Szturmowcy

Pośmialiśmy się, pożartowaliśmy – teraz czas na wyłącznie poważne rozważania o tym, co wydarzyło się dziś w rosji.

Nim jednak do tego przejdę, chciałbym Wam przybliżyć fenomen Sturmtruppen – niemieckich oddziałów szturmowych z czasów I wojny światowej. Była to elita kajzerowskiej armii, w alianckich okopach ciesząca się złą i ponurą sławą. Francuzi nazywali ich „egzekutorami”, Brytyjczycy używali mniej wyszukanych określeń typu „diabły” czy „demony”. Zadaniem szturmowców było bowiem skryte przedostanie się przez ziemię niczyją, by zlikwidować wysunięte stanowiska karabinów maszynowych, wziąć jeńca czy po prostu zdezorganizować obronę przeciwnika w konkretnym miejscu. Często chodziło o odpowiednie przygotowanie gruntu (np. poprzez zniszczenie przeszkód terenowych) pod mający nastąpić atak piechoty. Co do środków – subtelne nie były; efekty uzyskiwano poprzez zarzucenie przeciwnika granatami ręcznymi, których każdy szturmowiec zabierał ze sobą po kilkanaście. To żołnierze Sturmtruppen jako pierwsi otrzymali charakterystyczne stalowe hełmy, które przez jakiś czas – obok krótkich kawaleryjskich karabinków – stanowiły ich wyróżnik (Stahlhelmy z nakarczkiem z biegiem lat stały się standardem całej armii niemieckiej, a ich kształt wyznaczył trwający do dziś trend w projektowaniu sprzętu ochronnego). Szturmowcy działali w małych grupach – 8-12-osobowych – wcześniej przechodzili żmudne szkolenie. W jego trakcie odsiewano niezdolnych do pełnienia służby, w której liczyła się siła, wytrzymałość i ponadprzeciętna zręczność. Trening miał też za cel maksymalne zgranie żołnierzy – tak, by w walce cały poddział funkcjonował niczym jedna sprawna maszyna. Wtórny efektem tego zgrywania (wtórnym, ale jak najbardziej pożądanym!) były silne więzi/poczucie braterstwa między członkami Sturmtruppen.

Ten model rekrutacji i przysposobienia znacząco odbiegał od standardu całej armii (nie tylko niemieckiej, ale wszystkich biorących udział w Wielkiej Wojnie). Skala zaangażowania wojska oraz wymogi frontu sprawiały, że zawieszono pokojowe normy „obróbki rekruta” – poborowi po krótkim, podstawowym szkoleniu trafiali w rejon walk. Reszty mieli się nauczyć od okopowych wiarusów – szczęściarzy, którym dane było przetrwać jatki. Uczyli się nieliczni (dołączając tym samym do grona starych, gdzie oczywiście również dochodziło do krwawej fluktuacji) – większość ginęła w ciągu kilku pierwszych dni.

Szturmowcy nie zmienili losu wojny – w ostatecznym rozrachunku było ich za mało. No i górę wzięły nawyki ujęte w czymś, co dziś ładnie nazywamy „kulturą strategiczną”. Dowódcy pierwszowojennych armii aż do samego końca nadrzędną skuteczność przypisywali masowym atakom piechoty i artyleryjskim nawałom. Niemcy się na tym przejechali, alianci mieli bowiem większe ludzkie zasoby.

Po co ów historyczny wywód? Armia rosyjska w Ukrainie w początkowej fazie wojny wytraciła dużą część najlepszego personelu (pisałem o tym wielokrotnie, więc poprzestanę na tym stwierdzeniu). A uzupełnienia traktowano tak, jak w czasach I wojny (czy bliższej rosjanom „wielkiej wojny ojczyźnianej”) – krótkie szkolenie (albo i nie…) i hyc na front. Takie ad hoc formowane jednostki nie nadawały się do niczego innego, jak do frontalnych ataków. Pożytek z „jednorazowych żołnierzy” był taki, że wróg za ich sprawą ujawniał swe pozycje, zużywał zasoby, wreszcie sam się zużywał. Choć stosy trupów rosły, przez jakiś czas to działało – powoli, ale konsekwentnie rosjanie zajmowali kolejne połacie Donbasu. Aż w którymś momencie okazało się, że ludzi jednak brakuje. Dramatyczna w skutkach decyzja o ogołoceniu frontu na północy – by pchnąć oddziały na zagrożone jak się wydawało południe – najlepiej świadczy o tym, jak „krótką kołderką” dysponuje rosyjskie dowództwo.

Stąd pomysł, ba!, konieczność mobilizacji.

Nie ma jednak technicznej możliwości, by nagle we wschodniej Ukrainie pojawiło się 300 tys. nowych (kolejnych!) rosyjskich żołnierzy. Mobilizacja to projekt rozpisany na miesiące, który ma co najmniej kilka wąskich gardeł.

Kreml mówi o specjalistach i weteranach (którzy dostaną drafty w pierwszej kolejności), trzeba więc najpierw przetrząsnąć bazy danych, by odpowiednich kandydatów wyłuskać. Dla wszystkich trzeba przygotować obiekty koszarowe i szkoleniowe oraz kadrę. Z lokalami pewnie nie będzie problemów, ale z instruktorami już tak – rosjanie od miesięcy wysyłają szkoleniowców na front, łatając w ten sposób dziury; czort wie, ilu jeszcze żyje. W czasach pokoju w szeregach armii rosyjskiej pojawia się rocznie od 100 do 200 tys. poborowych, zasadniczo w dwóch falach (wiosennej i jesiennej). Do obsługi takiego „ruchu” jest to wojsko przygotowane (przynajmniej teoretycznie). 300 tys., w okresie krótszym niż rok (zakładam, że putin nie myśli o odleglejszej perspektywie czasowej), to jednak sporo więcej wyzwań i bez problemów, jakie przyniosła wojna.

O problemach ze sprzętem pisałem, o kulejącej logistyce też (tych ludzi trzeba będzie do Ukrainy przewieźć, później wykarmić, tymczasem Ukraińcy znacząco wydłużyli rosjanom szlaki logistyczne, zajmując tereny na północy i szachując artylerią wzdłuż całej linii frontu).

I mógłbym tak długo, lecz i tak najważniejszym wyzwaniem będzie dla Kremla obstrukcja obywateli. Potencjalni poborowi wieją z kraju na potęgę – widzieliście pewnie te informacje o wykupionych na wiele dni w przód biletach lotniczych czy filmiki z rosyjsko-fińskiej granicy, gdzie od rana ustawiają się kilometrowe kolejki. Oczywiście, uciekną ci, których na to stać. Biedniejsi będą kombinować – „iść w choroby”, przeprowadzać się, łapówkować komisje wojenkomatów. Z dużym prawdopodobieństwem w kamasze trafi nie jak chce tego putin – najwartościowszy materiał ludzki. Większość moich Czytelników to ludzie młodzi, nieznający realiów zasadniczej służby wojskowej. Która w Polsce w ostatnich latach przed zawieszeniem była parodią samej siebie – do „zetki” szli wówczas przede wszystkim ci, którym się nie powiodło (wykpić ze służby czy generalnie w życiu). Wielu z nich spełniało kryteria funkcjonalnych analfabetów, nierozumiejących prostych poleceń i zadań. Ich wartość jako żołnierzy była iluzoryczna, choć w sztukach wszystko się zgadzało. Sądzę, że w ostatecznym rozrachunku to głównie mężczyźni tego pokroju złapią się w sidła rosyjskiej mobilizacji. A ci z dobrymi papierami i kompetencjami i tak pozostaną tymi, których na wojnę posłano pod przymusem. Czy będą dobrymi żołnierzami?

Przekonamy się w ciągu najbliższych… no właśnie. putin kupił generałom (i sobie!) czas. Transakcja zawarta, towar w drodze. Otwartym pozostaje pytanie o jego ilość i o to, jak długo będzie szedł – w czym zawiera się też kwestia jakości. Czy mówimy o współczesnych rosyjskich sturmtrupperach czy jednak o armatnim mięsie?

—–

Nz. Artyleria obrońców – senny koszmar rosyjskich poborowych/fot. Sztab Generalny Ukraińskich Sił Zbrojnych.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Komfort

Trudno o przykład większej obłudy niż postawa rosyjskich elit, publicznie krytykujących Zachód za „wszystko”, prezentujących wobec niego pogardę i wieszczących jego rychły upadek. A prywatnie, zwykle w zaciszu, lokujących tam swe aktywa i… dzieci. Mnie nie dziwi, że Miedwiediew, Ławrow, Pieskow czy sam Putin de facto uważają zachodnie uczelnie, systemy opieki zdrowotnej czy środowiska biznesowe za atrakcyjniejsze od rosyjskich. Niemal każdy aspekt życia społecznego jest na Zachodzie lepszy niż w Rosji; przyznanie tego to dowód na umiejętność racjonalnej oceny sytuacji. Ale w tych kalkulacjach – i pal już licho ich hipokryzję – nie idzie tylko o udaną przyszłość pociech (wnucząt, kochanek, krewnych) oraz lokowanego w zachodnich bankach kapitału, a o przyszłość W OGÓLE.

Rosja nie jest normalnym państwem, w którym o posiadaniu władzy decydują mechanizmy demokratycznych wyborów. Nie jest krajem, w którym nadzwyczajny sukces ekonomiczny osiąga się na skutek uczciwej (czy w miarę uczciwej) biznesowej aktywności. Rosja to miejsce, gdzie władzę zdobywa się siłą, podstępem – i w taki sam sposób ją utrzymuje. Gdzie duży majątek jest efektem specyficznej koncesji – skradzionym mieniem, rozdanym wedle zasług i użyteczności dla mafijnej struktury zawiadującej państwem. To zbiornik pełen rekinów – mniejszych, większych – wzajemnie dla siebie niebezpiecznych. Dzieciaki za granicą i część aktywów pochowanych w normalnych bankach to w takich warunkach „konieczna konieczność”. Wyraz troski o najbliższych, a zarazem polisa ubezpieczeniowa na wypadek szantażu i materialnej degradacji.

Ilija Miedwiediew (rocznik 1995) mógłby sobie żyć w Moskwie lub gdziekolwiek indziej w rodinie – w złotej klatce, w której ani na moment nie zetknąłby się z marnością rosyjskiej codzienności. Ale mieszka w Stanach. Kilka tygodni temu słuchałem wypowiedzi córki Ławrowa – ona nawet nie brzmi jak Rosjanka (a Amerykanka, która nauczyła się rosyjskiego). Sami sprawdźcie, gdzie mieszkają dzieci Putina, Pieskowa, innych najwyższych rangą federacyjnych urzędników. No i dzieci oligarchów, z których część pewnie nigdy nie była w Rosji. Co zaś się tyczy pieniędzy – oligarchiczne majątki i formalnie państwowe aktywa Federacji, będące w tej chwili poza Rosją, szacuje się na blisko bilion dolarów. Tyle „rodowych sreber” powierzono „upadającej cywilizacji”…

Czas najwyższy jedne zwrócić, drugie zaś przejąć. Zamrażanie rosyjskich aktywów to jedynie półśrodek – one winny być skonfiskowane na poczet reparacji wojennych. Domyślam się, iż oznaczałoby to koszmarny wysiłek natury prawno-organizacyjnej, ale już sama zapowiedź takich egzekucji mogłaby zmusić Rosję do zawieszenia działań zbrojnych i realnej współpracy w celu usunięcia wyrządzanych szkód. W myśl zasady „ratujmy co się da/nie możemy stracić wszystkiego”. Co zaś się tyczy zwrotów – czytam, że Ilija Miedwiediew ma zostać wydalony ze Stanów. Oby nie on jeden. Oby każdy bliski rosyjskich kacyków został zmuszony do powrotu do Rosji. Koniec z budowaniem przystani z dala od groźnej ojczyzny. Cała ta kremlowska menażeria musi się zacząć bać – wiedzieć, że nie ma ani dla nich, ani dla ich bliskich, bezpiecznej przyszłości.

Bać muszą się też rosyjscy generałowie. Nie o stołki, a o życie. Tego, że podzielą los Romana Kutuzowa, o śmierci którego poinformowały wczoraj media. Rosjanie każą widzieć w niej bohaterski czyn – generał zginął idąc rzekomo na czele ataku. Niezależne źródła wskazują nieco inny przebieg wydarzeń – otóż Kutuzow poległ od ognia artylerii, po uprzednim namierzeniu stanowiska dowodzenia, jakie zajmował. Rosyjscy generałowie już nie tak chętnie wizytują pierwszą linię. Wiedzą, że Ukraińcy na nich polują, o czym przekonało się co najmniej siedmiu ich kolegów. Ale dowodzić z baaardzo odległych tyłów się nie da, trzeba więc ryzykować. Dalekonośna i precyzyjna ukraińska artyleria to dobry sposób na wywlekanie rosyjskich dowódców z ich stref komfortu. Im częściej z lękiem będą spoglądać w górę, tym więcej złych decyzji podejmą.

PS. A propos strachu – taki dowcip wymyśliłem dziś po lekturze doniesień na temat odwołanej wizyty Ławrowa w Serbii. Bułgaria, Macedonia i Czarnogóra zamknęły dla rosyjskiego samolotu przestrzeń powietrzną, delegacja nie mogła zatem dostać się na miejsce.

Putin: odbuduję radzieckie imperium, znów wszyscy będą się nas bać!

Bułgaria, Macedonia i Czarnogóra: Potrzymajcie nam piwo…

—–

Nz. Generał Roman Kutuzow/fot. ministerstwo obrony FR

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dziadek

Dobrze poinformowane ptaszki ćwierkają o postawieniu w najwyższy stopień gotowości bojowej moskiewskiej obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. Nie wiem, czy ma to związek z jutrzejszą paradą i jej rutynowym zabezpieczeniem.

Wiem, że od czasu słynnego lotu Mathiasa Rusta, radziecka, a później rosyjska obrona przeciwlotnicza wielokrotnie stawiana była na nogi. W maju 1987 roku niemiecki nastolatek bezczelnie wylądował sowietom 100 metrów od placu Czerwonego, wcześniej pokonując kilkaset kilometrów przestrzeni powietrznej ZSRR. Wbrew potocznym przekonaniom, Ruskie widziały jego awionetkę, posłały nawet w jej stronę samoloty bojowe. Ale paraliż decyzyjny sprawił, że intruza nie zestrzelono. Policzek wymierzony wielkiej radzieckiej armii był siarczysty, a przekonanie lokatorów Kremla – że Moskwa ma najlepszą obronę przeciwlotniczą na świecie – zostało poważnie nadwątlone. I stąd obsesyjne wręcz alarmy i stany gotowości, którymi musztrowano wojsko od Gorbaczowa po Putina.

Czyżby kremlowscy znowu poczuli potrzebę upewnienia się, że nic im na łeb nie spadnie? Ukraińcy im niegroźni – możliwości ukraińskich sił zbrojnych w zakresie ataku na Moskwę są bliskie zeru. Co innego kozackie wypady na przygraniczny Biełgorod, co innego głęboka penetracja rosyjskiej przestrzeni. Może więc chodzi o NATO? Jeśli tak, mamy do czynienia z przejawem paranoicznych lęków moskiewskich elit władzy. A najpewniej samego Putina, którego Ukraińcy nazywają pogardliwe „dziadkiem z bunkra”. Słusznie, bo rosyjski prezydent okazał się tchórzem, który po 24 lutego zaszył się w rządowych kompleksach. W tej sytuacji zasadnym pozostaje pytanie, kogo zobaczymy jutro na placu Czerwonym – Putina czy jego sobowtóra?

A na zdjęciu sytuacja taktyczna wokół Wężowej Wyspy. Obrazek już trochę nieaktualny, bo wczoraj poszedł na dno kolejny rosyjski okręt (niewielka jednostka desantowa). Dla porządku odnotujmy, że ruski garnizon został wieczorem zbombardowany przez dwa ukraińskie samoloty, a orkowy śmigłowiec z uzupełnieniem poszedł z dymem, trafiony przez bayraktara (podczas wyładunku, więc przy tej okazji skrócono żywoty kolejnym wojakom z WDW)…

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Przegryw

Władimir Władmirowicz Putin to największy przegryw w historii Rosji, licząc od rodziny Romanowów, która położyła głowy przed brutalną siłą bolszewików (a wcześniej zrobiła chyba wszystko, by Rosję w tę czarną dupę wepchnąć). W relacjach z Ukrainą, niczym w soczewce, dokładnie widać, jak nieumiejętnym geopolitycznym graczem jest rosyjski prezydent. Gdy obejmował urząd, Federacja miała u swych południowych, europejskich granic, przychylnie nastawiony kraj i społeczeństwo połączone – jak się wówczas wydawało – nierozerwalną więzią kulturową z narodem rosyjskim. Dziś Rosja toczy z Ukrainą krwawą wojnę, a Ukraińcy na pokolenia pozostaną wrogo nastawieni wobec sąsiada. Oczywiście, gdzieś tam po drodze był Krym i donbaskie republiki, ale to mikroskopijne zyski, żałosne, gdy zestawimy je z nadętą, imperialną narracją Kremla. Jakieś inne, niekwestionowane sukcesy? Wysryw użytecznych idiotów atakujących i podważających sensowność zachodnich instytucji i stylu życia – sporo tego w Polsce i naszej Europie (pośród zwykłych ludzi i elit), o czym orkowi macherzy od wojny informacyjnej mogą meldować Kremlowi z dumą. Ale i tak nie udało się rozsadzić od wewnątrz zachodniej jedności, więc to jednak sukces o ograniczonej skali. Podobnie jak fakt, że Rosja trwa jako organizm państwowy – bo trwa dzięki skuteczności putinowskiej ekipy, tyle że dzieje się to za cenę niemodernizowania gospodarki, utrzymywania złodziejsko-mafijnych form sprawowania rządów oraz postępującego zamordyzmu, w którym obywatel może trafić do więzienia na jedną czwartą swojego życia za skrytykowanie władzy. Doprawdy jest to „sukces”…

Sukcesem miała się zakończyć „operacja specjalna w Ukrainie”. W wymiarze geopolitycznym chodziło o danie w pysk NATO i Zachodowi. „Nie wtrącajcie się w naszą strefę wpływów”, wprost ostrzegał Kreml. „Tak, jak zgnieciemy Ukrainę, tak możemy w przyszłości postąpić z krajami nadbałtyckimi czy Polską; i co nam zrobicie?”, brzmiało przesłanie do „starego” Zachodu. Ten odesłał Moskwę w to samo miejsce, w które obrońcy Wężowej Wyspy kazali iść ruskiemu okrętowi. Putin chciał NATO spacyfikować, a dziś jego bojcy umierają od natowskiej broni, zręcznie wykorzystywanej przez ukraińskich żołnierzy. I umierać ich będzie jeszcze więcej, bo dostawy sprzętu tak naprawdę dopiero się rozkręcają. Jeśli uznać, że w 2014 roku Putin tchnął życie w niemrawe NATO, to w 2022 zafundował mu taki zastrzyk sił witalnych, że Sojusz na powrót stał się dziarskim młodzieńcem. „Staruszek” NATO miał się schować w mysiej dziurze, tymczasem nie tylko wspiera militarnie Ukrainę, ale – wszystko na to wskazuje – rozrasta się i jeszcze bardziej zbliża do granic Rosji. Wejście w struktury Szwecji i Finlandii – dotąd neutralnych – zmienia na mocną niekorzyść sytuację strategiczną Rosji u jej północnych granic i w basenie Morza Bałtyckiego. „Miałem chamie złoty róg…”, chciałoby się rzec. A przecież to niejedyne skutki. Państwa NATO, które przez ostatnie dekady zmniejszały arsenały i cięły koszty na utrzymanie wojska, dziś nie mają już złudzeń, że była to zła polityka. Dość wspomnieć niemieckie 100 mld euro na restytucję Bundeswehry. Wtórnym skutkiem putinowskiej agresji będzie – już jest – remilitaryzacja Zachodu, przeprowadzone w oparciu o środki – finansowe i technologiczne – o których Moskwa może tylko pomarzyć. ZSRR wykończyły „gwiezdne wojny”, Federację Rosyjską ma szansę rozwalić wojna ukraińska.

Już rozwala. Nowe porządki, które chciała światu narzucić Moskwa – a których początkiem miała być aneksja Ukrainy – zakładały utrwalenie mechanizmów surowcowego uzależnienia Zachodu. „Handlujcie z nami. Zapewnimy wam tanie paliwa, jeśli tylko dacie sobie spokój z eksportem demokracji do naszej strefy wpływów”, tak pokrótce brzmiała rosyjska oferta. Początkowo wydawało się, że zostanie przyjęta. Że realne finansowe zyski w połączeniu ze „świętym spokojem” („a niech tam robią sobie na wschodzie, co chcą, grunt, że u nas dobrobyt i spokój”), przytłumią wyrzuty sumienia przywódców Francji, Niemiec, ale i Polski, która przecież – mimo hałaśliwej antyrosyjskiej retoryki – ani myślała o zerwaniu gospodarczych relacji z Rosją. Na szczęście Zachodowi wciąż przewodzi Ameryka, która zawsze potrafiła godzić pryncypialność z interesami. Zainicjowane przez Waszyngton sankcje przeniosły wojnę także w obszar ekonomii (tak, Moskwa ma rację, nazywając je krokami wojennymi). Szkodzą one Rosji już dziś, odroczony skutek istotnej części rozwiązań każe założyć, że zaszkodzą jeszcze bardziej w przyszłości. Zwłaszcza że zakręcając kurki z gazem dla Polski, Litwy i Bułgarii (co miało być formą retorsji), Putin stracił resztki wiarygodności jako partner gospodarczy, nawet w oczach Niemców. Tym samym uruchomił lawinę zdarzeń, które przyśpieszą rezygnację Zachodu z rosyjskich kopalin. Rosja bez zysków z eksportu węgla, gazu i ropy nie istnieje jako samofinansujący się podmiot państwowy. Kopalin jeść się nie da, Chiny nie kupią nadwyżek, bo energochłonność ich gospodarki przestaje rosnąć. Na przyśpieszoną reorganizację własnej Moskwa nie ma ani pieniędzy, ani know how (pamiętajmy, że mówimy o kraju, który buduje czołgi, a nie potrafi zbudować przyzwoitego auta czy choćby pralki).

A tych pieniędzy nadal ubywa – idą bowiem na prowadzenie wojny, która w założeniu miała być trzydniową operacją, a okazuje się materiałochłonnym konfliktem, z niewiadomym terminem zakończenia. Putin przegrał już bitwę o zajęcie całej Ukrainy, nadal nie wygrał – i chyba nie wygra – bitwy toczonej w oparciu o urealnione założenia, gdzie celem jest zajęcie wschodu i południa zaatakowanego kraju. Co gorsza, patrząc z putinowskiej perspektywy – Zachód właśnie zorientował się, że rękoma Ukraińców można Rosję tak poturbować, że ta na dekady przestanie być zagrożeniem. I właśnie temu służą najnowsze pakiety pomocy, które – jeśli Ukraińcy wywalczą sobie na to czas – oznaczać będą takie nasycenie zachodnimi środkami walki, że choćby skały…, Rosja Ukrainy nie pokona. Ten konflikt w sposób dramatyczny unaocznia, jak wielka różnica dzieli zachodnie uzbrojenie, technologię, filozofię prowadzenia wojny i taktyczne rozwiązania, od ich rosyjskich odpowiedników. Oczywiście, słabość Rosji jest relatywna – bo na froncie inicjatywa strategiczna wciąż należy do agresorów – ale i wyraźna, skoro skutkiem tej inicjatywy są niewielkie zdobycze terytorialne przy koszmarnych stratach.

Te straty są na tyle wielkie, że Putinowi nie pozostaje nic innego, jak ogłosić w Rosji powszechną mobilizację. Liczby będą wówczas imponujące. Tak, jak imponujący był stan osobowy armii rosyjskiej latem 1914 roku. Car Mikołaj II pysznił się wówczas, że nie ma na świecie kraju, który wystawiłby tak liczne wojsko. Po kilku latach upokarzających klęsk, fatalnie zorganizowana, dowodzona i wyposażona armia zwróciło się przeciw głównodowodzącemu, który latem 1918 roku skończył z dziurą w głowie w jakateryburskiej piwnicy. Amen.

—–

Nz. Po sieci krąży owa mapka, jako rzekoma ilustracja z programu chińskiej telewizji państwowej, podczas którego omawiano scenariusze upadku Rosji. To niestety fejk – nie było takiego programu. Mapka powstała jakiś czas temu, by pokazać odległości dzielące regiony Rosji od konkretnych krajów. Chińczycy zaś jeszcze nie wieszczą końca rosyjskiego imperium. Ale wspierać go wojskowo nie zamierzają…

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Zasoby

Rosyjskie rakiety spadają dziś na ukraińskie węzły kolejowe. Jeśli coś w tym zaskakuje, to fakt, że Rosjanie wzięli się za tego rodzaju akcje po dłuższej przerwie, a i tak czynią to w zakresie, który trudno nazwać masowym. Ku wściekłości telewizyjnych ekspertów, chadzających na pasku Kremla, którzy nie mogą zrozumieć – i dają temu wyraz na wizji – „dlaczego armia tak cacka się z Ukrainą!?”. „Przecież przez te węzły idzie zachodnia pomoc!”, grzmią, świadomi, że pozycja eksperta w państwowej telewizji pozwala na łajanie generalicji (byle nie po nazwisku!). Tak putinowcy budują pośród zwykłych Rosjan przekonanie, że niepowodzenia w Ukrainie wynikają z samoograniczającego się charakteru „operacji specjalnej”, co zostawia furtkę dla argumentacji typu „ale jak już NAPRAWDĘ zaczniemy…”. Jednocześnie w takich okolicznościach Kreml tworzy dodatkową presję na wojskowych („widzicie, co o was mówią w telewizji…?”), dopingując ich do bardziej zdecydowanych działań.

Rzecz w tym, że generałowie (zwykle) głupi nie są – i nie trzeba im porad czy drwin. Mają za to związane ręce. Bo po pierwsze, Ukraińcy wykazują się niesamowitą determinacją, jeśli idzie o odbudowę uszkodzonej infrastruktury transportowej. Zniszczone węzły kolejowe reaktywowane są w ekspresowym tempie (tak samo zresztą jak uszkodzona infrastruktura komunalna; służby miejskie robią wszystko, by jak najszybciej przywracać dostawy energii i podstawowych usług). Po drugie, w rosyjskim arsenale rakietowym na dobre rozhulał się wiatr. O brakach w rakietach i pociskach manewrujących, zdolnych do precyzyjnych rażeń dużych obiektów z dużej odległości, najlepiej świadczy fakt, że armia najeźdźcza zaczęła używać pocisków morskich do ataków na cele lądowe. Odpowiedników słynnych ukraińskich Neptunów, zaprojektowanych do odnalezienia i trafienia poruszających się po wodzie obiektów. Amunicja tego typu jest znacznie droższa od Iskanderów czy Kalibrów, które lecą „po sznurku”; fakt, iż cel się nie przemieszcza, eliminuje konieczność zainstalowania dodatkowych, kosztownych systemów celowniczych/manewrujących. Teoretycznie Rosjanie mają wszystko, żeby uzupełnić magazyny i nie strzelać z arcydrogich rakiet, w praktyce wygląda to dużo gorzej. Cała elektronika tych systemów uzbrojenia jest bowiem zachodnia i w tym momencie niedostępna z uwagi na sankcje. Rosjanie zatem nie są w stanie odtworzyć zapasów „inteligentnej amunicji”, a tym, co mają, gospodarzą oszczędnie. Co ostatecznie i tak zmusza ich do rozrzutności, gdy warta kilka milionów dolarów rakieta, z mniejszą niżby tego wymagały okoliczności głowicą (bo wspomniane dodatkowe oprzyrządowanie pakuje się do kadłuba kosztem wielkości ładunku bojowego), niszczy rampę i skupisko torów o wielokrotnie niższej wartości. I to niszczy na kilkanaście-kilkadziesiąt godzin, potrzebnych ekipom remontowym na odbudowę uszkodzonego węzła. Krew w piach.

Dużo większe efekty mogą przynieść ataki na obiekty cywilne, bo dają nadzieję na złamanie woli oporu obrońców – kalkulują rosyjscy dowódcy. Rażona rakietami Odessa to najnowszy przykład tego typu zbrodniczych założeń.

I tylko Ukraińcy ani myślą się poddać. Co więcej, właśnie realizują zapowiadaną natowskim partnerom już jakiś czas temu strategię „podpalania Rosji”. Nie wiem, czy wysiłki białoruskich „kolejowych partyzantów” – którym udało się mocno pokrzyżować rosyjskie plany wykorzystania białoruskich kolei do przerzutu wojska – były w jakiś sposób koordynowane z Kijowa. W mojej ocenie mieliśmy tu do czynienia z „braterskim wsparciem” dla Ukraińców ze strony lokalnych przeciwników Putina i Łukaszenki. Ale za tym, co od kilku dni dzieje się w Rosji, bez wątpienia stoją sami Ukraińcy. Pożary w instytucjach naukowych pracujących na rzecz armii, ataki na mosty i wreszcie płonące składy paliw i amunicji (jak dziś w Briańsku), to efekty twardych kinetycznych uderzeń (ataków lotniczych/rakietowych) oraz bardziej skrytych działań grup dywersyjnych. Ukraińcy mają w prowadzeniu takich operacji spore doświadczenie – SBU nauczyła się ich w Donbasie, na terytoriach okupowanych po 2014 roku. Przez niemal osiem lat tak, jak „znikali” donbascy zdrajcy i dowódcy lokalnych milicji, tak „znikały” ważne elementy infrastruktury, niezbędne do prowadzenia wojny (mosty, magazyny broni itp.). Rosja – z jej koszmarną korupcją, bylejakością wykonania strategicznych dla państwa instalacji oraz całym kontekstem kulturowym (język, powiązania rodzinne) – jest dla ukraińskich sabotażystów idealnym miejscem do działań. Szczególnie, że Rosjanie wykazują się wyjątkową nonszalancją. Kluczowych obiektów znajdujących się w promieniu do 120-150 km od granicy nie strzegą przeciwlotnicze systemy obronne, a w miejsce oddziałów wojsk wewnętrznych, wysłanych do Ukrainy, nie dotarły uzupełnienia z głębi kraju. Oczywiście, poza nonszalancją może to też być kolejny dowód na „krótką kołderkę” rosyjskich sił zbrojnych.

Których siły specjalne właściwie w ukraińskiej wojnie nie istnieją. Na początku inwazji mówiło się o spec-komandzie przerzuconym do Kijowa z zadaniem pojmania ukraińskiego prezydenta. Błędnie identyfikowano ów zespół jako oddział najemnych wagnerowców (po prawdzie – biorąc pod uwagę powiązania między wywiadem wojskowym GRU a Grupą Wagnera – nie było w tym wielkiego nadużycia). Ukraińcy z kolei ostrzegali NATO przed atakami rosyjskich „specjalsów” na centra logistyczne i kanały przerzutowe dla sprzętu płynącego do Ukrainy. Chodziło tu o działania dywersyjne, nie pod własną flagą, na terytorium Rumunii, Słowacji, ale przede wszystkim Polski. Jak na razie do żadnych „wypadków” nie doszło, co każe wierzyć w odpowiednie zabezpieczenie dostaw, skutkujące bezsilnością Rosjan.

I skoro o dostawach mowa – jest tego tyle, że Ukraińcy mają ogromne szanse na przetrzebienie Rosjan i odebranie im inicjatywy strategicznej. Ale nie wpadajmy w nadmierny entuzjazm. Setka naszych T-72, odpowiednio apgrejdowanych przez Ukraińców – wraz z całą masą innego ciężkiego uzbrojenia, które jest już albo na miejscu, albo w drodze – rozstrzygnie pierwszą bitwę o Donbas. I zapewne nie przetrwa do kolejnej. Wojna na wschodzie jest konfliktem niezwykle materiałochłonnym („front przetrawi wszystko”, mawia mój kolega). Rosjanie – jeśli teraz nie dojdzie do istotnego przełomu – za dwa-trzy tygodnie nie będą mieli już dość sił, żeby atakować. Ale Putin nie sprawia wrażenia gotowego do rozmów pokojowych, orki zatem najpewniej się okopią na zajętych pozycjach, a w kraju będą zbierały siły do kolejnego, dużo potężniejszego uderzenia. Do drugiej bitwy o Donbas, latem bądź na początku jesieni. Masowa mobilizacja i równie masowe czyszczenie magazynów ze sprzętu, który będzie się jeszcze nadawał do użycia – oto rosyjskie sposoby na zbudowanie przewagi. Ilościowej, bo o jakości nie będzie tu mowy. Ukraińcy tak zasobnych magazynów nie mają, a wytraconego sprzętu – za miesiąc czy dwa – nie da się już uzupełnić poradzieckim, stanowiącym dotąd podstawę w ukraińskiej armii. Nie da się, gdyż nie będzie już czym i skąd. Dlatego coś, co wciąż jest dla nas nowością i co w gruncie rzeczy nie ma jeszcze charakteru zjawiska masowego – dostawy ciężkiej broni zachodnich producentów – musi się wkrótce stać oczywistą oczywistością. Bez której Ukraina nie przetrwa.

—–

Nz. Płonący dziś w środku nocy rosyjski Briańsk/fot. klatka z filmu udostępnionego przez Ukraińską Prawdę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to