Pogrom?

Ukraińscy operatorzy dronów mieli podczas ćwiczeń „Combined Resolve” w Niemczech – jak donosiły media – zadać amerykańskiej brygadzie pancernej dotkliwe „straty”. Choć rzeczywisty przebieg manewrów był bardziej złożony, to pokazał, jak wielką przewagę daje doświadczenie zdobyte podczas kilku lat prawdziwej wojny. I jak szybko zachodnie armie muszą dziś uczyć się od Ukraińców.

Amerykańska brygada pancerna ruszyła do natarcia. Abramsy i Bradleye poruszały się po drogach i bezdrożach poligonu Hohenfels w Bawarii. Z góry obserwowały je ukraińskie bezzałogowce. Jedne służyły do rozpoznania, inne odgrywały rolę dronów bombowych, które wkrótce zaczęły eliminować z gry kolejne amerykańskie pojazdy.

Jak napisał niedawno „The Wall Street Journal”, powołując się na uczestników i osoby zaznajomione z przebiegiem ćwiczeń, pojazdy US Army wypadały z gry tak szybko, że część z nich trzeba było „wskrzeszać” i ponownie wysyłać do walki, aby szkolenie mogło być kontynuowane. I tak opowieść z niemieckiego poligonu ruszyła w świat. W medialnych relacjach Ukraińcy „zniszczyli”, „rozgromili”, a nawet „unicestwili” amerykańską brygadę pancerną za pomocą tanich dronów. Co właściwie wydarzyło się w Hohenfels?

Brygada na egzaminie

 „Combined Resolve ‘26” to cykliczne ćwiczenia, które odbywały się od 9 kwietnia do 10 maja w Joint Multinational Readiness Center (JMRC) w Hohenfels. To jedyny należący do US Army ośrodek szkolenia bojowego tej klasy na stałe zlokalizowany poza Stanami Zjednoczonymi. Sam poligon zajmuje 163 km kw., znajduje się na nim ponad 1300 budynków szkoleniowych i ponad 300 km dróg.

W ćwiczeniach uczestniczyło ponad 3600 żołnierzy z siedmiu państw. Główną szkolącą się formacją był 3 Pancerny Brygadowy Zespół Bojowy „Szary wilk” (3rd Armored Brigade Combat Team „Greywolf”) z 1 Dywizji Kawalerii. Amerykańska brygada kończyła właśnie dziewięciomiesięczny dyżur w Europie, podczas którego jej pododdziały stacjonowały m.in. w Polsce, na Litwie i w Estonii. Nie była więc przypadkowo zebranym oddziałem ani formacją dopiero rozpoczynającą szkolenie. „Combined Resolve” miał być jednym ze sprawdzianów jej gotowości.

W Hohenfels Amerykanie zetknęli się jednak z wojskiem posiadającym doświadczenie, którego nie można zdobyć nawet na najlepszym poligonie. Do sił odgrywających rolę przeciwnika dołączyli bowiem operatorzy ukraińskiej 412 jednostki Nemesis, należącej do Sił Systemów Bezzałogowych. To formacja specjalizująca się w wykorzystaniu bezzałogowców i mająca za sobą tysiące realnych misji bojowych.

Według relacji „WSJ” Ukraińcy szybko wykrywali amerykańskich żołnierzy i pojazdy, po czym kierowali przeciw nim kolejne bezzałogowce. Ciężkie wozy miały przy tym prozaiczny problem – podczas ruchu zdradzały swoją obecność choćby kłębami kurzu widocznymi z powietrza.

„Zniszczony” nie znaczy zniszczony

Nie oznacza to jednak, że kilka ukraińskich zespołów rzeczywiście byłoby w stanie w podobnym tempie unicestwić amerykańską brygadę pancerną. „Combined Resolve” były ćwiczeniami, a nie eksperymentem polegającym na ostrzeliwaniu Abramsów prawdziwymi FPV. Samo dotarcie drona do celu mogło więc skutkować uznaniem pojazdu przez sędziów za wyeliminowany. W prawdziwej walce skutki ataku byłyby znacznie mniej przewidywalne.

Niewielka głowica może zniszczyć pojazd, ale może też uszkodzić jego optykę, antenę albo element układu jezdnego, zranić członka załogi albo nie spowodować poważniejszych szkód. Istotne jest miejsce trafienia, rodzaj głowicy, konstrukcja i dodatkowe zabezpieczenia wozu.

Nie podano oficjalnego bilansu mówiącego, że Ukraińcy „zniszczyli” określoną liczbę Abramsów, Bradleyów czy żołnierzy. US Army nie ogłosiła, że „Szary wilk” został unicestwiony przez Nemesis. Źródłem informacji o wyjątkowo dużych stratach symulowanych jest przede wszystkim relacja „WSJ”. Gazeta pisze o zdecydowanej przewadze ukraińskich operatorów, a późniejsze internetowe nagłówki poszły o krok dalej.

Nie ma jednak powodu, by lekceważyć to, co stało się w Hohenfels. Przeciwnie. Jeżeli podczas ćwiczeń trzeba ponownie wprowadzać do walki wcześniej wyeliminowane pojazdy, żeby szkolenie mogło trwać, oznacza to, że ujawniono poważny problem. Tyle że niekoniecznie z czołgami.

Kilku lat wojny nie można kupić

Amerykanie nie zostali pokonani przez nieznaną im technologię. US Army od dawna obserwuje wykorzystanie bezzałogowców w Ukrainie, rozwija własne systemy i intensywnie ćwiczy ich zwalczanie. W samym Hohenfels jeszcze przed manewrami „Combined Resolve” szkolono operatorów małych BSP-ów, w tym maszyn rozpoznawczych, płatowców oraz FPV. Celem było właśnie możliwie wierne odtwarzanie zagrożeń występujących na współczesnym polu walki.

W JMRC powstała nawet Eerie Company – specjalny pododdział sił odgrywających przeciwnika, łączący działanie bezzałogowców, rozpoznanie i walkę radioelektroniczną z tradycyjnymi zadaniami piechoty. Jego operatorzy wykorzystują między innymi FPV Archer (amerykański dron kamikadze). US Army wprost podkreśla, że scenariusze „Combined Resolve” mają uwzględniać doświadczenia z trwających obecnie wojen lądowych.

Amerykanie dobrze wiedzieli więc, jak działają FPV. Różnica polegała na czymś innym. Można kupić tysiąc dronów. Można wyszkolić tysiąc operatorów. Nie można natomiast kupić kilku lat wojny. Dla żołnierzy Nemesis bezzałogowiec nie jest nowinką techniczną ani kolejnym systemem uzbrojenia wprowadzonym do programu szkolenia. Jest narzędziem używanym każdego dnia przeciwko agresorowi, który również posiada tysiące dronów, prowadzi walkę radioelektroniczną, zmienia częstotliwości, maskuje stanowiska, zastawia pułapki i nieustannie modyfikuje własne procedury.

Za takim doświadczeniem idzie coś trudnego do zapisania w instrukcji: umiejętność dostrzegania drobnych sygnałów, przewidywania zachowania przeciwnika, szybkiego wyboru celu i właściwego środka jego rażenia. Dochodzi do tego zdolność błyskawicznego modyfikowania sprzętu i procedur, gdy rozwiązanie skuteczne wczoraj, przestaje działać dzisiaj.

Właśnie tę różnicę między posiadaniem technologii a umiejętnością wykorzystania jej na współczesnym polu walki manewry „Combined Resolve” obnażyły bezlitośnie.

Za drugim razem było trudniej

Najbardziej interesująca część historii z Hohenfels zaczyna się jednak po pierwszych niepowodzeniach Amerykanów. Ćwiczenia trwały wiele dni, a scenariusze powtarzano. Amerykańscy żołnierze zaczęli zmieniać sposób działania. Poprawiali maskowanie i rozśrodkowanie, coraz skuteczniej korzystali ze środków walki radioelektronicznej. W rezultacie Ukraińcom coraz trudniej było osiągać tak dobre efekty jak na początku. W dalszej części szkolenia operatorzy Nemesis przeszli na stronę amerykańską i pomagali brygadzie wykorzystywać bezzałogowce podczas działań ofensywnych.

Wysokie straty poniesione na początku ćwiczeń nie są kompromitacją US Army, lecz argumentem za prowadzeniem takich treningów. Poligon służy przecież między innymi temu, by ujawnić słabość jednostki, zanim zrobi to prawdziwy przeciwnik. W Hohenfels Amerykanie mogli po każdym niepowodzeniu zatrzymać ćwiczenia, przeanalizować sytuację i spróbować ponownie. Na wojnie ceną takiej lekcji byliby zabici żołnierze i naprawdę spalone wozy.

Co więcej, zmiany widoczne są już w samym sposobie myślenia amerykańskich wojsk pancernych. Oficerowie 1 Pancernego Brygadowego Zespołu Bojowego z 3 Dywizji Piechoty (1st Armored Brigade Combat Team z 3rd Infantry Division) pisali niedawno na łamach magazynu „Armor”, że rozpoznanie przesuwa się dziś daleko przed załogowe pododdziały. Tworzyć ma je warstwowa sieć sensorów i dronów, wykrywająca i osłabiająca przeciwnika, zanim do walki wejdą ciężkie wozy. Walka z bezzałogowcami stała się przy tym zadaniem już na szczeblu kompanii i batalionu, podobnie jak kontrolowanie własnej emisji elektromagnetycznej.

Doświadczenia „Combined Resolve” łatwo wykorzystać jako kolejny dowód na „śmierć czołgu”. Ale czy rzeczywiście dowód? Piszę o tym w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Amerykański Abrams na poligonie w Niemczech/fot. 7th Army Joint Multinational Training Command/CC BY 2.0 /Wikimedia Commons

Elita

Jeszcze do niedawna za wojskową elitę uchodzili komandosi GROM-u, SAS, Delty czy Navy SEALs – żołnierze przechodzący morderczą selekcję, doskonale wyszkoleni i przygotowani do wykonywania zadań niedostępnych dla zwykłych jednostek. Wojna w Ukrainie tego wzorca nie unieważniła, ale go poszerzyła. Dziś nieproporcjonalnie duży wpływ na przebieg walk mają operatorzy bezzałogowców, specjaliści walki radioelektronicznej, programiści i analitycy danych.

Według danych przedstawionych na początku 2026 roku przez ukraińskie władze, ponad 80 proc. rosyjskich celów niszczonych przez Siły Zbrojne Ukrainy przypada na systemy bezzałogowe. W samym 2025 roku w ukraińskim systemie ewidencji odnotowano niemal 820 tys. potwierdzonych nagraniami trafień w cele przeciwnika.

Tyle że obraz operatora FPV, który samodzielnie poluje na rosyjskie czołgi, byłby nieadekwatny. Im bardziej bowiem nasycone technologią staje się pole walki, tym mniej zależy na nim od umiejętności pojedynczego człowieka. Największą przewagę dają dziś zespoły zdolne połączyć kolejne elementy jednego procesu: wykryć przeciwnika, rozpoznać cel, przekazać informację, wybrać odpowiedni środek rażenia, zaatakować i sprawdzić rezultat.

Niektóre z takich zespołów stały się już markami rozpoznawalnymi nie gorzej niż nazwy tradycyjnych formacji specjalnych. Dość wspomnieć takie jednostki jak „Ptaki Madziara”, NEMESIS, Raroh czy Achilles. Co więcej, znaczenie systemów bezzałogowych jest na tyle duże, że Ukraina stworzyła poświęcony im osobny rodzaj sił zbrojnych – Siły Systemów Bezzałogowych.

Nie operator, lecz cały system

Skuteczność takich jednostek zależy jednak nie tylko od umiejętności personalu. Jednym z narzędzi pozwalających Ukraińcom łączyć poszczególne elementy pola walki jest DELTA – rozwijany od lat system, który zbiera i porządkuje informacje pochodzące z różnych źródeł i udostępnia je dowódcom oraz żołnierzom. Na początku 2026 roku uruchomiono w nim Mission Control, przeznaczony specjalnie do zarządzania operacjami systemów bezzałogowych. Każda załoga może wprowadzić do systemu m.in. typ używanego drona, miejsce startu, trasę i wykonywane zadanie. Dane nie kończą jednak życia w kolejnym wojskowym raporcie. Są automatycznie przetwarzane i trafiają na cyfrowe pulpity dostępne na różnych szczeblach dowodzenia.

Skala przedsięwzięcia jest już ogromna. Do początku marca Mission Control wygenerował ponad 150 tys. cyfrowych raportów z wykonanych misji, a kilka tygodni później system działał we wszystkich ukraińskich korpusach i zgrupowaniach wojsk. Dowódcy mogą dzięki niemu śledzić wykorzystanie bezzałogowców, porównywać skuteczność jednostek i sprzętu, koordynować ich działanie z obroną przeciwlotniczą oraz walką radioelektroniczną. Informacje są dostępne jednocześnie na różnych poziomach – od batalionu po Sztab Generalny i Ministerstwo Obrony.

– Budujemy system, w którym każde działanie zamienia się w dane, a dane w decyzje – tak wiosną br. sens Mission Control tłumaczył ówczesny minister obrony Ukrainy Mychajło Fedorow.

Jeden człowiek obsługuje sensor, drugi interpretuje dostarczone przez niego informacje, kolejny odpowiada za łączność lub walkę radioelektroniczną, następny uruchamia środek rażenia. Gdzieś za nimi pracują programiści, którzy napisali oprogramowanie łączące wszystkie elementy, oraz analitycy wyciągający wnioski z tysięcy wcześniejszych misji. Żaden z nich sam nie musi dysponować możliwościami kojarzonymi z żołnierzem jednostki specjalnej. Razem mogą jednak w ciągu kilku minut odnaleźć i zniszczyć cel znajdujący się kilkanaście czy kilkadziesiąt kilometrów dalej.

I właśnie zdolność skrócenia czasu między wykryciem przeciwnika a jego skutecznym zaatakowaniem staje się jedną z najcenniejszych kompetencji współczesnej armii. Coraz częściej nie wygrywa bowiem ten, kto dysponuje lepszym pojedynczym dronem, sensorem czy pociskiem. Wygrywa ten, kto potrafi szybciej połączyć je w jeden sprawnie działający system.

Technologiczny wyścig

Jest jeszcze jeden powód, dla którego sama umiejętność obsługi drona nie wystarcza, by mówić o wojskowej elicie. Na ukraińskim froncie technologia starzeje się w niezwykłym tempie. Rozwiązanie, które dziś daje przewagę, za kilka tygodni może być znacznie mniej skuteczne, bo przeciwnik nauczy się je zakłócać, wykrywać albo zwalczać. Dlatego jedną z najcenniejszych umiejętności stała się zdolność szybszego dostosowywania się do zmian niż robi to druga strona.

Doskonale widać to w pojedynku między bezzałogowcami a systemami walki radioelektronicznej. Większość popularnych FPV wymaga łączności radiowej między operatorem a maszyną, a wiele innych systemów korzysta z nawigacji satelitarnej. Zakłócenie sygnału sterującego lub GPS może więc uniemożliwić wykonanie zadania. Stąd ogromne znaczenie specjalistów WRE, którzy próbują wykrywać używane przez przeciwnika częstotliwości i zagłuszać je, chroniąc własne oddziały przed atakiem.

Tyle że druga strona natychmiast szuka odpowiedzi. Zmienia częstotliwości, sposób transmisji i oprogramowanie, stosuje rozwiązania zwiększające autonomię dronów. Jedną z najbardziej spektakularnych odpowiedzi stały się bezzałogowce FPV sterowane za pomocą rozwijanego za nimi cienkiego przewodu światłowodowego. Nie potrzebują radiowego połączenia z operatorem, dlatego tradycyjne zagłuszanie nie pozwala zerwać ich sterowania. Problem urósł do takich rozmiarów, że NATO uruchomiło w 2025 roku specjalne wyzwanie technologiczne poświęcone metodom wykrywania i zwalczania dronów światłowodowych.

Na tym technologiczny pojedynek się nie kończy. Coraz większą rolę odgrywają systemy computer vision pozwalające dronowi rozpoznać wskazany obiekt i kontynuować atak nawet po utracie kontaktu z operatorem. Rozwijana jest autonomiczna nawigacja niewymagająca sygnału satelitarnego, a równocześnie powstają kolejne metody wykrywania i fizycznego niszczenia bezzałogowców odpornych na zakłócenia. Każda skuteczna odpowiedź wywołuje więc następną kontrę.

Walka toczy się przy tym nie tylko między urządzeniami. Celem stają się również ludzie, którzy je obsługują. Analitycy brytyjskiego Royal United Services Institute zwracają uwagę, że rosjanie systematycznie wykorzystują rozpoznawcze BSP do poszukiwania ukraińskich stanowisk dowodzenia, systemów WRE i zespołów operatorów bezzałogowców. Po ich wykryciu do ataku mogą zostać użyte kolejne drony albo artyleria. Specjalista siedzący kilka czy kilkanaście kilometrów od pierwszej linii nie musi więc być wcale bezpieczniejszy tylko dlatego, że nie znajduje się w okopie.

Trwa więc nieustanny wyścig. Jedna strona znajduje sposób na skuteczne użycie dronów, druga próbuje je zakłócić lub zniszczyć. Gdy pojawia się skuteczna odpowiedź, przeciwnik szuka sposobu na jej obejście. W tym pojedynku liczy się nie tylko sprzęt, lecz także ludzie, którzy potrafią szybko zrozumieć, dlaczego dotychczasowe rozwiązanie przestało działać, i znaleźć nowe.

To jeszcze jedna cecha łącząca nowych specjalistów z tradycyjnymi siłami specjalnymi. Elitarność nigdy nie polegała wyłącznie na perfekcyjnym opanowaniu określonych procedur. Komandos musi potrafić działać wtedy, gdy sytuacja rozwija się inaczej, niż przewidywał plan. Wojna technologiczna wymaga podobnej zdolności – tyle że czasami zamiast zmiany sposobu wejścia do budynku oznacza zmianę częstotliwości, oprogramowania, anteny albo całej konstrukcji bezzałogowca.

… i na potrzeby tego wpisu to wszystko. Do lektury ciągu dalszego mojego tekstu zapraszam Was do portalu TVP.Info, oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Operator drona z ZSU podczas szkoleń dla ukraińskiej armii organizowanych w Polsce/fot. własne

Brunatni?

„Polacy. Oni tylko małe dziewczynki bić potrafią…”, usłyszałem i wnet się we mnie zagotowało. Ale szybko się opanowałem i jak to ja, nie dałem po sobie znać, że poczułem się dotknięty. Ba, że w ogóle zrozumiałem wypowiedziane słowa.

Działo się to w 2015 roku, w Dniepropietrowsku, w domu wolontariuszki organizacji humanitarnej. Iryna zaprosiła mnie i pracującego ze mną fotoreportera na obiad. Nasza dwójka miała wieczorem jechać do Kramatorska, stamtąd na front. „Zjecie przed wyjazdem obiad, szybko coś przygotuję”, orzekła Ukrainka i tak wylądowaliśmy w jej progach. Wizyta cudzoziemskich gości zaskoczyła mamę Iryny. I chyba nie była jej na rękę – przynajmniej na początku. To właśnie wtedy – wyszeptane mimo uśmiechu na ustach adresowanego do gości – padły zacytowane słowa. Iryna syknęła na matkę, ja zmilczałem, mój kompan nie miał pojęcia, co się wydarzyło. I jakoś nam to popołudnie zleciało.

Ale opuszczając dom Iryny zapytałem gospodynię, o co chodziło jej matce. Wzruszyła ramionami, przeprosiła. Kilka dni później wysłała mi taką mniej więcej wiadomość: „Mama, jako dziecko, była na międzynarodowym zlocie skautów. Tam jakiś starszy chłopiec, z Polski, chciał zabrać jej gitarę i ją uderzył”. „Przykra sprawa”, odparłem, zapewniając, że nie żywię urazy.

I rzeczywiście nie żywiłem, choć dobrze pamiętałem, do dziś pamiętam, fizyczną reakcję organizmu, gdy usłyszałem to obrzydliwe uogólnienie.

Dlaczego o tym wspominam? Ano nie chciałbym, by czyjeś traumy, osobiste urazy będące efektem jednostkowych doświadczeń, stały się powodem krzywdzących uogólnień. Nie chciałbym, dlatego autentycznie wkurwia mnie pieśń naczelnych komentatorów i moralizatorów, zgodnym chórem orzekających, że „Polska brunatnieje”. Ma tę opinię uzasadniać wysyp incydentów, w których miejscowi – gamonie z polskim paszportem – biją obcych, głównie Ukraińców. Biją za obcość – akcent, wygląd, język – co oczywiście podpada pod obrzydliwe faszystowskie motywacje, tylko u licha, ilu tych skurwysynów jest?

Miażdżąca większość Polaków w żaden sposób się z nimi nie utożsamia (i proszę nie mylić większości z populacją internetowych aktywistów i botów), we mnie rodzą odruch odrazy. Zwłaszcza tępe dzidy atakujące trzech na jednego czy bijące kobietę. Miażdżąca większość Polaków nie brunatnieje, ja, jeśli zmieniam kolor, to na siwy, bo nieuchronnie się starzeję. Występki ekstremistów nie są, i nie mogą być, dowodem powszechnej i głębokiej zmiany. Takie ich przedstawianie jest krzywdzącym uogólnieniem.

Zresztą – patrząc w kontekście relacji polsko-ukraińskich – większym niepokojem napawa mnie to, co dzieje się w Ukrainie, nie w Polsce. To siły zbrojnie Ukrainy, nie wojsko polskie, dramatycznie skręcają w stronę prawicowego ekstremizmu. Ruch azowski – niegdyś marginalny – dziś staje się ideologiczną podwaliną armii, z całym tym neonazistowskim syfem. To w Ukrainie, nie w Polsce, są i będą setki tysięcy nawykłych do przemocy, sfrustrowanych weteranów, podatnych na populistyczne hasła, nawołujące do wszelkiej maści porachunków. Tu w Polsce jesteśmy niczym barany w obliczu żyjących w sąsiedztwie wilków.

Ale to temat na oddzielny wpis, na gruncie tego idzie o to, byśmy my, Polacy, nie padli ofiarą wspomnianych uogólnień. By świat nie mówił o nas, że bijemy obcych – bo jako wspólnota nie bijemy. Lecz by było to oczywiste, w tenże świat musi popłynąć jasny sygnał: skurwieli odpowiedzialnych za ekscesy dopada sprawiedliwość. Fakt, iż po wrocławskim incydencie policja raz-dwa ujęła bandytów, jest dobrym przykładem takiego działania. By je dopełnić, trzeba nam jeszcze jednoznacznych deklaracji polityków, potępiających wszelkie przejawy rasistowskiej i nacjonalistycznej agresji. Dla wszystkich na zewnątrz musi być jasne, że Polska mówi „nie!” tego rodzaju przemocy. Inaczej otwiera się pole do tego, by mówili o nas, że tylko małe dziewczynki bić potrafimy…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Drapaty

Zmiana na stanowisku głównodowodzącego Sił Zbrojnych Ukrainy nie jest zwykłą roszadą personalną. Nie wynika też wyłącznie z sytuacji na froncie. Aby zrozumieć, dlaczego Wołodymyr Zełenski zdecydował się odwołać gen. Ołeksandra Syrskiego i powierzyć dowodzenie gen. Mychajłowi Drapatemu, trzeba cofnąć się o kilka dni – do wydarzeń, które rozegrały się nie na linii frontu, lecz na ulicach ukraińskich miast.

Chodzi o protesty, dla których bezpośrednim impulsem była dymisja ministra obrony Mychajła Fedorowa. Dla wielu Ukraińców odwołany przez prezydenta minister nie był kolejnym politykiem odpowiedzialnym za resort siłowy. To właśnie z jego nazwiskiem kojarzono większość najważniejszych reform ostatnich lat – cyfryzację armii, rozwój technologii wojskowych, wsparcie dla krajowego sektora dronowego oraz otwarcie resortu na współpracę z prywatnym przemysłem. Fedorow stał się symbolem nowoczesnego państwa prowadzącego nowoczesną wojnę. Jego odwołanie wielu Ukraińców odebrało jako sygnał, że proces reform może wyhamować.

—–

Choć zaczęło się od Fedorowa, demonstracje szybko sprowokowały znacznie szerszą debatę o sposobie prowadzenia wojny. Coraz częściej pojawiały się zarzuty pod adresem kierownictwa armii, a przede wszystkim gen. Ołeksandra Syrskiego. Krytykowano nadmierną centralizację dowodzenia, powolne wdrażanie zmian wynikających z doświadczeń frontowych oraz wysokie straty ponoszone przez ukraińskie oddziały. Już wcześniej wielu ukraińskich wojskowych i komentatorów zarzucało Syrskiemu przywiązanie do kultury dowodzenia wywodzącej się z sowieckiej doktryny, opartej na silnej centralizacji procesu decyzyjnego i ograniczonej samodzielności dowódców niższych szczebli. Tymczasem wojna z Rosją od dawna premiuje rozwiązania odwrotne – decentralizację, inicjatywę oraz błyskawiczne przenoszenie doświadczeń z pola walki do codziennej praktyki armii.

W tym kontekście nominacja Mychajła Drapatego wydaje się wyborem dość oczywistym. Czterdziestotrzyletni generał należy do pokolenia oficerów ukształtowanych już nie przez radzieckie wzorce dowodzenia, lecz przez trwającą od 2014 roku wojnę z Rosją. Walczył pod Mariupolem, dowodził na najtrudniejszych odcinkach frontu, a w armii wyrobił sobie opinię dowódcy, którego wysyła się tam, gdzie sytuacja wymaga szybkiego opanowania kryzysu. Równie ważna jest jednak jego reputacja. Drapaty od dawna uchodzi za zwolennika większej samodzielności dowódców niższych szczebli, szybkiego wdrażania doświadczeń z frontu i ograniczania nadmiernej centralizacji procesu decyzyjnego. Innymi słowy – reprezentuje model dowodzenia, którego od miesięcy domaga się znaczna część ukraińskiego środowiska wojskowego, a dziś także społeczeństwa.

—–

Co warte podkreślenia – protestujący Ukraińcy nie wyszli na ulice z hasłami nawołującymi do zakończenia wojny czy zawarcia pokoju za wszelką cenę. Domagali się lepiej prowadzonej wojny. To wiele mówi o kondycji ukraińskiego społeczeństwa po ponad czterech latach pełnoskalowej wojny. Jest ono zmęczone, coraz bardziej wymagające wobec własnych władz i armii, ale nie utraciło przekonania, że walka z Rosją musi być kontynuowana.

Taka postawa nie pozostawia władzom wielkiego pola manewru. Państwo prowadzące długotrwałą wojnę nie może pozwolić sobie na utratę zaufania ani własnych obywateli, ani własnej armii. W tym sensie nominacja gen. Mychajła Drapatego jest czymś znacznie więcej niż zmianą personalną. To odpowiedź na wyraźny sygnał płynący ze społeczeństwa i zarazem dowód, że Ukraina – mimo ogromnych kosztów wojny – nadal potrafi reagować na krytykę, korygować własne decyzje i szukać nowych sposobów prowadzenia walki.

Obszerniejszą wersję tego tekstu opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do oryginalnego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Mychajło Drapaty/fot. kancelaria prezydenta Ukrainy

Czas!

We wrześniu 2022 roku świat z niedowierzaniem obserwował ukraińską kontrofensywę w obwodzie charkowskim. rosyjskie oddziały w nieco ponad tydzień utraciły niemal cały zajęty kilka miesięcy wcześniej teren, porzucając setki pojazdów, magazyny amunicji i ogromne ilości sprzętu. W natarciu uczestniczyły również czołgi T-72 przekazane Ukrainie przez Polskę. Owszem, maszyny miały już wówczas 30-40 lat, co dziś bywa powodem do określania ich mianem „złomu”. Ale na wojnie wartość broni rzadko mierzy się rokiem produkcji. Znacznie ważniejsze jest to, czy można jej natychmiast użyć.

Wiosną 2022 roku rosyjska armia nacierała na kilku kierunkach, ukraińskie jednostki ponosiły ciężkie straty, a kolejne brygady formowane w ramach mobilizacji trzeba było jak najszybciej wyposażyć i skierować na front. Czas liczono nie w miesiącach, lecz w dniach.

W takich realiach czołg T-72 miał dla Ukrainy większą wartość bojową niż znacznie nowocześniejszy Leopard 2 czy Abrams. Nie dlatego, że był od nich lepszy. Był po prostu gotowy do walki. Ukraińscy pancerniacy od dziesięcioleci szkolili się na konstrukcjach rodziny T-64, T-72 i T-80, przemysł posiadał doświadczenie w ich remontach, magazyny dysponowały częściami zamiennymi, a system logistyczny był dostosowany do utrzymywania tych pojazdów w służbie. Wprowadzenie kolejnych T-72 nie wymagało budowy nowego zaplecza szkoleniowego ani organizowania od podstaw systemu obsługi technicznej. Oznaczało możliwość niemal natychmiastowego uzupełnienia strat i zwiększenia potencjału walczących jednostek.

Ta sama logika dotyczyła również innych kategorii uzbrojenia o sowieckim rodowodzie. Armatohaubice, bojowe wozy piechoty, środki przeciwlotnicze czy amunicja były cenne nie tylko dlatego, że zwiększały liczbę egzemplarzy danego sprzętu. Przede wszystkim pozwalały utrzymać ciągłość działań bojowych. W pierwszych miesiącach wojny każda dostawa poradzieckiej techniki oznaczała możliwość odtworzenia utraconych zdolności, wyposażenia nowo formowanych pododdziałów lub utrzymania wysokiego tempa operacji. A właśnie tego Ukraina potrzebowała najbardziej.

Kiedy w pierwszych tygodniach wojny kolejne państwa Zachodu wciąż zastanawiały się, gdzie przebiega granica dopuszczalnego wsparcia dla Kijowa, Polska już ją przekraczała. Jako jeden z pierwszych sojuszników zdecydowała się przekazać ciężki sprzęt pochodzący z własnych jednostek, świadomie godząc się na czasowe osłabienie własnego potencjału.

Najbardziej wymownym przykładem są właśnie czołgi. Polska przekazała Ukrainie około 240 czołgów T-72 różnych wersji już w 2022 roku, a następnie kolejne wozy, w tym PT-91 Twardy oraz 14 Leopardów 2A4. Łącznie do Kijowa trafiło 318 czołgów z polskich zasobów – więcej niż przekazało jakiekolwiek inne państwo.

Na tym jednak pomoc się nie kończyła. Ukraina otrzymała również m.in. 137 systemów artyleryjskich, ponad pół tysiąca pojazdów opancerzonych, samoloty MiG-29, śmigłowce Mi-24 oraz ogromne ilości amunicji – od czołgowej, przez artyleryjską, po moździerzową. Zdecydowana większość donacji przypadła na lata 2022–2023, czyli okres, gdy ważyły się losy ukraińskiej obrony i państwowości.

Patrząc z perspektywy połowy 2026 roku łatwo zapomnieć, jak wyglądały pierwsze miesiące pełnoskalowej wojny. Dziś nikogo nie dziwią zachodnie czołgi na ukraińskim froncie, samoloty F-16 w barwach Sił Powietrznych Ukrainy czy dyskusje o kolejnych pakietach wsparcia. Wiosną 2022 roku nic z tego nie było jednak przesądzone.

W wielu zachodnich stolicach dominowało przekonanie, że Ukraina może nie przetrwać rosyjskiego uderzenia. Pomoc koncentrowała się przede wszystkim na lekkim uzbrojeniu przeciwpancernym i przeciwlotniczym, amunicji oraz wyposażeniu indywidualnym. Przekazanie czołgów, artylerii czy samolotów uznawano za krok zbyt ryzykowny politycznie, mogący doprowadzić do niekontrolowanej eskalacji konfliktu.

Polska patrzyła na sytuację inaczej. Nie dlatego, że lepiej od innych znała przyszłość. Po prostu rozumiała, że jeśli Ukraina ma doczekać momentu, w którym Zachód zdecyduje się przekazać bardziej zaawansowane uzbrojenie, musi najpierw utrzymać front. A do tego potrzebowała nie obietnic przyszłych dostaw, lecz sprzętu, który mógł trafić do walki natychmiast.

Nasze leciwe T-72 dały Ukrainie najcenniejszy zasób na wojnie – czas. I choćby dlatego nie były złomem.

Ten tekst, w obszerniejszej wersji, opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do oryginalnego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Polskie T-72 podczas ćwiczeń Anakonda 2010/fot. własne