Powyborczo

(…) Od stycznia przyszłego roku Kongres przestanie być politycznym zapleczem administracji Donalda Trumpa. Demokraci przejmą kontrolę nad komisjami, będą mogli wszczynać dochodzenia, wzywać urzędników na przesłuchania i domagać się dokumentów. W Senacie zyskają wpływ na zatwierdzanie prezydenckich nominacji. Co szczególnie istotne, obie izby będą współdecydować o finansowaniu polityki obronnej i zagranicznej.

Nie jest to władza pozorna. Kongres może blokować przedsięwzięcia administracji, ograniczać wydatki na wybrane programy i uzależniać przyznanie pieniędzy od spełnienia określonych warunków. Może również próbować wymuszać większą przejrzystość decyzji podejmowanych przez Pentagon.

Tyle że Stany Zjednoczone nie są republiką parlamentarną. Prezydent pozostaje zwierzchnikiem sił zbrojnych, kieruje dyplomacją i dysponuje rozbudowanym aparatem wykonawczym. Nie potrzebuje zgody Kongresu na każdy ruch wojsk, każdą rozmowę z zagranicznym przywódcą czy zmianę priorytetów strategicznych.

Demokraci mają zatem narzędzia do utrudniania Trumpowi życia, lecz nie do przejęcia jego kompetencji. Sam prezydent zachowa zresztą prawo weta, którego odrzucenie wymaga większości dwóch trzecich głosów w obu izbach. Republikanie mogą ponadto blokować część ustaw w Senacie.

Powstaje więc układ sprzyjający politycznemu klinczowi. Paradoks polega na tym, że im trudniej będzie Trumpowi realizować własny program w kraju, tym większe znaczenie może przypisywać sprawom zagranicznym. Nie jest to przesądzone, ale lekceważenie takiego scenariusza byłoby nierozsądne.

Wojna z Iranem pokazała przecież, że administracja jest gotowa podejmować decyzje o ogromnych konsekwencjach militarnych i politycznych. Wyborcza porażka nie unieważnia tej gotowości. Może natomiast zwiększyć znaczenie spektakularnych sukcesów międzynarodowych, których prezydent będzie potrzebował, by odbudować swój polityczny autorytet.

—–

Z perspektywy naszego regionu największe znaczenie ma oczywiście przyszłość amerykańskiego wsparcia dla Ukrainy. Demokratyczne zwycięstwo poprawia jej pozycję, choć nie rozwiązuje zasadniczego problemu.

Nowa większość może zabiegać o dodatkowe środki na uzbrojenie, utrzymanie sankcji i kontynuowanie programów pomocowych. Może utrudniać administracji rezygnację z przedsięwzięć wzmacniających ukraińską obronę. Co więcej, Kongres może stać się miejscem budowania ponadpartyjnych porozumień w sprawie powstrzymywania rosji.

Ale między przyznaniem pieniędzy a dostarczeniem uzbrojenia istnieje cały łańcuch decyzji. Ktoś musi określić, co można przekazać, z jakich zapasów, na jakich warunkach i w jakim terminie. Znaczna część tych kompetencji pozostaje w rękach administracji.

Możemy zatem wyobrazić sobie sytuację, w której Kongres chce zwiększać pomoc Ukrainie, a Biały Dom ogranicza jej zakres lub uzależnia od ustępstw Kijowa. Taki konflikt nie musi zakończyć się całkowitym zablokowaniem wsparcia. Wystarczy jednak opóźnienie dostaw, by konsekwencje stały się odczuwalne na froncie.

Jest jeszcze drugi problem, niezależny od partyjnej polityki. Wojna z Iranem pochłania amerykańskie zasoby, a zdolności produkcyjne przemysłu zbrojeniowego nie są nieograniczone. Gdy o te same systemy uzbrojenia konkurują potrzeby Bliskiego Wschodu, amerykańskich sił zbrojnych i Ukrainy, nawet polityczna zgoda nie gwarantuje szybkich dostaw.

Dlatego entuzjazm z powodu demokratycznego zwycięstwa należy temperować. Ukraina zyskała silniejsze zaplecze polityczne w Waszyngtonie. Nie odzyskała jednak automatycznie dostępu do arsenałów i pieniędzy na warunkach sprzed kilku lat.

—–

Podobnie wygląda sytuacja Sojuszu Północnoatlantyckiego. Już w 2023 roku amerykańscy parlamentarzyści przyjęli przepisy mające uniemożliwić prezydentowi jednostronne wyprowadzenie USA z NATO. Nowa większość w Kongresie zwiększa polityczne znaczenie tego zabezpieczenia, choć jego konstytucyjna skuteczność w razie sporu z Białym Domem nie została ostatecznie rozstrzygnięta.

Tyle że obsesyjne skupianie się na pytaniu, czy Trump może wyprowadzić Amerykę z Sojuszu, odwraca uwagę od znacznie bardziej realnego zagrożenia. USA nie muszą opuszczać NATO, by zmniejszyć swoją rolę w europejskim systemie bezpieczeństwa.

Wystarczy ograniczyć obecność wojskową, zredukować udział w ćwiczeniach, zmienić priorytety operacyjne czy przenieść część zdolności do innych regionów świata. Można również podważać wiarygodność sojuszniczych zobowiązań bez formalnego wypowiadania traktatu. Odstraszanie opiera się przecież nie tylko na liczbie żołnierzy i sprzętu, lecz także na przekonaniu potencjalnego przeciwnika, że sojusznicy rzeczywiście przyjdą sobie z pomocą.

To nie jest zagrożenie czysto teoretyczne. W maju Pentagon wstrzymał planowaną rotację 2. Pancernej Brygadowej Grupy Bojowej 1. Dywizji Kawalerii do Polski oraz batalionu rakietowego do Niemiec. W przypadku brygady chodziło o około cztery tysiące żołnierzy. Część personelu i sprzętu dotarła już do Europy, gdy zapadła decyzja o anulowaniu zasadniczej części rozmieszczenia. Nie oznaczało to wycofania wszystkich wcześniej stacjonujących w Polsce Amerykanów, ale sygnał był czytelny: europejska obecność wojskowa USA podlega rewizji.

Kongres może próbować ograniczać takie decyzje i kontrolować ich konsekwencje. Nie oznacza to jednak, że będzie w stanie skutecznie przeciwstawić się każdej zmianie w strukturze amerykańskich sił zbrojnych.

Europa musi więc odróżniać dwie rzeczy: trwałość formalnego sojuszu i trwałość amerykańskiego zaangażowania. Pierwszą można próbować zabezpieczać prawnie. Drugiej nie da się zadekretować.

—–

(…)

Byłoby wygodnie uznać, że Amerykanie powiedzieli Trumpowi „dość”, a za dwa lata wszystko wróci do normy. Tyle że dawna norma w relacjach transatlantyckich już nie istnieje.

Przesuwanie strategicznej uwagi Stanów Zjednoczonych w stronę Chin rozpoczęło się przed Trumpem. Żądanie większego europejskiego udziału w kosztach obronności również nie jest jego wynalazkiem. Podobnie protekcjonizm gospodarczy ma w amerykańskiej polityce zwolenników po obu stronach partyjnego podziału.

Różnica dotyczy przede wszystkim metod. Jedni postrzegają sojuszników jako strategiczny zasób, inni są skłonni traktować ich przede wszystkim jako partnerów w nieustannych negocjacjach. Skutki tych podejść mogą być odmienne, lecz nie zmienia to podstawowej prawdy: amerykańskie interesy nie zawsze będą pokrywać się z europejskimi.

A jeśli nawet w 2028 roku do Białego Domu trafi prezydent przychylniejszy Europie, nie znikną ograniczenia amerykańskich zasobów ani rywalizacja z Chinami. Nie zniknie też problem zmęczenia społeczeństwa zagranicznymi interwencjami.

Właśnie dlatego największym błędem Europejczyków byłoby potraktowanie obecnych wyborów jako pretekstu do spowolnienia własnych zbrojeń. Zwłaszcza że historia ostatnich lat pokazała, jak szybko polityczne nastroje w USA potrafią zmieniać warunki europejskiego bezpieczeństwa.

Gdzie w tym wszystkim nasz kraj i nasze interesy? O tym przeczytacie w rozbudowanej wersji tego artykułu. Opublikowałem go w portalu „Polska Zbrojna”, oto link do tego materiału. 

Autor

Marcin

I am a journalist (working for Polska Zbrojna magazine), writer, blogger, and the author of the military-themed blog bezkamuflazu.pl. During my journalistic career, I have covered multiple conflicts and humanitarian crises in Iraq, Afghanistan, Ukraine, Georgia, Lebanon, Uganda and Kenya. Between 2009 and 2014, I ran the blog zafganistanu.pl, dedicated to the war in Afghanistan, the deployment of Polish forces and veterans’ affairs. I am also the author or co-author of non-fiction books and political fiction novels, including Międzyrzecze and Stan wyjątkowy.