Mobilni

Na Bliski Wschód kierowane są kolejne siły Stanów Zjednoczonych – tym razem chodzi o elitarną 82. Dywizję Powietrznodesantową. Według dostępnych informacji, do regionu wkrótce trafi od dwóch do trzech tysięcy żołnierzy, przede wszystkim z brygady szybkiego reagowania, czyli tzw. Immediate Response Force. Docelowa skala przerzutu pozostaje niejasna – część źródeł mówi o wariancie ograniczonym, inne dopuszczają rozwinięcie większego komponentu – ale w każdym przypadku chodzi o siły zdolne do działania niemal natychmiast po dotarciu w rejon operacji.

Kluczowe znaczenie ma charakter tej jednostki. 82. Dywizja Powietrznodesantowa to jedna z najbardziej rozpoznawalnych formacji US Army – lekka, mobilna i zaprojektowana do działania w trybie ekspresowym. Jej elementy są w stanie znaleźć się w dowolnym miejscu świata w ciągu kilkunastu–kilkudziesięciu godzin od wydania rozkazu. Nie jest to jednak dywizja przeznaczona do prowadzenia klasycznej wojny lądowej na dużą skalę – jej domeną pozostają operacje punktowe: zajmowanie kluczowych obiektów, zabezpieczanie infrastruktury, szybkie rajdy czy wsparcie działań specjalnych.

Z dostępnych informacji wynika, że przerzucane są przede wszystkim elementy 1. Brygady Bojowej wraz z komponentem dowódczym dywizji. Całością operacji ma kierować dowódca 82 DPD, gen. mjr Brandon Tegtmeier, którego sztab również ma zostać wysunięty w rejon działań. Oficjalnie nie podano dokładnego terminu osiągnięcia gotowości operacyjnej na miejscu, ale biorąc pod uwagę charakter jednostki, można zakładać, że mówimy o czasie liczonym w godzinach, nie dniach.

Nie oznacza to jednak, że USA przygotowują się do pełnoskalowej inwazji na Iran. Skala przerzucanych sił jest zbyt mała, by mówić o operacji przeciwko państwu tej wielkości, a brak ciężkiego komponentu – czołgów, artylerii i rozbudowanej logistyki – wyklucza prowadzenie długotrwałych działań lądowych. Taki scenariusz oznaczałby zresztą ogromne ryzyko polityczne i gospodarcze, w tym groźbę globalnego kryzysu energetycznego.

Znacznie bardziej prawdopodobne są scenariusze ograniczone – włącznie z takim, w którym spadochroniarze w ogóle nie wejdą do walki. W tym ujęciu przerzut 82 DPD można odczytywać przede wszystkim jako element nacisku i demonstrację gotowości do szybkiej eskalacji.

82 DPD daje decydentom w Waszyngtonie bardzo konkretną możliwość: przeprowadzenia punktowego uderzenia w krótkim czasie, bez konieczności rozwijania wielkich sił inwazyjnych. W praktyce oznacza to kilka potencjalnych zastosowań. Po pierwsze, klasyczne operacje zabezpieczające – ochrona placówek dyplomatycznych czy ewakuacja obywateli w razie dalszej destabilizacji regionu. Po drugie, działania o charakterze rajdowym, wymierzone w konkretne cele wojskowe o wysokiej wartości. Po trzecie wreszcie, wsparcie operacji specjalnych, które wymagają szybkiego wprowadzenia większego komponentu wojskowego po wykonaniu zasadniczego uderzenia.

Ten ostatni wątek jest szczególnie istotny, bo przerzutowi 82 DPD towarzyszy również wzmożona aktywność amerykańskich sił specjalnych, takich jak Delta Force czy Rangersi. Taki zestaw sił jest typowy dla operacji najwyższego ryzyka – w tym działań wymierzonych w infrastrukturę strategiczną przeciwnika. W tym kontekście pojawia się scenariusz, który od dawna funkcjonuje w analizach dotyczących Iranu: przejęcie lub zabezpieczenie materiałów rozszczepialnych oraz elementów programu nuklearnego.

Operacje tego typu wymagają ścisłej współpracy sił specjalnych i jednostek konwencjonalnych. Pierwsze odpowiadają za uderzenie i neutralizację celu, drugie – za utrzymanie i zabezpieczenie terenu. I właśnie tu pojawia się rola spadochroniarzy z 82 DPD.

Konkludując, Stany Zjednoczone nie przygotowują się do klasycznej wojny lądowej z Iranem, lecz budują zestaw elastycznych opcji wojskowych – od demonstracji siły, przez operacje punktowe, aż po działania specjalne o dużej skali. Przerzut 82. Dywizji Powietrznodesantowej wpisuje się w tę logikę. To sygnał, że Waszyngton chce mieć narzędzia pozwalające działać szybko – jeśli uzna to za konieczne. Wszystko w myśl zasady: mieć młotek w ręku, ale niekoniecznie go użyć.

Ten tekst, w rozbudowanej wersji, opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Żołnierze 82 DPD stacjonowali również w Polsce. W 2016 roku brali udział w ćwiczeniach „Anakonda”/fot. Darek Prosiński

Niepewność

Kilkadziesiąt godzin po amerykańskiej akcji w Wenezueli wiemy już nieco więcej o naturze operacji. Wiele wskazuje na to, że nie było to preludium do większej kampanii wojskowej, prowadzącej do obalenia reżimu rządzącego krajem. Zdaje się, że napad USA miał samoograniczający się charakter – że chodziło tylko o Maduro i o zmianę na szczycie wenezuelskiej władzy, ale bez wymiany elit. Ba, we współpracy z ich częścią, która najwyraźniej Maduro zdradziła i teraz układa się z administracją Trumpa. Efekt docelowy tych zabiegów to proamerykańska (a może powinien napisać protrumpowska?) Wenezuela.

Czy ten scenariusz się ziści? Nie mnie wróżyć z fusów, ale warto wskazać na kilka konsekwencji zaistniałej sytuacji. I nie, nie będę Was zanudzał twierdzeniem, że Waszyngton dał Pekinowi i Moskwie zielone światło do podobnych operacji. To teza chwytliwa, świetnie grająca na czołówkach i w sołszalach, ale niewiele mająca wspólnego z rzeczywistością. Bo na rozum i logikę (oraz fakty!) – czy rosja i Chiny rzeczywiście potrzebują pretekstów do swoich napaści? Naprawdę bez amerykańskiego przykładu nie byłyby w stanie tego zrobić? Nie mówcie o tym Ukraińcom, bo to jakby splunąć im w twarz…

Miast bawić się w histeryczne przepowiednie, spójrzmy na fakty.

Po pierwsze, akcja w Wenezueli to był to pstryczek w nos dla Pekinu i Moskwy, które przez lata deklarowały się jako polityczni i – przynajmniej w teorii – strategiczni patroni wenezuelskiego reżimu. Zarówno Chiny, jak i rosja budowały narrację o „ochronie suwerenności”, „sprzeciwie wobec ingerencji Zachodu” i gotowości do wspierania sojuszników przeciwko presji USA. Amerykańska operacja pokazała, ile warte są te deklaracje w momencie próby. Dokładnie tak samo było wcześniej w Syrii czy w Iranie: wielkie słowa, dużo symboliki, a gdy sytuacja staje się realna – brak gotowości do konfrontacji z USA.

—–

Pozostańmy jeszcze przy wątku chińskim. Dla Chin amerykańska akcja w Wenezueli jest szczególnie niewygodna, bo uderza w kilka warstw chińskiej strategii jednocześnie – od geopolitycznej narracji, przez interesy gospodarcze, po wiarygodność Pekinu jako „alternatywnego patrona” dla reżimów skonfliktowanych z Zachodem.

Oto bowiem „rozbrojona” została chińska opowieść o nieingerencji. Pekin od lat buduje swoją soft power na haśle: „nie wtrącamy się w waszą politykę wewnętrzną, nie zmieniamy reżimów, nie stawiamy warunków ideologicznych”. W Ameryce Łacińskiej ta narracja trafiała na podatny grunt, bo była kontrą wobec doświadczeń z USA. Problem w tym, że w momencie próby okazało się, iż chińska „nieingerencja” oznacza także brak realnej ochrony. Gdy amerykańska operacja doszła do skutku, Pekin nie zrobił nic – poza werbalnym protestem. Dla elit w państwach autorytarnych to sygnał bardzo czytelny: Chiny mogą finansować, handlować i kredytować, ale nie są gwarantem przetrwania władzy, gdy sytuacja staje się egzystencjalna.

Idźmy dalej – Wenezuela była jednym z kluczowych punktów chińskiej obecności surowcowej i kredytowej w regionie, klasycznym przykładem modelu „surowce za finansowanie”. Amerykańska akcja pokazuje, że te inwestycje są politycznie kruche, jeśli nie stoją za nimi realne zdolności odstraszania. To nie jest tylko problem Caracas. To ostrzeżenie dla całej chińskiej obecności w Ameryce Łacińskiej i Afryce: bez parasola bezpieczeństwa Pekin może bardzo szybko stracić wpływy, które budował latami, miliardami dolarów i cierpliwą dyplomacją.

I teraz crème de la crème wątku chińskiego – sygnalizowałem to już wcześniej, ale rzecz warta jest podkreślenia. Otóż Amerykanie uderzyli w mit strategicznej symetrii Chin i USA. Chiny lubią być postrzegane jako mocarstwo zdolne do równoważenia amerykańskiej siły na globalnej szachownicy. Tymczasem operacja w Wenezueli pokazuje brutalnie, że USA nadal mają zdolność projekcji siły i operacyjnej inicjatywy, także w regionach, które Pekin uważał za coraz bardziej „postamerykańskie”. To nie była wojna czy długotrwała kampania, a precyzyjna akcja polityczno-operacyjna. Dokładnie taki typ działania, na który Chiny – mimo postępów technologicznych – wciąż nie mają odpowiedzi poza retoryką.

—–

Zostawmy Chiny i wróćmy do wcześniejszej wyliczanki. Amerykańska operacja dała światu kolejną fatalną reklamę rosyjskich systemów obrony powietrznej. Po Ukrainie i po Bliskim Wschodzie to następny przypadek, w którym sprzęt reklamowany jako „bariera nie do sforsowania” okazał się systemem, który można obejść, oślepić lub obezwładnić, jeśli po drugiej stronie stoi przeciwnik dysponujący przewagą technologiczną, rozpoznawczą i operacyjną. Dla potencjalnych klientów rosyjskiego przemysłu zbrojeniowego to sygnał bardzo czytelny, a dla Moskwy – problem strukturalny. Bo jeśli OPL nie działa w sytuacji realnej konfrontacji, to cała narracja odstraszania zaczyna się kruszyć.

Najważniejsze jest jednak coś innego – mechanizm samej operacji. „Wyjęcie” dyktatora, przeprowadzone szybko, precyzyjnie i z wykorzystaniem ludzi z jego najbliższego otoczenia, to zła wiadomość dla wszystkich bandyckich reżimów. Pokazuje bowiem nie tylko, że USA są w stanie fizycznie sięgnąć po przywódcę, ale – co znacznie groźniejsze – że potrafią wcześniej dogadać się z jego współpracownikami. To uderzenie nie w zewnętrzne mury, lecz w wewnętrzną spoistość reżimu: w zaufanie, lojalność, mechanizmy kontroli i strachu. A to fundamenty, na których opierają się autorytarne systemy władzy.

W tym sensie władimir putin ma dziś realny powód do niepokoju. Nie dlatego, że Amerykanie jutro wylądują w Moskwie i wyciągną go z bunkra pod Kremlem, lecz dlatego, że każda taka operacja (jak ta w Caracas) wzmacnia paranoję, podejrzliwość i wewnętrzną erozję systemu. Im bardziej dyktator boi się własnego otoczenia, tym gorzej funkcjonuje cały aparat władzy. A putin JEST paranoikiem, gotowym założyć, że są w jego otoczeniu ludzie, którzy mogliby się z Waszyngtonem dogadać. Arsenał jądrowy rosji i mięta, jaką Trump czuje do putina, zapewne osłabiają tę paranoję, ale z pewnością jej nie znoszą. Bo „a nuż rudy diabeł dogada się z moimi generałami i oligarchami, i nic mi wtedy po atomowej walizce…”. Skądinąd, nie chciałbym dziś być w skórze rosyjskich negocjatorów, którzy mają dobre relacje z Amerykanami. Owa cecha może być niczym płachta na byka, w zestawieniu z wybuchem paranoi putina…

Już wybuchł jego tłusty sojusznik. Demonstracyjny test broni hipersonicznej przeprowadzony wczoraj przez Kim Dzong Una, można czytać właśnie tym kluczem: jako nerwową próbę pokazania, że „ja też potrafię”, że mój reżim jest nietykalny. To klasyczna reakcja odstraszająca – im głośniejsza, tym częściej maskująca niepewność.

I ta niepewność „grubasów” jest największym plusem amerykańskiej akcji…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Tomaszowi Krajewskiemu, Piotrowi Rucińskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi oraz Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewic. A także: Piotrowi Żakowi, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Jakubowi Kojderowi, Adamowi Cybowiczowi, Janowi Mozełewskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Przemysławowi Kowalskiemu, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej i Piotrowi Habeli.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Kamilowi Zemlakowi, Marcie Muller-Reczek, Kasi Byłów i Krzysztofowi Martynie.

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.