na końcu płachtę termiczną i maskowanie.

Na ekranie widać, że jedno stanowisko ma zbyt regularny kształt – niemal prostokąt, który odcina się od tła. Inne zdradza cień, który wraz z przesuwającym się słońcem zaczyna układać się nienaturalnie. Kolejne demaskuje kolor – świeżo ścięte gałęzie są jaśniejsze niż otoczenie. „Dron dojrzy wszystko”, mówi po polsku instruktor, a tłumaczka przekłada jego słowa na ukraiński. „Temperaturę, kształt, kontrast, cień. Nie maskujesz się przed jednym sensorem, tylko przed całym ich zestawem”.

Ćwiczenia dla ukraińskiej kompanii odbywają się w południe, kiedy las jest już nagrzany. Wtedy najlepiej widać, jak stanowisko zaczyna „pracować” w termowizji. Rano łatwiej byłoby się ukryć, wieczorem też. W środku dnia błędy w maskowaniu wychodzą natychmiast. Okazuje się, że grupa, która korzystała wyłącznie z naturalnych materiałów, wypada lepiej. Jej stanowiska są nieregularne, „rozlane” w terenie, trudniejsze do uchwycenia. Ale i tam pojawiają się ślady – naruszona ściółka, źle dobrane elementy roślinności, zbyt oczywiste linie. „Nie bierzesz materiału spod nóg, bo zostawiasz ślad”, pada kolejna uwaga szkolącego. „Trzeba go przynieść z innego miejsca”, instruuje podoficer. Wszystkie jego zalecenia oznaczają jedno: nie wystarczy się ukryć, trzeba cały czas kontrolować otoczenie, reagować na zmianę światła i temperatury. Na poligonie w Polsce za źle wykonane stanowisko grozi reprymenda, na froncie w Ukrainie to kwestia życia i śmierci.

—–

Szkolenia dla ukraińskich żołnierzy są organizowane w Polsce od jesieni 2022 roku – i wciąż się zmieniają. „Skuteczność wielu rozwiązań ma dziś ograniczony »termin ważności«”, zastrzega gen. dyw. Piotr Fajkowski, dowódca 11 Lubuskiej Dywizji Kawalerii Pancernej, na której spoczywa główny ciężar organizacji ćwiczeń dla Sił Zbrojnych Ukrainy. „To, co działa na froncie teraz, za miesiąc może być już bezużyteczne. Naszym zadaniem jest nadążać za tymi zmianami, żeby nie szkolić żołnierzy w próżnię”.

Wytyczne przychodzą z Ukrainy – to tamtejszy sztab generalny odpowiada za aktualizację programów na bazie wniosków z działań bojowych. Trafiają one do instruktorów, którzy modyfikują scenariusze zajęć i wprowadzają do nich nowe elementy. „Bywa, że jeden kurs odbywa się według wcześniejszej wersji programu, a kolejny już według nowej”, przyznaje generał. Obecnie obowiązuje szósta edycja programu szkolenia podstawowego, a siódma jest już testowana w Ukrainie i będzie wdrażana w kolejnych edycjach.

Ale szkolenie w Polsce ma też pewne ograniczenia. Nie wszystko da się odtworzyć w warunkach poligonu – masowe ataki dronów czy nawały artyleryjskie trzeba symulować przy użyciu środków ćwiczebnych, na przykład petard. Z drugiej strony poligony w Polsce (i w innych europejskich krajach, gdzie odbywają się szkolenia), oferują coś, czego w Ukrainie brakuje: bezpieczeństwo i ciągłość. „Tam zajęcia są przerywane przez alarmy i ataki, tu można przepracować cały cykl bez przerw”, wyjaśnia gen. Fajkowski.

Ma to znaczenie szczególnie na początku. Wielu szkolonych to poborowi, którzy wcześniej nie mieli kontaktu z wojskiem. Najpierw uczą się zatem najprostszych rzeczy – reagowania na komendy, współdziałania w grupie. Dopiero potem dochodzi taktyka, medycyna i działania w większych zespołach. Jeśli szkolenie odbywa się we względnym komforcie, łatwiej im przyswoić nowe kompetencje i zbudować właściwe nawyki.

—–

Ukraiński pluton rozwija się na odcinku prowadzącym do kill house’u. Inna grupa właśnie opuściła obiekt i schodzi do lasu. Rotacja trwa bez przerwy. Cykl szkoleniowy dobiega końca – trwają testy wszystkich pododdziałów trzykompanijnego kontyngentu. „To moment, w którym nie sprawdzamy poszczególnych umiejętności, tylko całość: planowanie, przemieszczanie się, reakcję na kontakt ogniowy”, wyjaśnia instruktor z 6. Brygady Powietrznodesantowej. Ukraińscy dowódcy dostają zadanie zdobycia kill house’u i mają kilka minut na przygotowanie. Reszta zależy od nich. Decydują o kierunku podejścia, podziale sił, wykorzystaniu terenu i środków wsparcia. Instruktorzy nie ingerują – obserwują. „Pierwotnie chcieliśmy, by realizowali to zadanie w sile drużyny, ale Ukraińcy od razu weszli na poziom plutonu”, mówi nasz rozmówca. „Tak działają na froncie i przenieśli tę praktykę tutaj”.

Nad obiektem pojawia się dron – ten został wysłany przez oceniających. Śledzi ruchy plutonu, wychwytuje błędy w ubezpieczeniu, pokazuje, gdzie kolumna się rozciąga, gdzie ktoś wychodzi za bardzo w odkryty teren. „To nasze oko”, tłumaczy ukraiński operator drona pracujący z polskimi instruktorami. „Bez tego nie bylibyśmy w stanie zobaczyć połowy rzeczy istotnych na etapie oceny”. Kiedy pluton zbliża się do celu, operator wchodzi z nim w kontakt – symuluje przeciwnika, zmusza do zmiany kierunku, przyspieszenia lub zatrzymania. „Sprawdzamy reakcję żołnierzy”, wyjaśnia instruktor z 6 BDP. „Czy potrafią się przegrupować, czy zachowują kontrolę nad sytuacją”.

W innym scenariuszu – szturmu na okopy – to atakujący Ukraińcy wykorzystują bezzałogowiec. Operator – dołączony do rekrutów doświadczony frontowiec – przekazuje informacje o przeciwniku, wskazuje kierunki podejścia, „czyści” teren przed grupą szturmową. „W tym są naprawdę dobrzy”, przyznaje kolejny instruktor, również spadochroniarz. „To jeden z obszarów, gdzie my uczymy się od nich”.

… na tym zdaniu nie kończy się ów tekst – całość materiału opublikowałem w najnowszym wydaniu „Polski Zbrojnej”. Kwietniowy numer miesięcznika jest w sprzedaży, obok „papieru” można też nabyć cyfrową wersję – znajdziecie ją pod tym linkiem. A w środku także inny mój artykuł – materiał rocznicowy oparty o relacje uczestników bitwy o City Hall w Karbali. Zachęcam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Ukraiński żołnierz podczas symulowanego „czyszczenia okopów”/fot. własne