Ratownik

Na początku 2025 roku wydawało się, że rosja jest bliska wyczerpania swoich możliwości prowadzenia wojny. Sankcje dusiły gospodarkę, armia ponosiła gigantyczne straty, a Zachód deklarował długoterminowe wsparcie dla Ukrainy. Dziś widzimy, że Kreml nie tylko przetrwał ten trudny moment, ale i odzyskał sporo strategicznego komfortu. Pomogła mu w tym polityka Donalda Trumpa – pełna sygnałów o zmęczeniu wojną, nacisków na „szybki pokój” i działań podważających trwałość amerykańskiego wsparcia dla Kijowa. Dodatkowo wojna z Iranem wywindowała ceny ropy, rozproszyła uwagę USA i dała rosji kolejny gospodarczy i polityczny oddech.

Moskwa już w 2022 roku zrozumiała, że nie wygra wojny błyskawicznie – dlatego zmieniła jej charakter. Zamiast operacji manewrowych pojawiła się strategia wyniszczenia, a wraz z nią odbudowa armii kosztem jakości, rozbudowa przemysłu zbrojeniowego i stopniowe podporządkowywanie gospodarki potrzebom frontu. Wydatki wojskowe rosji wzrosły do poziomu nienotowanego od czasów zimnej wojny. Według SIPRI i rosyjskiego ministerstwa finansów w 2025 roku na obronność i bezpieczeństwo przeznaczano już około 40 proc. wydatków budżetowych państwa.

Co istotne, sama rosyjska gospodarka okazała się znacznie bardziej odporna na sankcje, niż zakładano na Zachodzie. rosja utrzymała eksport surowców dzięki sprzedaży ropy do Chin i Indii, rozbudowała tzw. „flotę cieni”, a część technologii nadal pozyskiwała przez państwa pośredniczące.

Najważniejsza zmiana dotyczyła jednak politycznej kalkulacji Kremla. Zamiast oczekiwania na szybkie zwycięstwo pojawiło się przekonanie, że Zachód może nie wytrzymać wojny politycznie i ekonomicznie. W Moskwie uznano, że demokratyczne państwa prędzej czy później zaczną spierać się o koszty wsparcia dla Ukrainy, a kolejne kryzysy międzynarodowe rozproszą uwagę Stanów Zjednoczonych. Z rosyjskiej perspektywy wystarczyło więc przeczekać przeciwnika.

Koniec strategicznej stałej

To właśnie w tym momencie na scenie pojawił się Donald Trump, który zaczął tę rosyjską kalkulację wzmacniać. Jeszcze w kampanii wyborczej przekonywał, że zakończy wojnę „w 24 godziny”, przedstawiając konflikt jako efekt nieudolności administracji Joe Bidena. Coraz częściej pojawiały się też sugestie, że Ukraina będzie musiała zaakceptować jakieś formy ustępstw terytorialnych. Jednocześnie Trump otwarcie krytykował skalę amerykańskiej pomocy wojskowej, przedstawiając ją jako nadmierne obciążenie dla USA.

Dla Kremla najważniejsze nie było nawet to, co dokładnie mówił przyszły prezydent USA. Istotniejsze było samo pojawienie się politycznej niepewności wokół amerykańskiego wsparcia dla Ukrainy. Szczególnie ważne były też sygnały dotyczące NATO i relacji z Europą. Trump wielokrotnie podważał sens dotychczasowego modelu amerykańskiego zaangażowania w bezpieczeństwo europejskie, sugerując, że USA nie powinny ponosić głównego ciężaru obrony sojuszników. W Moskwie odbierano to jako potwierdzenie tezy, że jedność Zachodu jest coraz bardziej krucha.

Momentem przełomowym okazał się kryzys z 2025 roku, gdy administracja Trumpa czasowo ograniczyła część pomocy wojskowej oraz wsparcie wywiadowcze dla Ukrainy. Szczególne znaczenie miało ograniczenie dostępu do danych ISR, czyli informacji rozpoznawczych pochodzących z satelitów, samolotów i systemów elektronicznych USA. To właśnie dzięki nim Ukraina mogła skuteczniej planować uderzenia dalekiego zasięgu i reagować na ruchy rosyjskich wojsk.

Dla ukraińskiej armii był to poważny problem operacyjny. Dla Kremla – być może najważniejszy sygnał polityczny od początku wojny. rosja po raz pierwszy mogła uznać, że amerykańskie wsparcie dla Ukrainy przestało być strategiczną stałą…

Definitywny koniec programów

W kolejnych miesiącach coraz wyraźniej było też widać, że administracja Trumpa próbuje odbudować kanały komunikacji z Moskwą nawet kosztem relacji z Kijowem. Symbolem tej polityki stał się szczyt Trump–putin na Alasce. Oficjalnie miał on otworzyć drogę do rozmów pokojowych i „deeskalacji napięć”, ale w praktyce zakończył się serią ogólnikowych deklaracji bez żadnych realnych ustępstw ze strony rosji. Kreml otrzymał natomiast coś znacznie cenniejszego – sygnał, że po latach izolacji znów jest traktowany przez USA jako równorzędny partner do rozmów o nowym porządku bezpieczeństwa.

W Kijowie i europejskich stolicach szczególnie źle odebrano fakt, że rozmowy prowadzono praktycznie ponad głowami Ukraińców. Niezrażony tym Trump coraz częściej przedstawiał wojnę jako problem, który należy „zamknąć politycznie”, nawet jeśli oznaczałoby to utrwalenie rosyjskich zdobyczy terytorialnych. W amerykańskiej administracji pojawiały się też sugestie dotyczące „zamrożenia konfliktu”, odłożenia kwestii okupowanych terenów na później i stopniowego ograniczania skali amerykańskiego zaangażowania.

Jednocześnie rosja nie doświadczała realnej presji ze strony Waszyngtonu. Nie doszło do gwałtownego zaostrzenia sankcji, nie pojawiły się nowe jakościowe pakiety uzbrojenia dla Ukrainy, a kolejne decyzje administracji coraz częściej sprawiały wrażenie podporządkowanych logice szybkiego politycznego „dealu”. Kreml wiedział, że taka sytuacja działa na jego korzyść. Im bardziej Biały Dom koncentrował się na zakończeniu wojny za wszelką cenę, tym mniej powodów miała rosja, by rzeczywiście iść na kompromis.

Dla Ukrainy oznaczało to coraz trudniejsze położenie strategiczne. Kijów nadal potrzebował zachodniej pomocy do utrzymania frontu, ale jednocześnie coraz częściej słyszał sygnały sugerujące, że cierpliwość USA ma swoje granice. Moskwa mogła natomiast obserwować, jak główny sponsor ukraińskiego wysiłku wojennego zaczyna traktować stabilizację relacji z rosją jako cel ważniejszy niż dalsze wspieranie Ukrainy. Jesienią 2025 roku Waszyngton definitywnie zakończył część programów wojskowego wsparcia uruchomionych jeszcze za administracji Bidena, ograniczając kolejne pakiety uzbrojenia do minimum niezbędnego dla utrzymania podstawowych zdolności obronnych Ukrainy.

Pragmatyczne podejście do sankcji

Wiosną 2026 roku Trump zrobił putinowi kolejny prezent. Po atakach USA i Izraela na Iran ceny ropy gwałtownie wzrosły, a analitycy zaczęli ostrzegać przed ryzykiem poważnych problemów z globalnymi dostawami surowców.

Dla rosji oznaczało to finansowy oddech w bardzo trudnym momencie wojny. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej rosyjski budżet znajdował się pod rosnącą presją. Ukraina coraz skuteczniej atakowała rafinerie i terminale paliwowe, spadały dochody energetyczne, a Kreml był zmuszony zwiększać wydatki wojenne do poziomu nienotowanego od czasów zimnej wojny. Wojna z Iranem nagle odwróciła jednak sytuację. Reuters wylicza dziś, że rosyjskie dochody z ropy i gazu mogą wzrosnąć w maju br. aż o 39 proc. rok do roku właśnie dzięki skutkom kryzysu na Bliskim Wschodzie.

To szczególnie ważne, ponieważ eksport surowców pozostaje podstawą rosyjskiej gospodarki wojennej. Kreml może ograniczać wydatki socjalne, zwiększać represje i przerzucać przemysł na produkcję zbrojeniową, ale bez wpływów z ropy finansowanie wieloletniej wojny byłoby znacznie trudniejsze. Tymczasem globalny kryzys energetyczny ponownie zwiększył znaczenie rosji jako jednego z największych eksporterów surowców na świecie.

Wojna z Iranem pokazała też ograniczenia zachodniej polityki sankcyjnej wobec Moskwy. W sytuacji gwałtownego wzrostu cen ropy administracja Trumpa zdecydowała się przedłużyć część wyjątków pozwalających wybranym państwom nadal korzystać z rosyjskiej ropy transportowanej drogą morską. Oficjalnym powodem była konieczność stabilizowania rynku i ograniczania skutków kryzysu energetycznego.

Dla Kremla był to kolejny sygnał, że pełna izolacja gospodarcza rosji ma swoje granice. Dopóki światowa gospodarka pozostaje uzależniona od stabilnych dostaw energii, każdy większy kryzys geopolityczny automatycznie zwiększa pole manewru Moskwy. rosja nie musi więc dziś odnosić spektakularnych sukcesów militarnych. Wystarczy, że kolejne konflikty podnoszą ceny surowców i zmuszają Zachód do bardziej pragmatycznego podejścia wobec sankcji.

Bliski Wschód przyniósł rosji jeszcze jedną korzyść – o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Grafika ilustracyjna, wygenerowana przez AI

(Nie)uległa

Kilka dni temu „New York Times” wyliczył, że przy obecnym tempie działań rosyjska armia potrzebowałaby około 30 lat, by zająć całość Donbasu. Niezależni rosyjscy analitycy z Mediazony i Meduzy ustalili z kolei liczbę potwierdzonych rosyjskich zabitych na ponad 350 tys. ludzi.

Obie liczby są oczywiście symboliczne – nie mówią, jak długo potrwa wojna ani kiedy rosja wyczerpie swoje możliwości. Pokazują jednak coś znacznie ważniejszego: skalę narastającego rozdźwięku między propagandową wizją nieuchronnego triumfu a realiami wojny, która coraz bardziej przypomina kosztowny strategiczny impas.

Bo choć rosja nadal naciera, linia walk od miesięcy w zasadzie stoi, gdzieniegdzie tylko przesuwa się powoli, wręcz symbolicznie, a kolejne zdobywane miejscowości mają znaczenie co najwyżej taktyczne. Nawet tam, gdzie rosyjskie wojska osiągają postępy, nie przekładają się one na załamanie ukraińskiej obrony ani zmianę ogólnej sytuacji operacyjnej.

Nie oznacza to oczywiście, że rosja stoi dziś na progu militarnego załamania. Państwo putina nadal dysponuje znacznymi zasobami ludzkimi, rozbudowanym przemysłem zbrojeniowym i gospodarką coraz mocniej podporządkowaną logice wojennej mobilizacji. Kreml wciąż jest zdolny do kontynuowania działań przez długi czas, szczególnie jeśli będzie utrzymywał obecny model stopniowego, wyniszczającego nacisku. Problem polega na tym, że coraz trudniej dostrzec drogę do zwycięstwa, które można byłoby przedstawić rosjanom jako historyczny triumf. Zdobywanie kolejnych zrujnowanych miejscowości w Donbasie nie rozwiązuje podstawowego dylematu strategicznego: Ukraina nadal walczy, jej państwo funkcjonuje, a Zachód – mimo zmęczenia wojną – nie wycofał wsparcia.

Po ponad czterech latach pełnoskalowych walk rosja nadal potrafi prowadzić wojnę. Coraz trudniej jednak ukryć fakt, że konflikt, który miał być demonstracją rosyjskiej siły, stał się demonstracją jej wyraźnych ograniczeń. Dlatego coraz bardziej prawdopodobny wydaje się scenariusz, w którym Kreml będzie próbował przedstawić samo utrzymanie okupowanych terytoriów jako sukces wystarczający do zamrożenia konfliktu. Innymi słowy, Moskwa może być zainteresowana nie tyle spektakularnym triumfem, ile takim zakończeniem wojny, które da się politycznie sprzedać jako dowód rosyjskiej odporności i skuteczności.

I może właśnie dlatego coraz częściej słychać w rosyjskiej narracji nie tyle zapowiedzi wielkiego przełomu, ile ostrożne sugestie, że najważniejsze cele zostały już w praktyce osiągnięte. Jeszcze na początku inwazji Kreml mówił o „denazyfikacji”, zmianie władz w Kijowie i podporządkowaniu Ukrainy rosyjskiej strefie wpływów. Dziś retoryka jest znacznie bardziej defensywna. Coraz częściej akcent pada właśnie na „obronę zdobytych terytoriów”, na „powstrzymanie NATO” czy „historyczne przetrwanie rosji pod zachodnią presją”. To nie jest przypadek. Im trudniej o wyraźne sukcesy militarne, tym bardziej definicja zwycięstwa staje się płynna i politycznie elastyczna. Kreml próbuje obniżać społeczne oczekiwania, jednocześnie utrzymując atmosferę mobilizacji i oblężonej twierdzy. Byle tylko zachować podstawowy element putinowskiego systemu: obraz rosji jako państwa, które nie uległo presji silniejszego przeciwnika.

Ten komentarz – w bardziej rozbudowanej wersji – opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – znajdziecie go pod tym linkiem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Grafika ilustracyjna, wygenerowana przez AI

Koszty

– Przedłużanie wojny jest w interesie rosji. A ta możne konflikt prowadzić tak długo, jak długo jego koszty będą akceptowane przez zwykłych rosjan. Dopóki wojna toczy się na terytorium Ukrainy i w niewielkim stopniu dotyka życia codziennego obywateli rosyjskich, dopóty putin ma od „swoich” wolną rękę – to jedna z ocen, które stawiam w rozmowie, jaką przeprowadził ze mną red. Maciej Chilczuk, dziennikarz „Polski Zbrojnej”. W wywiadzie poruszone są także inne kwestie, warte rozważań w czwartą rocznicę rosyjskiej pełnoskalowej agresji na Ukrainę. Zapraszam do odsłuchania rozmowy.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Terror

Najnowsze dane z ukraińskiej stolicy są porażające: w efekcie rosyjskich ataków na infrastrukturę energetyczną ponad milion odbiorców pozostaje bez prądu, a około 4–5 tys. budynków mieszkalnych nie ma centralnego ogrzewania. W nocy wskazówki termometrów spadają do –15/–18 stopni Celsjusza, co oznacza, że bloki stają się lodówkami. „Już nawet nie mierzę temperatury w mieszkaniu”, pisze mi koleżanka z Kijowa. „Śpię w bieliźnie termicznej i dresie, pod grubą kołdrą i dwoma kocami, a dzieciom rozstawiliśmy w pokoju namiot”.

Według ostatnich raportów Reutersa, prawie 60 proc. Kijowa jest pozbawione prądu, co przekłada się nie tylko na brak światła, ale też na przerwy w dostawach wody, komunikacji, a nawet łączności komórkowej. Taki stan trwa już od wielu dni i – jak ostrzegają mieszkańcy oraz władze miejskie – może wpędzić społeczność w katastrofę humanitarną.

Ale system energetyczny ledwo zipie w całej Ukrainie. Z powodu ciągłych ostrzałów infrastruktury, w tym linii przesyłowych i elektrowni, wprowadzono harmonogramy awaryjnych wyłączeń, które w niektórych regionach oznaczają brak prądu nawet przez 16-20 godzin na dobę. Ten mechanizm ma zapobiec całkowitej awarii sieci, ale jednocześnie oznacza, że miliony ludzi żyją w permanentnym półmroku i zimnie.

Rosyjskie ataki na sieć energetyczną to strategia militarna z jasno określonym celem: osłabić ukraiński system energetyczny, zdestabilizować społeczeństwo i wymusić polityczne ustępstwa w toczącej się wojnie. Intensywność tych działań znacznie wzrosła w sezonie zimowym 2025/2026. Siły Moskwy wykorzystują drony, pociski balistyczne i manewrujące, aby trafić w krytyczne instalacje energetyczne.

Ukraińskie władze nie pozostają bierne. Już w połowie stycznia prezydent Wołodymyr Zełenski ogłosił stan wyjątkowy w sektorze energetycznym i powołał krajowe centrum koordynacji działań kryzysowych. W Kijowie mer Witalij Kliczko organizuje punkty ogrzewania i „punkty niezłomności”, gdzie ludzie mogą się ogrzać, naładować telefony i uzyskać pomoc. Zarządzono także częściową ewakuację – od 9 stycznia z Kijowa wyjechało już około 600 tys. osób (jedna piąta mieszkańców), które zdecydowały się szukać ciepła poza stolicą.

Równolegle rząd koordynuje przywracanie dostaw energii, pozyskiwanie awaryjnych generatorów i przesuwa zasoby energetyczne tam, gdzie są najbardziej potrzebne. Wiele szpitali i ośrodków krytycznych zostało wyposażonych w agregaty, a firmy energetyczne pracują w trybie ciągłym nad naprawami zniszczonego sprzętu.

Technicy, monterzy i operatorzy dźwigów harują po 48–72 godziny bez porządnego snu, przemieszczając się z punktu do punktu, by przywrócić prąd i ogrzewanie w mieszkaniach, szpitalach i szkołach. Ich praca odbywa się w warunkach skrajnego ryzyka – w nocy, w mrozie, pod ostrzałem dronów i pocisków – a mimo to wracają na kolejne dyżury, bo wiedzą, że każdy naprawiony transformator to uratowane życie. Kilka dni temu jeden z pracowników Ukrenergo zasłabł z wyczerpania podczas działań przy uszkodzonym obiekcie i zginął porażony prądem. „Zima Putina”, jak mówi się o kryzysie w Ukrainie, zbiera i takie ofiary.

Świat nie pozostaje bezczynny. Polska przekazuje właśnie Kijowowi 400 generatorów prądu z rezerw państwowych, które mają pomóc w stabilizacji podstawowych potrzeb energetycznych mieszkańców. Niemcy przeznaczyły 60 mln euro na dostawy generatorów, paliwa i innych środków wsparcia energetycznego dla ukraińskich gospodarstw, szpitali i szkół. Również Wielka Brytania zadeklarowała wsparcie ratunkowe. Poza oficjalnymi działaniami pojawiają się też inicjatywy społeczne. Akcja „Ciepło z Polski dla Kijowa” zebrała już 5,5 mln złotych na zakup generatorów, dzięki wpłatom od ponad 40 tys. darczyńców. Oto link do tej zrzutki, ale pamiętajcie o tym, że marzną też żołnierze. I z myślą o nich udostępniam kolejną zbiórkę – „Razem dla życia”. Wracając zaś do tekstu, który opublikowałem w portalu Polska Zbrojna – jego dalszą część, w której mowa jest m.in. o reakcjach rosyjskiej propagandy, znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. technik naprawiający uszkodzoną przez rosjan linię energetyczną/fot. własne

Niepewność

Kilkadziesiąt godzin po amerykańskiej akcji w Wenezueli wiemy już nieco więcej o naturze operacji. Wiele wskazuje na to, że nie było to preludium do większej kampanii wojskowej, prowadzącej do obalenia reżimu rządzącego krajem. Zdaje się, że napad USA miał samoograniczający się charakter – że chodziło tylko o Maduro i o zmianę na szczycie wenezuelskiej władzy, ale bez wymiany elit. Ba, we współpracy z ich częścią, która najwyraźniej Maduro zdradziła i teraz układa się z administracją Trumpa. Efekt docelowy tych zabiegów to proamerykańska (a może powinien napisać protrumpowska?) Wenezuela.

Czy ten scenariusz się ziści? Nie mnie wróżyć z fusów, ale warto wskazać na kilka konsekwencji zaistniałej sytuacji. I nie, nie będę Was zanudzał twierdzeniem, że Waszyngton dał Pekinowi i Moskwie zielone światło do podobnych operacji. To teza chwytliwa, świetnie grająca na czołówkach i w sołszalach, ale niewiele mająca wspólnego z rzeczywistością. Bo na rozum i logikę (oraz fakty!) – czy rosja i Chiny rzeczywiście potrzebują pretekstów do swoich napaści? Naprawdę bez amerykańskiego przykładu nie byłyby w stanie tego zrobić? Nie mówcie o tym Ukraińcom, bo to jakby splunąć im w twarz…

Miast bawić się w histeryczne przepowiednie, spójrzmy na fakty.

Po pierwsze, akcja w Wenezueli to był to pstryczek w nos dla Pekinu i Moskwy, które przez lata deklarowały się jako polityczni i – przynajmniej w teorii – strategiczni patroni wenezuelskiego reżimu. Zarówno Chiny, jak i rosja budowały narrację o „ochronie suwerenności”, „sprzeciwie wobec ingerencji Zachodu” i gotowości do wspierania sojuszników przeciwko presji USA. Amerykańska operacja pokazała, ile warte są te deklaracje w momencie próby. Dokładnie tak samo było wcześniej w Syrii czy w Iranie: wielkie słowa, dużo symboliki, a gdy sytuacja staje się realna – brak gotowości do konfrontacji z USA.

—–

Pozostańmy jeszcze przy wątku chińskim. Dla Chin amerykańska akcja w Wenezueli jest szczególnie niewygodna, bo uderza w kilka warstw chińskiej strategii jednocześnie – od geopolitycznej narracji, przez interesy gospodarcze, po wiarygodność Pekinu jako „alternatywnego patrona” dla reżimów skonfliktowanych z Zachodem.

Oto bowiem „rozbrojona” została chińska opowieść o nieingerencji. Pekin od lat buduje swoją soft power na haśle: „nie wtrącamy się w waszą politykę wewnętrzną, nie zmieniamy reżimów, nie stawiamy warunków ideologicznych”. W Ameryce Łacińskiej ta narracja trafiała na podatny grunt, bo była kontrą wobec doświadczeń z USA. Problem w tym, że w momencie próby okazało się, iż chińska „nieingerencja” oznacza także brak realnej ochrony. Gdy amerykańska operacja doszła do skutku, Pekin nie zrobił nic – poza werbalnym protestem. Dla elit w państwach autorytarnych to sygnał bardzo czytelny: Chiny mogą finansować, handlować i kredytować, ale nie są gwarantem przetrwania władzy, gdy sytuacja staje się egzystencjalna.

Idźmy dalej – Wenezuela była jednym z kluczowych punktów chińskiej obecności surowcowej i kredytowej w regionie, klasycznym przykładem modelu „surowce za finansowanie”. Amerykańska akcja pokazuje, że te inwestycje są politycznie kruche, jeśli nie stoją za nimi realne zdolności odstraszania. To nie jest tylko problem Caracas. To ostrzeżenie dla całej chińskiej obecności w Ameryce Łacińskiej i Afryce: bez parasola bezpieczeństwa Pekin może bardzo szybko stracić wpływy, które budował latami, miliardami dolarów i cierpliwą dyplomacją.

I teraz crème de la crème wątku chińskiego – sygnalizowałem to już wcześniej, ale rzecz warta jest podkreślenia. Otóż Amerykanie uderzyli w mit strategicznej symetrii Chin i USA. Chiny lubią być postrzegane jako mocarstwo zdolne do równoważenia amerykańskiej siły na globalnej szachownicy. Tymczasem operacja w Wenezueli pokazuje brutalnie, że USA nadal mają zdolność projekcji siły i operacyjnej inicjatywy, także w regionach, które Pekin uważał za coraz bardziej „postamerykańskie”. To nie była wojna czy długotrwała kampania, a precyzyjna akcja polityczno-operacyjna. Dokładnie taki typ działania, na który Chiny – mimo postępów technologicznych – wciąż nie mają odpowiedzi poza retoryką.

—–

Zostawmy Chiny i wróćmy do wcześniejszej wyliczanki. Amerykańska operacja dała światu kolejną fatalną reklamę rosyjskich systemów obrony powietrznej. Po Ukrainie i po Bliskim Wschodzie to następny przypadek, w którym sprzęt reklamowany jako „bariera nie do sforsowania” okazał się systemem, który można obejść, oślepić lub obezwładnić, jeśli po drugiej stronie stoi przeciwnik dysponujący przewagą technologiczną, rozpoznawczą i operacyjną. Dla potencjalnych klientów rosyjskiego przemysłu zbrojeniowego to sygnał bardzo czytelny, a dla Moskwy – problem strukturalny. Bo jeśli OPL nie działa w sytuacji realnej konfrontacji, to cała narracja odstraszania zaczyna się kruszyć.

Najważniejsze jest jednak coś innego – mechanizm samej operacji. „Wyjęcie” dyktatora, przeprowadzone szybko, precyzyjnie i z wykorzystaniem ludzi z jego najbliższego otoczenia, to zła wiadomość dla wszystkich bandyckich reżimów. Pokazuje bowiem nie tylko, że USA są w stanie fizycznie sięgnąć po przywódcę, ale – co znacznie groźniejsze – że potrafią wcześniej dogadać się z jego współpracownikami. To uderzenie nie w zewnętrzne mury, lecz w wewnętrzną spoistość reżimu: w zaufanie, lojalność, mechanizmy kontroli i strachu. A to fundamenty, na których opierają się autorytarne systemy władzy.

W tym sensie władimir putin ma dziś realny powód do niepokoju. Nie dlatego, że Amerykanie jutro wylądują w Moskwie i wyciągną go z bunkra pod Kremlem, lecz dlatego, że każda taka operacja (jak ta w Caracas) wzmacnia paranoję, podejrzliwość i wewnętrzną erozję systemu. Im bardziej dyktator boi się własnego otoczenia, tym gorzej funkcjonuje cały aparat władzy. A putin JEST paranoikiem, gotowym założyć, że są w jego otoczeniu ludzie, którzy mogliby się z Waszyngtonem dogadać. Arsenał jądrowy rosji i mięta, jaką Trump czuje do putina, zapewne osłabiają tę paranoję, ale z pewnością jej nie znoszą. Bo „a nuż rudy diabeł dogada się z moimi generałami i oligarchami, i nic mi wtedy po atomowej walizce…”. Skądinąd, nie chciałbym dziś być w skórze rosyjskich negocjatorów, którzy mają dobre relacje z Amerykanami. Owa cecha może być niczym płachta na byka, w zestawieniu z wybuchem paranoi putina…

Już wybuchł jego tłusty sojusznik. Demonstracyjny test broni hipersonicznej przeprowadzony wczoraj przez Kim Dzong Una, można czytać właśnie tym kluczem: jako nerwową próbę pokazania, że „ja też potrafię”, że mój reżim jest nietykalny. To klasyczna reakcja odstraszająca – im głośniejsza, tym częściej maskująca niepewność.

I ta niepewność „grubasów” jest największym plusem amerykańskiej akcji…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Tomaszowi Krajewskiemu, Piotrowi Rucińskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi oraz Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewic. A także: Piotrowi Żakowi, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Jakubowi Kojderowi, Adamowi Cybowiczowi, Janowi Mozełewskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Przemysławowi Kowalskiemu, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej i Piotrowi Habeli.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Kamilowi Zemlakowi, Marcie Muller-Reczek, Kasi Byłów i Krzysztofowi Martynie.

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.