Wsparcie

W nocy z 20 na 21 czerwca ukraińskie bezzałogowce i pociski uderzyły w zakłady „Sborka” w Woroneżu. Fabryka została wzięta na cel, ponieważ jest producentem podzespołów wykorzystywanych między innymi w pociskach manewrujących Ch-101, rakietach Iskander-K oraz w systemach przeciwlotniczych Pancyr-S1. Sam atak nie był niczym wyjątkowym – podobnych operacji Ukraina przeprowadziła już dziesiątki. rosyjskie kanały zajmujące się tematyką wojskową zasugerowały jednak, że do uderzenia wykorzystano nowy amerykański pocisk AGM-188A Rusty Dagger. Jeśli te informacje by się potwierdziły, byłby to pierwszy przypadek użycia bojowego tego uzbrojenia – co samo w sobie wymaga odnotowania.

A czym w ogóle jest Rusty Dagger? Narodziny programu AGM-188 są bezpośrednim skutkiem doświadczeń wojny rosyjsko-ukraińskiej. Po dwóch latach konfliktu Amerykanie doszli do wniosku, że arsenał precyzyjnej broni dalekiego zasięgu jest zbyt drogi, by używać go na masową skalę. Pociski Tomahawk czy JASSM oferują znakomite możliwości, lecz ich produkcja wymaga czasu, a koszt pojedynczego egzemplarza liczony jest w milionach dolarów. Poszukiwano więc rozwiązania prostszego i tańszego. Tak narodził się program Extended Range Attack Munition (ERAM), którego efektem stał się AGM-188A Rusty Dagger. Nowy pocisk ma dysponować zasięgiem przekraczającym 900 kilometrów, przenosić około 45-kilogramową głowicę bojową i być odpalany z samolotów F-16. Kluczowym założeniem było połączenie dużego zasięgu z relatywnie niskim kosztem produkcji.

Nie jest to broń przeznaczona do niszczenia całych kompleksów. Rusty Dagger projektowano z myślą o punktowych celach wysokiej wartości – stanowiskach dowodzenia, radarach, węzłach łączności czy elementach infrastruktury wojskowej znajdujących się setki kilometrów od linii frontu. Co ważne – od samego początku powstawał przede wszystkim z myślą o Ukrainie. Program rozwijano w wyjątkowo szybkim tempie, a kolejne etapy prób zakończono znacznie wcześniej, niż początkowo zakładano. Integrację z F-16 ukończono wiosną tego roku. To wtedy pojawiły się pierwsze doniesienia sugerujące, że część pocisków mogła już trafić do Ukrainy, choć oficjalnie dostawy mają rozpocząć się jesienią 2026 roku. Wydarzenia z Woroneża pozwalają postawić ostrożną hipotezę: że część pocisków mogła zostać przekazana Ukraińcom jeszcze przed rozpoczęciem pełnoskalowych dostaw. Nie byłby to zresztą precedens. W czasie tej wojny wielokrotnie zdarzało się, że kolejne typy uzbrojenia trafiały na front wcześniej, niż wynikałoby to z oficjalnych komunikatów.

Być może za kilka miesięcy okaże się, że AGM-188 rzeczywiście po raz pierwszy użyto pod Woroneżem. Być może rosyjskie źródła błędnie rozpoznały zastosowaną broń. W szerszej perspektywie nie ma to jednak większego znaczenia – ta historia ilustruje bowiem coś znacznie istotniejszego. Na przestrzeni minionego roku niemal cały ciężar finansowy związany ze wspieranie Ukrainy wzięła na siebie Europa, ale niezależnie od krzykliwej retoryki prezydenta Donalda Trumpa i jego administracji wyprodukowana w Stanach broń i amunicja wciąż trafia w ręce Ukraińców. Przez kilka pierwszych miesięcy prezydentury Trumpa wciąż realizowane były pakiety zatwierdzone jeszcze przez Joe Bidena. A w międzyczasie powstał drugi, ważniejszy kanał wsparcia. Coraz częściej zakupy finansowane są przez państwa europejskie lub struktury NATO, natomiast producentem pozostają przedsiębiorstwa amerykańskie. Innymi słowy, choć formalnie maleje bezpośrednie zaangażowanie Waszyngtonu, znaczenie amerykańskiego przemysłu obronnego pozostaje kluczowe. Nawet jeśli coraz częściej płacą za to Europejczycy.

Ten tekst – w rozszerzonej wersji – opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Amerykańskie terenówki w służbie ZSU/fot. SzG ZSU

Samowystarczalni?

W 2026 roku Ukraina produkuje więcej uzbrojenia niż kiedykolwiek wcześniej. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że kraj stopniowo uniezależnia się od zagranicznych dostaw. Rzeczywistość jest jednak bardziej skomplikowana.

Weźmy armatohaubicę Bogdana, jeden z największych sukcesów ukraińskiego przemysłu zbrojeniowego. To konstrukcja opracowana przez ukraińskich inżynierów i produkowana przez ukraińskie przedsiębiorstwa. Nie oznacza to jednak, że wszystkie elementy niezbędne do jej złożenia powstają nad Dnieprem.

Pierwszy prototyp osadzono na ukraińskim podwoziu KrAZ, ale kolejne serie wykorzystują podwozia zachodnie, przede wszystkim czeskie Tatry. Dotyczy to również części materiałów, komponentów oraz wyposażenia przemysłowego używanego w produkcji.

Armatohaubica to nie tylko lufa (też częściowo zachodnia…) i podwozie. O jej skuteczności decydują m.in. system kierowania ogniem, środki łączności i komputery balistyczne. Ukraina rozwija własne rozwiązania w tym zakresie, ale nadal pozostaje uzależniona od importu wielu zaawansowanych podzespołów elektronicznych i optoelektronicznych. Dotyczy to choćby układów scalonych, modułów komunikacyjnych, odbiorników nawigacji satelitarnej, kamer czy elementów termowizji.

Do tego dochodzi kwestia amunicji. Bogdana wykorzystuje standardowe dla NATO pociski kalibru 155 mm. Ukraina uruchomiła ich własną produkcję, jednak nadal nie jest w stanie samodzielnie zaspokoić potrzeb frontu. Innymi słowy, udana ukraińska konstrukcja artyleryjska pozostaje częścią znacznie większego, międzynarodowego systemu produkcji i zaopatrzenia.

Jeszcze wyraźniej widać to w przypadku dronów, które stały się symbolem tej wojny. Ukraina projektuje własne konstrukcje, rozwija oprogramowanie i organizuje produkcję seryjną, jednak znaczna część wykorzystywanych podzespołów pochodzi spoza kraju. Dotyczy to silników elektrycznych, kontrolerów lotu, kamer, modułów transmisji danych, baterii czy elementów optoelektroniki.

Większość z tych produktów powstaje w Chinach. Wraz z zaostrzaniem przez Pekin kontroli eksportowych dotyczących technologii mogących znaleźć zastosowanie wojskowe, bezpośredni zakup komponentów przez ukraińskie firmy stał się znacznie trudniejszy niż na początku wojny. W efekcie kluczową rolę odgrywają pośrednicy, centra logistyczne i magazyny zlokalizowane poza Ukrainą.

Komponenty trafiają najpierw do państw Unii Europejskiej lub innych krajów trzecich, gdzie są kompletowane, magazynowane i kierowane do ukraińskich producentów. A więc i dron – zaprojektowany, zmontowany i używany przez Ukraińców – pozostaje produktem międzynarodowego łańcucha dostaw rozciągającego się od Azji po Europę Środkową.

W tym systemie szczególną rolę odgrywa Polska. To przez polską infrastrukturę logistyczną i przez polskie firmy przechodzi znaczna część towarów wykorzystywanych przez ukraiński przemysł obronny. Polska pomaga nie tylko dostarczać Ukrainie broń. Pomaga również tworzyć broń powstającą w Ukrainie. Ukraińska samowystarczalność w tym zakresie to mit.

—–

Mitem jest też opowieść o wtórnym znaczeniu innych systemów uzbrojenia. Wojna w Ukrainie jest wojną dronów, ale same bezzałogowce jej nie rozstrzygną. Owszem, kontrolują strefę śmierci, utrudniając przeciwnikowi manewr, ale pozycje obronne wciąż obsadzane są przez ludzi. Tych zresztą – po obu stronach – jest obecnie na froncie najwięcej w historii pełnoskalowego konfliktu – mimo postępującej dronizacji. A ludzie potrzebują m.in. amunicji strzeleckiej, kamizelek kuloodpornych, hełmów, środków łączności, noktowizorów, termowizorów i całej masy innego wyposażenia. Ukraina zaspokaja tylko część tych potrzeb we własnym zakresie.

Co więcej, dron nie tylko nie zajmie i nie utrzyma terenu. Nie przejmie też wszystkich zadań artylerii dalekiego zasięgu. Ukraińcy rozwijają własne konstrukcje, lecz nadal nie są w stanie zastąpić amerykańskich pocisków GMLRS wykorzystywanych do precyzyjnych uderzeń na głębokość 80 km. Kijów może produkować tysiące dronów, ale nie produkuje pocisków Patriot, IRIS-T czy NASAMS, które zestrzeliwują rosyjskie rakiety i pociski manewrujące. Nie wytwarza wyrzutni do tych systemów oraz radarów, które decydują o ich skuteczności. Bez tej broni ukraińskie miasta, infrastruktura energetyczna i zaplecze przemysłowe byłyby znacznie bardziej narażone na rosyjskie ataki.

Podobnie rzecz się ma w przypadku lotnictwa, które nie tylko pełni niebagatelną rolę w osłonie ukraińskiego zaplecza, ale realizuje też misje uderzeniowe na cele lądowe, w tym zadania porażenia rosyjskiej obrony przeciwlotniczej. Nie byłoby ostatnich spektakularnych akcji na Krymie, gdyby wcześniej ukraińskiemu lotnictwu nie udało się wyeliminować rosyjskich systemów radiolokacyjnych. To samoloty załogowe wyrąbały ukraińskim dronom wolną drogę na półwysep. Ukraina może remontować i modernizować ocalałe posowieckie maszyny – których ma coraz mniej – ale nie produkuje F-16 i Miraży, pocisków powietrze-powietrze czy bomb kierowanych.

Tych przykładów można by wymienić znaczenie więcej, dość powiedzieć, że o skuteczności ZSU wciąż w znacznym stopniu decydują „klasyczne” rodzaje uzbrojenia, a te najbardziej efektywne pochodzą z Zachodu. Podobnie jak istotna część wojskowej drobnicy. Wszystko to, w zdecydowanej większości, nim trafi do Ukrainy idzie przez Polskę. O czym wspominam w kontekście rozpalającego emocje orderowego sporu, mam bowiem wrażenie, że Ukraińcy zapominają o wkładzie Polski. W reakcji na decyzję prezydenta Nawrockiego podkreślają rolę Ukrainy, która w ich percepcji urasta do rangi obrońcy Polski. Polski jako obrońcy Ukrainy w tej opowieści nie ma.

I nie chodzi mi o ukraińską wdzięczność i podkreślanie polskich zasług. Mnie osobiście wystarczy, że Ukraińcy łoją ruskich. Nie zmienia to faktu, że jako chłodny analityk nie potrafię przejść do porządku dziennego nad krótkowzrocznością Wołodymyra Zełenskiego. Wszak ukraiński prezydent i jego otoczenie doskonale wiedzą, jak wygląda geografia wojny. Że Polska pozostaje najważniejszym lądowym łącznikiem Ukrainy z zachodnim zapleczem wojskowym i gospodarczym – i że szybkiej i funkcjonalnej alternatywy dla tego układu nie ma. Trudno mi zrozumieć gotowość do podejmowania działań, które w oczywisty sposób bolą polską opinię publiczną i wzmacniają środowiska opowiadające się za ograniczeniem wsparcia dla Kijowa.

Nie chodzi o to, że Polska nagle odwróci się od Ukrainy. Nie chodzi nawet o to, że Warszawa dysponuje jakimś politycznym „wyłącznikiem” ukraińskiego wysiłku wojennego. Chodzi o coś znacznie prostszego. Prowadząc wojnę o przetrwanie, nie warto igrać z państwem, przez które prowadzi najważniejsza droga łącząca front z jego zapleczem. Zwłaszcza gdy alternatywy istnieją głównie na mapie.

Ten tekst, w rozszerzonej wersji, opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto link do oryginalnego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Order…

20 czerwca 2026 roku

Co pan sądzi na temat zamieszania z Orderem Orła Białego? – pytają mnie Czytelnicy.

Cóż, jest mi zwyczajnie smutno. Oto bowiem zamiast dojrzałego realizmu, obie strony – ukraińska poprzez prowokacje historyczne, a polska poprzez widowiskowe gesty odwetowe – postawiły na emocje.

Nie zmienia to faktu, że imperatywem dla Polski pozostaje przetrwanie ukraińskiej państwowości – ze względu na nasze bezpieczeństwo – a owo przetrwanie z oczywistych powodów jest również imperatywem samej Ukrainy. Dlatego obie strony muszą jak najszybciej „schować szable” i wytrwać w twardej, pragmatycznej współpracy – militarnej i gospodarczej – odcinając się od wizerunkowych wojen.

Ufam, że zwycięży ów rozsądek.

A emocje? Cóż, pozostaję lojalnie zakochany w swojej ojczyźnie, jaka by ona nie była (Polskę pisowską też kochałem). Ale nie zapominam, kto w wojnie z rosją jest tym dobrym, a kto tym złym. Nie wyprę się zachwytu ukraińskim hartem, determinacją, oddaniem, odwagą. Ta opowieść o umiłowaniu wolności – niepozbawiona brzydkich epizodów (wszelkich posowieckich i porosyjskich kulturowych złogów) – nieodmiennie angażuje moje serce. Jestem więc z Tobą, Ukraino. Rozumem – bo tego wymaga mój polski patriotyzm – i sercem. Trwaǰ i grom ruSSkich – ja na froncie medialnym dalej będę robił swoje.

21 czerwca 2026 roku

Kto jest tu ze mną dłużej, ten wie, co sądzę o prezydencie Nawrockim. Kto nie wie, temu pokrótce wyjaśnię – zmartwił mnie jego wybór i martwi jego prezydentura.

Ale nie o tym chciałbym dziś pisać – wspominam Nawrockiego, by zastrzec, że nie przyłączę się do chóru krytyków jego decyzji o odebraniu Orderu Orła Białego Zełenskiemu. Uważam ją za złą, ale wieszanie psów TYLKO na prezydencie RP, to fatalna postawa. Przysłania nam bowiem coś istotniejszego, mianowicie nieodpowiedzialność Wołodymyra Zełenskiego, który sprawę z Polską pokpił dokumentnie.

To nie jest randomowy Ukrainiec, który nie ma pojęcia o zbrodniach UPA, a gość, który słyszał o tym wielokrotnie. I co ważniejsze – dobrze wiedział, że wynoszenie na piedestał upowskich bandytów wybuchnie w Polsce niczym granat w szambie. On tymczasem olał to i dramatycznie naraził Ukrainę – i tego nie potrafię mu wybaczyć.

Przez Polskę idzie 90 proc. pomocy wojskowej, Rumunia jako alternatywa to wolne żarty – mają tam 30 proc. naszej przepustowości (a po ukraińskiej stronie jest jeszcze gorzej). Tego stanu nie da się zmienić z tygodnia na tydzień czy nawet z miesiąca na miesiąc; na to trzeba lat – czasu, którego Ukraina nie ma. Słowacja, Węgry? Jeszcze mniejsze możliwości i, nade wszystko, brak społecznej zgody na uczynienie tych krajów hubami.

Idźmy dalej. Wszyscy się zafiksowali na dronach i na tym, że Ukraina większość z nich wytwarza sama (co też nie jest prawdą…), ale fakty są takie, że bez wsparcia wojskowego z zewnątrz ZSU by się nie utrzymały. Broń, amunicja, mundury, smary, paliwo – to wszystko niemal w całości idzie przez Polskę. Zaraz putin przypierdzieli w odwecie za Moskwę, z jednej strony wyżywając się na cywilach, z drugiej atakując wrażliwe ukraińskie cele. Na przykład infrastrukturę paliwową. W efekcie sprowadzanie paliwa stanie się jeszcze większym wyzwaniem i koniecznością. Skąd Ukraina je ściągnie – z Białorusi?

Zełenski to wszystko wie i dramatycznie ryzykuje. Nie będę teraz szedł w autokrytykę, poprzestanę na stwierdzeniu, że Polacy mają skłonność do unoszenia się honorem. Kto nas zatrzyma, gdy wypiszemy się z roli hubu? Trump? Ten baran przyklaśnie. Europa? Obecny rząd jeszcze jej słucha, ale za progiem wybory, a języczkiem u wagi będzie elektorat nacjonalistyczny, antyukraiński; jak długo Tusk wytrwa w ignorowaniu tej siły?

I Zełenski też to wie, a przynajmniej powinien wiedzieć – jak nie on, to jego doradcy. I co? I nic; ukraiński prezydent wybrał igranie z naszymi słabościami i traumami. Nieodpowiedzialną zabawę z ogniem, bo przecież bez nas Ukraina zginie.

Jezu, jakbym chciał, by to był jakiś plac zabaw, by przyszedł starszy pan i zabrał gówniarzom (z obu stron) krzesiwo…

Innowacja!

Po półtorarocznej turze kończy się misja gen. bryg. Witolda Bartoszka, zastępcy dowódcy – asystenta ds. wsparcia w Dowództwie NATO ds. Szkolenia Bojowego, Wsparcia i Pomocy Siłom Zbrojnym Ukrainy (NSATU). Rozmawiam z generałem o roli NSATU, lekcjach płynących z wojny z rosją oraz o tym, jak doświadczenia ukraińskiej armii zmieniają myślenie NATO o współczesnym polu walki.

Marcin Ogdowski: Pełnoskalowa wojna rosji przeciwko Ukrainie trwa już piąty rok. Jak w tym czasie zmieniła się misja NSATU i jakie są dziś jej najważniejsze zadania?

Gen. bryg. Witold Bartoszek: Żeby zrozumieć, jak ewoluowała nasza misja, trzeba najpierw spojrzeć na samą wojnę. rosja, mimo ogromnych kosztów, nie osiągnęła żadnego strategicznego celu. rosjanie zdobywali teren bardzo powoli, często licząc postępy w metrach, a nie kilometrach. Dobrym przykładem jest kierunek Bachmut–Pokrowsk. Przesunięcie linii frontu o niespełna 50 kilometrów zajęło im ponad 20 miesięcy i kosztowało około 300 tys. ofiar. To pokazuje skalę strat i cenę, jaką płaci rosja.

Jednocześnie Moskwa nie zmniejszyła presji. Wręcz przeciwnie – zintensyfikowała kampanię powietrzną. rosja regularnie używa pocisków balistycznych, manewrujących i dronów dalekiego zasięgu do ataków na infrastrukturę krytyczną, transport publiczny czy osiedla mieszkaniowe. Celem jest osłabienie odporności społeczeństwa i pozbawienie ludzi podstawowych usług.

A jednak Ukraina nadal się broni…

Jej odporność, zdolność adaptacji i determinacja robią ogromne wrażenie. Ta wojna pokazała jedną fundamentalną rzecz: tylko silne i dobrze wyposażone ukraińskie siły zbrojne mogą skutecznie odstraszać rosję i negocjować z pozycji siły. W tym właśnie miejscu pojawia się rola NSATU. Zaczynaliśmy półtora roku temu jako niewielki zespół pracujący w namiotach przy lotnisku. Dziś jesteśmy w pełni funkcjonującą strukturą liczącą ponad 300 osób z 31 państw. Pracujemy całodobowo razem z ukraińskimi oficerami łącznikowymi.

Naszym zadaniem jest koordynacja wsparcia dla Ukrainy – od logistyki i dostaw sprzętu po szkolenia i rozwój zdolności. W praktyce jesteśmy centralnym węzłem łączącym potrzeby Ukrainy z możliwościami państw sojuszniczych. To bardzo złożony proces. Wspólnie z ukraińskimi partnerami prowadzimy katalog obejmujący ponad 30 tys. różnych pozycji sprzętowych i logistycznych. Lista jest stale aktualizowana zgodnie z sytuacją na froncie. To na jej podstawie określamy priorytety i koordynujemy wsparcie.

Proszę wskazać te priorytety.

Najpilniejsze potrzeby są dziś trzy. Pierwsza to obrona przeciwlotnicza, szczególnie systemy zdolne do zwalczania pocisków balistycznych i manewrujących. Zapotrzebowanie jest ogromne, a globalna podaż ograniczona. Druga kwestia to amunicja 155 mm o zwiększonym zasięgu i precyzyjne systemy rażenia dalekiego zasięgu. Ukraina potrzebuje ich, by osłabiać rosyjskie zdolności bojowe i ograniczać swobodę działania przeciwnika.

Trzeci obszar to drony. Ukraina ma dziś bardzo rozwinięty sektor produkcji systemów bezzałogowych. W wielu przypadkach nie brakuje technologii czy kompetencji, lecz finansowania. Bardzo ważna jest też przejrzystość dotycząca dostaw. Wczesne deklaracje i jasne informacje o przekazywanym sprzęcie mają ogromne znaczenie dla ukraińskiego planowania operacyjnego. Jeśli chodzi o szkolenia, obecnie zaspokajamy około 75 proc. potrzeb Ukrainy. Wspólnie z partnerami przeszkoliliśmy już ponad 43 tys. ukraińskich żołnierzy.

Ale dziś nie chodzi już wyłącznie o liczby. Najważniejsze jest to, by szkolenia odpowiadały realiom wojny o wysokiej intensywności. W wielu państwach podstawowe szkolenie wojskowe przez lata było projektowane pod zupełnie inne konflikty.

Dlatego coraz szerzej korzystamy z doświadczeń ukraińskich żołnierzy mających bezpośredni kontakt z frontem. Wprowadzamy szybkie mechanizmy informacji zwrotnej i stale aktualizujemy programy szkoleniowe. Krótko mówiąc: NSATU stało się głównym mechanizmem koordynującym wsparcie dla Ukrainy. Nasza misja ewoluuje razem z wojną, ale cel pozostaje niezmienny – zapewnić Ukrainie zdolności, szkolenie i wsparcie potrzebne do obrony oraz budowy trwałego pokoju.

Na ile armia ukraińska zbliżyła się już do standardów NATO? W jakich obszarach postęp jest największy, a gdzie nadal potrzebne są zmiany?

Postęp jest naprawdę znaczący, szczególnie, jeśli pamiętamy, że Ukraina prowadzi tę transformację w czasie pełnoskalowej wojny. Kijów oczywiście koncentruje się przede wszystkim na potrzebach frontu, ale równolegle konsekwentnie wdraża standardy interoperacyjności NATO. Dotyczy to bardzo wielu obszarów – od dowodzenia i logistyki po systemy wsparcia i zarządzanie personelem. Oceniamy to na podstawie wspólnego planu interoperacyjności NATO–Ukraina. To szczegółowy dokument określający konkretne cele i wymagania.

Jednym z najlepszych przykładów postępu jest system zarządzania polem walki DELTA. Został opracowany zgodnie ze standardami NATO i pozwala ukraińskim siłom bardzo szybko wymieniać informacje, skracać cykl namierzania celów i podejmować decyzje praktycznie w tempie walki. System wzbudza duże zainteresowanie wśród sojuszników, ponieważ został sprawdzony w realnych warunkach bojowych. Jest szybki, stosunkowo tani, łatwy do skalowania i kompatybilny z wieloma rozwiązaniami używanymi przez państwa NATO.

Oczywiście nadal istnieją wyzwania, szczególnie w logistyce i utrzymaniu sprzętu. Ukraina korzysta jednocześnie z systemów poradzieckich oraz bardzo szerokiej gamy uzbrojenia dostarczanego przez różnych partnerów. Taka różnorodność utrudnia interoperacyjność. Ale trzeba też uczciwie powiedzieć, że samo NATO również stale pracuje nad poprawą interoperacyjności między własnymi armiami.

Jak dużym wyzwaniem pozostaje szkolenie kadry dowódczej?

Sporym. Chodzi przede wszystkim o przejście do modelu „mission command”, czyli dowodzenia opartego na intencji dowódcy. W takim systemie dowódca określa cel działania, ale pozostawia podwładnym większą swobodę podejmowania decyzji. Ukraina robi w tym obszarze duże postępy, choć nadal jest miejsce do dalszego rozwoju. Dlatego szkolenie przywódcze – od poziomu korpusu po najmniejsze pododdziały – pozostaje jednym z naszych priorytetów.

Z jakimi trudnościami spotykacie się podczas wspólnych z Ukrainą projektów, ćwiczeń i prac nad innowacjami?

Największym wyzwaniem jest dziś tempo zmian na polu walki. Ta wojna zmienia się szybciej niż wiele instytucji wojskowych potrafi się dostosować. Ukraina bardzo szybko wdraża nowe rozwiązania, a nasze procedury, procesy zakupowe czy cykle planowania ćwiczeń często są po prostu wolniejsze.

Widać to szczególnie w obszarze technologii. Jeszcze w 2022 roku wojna miała przede wszystkim charakter manewrowy. Potem przeszła w konflikt pozycyjny, a dziś coraz bardziej przypomina walkę opartą na danych, oprogramowaniu i przewadze w spektrum elektromagnetycznym. To fundamentalna zmiana.

Oprogramowanie, algorytmy i zdolność szybkiego przetwarzania informacji mają dziś znaczenie porównywalne z tradycyjnym uzbrojeniem. Drony całkowicie zmieniły pole walki – taktycznie, operacyjnie i organizacyjnie. Ukraina bardzo szybko się do tego dostosowała. Tworzy wyspecjalizowane jednostki bezzałogowe, integruje systemy walki elektronicznej i błyskawicznie wdraża innowacje. Skala tego procesu jest ogromna. W 2022 roku Ukraina praktycznie nie miała dużego przemysłu dronowego. Dziś działa tam ponad 500 firm produkujących systemy bezzałogowe.

Dalszą część tej rozmowy – opublikowanej w portalu „Polska Zbrojna” – przeczytacie pod tym linkiem. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Grafika ilustracyjna, wygenerowana przez AI

Logistyka!

– Logistyka decyduje dziś o tempie i skuteczności działań bojowych – mówi gen. bryg. Witold Bartoszek, zastępca dowódcy – asystent ds. wsparcia w Dowództwie NATO ds. Szkolenia Bojowego, Wsparcia i Pomocy Siłom Zbrojnym Ukrainy (NSATU). Jak podkreśla, wojna w Ukrainie pokazuje, że kluczowe stają się rozproszone systemy zaopatrzenia, nowe technologie i coraz szersze wykorzystanie dronów.

Marcin Ogdowski: Wojna w Ukrainie pokazała ogromne znaczenie zaplecza logistycznego. Czy można dziś powiedzieć, że o powodzeniu operacji decyduje nie tylko manewr i ogień, lecz także sprawność dostaw i zabezpieczenia wojsk?

Witold Bartoszek: Już na samym początku pełnoskalowej wojny siły zbrojne Ukrainy pokazały, jak wielkie znaczenie ma logistyka. Potrafiły rozpoznać słabe strony rosyjskiego systemu zaopatrzenia i skutecznie je wykorzystać. Jednocześnie same szybko zmieniły sposób działania – rozproszyły zapasy, ograniczając ryzyko ich zniszczenia, a do transportu zaopatrzenia zaczęły szeroko wykorzystywać także cywilne pojazdy. Dzięki temu amunicja, paliwo czy sprzęt mogły docierać do walczących oddziałów nawet w bardzo trudnych warunkach. To pokazuje, że logistyka – choć często działa w tle – ma dziś ogromny wpływ na przebieg działań bojowych.

Jednym z najbardziej widocznych zjawisk tej wojny jest szybkie wprowadzanie nowych technologii. Jak bardzo zmieniają one sposób prowadzenia działań i ich zabezpieczenia?

Nowe technologie stały się jednym z kluczowych elementów tej wojny. Widzimy to praktycznie każdego dnia. Ukraińskie siły zbrojne bardzo szybko wdrażają rozwiązania cyfrowe – zarówno w zarządzaniu zasobami, jak i w procesie podejmowania decyzji. Do tego dochodzą systemy dronowe i antydronowe, rozwój walki radioelektronicznej czy coraz szersze wykorzystanie sztucznej inteligencji. Wszystko to sprawia, że współczesne pole walki wygląda zupełnie inaczej niż jeszcze kilka lat temu. Co ciekawe, Ukraina zaczyna już nawet eksportować część swoich rozwiązań technologicznych, na przykład do państw Zatoki Perskiej.

(…)

Wzdłuż linii frontu powstała dziś kilkudziesięcio-kilometrowa strefa, w której praktycznie każdy ruch może zostać wykryty przez drony lub systemy rozpoznania. Jak wpływa to na organizację logistyki?

Przede wszystkim wymusza dużo większą ostrożność i racjonalne gospodarowanie zasobami. Każdy transport czy ruch pojazdów musi być dobrze przemyślany, bo łatwo może zostać wykryty i zniszczony. Dlatego ogromnego znaczenia nabiera planowanie dostaw i odpowiednie rozłożenie ich w czasie. Logistyka musi być dziś bardziej elastyczna i działać w sposób rozproszony, aby ograniczyć ryzyko strat.

Drony coraz częściej wykonują zadania, które jeszcze niedawno były domeną ludzi – nie tylko rozpoznanie czy ataki, lecz także transport zaopatrzenia. Czy to początek logistycznej rewolucji na polu walki?

Można tak powiedzieć. Nawet na poziomie niewielkich pododdziałów – sekcji czy drużyny – wykorzystuje się dziś kilka różnych dronów jednocześnie. Jeden może transportować amunicję lub żywność, inny prowadzić obserwację, kolejny chronić grupę przed dronami przeciwnika, a jeszcze inny wykonywać zadania uderzeniowe. Jeśli w działaniach logistycznych zaczynamy wykorzystywać tak szeroki zestaw bezzałogowców, to rzeczywiście mamy do czynienia z dużą zmianą w sposobie zabezpieczenia działań bojowych.

Jednym z najważniejszych wniosków z wojny jest konieczność rozproszenia zapasów i infrastruktury logistycznej. Czy oznacza to odejście od dużych baz na rzecz wielu mniejszych punktów zaopatrzenia?

Tak, ale musi to być robione rozsądnie i z uwzględnieniem skali działań. W praktyce oznacza to tworzenie wielu mniejszych miejsc przechowywania zapasów – zarówno w infrastrukturze wojskowej, jak i cywilnej, a także w obiektach mobilnych czy polowych. Podobnie zmienia się sposób prowadzenia napraw sprzętu. Coraz częściej to mobilne zespoły serwisowe zbliżają się do walczących pododdziałów, aby szybciej przywrócić sprzęt do działania. W tradycyjnym podejściu uszkodzony sprzęt wycofywano daleko na tyły, co dziś bywa zbyt czasochłonne.

Kluczowe jest też odpowiednie planowanie dostaw – czyli ustalenie, co, gdzie i kiedy powinno trafić do walczących oddziałów. Najważniejsze pozostają oczywiście amunicja, paliwo, żywność oraz części zamienne.

Czy państwa NATO – w tym Polska – są przygotowane do działania w tak rozproszonym systemie logistycznym?

To jedno z wyzwań. Podczas ćwiczeń trzeba jak najbardziej realistycznie odtwarzać sytuację na polu walki – zarówno pod względem zagrożeń, jak i warunków terenowych czy skali działań. Bardzo ważne jest budowanie świadomości sytuacyjnej i ćwiczenie reakcji na rozwój wydarzeń.

Trzeba jednak pamiętać, że ćwiczymy w warunkach pokoju, co z prawnego punktu widzenia wprowadza pewne ograniczenia. Nie zawsze możemy na przykład w pełni wykorzystywać cywilną infrastrukturę czy środki transportu. Dlatego część rozwiązań warto przygotowywać wcześniej na poziomie planowania – poprzez gry wojenne i odpowiednie dokumenty, które mogłyby zostać uruchomione w sytuacji kryzysu lub wojny.

(…)

Gdyby miał Pan wskazać jedną najważniejszą lekcję z tej wojny dla polskich logistyków wojskowych – jaka by ona była?

Często powtarzamy zasadę „train as you fight” – ćwicz tak, jak będziesz walczył. Warto naprawdę wziąć ją sobie do serca. Wojna w Ukrainie pokazuje, jak ogromne znaczenie logistyka ma już od pierwszych godzin konfliktu.

Oczywiście nie wszystkie doświadczenia można przenieść wprost do polskich sił zbrojnych. Ale powinniśmy uważnie je analizować i wyciągać wnioski. Dzięki temu łatwiej będzie nam dostosować zarówno planowanie, jak i praktyczne działania logistyczne do realiów współczesnego pola walki.

Dziękuję za rozmowę.

Całość wywiadu, który przeprowadziłem dla portalu „Polska Zbrojna”, znajdziecie pod tym linkiem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Ukraiński pojazd autonomiczny służący do ewakuacji rannych i dostaw amunicji/fot. SzG ZSU