Wsparcie

W nocy z 20 na 21 czerwca ukraińskie bezzałogowce i pociski uderzyły w zakłady „Sborka” w Woroneżu. Fabryka została wzięta na cel, ponieważ jest producentem podzespołów wykorzystywanych między innymi w pociskach manewrujących Ch-101, rakietach Iskander-K oraz w systemach przeciwlotniczych Pancyr-S1. Sam atak nie był niczym wyjątkowym – podobnych operacji Ukraina przeprowadziła już dziesiątki. rosyjskie kanały zajmujące się tematyką wojskową zasugerowały jednak, że do uderzenia wykorzystano nowy amerykański pocisk AGM-188A Rusty Dagger. Jeśli te informacje by się potwierdziły, byłby to pierwszy przypadek użycia bojowego tego uzbrojenia – co samo w sobie wymaga odnotowania.

A czym w ogóle jest Rusty Dagger? Narodziny programu AGM-188 są bezpośrednim skutkiem doświadczeń wojny rosyjsko-ukraińskiej. Po dwóch latach konfliktu Amerykanie doszli do wniosku, że arsenał precyzyjnej broni dalekiego zasięgu jest zbyt drogi, by używać go na masową skalę. Pociski Tomahawk czy JASSM oferują znakomite możliwości, lecz ich produkcja wymaga czasu, a koszt pojedynczego egzemplarza liczony jest w milionach dolarów. Poszukiwano więc rozwiązania prostszego i tańszego. Tak narodził się program Extended Range Attack Munition (ERAM), którego efektem stał się AGM-188A Rusty Dagger. Nowy pocisk ma dysponować zasięgiem przekraczającym 900 kilometrów, przenosić około 45-kilogramową głowicę bojową i być odpalany z samolotów F-16. Kluczowym założeniem było połączenie dużego zasięgu z relatywnie niskim kosztem produkcji.

Nie jest to broń przeznaczona do niszczenia całych kompleksów. Rusty Dagger projektowano z myślą o punktowych celach wysokiej wartości – stanowiskach dowodzenia, radarach, węzłach łączności czy elementach infrastruktury wojskowej znajdujących się setki kilometrów od linii frontu. Co ważne – od samego początku powstawał przede wszystkim z myślą o Ukrainie. Program rozwijano w wyjątkowo szybkim tempie, a kolejne etapy prób zakończono znacznie wcześniej, niż początkowo zakładano. Integrację z F-16 ukończono wiosną tego roku. To wtedy pojawiły się pierwsze doniesienia sugerujące, że część pocisków mogła już trafić do Ukrainy, choć oficjalnie dostawy mają rozpocząć się jesienią 2026 roku. Wydarzenia z Woroneża pozwalają postawić ostrożną hipotezę: że część pocisków mogła zostać przekazana Ukraińcom jeszcze przed rozpoczęciem pełnoskalowych dostaw. Nie byłby to zresztą precedens. W czasie tej wojny wielokrotnie zdarzało się, że kolejne typy uzbrojenia trafiały na front wcześniej, niż wynikałoby to z oficjalnych komunikatów.

Być może za kilka miesięcy okaże się, że AGM-188 rzeczywiście po raz pierwszy użyto pod Woroneżem. Być może rosyjskie źródła błędnie rozpoznały zastosowaną broń. W szerszej perspektywie nie ma to jednak większego znaczenia – ta historia ilustruje bowiem coś znacznie istotniejszego. Na przestrzeni minionego roku niemal cały ciężar finansowy związany ze wspieranie Ukrainy wzięła na siebie Europa, ale niezależnie od krzykliwej retoryki prezydenta Donalda Trumpa i jego administracji wyprodukowana w Stanach broń i amunicja wciąż trafia w ręce Ukraińców. Przez kilka pierwszych miesięcy prezydentury Trumpa wciąż realizowane były pakiety zatwierdzone jeszcze przez Joe Bidena. A w międzyczasie powstał drugi, ważniejszy kanał wsparcia. Coraz częściej zakupy finansowane są przez państwa europejskie lub struktury NATO, natomiast producentem pozostają przedsiębiorstwa amerykańskie. Innymi słowy, choć formalnie maleje bezpośrednie zaangażowanie Waszyngtonu, znaczenie amerykańskiego przemysłu obronnego pozostaje kluczowe. Nawet jeśli coraz częściej płacą za to Europejczycy.

Ten tekst – w rozszerzonej wersji – opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Amerykańskie terenówki w służbie ZSU/fot. SzG ZSU

„Dyplomacja”

„Śpieszmy się poznawać amerykańskie propozycje pokojowe, tak szybko się zmieniają” – ta parafraza chyba najlepiej oddaje istotę wydarzeń z ostatnich dni. Jest jeszcze analogia z dyplomacją USA postrzeganą jako teatr, w którym aktorzy zmieniają maski szybciej niż widzowie zdążą zrozumieć fabułę. Faktem jest, że tajemniczy dokument z 28 punktami, zmienne deklaracje Donalda Trumpa oraz dziwaczna, ocierająca się o wywiadowczy skandal rola Steve’a Witkoffa (podpowiadającego rosjanom, jak podejść Trumpa), wywołują dysonans poznawczy u najbardziej wytrawnych analityków. Ale wydarzenia te mają też pewną wartość poznawczą – bo choć realnie nie przybliżają nas do pokoju, to odsłaniają waszyngtońskie mechanizmy władzy. Co z nich wynika, także dla Polski?

Ano to że w amerykańskim systemie politycznym ogromną rolę odgrywa sam prezydent – jego osobiste preferencje, intuicje i gesty. Banał, nic nowego, ale idźmy dalej. Fakt, że kluczowa rola w rozmowach z rosjanami przypada w udziale Witkoffowi, a nie zawodowym dyplomatom, jest dowodem na to, że Donald Trump traktuje politykę zagraniczną jako przestrzeń własnych decyzji, często podejmowanych poza instytucjonalnymi ramami. To nie jest nowość – w historii USA zdarzało się, że prezydenci korzystali z nieformalnych kanałów komunikacji – ale skala i jawność tego procesu budzi pytania o stabilność systemu. Widzimy tu bowiem zjawisko „dyplomacji równoległej”: oficjalne kanały – Departament Stanu, ambasady, doradcy ds. bezpieczeństwa – funkcjonują obok nieformalnych wysłanników, których mandat jest niejasny. Sprawa 28 punktów dobrze to ilustruje. Marco Rubio, szef amerykańskiej dyplomacji, dowiedział się o umowie z mediów. Potem nie zaprzeczał istnieniu dokumentu, ale też nie nadał mu oficjalnego statusu. Taki stan rzeczy prowadzi do chaosu informacyjnego i osłabia wiarygodność USA w oczach partnerów. Sojusznicy nie wiedzą, czy mają ufać oficjalnym komunikatom, czy raczej śledzić wypowiedzi prezydenta i jego otoczenia.

A ten nie ułatwia sprawy, bo traktuje dyplomację jako element spektaklu politycznego. Jego wypowiedzi – raz obiecujące szybki pokój, innym razem obnażające brak zainteresowania czy wręcz pogardę dla Ukrainy – są częścią gry medialnej. W amerykańskim systemie władzy prezydent ma ogromne prerogatywy, ale jednocześnie jest poddany presji opinii publicznej i własnego elektoratu. To sprawia, że decyzje są często podporządkowane logice kampanii wyborczej, a nie długofalowej strategii.

Rozproszenie ośrodków decyzyjnych – Biały Dom, Departament Stanu, Pentagon, doradcy prezydenta – prowadzi do sytuacji, w której polityka zagraniczna USA jest niejednoznaczna. W przypadku rozmów z rosją i Ukrainą widać, że różne instytucje mają odmienne priorytety, co nie byłoby niczym złym, gdyby nie fakt, że prezydent Trump nie potrafi (nie chce?) zintegrować ich w spójną całość. Jaki płynie z tego wniosek dla sojuszników, w tym dla Polski? Czas przyjąć założenie, że decyzje Waszyngtonu mogą być nagłe, sprzeczne i podporządkowane wewnętrznej logice politycznej. Polska polityka musi brać pod uwagę, że amerykański system jest podatny na personalne decyzje prezydenta. To oznacza, że nie można opierać całej strategii bezpieczeństwa wyłącznie na gwarancjach Waszyngtonu. Potrzebne są własne zabezpieczenia – silna armia, rozwinięta współpraca regionalna i aktywna obecność w strukturach europejskich.

Ten komentarz, w znacznie rozbudowanej formie, opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do całości materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.