Hurra-optymizm

Krym coraz mocniej odczuwa skutki ukraińskich ataków i blokady, rosyjska armia naciera w Donbasie, a ukraińskie drony regularnie docierają do celów położonych setki kilometrów od frontu. Mimo to ani Ukraina nie stoi u progu odzyskania okupowanych terytoriów, ani rosja nie jest bliska rozstrzygnięcia wojny na swoją korzyść. Medialne hurra-optymistyczne narracje obu stron, wieszczące rychły przełom, nijak mają się do rzeczywistości.

We wrześniu 1941 roku niemieckie wojska zamknęły pierścień oblężenia wokół Leningradu. Rozpoczęła się blokada, która trwała niemal 900 dni i pochłonęła życie setek tysięcy mieszkańców miasta. Mimo katastrofalnej sytuacji Stalin ani przez moment nie rozważał kapitulacji. Powodów było kilka. Leningrad pozostawał ważnym ośrodkiem przemysłowym i bazą Floty Bałtyckiej, ale przede wszystkim miał znaczenie symboliczne. To właśnie tam narodziła się rewolucja bolszewicka. Utrata miasta byłaby dla Kremla nie tylko porażką wojskową, lecz także polityczną i ideologiczną katastrofą.

—–

Historia, choć nie wprost, lubi się powtarzać. Dziś, obserwując Krym, trudno nie dostrzec pewnych podobieństw. Ukraińskie ataki sprawiają, że półwysep staje się coraz bardziej odizolowany od rosji. Drony i pociski regularnie uderzają w mosty, linie kolejowe i stacje energetyczne. Równolegle pod ostrzałem znajdują się magazyny paliw, lotniska wojskowe i systemy obrony przeciwlotniczej. W efekcie ukraińskich ataków na półwyspie brakuje paliwa, występują poważne problemy z dostawami prądu i wody.

Każde ukraińskie uderzenie natychmiast rodzi spekulacje o rychłym odzyskaniu półwyspu. Tymczasem między skutecznym atakowaniem infrastruktury a odbiciem terytorium istnieje ogromna różnica. Aby odzyskać Krym, Ukraina musiałaby przełamać rosyjskie pozycje na południu, pokonać rozbudowane systemy umocnień, zapewnić sobie przewagę w powietrzu oraz utrzymać wielką operację logistyczną. Nic nie wskazuje na to, by w najbliższej przyszłości dysponowała takimi możliwościami.

No i jest jeszcze jeden element tej układanki. Dla Kremla – zwłaszcza samego putina – Krym jest fundamentem politycznej narracji. W rosyjskiej propagandzie półwysep przedstawiany jest nie jako zdobyte terytorium, lecz jako „odzyskana” część ojczyzny. Z tego powodu jego utrata byłaby dla obecnych władz znacznie większym ciosem niż wycofanie się z wielu innych okupowanych obszarów Ukrainy. I właśnie dlatego rosja będzie bronić Krymu za wszelką cenę, a już na pewno nie będzie się liczyć z trudami życia jego mieszkańców.

Nie oznacza to, że ukraińska strategia jest nieskuteczna. Krym pełni dziś funkcję wielkiej bazy wojskowej. Stacjonują tam samoloty, śmigłowce, systemy przeciwlotnicze, centra dowodzenia i zaplecze logistyczne obsługujące działania na południowym odcinku frontu. Im trudniej utrzymać sprawne połączenia z półwyspem, tym mniejsza staje się jego użyteczność militarna.

Więc tak naprawdę Ukraina wcale nie musi zdobywać Krymu, by sprawiać rosji coraz większe problemy. A ponieważ rosja nie może sobie pozwolić na jego utratę, sytuacja bardziej przypomina długotrwałe zmaganie na wyniszczenie niż zapowiedź szybkiego i spektakularnego przełomu.

—–

O takim przełomie nie możemy też mówić w Donbasie, który pozostaje głównym teatrem działań wojennych. Obecnie szczególnie zacięte walki toczą się wokół Konstantynówki, miasta stanowiącego południową bramę do rozległego ukraińskiego systemu obronnego obejmującego również Drużkiwkę, Kramatorsk i Słowiańsk. W praktyce jest to ostatni duży pas silnie zurbanizowanych terenów pozostających pod kontrolą Kijowa w obwodzie donieckim.

rosjanie wywierają presję na Konstantynówkę z kilku kierunków jednocześnie. Po opanowaniu Czasiw Jaru i zajęciu znacznej części Torećka poprawili pozycje wyjściowe do dalszych działań, a w ostatnich tygodniach kontynuowali natarcia zarówno na południe, jak i na wschód od miasta. Równolegle próbują utrudnić Ukraińcom logistykę. Coraz częściej pojawiają się nagrania pokazujące ataki dronów na samochody poruszające się po drogach prowadzących do Konstantynówki, niekiedy wiele kilometrów od linii styczności wojsk.

rosjanie zachowują inicjatywę operacyjną, dysponują przewagą liczebną i są w stanie utrzymywać wysoką intensywność działań bojowych. Ukraińcy pozostają pod silną presją, a kolejne utracone połacie terenu ograniczają ich swobodę manewru. Rosyjskie kanały telegramowe – a za nimi część mediów, także na Zachodzie – kreślą wizję rychłego załamania ukraińskiego frontu. Czy realną? Dość napisać, że podobne prognozy słyszeliśmy już przy okazji walk o Bachmut, Awdijiwkę czy Pokrowsk. Za każdym razem rosyjskie sukcesy przedstawiano jako zapowiedź nieuchronnego rozpadu ukraińskiej obrony. Tymczasem front, choć stopniowo przesuwał się na zachód, nie uległ załamaniu. Ukraińska armia wielokrotnie udowadniała, że potrafi prowadzić działania opóźniające, wycofywać się na kolejne linie obrony i stabilizować sytuację nawet po utracie ważnych pozycji.

Konkludując wątek – droga od obecnych rosyjskich sukcesów pod Konstantynówką do pełnego opanowania Donbasu pozostaje bardzo długa. Nawet jeśli rosjanom uda się sforsować kolejne linie obronne, czeka ich walka o rozległą aglomerację słowiańsko-kramatorską, której zdobycie wymagałoby czasu, ludzi i sprzętu w ilościach znacznie większych niż te potrzebne do zajmowania mniejszych miejscowości. Dlatego również w tym przypadku warto zachować ostrożność wobec narracji zapowiadających szybki i spektakularny przełom.

—–

Osobnym wątkiem pozostają ukraińskie ataki na cele położone głęboko w rosji. W ostatnich miesiącach pod ostrzałem znalazły się rafinerie, magazyny paliw, zakłady przemysłowe, lotniska wojskowe i infrastruktura transportowa, w tym obiekty znajdujące się w Moskwie i Petersburgu. W tym kontekście warto wspomnieć niedawny atak na Centrum Łączności Kosmicznej w podmoskiewskiej Dubnej, kluczową infrastrukturę wykorzystywaną przez siły zbrojne rosji. Sam fakt skutecznego dotarcia do takiego celu pokazuje, jak bardzo rozwinęły się ukraińskie zdolności prowadzenia działań dalekiego zasięgu.

Sukcesy te coraz częściej interpretowane są jako zapowiedź strategicznego przełomu. W mediach – zwłaszcza społecznościowych – regularnie pojawiają się opinie, że seria podobnych uderzeń doprowadzi do załamania rosyjskiego przemysłu, paraliżu zaplecza wojskowego lub kryzysu społecznego, który zmusi Kreml do zakończenia wojny.

Historia podpowiada jednak ostrożność. Aby osiągnąć taki efekt, potrzebna jest długotrwała i niezwykle intensywna kampania lotnicza. Podczas II wojny światowej alianci przez lata bombardowali niemieckie miasta, zakłady przemysłowe i infrastrukturę transportową. Mimo gigantycznej skali nalotów III Rzesza walczyła aż do momentu zajęcia jej terytorium przez wojska lądowe. Wymowny jest przykład samej Ukrainy. Od ponad czterech lat rosyjskie rakiety, bomby i drony regularnie uderzają w ukraińskie miasta i infrastrukturę krytyczną. Państwo ukraińskie poniosło ogromne straty, ale nie utraciło zdolności do prowadzenia wojny. Wszak między zadawaniem przeciwnikowi bolesnych strat a złamaniem jego zdolności do dalszej walki istnieje ogromna różnica.

Nie oznacza to, że ataki na rosyjskie zaplecze są bez sensu. Zmuszają rosjan do rozpraszania obrony przeciwlotniczej, zwiększają koszty funkcjonowania przemysłu i komplikują pracę części instytucji wojskowych. Pamiętajmy jednak, że rosja nie pozostaje bierna i wciąż szuka sposobów odpowiedzi na ukraińskie działania. Dlatego również w tym przypadku warto zachować ostrożność wobec prognoz zapowiadających szybki przełom.

Ten tekst, w istotnie rozszerzonej wersji, opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto link do oryginalnego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Ukraińska artyleria na froncie/fot. SzG ZSU

Płoń!

Moskwa, 18 czerwca 2026 roku.

Uważam, że to jest wspaniały widok…

Sądzę tak, choć wiem, czym jest wojna; doświadczyłem jej na własnej skórze. Wiem, że giną na niej również bogu ducha winni ludzie i zwierzęta. Że sytuacja ze zdjęcia to nic innego jak koszmarna ekologiczna katastrofa. A przecież ekosystemy nie walczą, nie są dla nas źródłem intencjonalnego zagrożenia – na wojnie są tylko ofiarą.

A mimo to ten widok mnie cieszy.

Karmi poczucie elementarnej sprawiedliwości, dobrze oddane w popularnym powiedzeniu: „kto sieje wiatr, ten zbiera burze”. rosjanie przynieśli Ukrainie tyle zła, tyle cierpienia, że takie coś po prostu im się należy. I jeszcze więcej – dłużej, mocniej, częściej.

Ale przemawia też przeze mnie pewien pragmatyzm. putin wykazuje się niezwykłą determinacją – rosja krwawi, a on wciąż chce prowadzić tę wojnę. Przy czym jego intencje są tu drugorzędne, kluczowe jest to, co poza putinem. Co pozwala mu na taką postawę. Źródłem rosyjskiej determinacji nie jest wola przywódcy, a zgoda poddanych. Tych, których słowo się liczy – wielkomiejskich, białych, prawosławnych rosjan, moskwian i petersburżan. Póki oni godzą się na wojnę, póty wojna będzie trwała. Pal licho bieda-ruskich z prowincji, masowo mielonych na froncie. Jebał pies przygraniczne wsie i miasta – ich los wielkomiejskim elitom zwisa i powiewa. Nasza chata z kraja, więc niech się dzieje.

Ale zaczyna się dziać i w Moskwie, i w Petersburgu. Na dobre, na grubo, coraz bardziej dotkliwie.

O ile znam dynamikę procesów społecznych, to nie może skończyć się dobrze dla putina. W końcu usłyszy od swoich „dość!”. Zabiją go przy tym czy nie – to już wtórna sprawa. Grunt, by skończyła się wojna.

Płoń więc Moskwo, radując moje oczy. I Petersburgu też. Z tego ognia będzie coś dobrego.

Ratownik

Na początku 2025 roku wydawało się, że rosja jest bliska wyczerpania swoich możliwości prowadzenia wojny. Sankcje dusiły gospodarkę, armia ponosiła gigantyczne straty, a Zachód deklarował długoterminowe wsparcie dla Ukrainy. Dziś widzimy, że Kreml nie tylko przetrwał ten trudny moment, ale i odzyskał sporo strategicznego komfortu. Pomogła mu w tym polityka Donalda Trumpa – pełna sygnałów o zmęczeniu wojną, nacisków na „szybki pokój” i działań podważających trwałość amerykańskiego wsparcia dla Kijowa. Dodatkowo wojna z Iranem wywindowała ceny ropy, rozproszyła uwagę USA i dała rosji kolejny gospodarczy i polityczny oddech.

Moskwa już w 2022 roku zrozumiała, że nie wygra wojny błyskawicznie – dlatego zmieniła jej charakter. Zamiast operacji manewrowych pojawiła się strategia wyniszczenia, a wraz z nią odbudowa armii kosztem jakości, rozbudowa przemysłu zbrojeniowego i stopniowe podporządkowywanie gospodarki potrzebom frontu. Wydatki wojskowe rosji wzrosły do poziomu nienotowanego od czasów zimnej wojny. Według SIPRI i rosyjskiego ministerstwa finansów w 2025 roku na obronność i bezpieczeństwo przeznaczano już około 40 proc. wydatków budżetowych państwa.

Co istotne, sama rosyjska gospodarka okazała się znacznie bardziej odporna na sankcje, niż zakładano na Zachodzie. rosja utrzymała eksport surowców dzięki sprzedaży ropy do Chin i Indii, rozbudowała tzw. „flotę cieni”, a część technologii nadal pozyskiwała przez państwa pośredniczące.

Najważniejsza zmiana dotyczyła jednak politycznej kalkulacji Kremla. Zamiast oczekiwania na szybkie zwycięstwo pojawiło się przekonanie, że Zachód może nie wytrzymać wojny politycznie i ekonomicznie. W Moskwie uznano, że demokratyczne państwa prędzej czy później zaczną spierać się o koszty wsparcia dla Ukrainy, a kolejne kryzysy międzynarodowe rozproszą uwagę Stanów Zjednoczonych. Z rosyjskiej perspektywy wystarczyło więc przeczekać przeciwnika.

Koniec strategicznej stałej

To właśnie w tym momencie na scenie pojawił się Donald Trump, który zaczął tę rosyjską kalkulację wzmacniać. Jeszcze w kampanii wyborczej przekonywał, że zakończy wojnę „w 24 godziny”, przedstawiając konflikt jako efekt nieudolności administracji Joe Bidena. Coraz częściej pojawiały się też sugestie, że Ukraina będzie musiała zaakceptować jakieś formy ustępstw terytorialnych. Jednocześnie Trump otwarcie krytykował skalę amerykańskiej pomocy wojskowej, przedstawiając ją jako nadmierne obciążenie dla USA.

Dla Kremla najważniejsze nie było nawet to, co dokładnie mówił przyszły prezydent USA. Istotniejsze było samo pojawienie się politycznej niepewności wokół amerykańskiego wsparcia dla Ukrainy. Szczególnie ważne były też sygnały dotyczące NATO i relacji z Europą. Trump wielokrotnie podważał sens dotychczasowego modelu amerykańskiego zaangażowania w bezpieczeństwo europejskie, sugerując, że USA nie powinny ponosić głównego ciężaru obrony sojuszników. W Moskwie odbierano to jako potwierdzenie tezy, że jedność Zachodu jest coraz bardziej krucha.

Momentem przełomowym okazał się kryzys z 2025 roku, gdy administracja Trumpa czasowo ograniczyła część pomocy wojskowej oraz wsparcie wywiadowcze dla Ukrainy. Szczególne znaczenie miało ograniczenie dostępu do danych ISR, czyli informacji rozpoznawczych pochodzących z satelitów, samolotów i systemów elektronicznych USA. To właśnie dzięki nim Ukraina mogła skuteczniej planować uderzenia dalekiego zasięgu i reagować na ruchy rosyjskich wojsk.

Dla ukraińskiej armii był to poważny problem operacyjny. Dla Kremla – być może najważniejszy sygnał polityczny od początku wojny. rosja po raz pierwszy mogła uznać, że amerykańskie wsparcie dla Ukrainy przestało być strategiczną stałą…

Definitywny koniec programów

W kolejnych miesiącach coraz wyraźniej było też widać, że administracja Trumpa próbuje odbudować kanały komunikacji z Moskwą nawet kosztem relacji z Kijowem. Symbolem tej polityki stał się szczyt Trump–putin na Alasce. Oficjalnie miał on otworzyć drogę do rozmów pokojowych i „deeskalacji napięć”, ale w praktyce zakończył się serią ogólnikowych deklaracji bez żadnych realnych ustępstw ze strony rosji. Kreml otrzymał natomiast coś znacznie cenniejszego – sygnał, że po latach izolacji znów jest traktowany przez USA jako równorzędny partner do rozmów o nowym porządku bezpieczeństwa.

W Kijowie i europejskich stolicach szczególnie źle odebrano fakt, że rozmowy prowadzono praktycznie ponad głowami Ukraińców. Niezrażony tym Trump coraz częściej przedstawiał wojnę jako problem, który należy „zamknąć politycznie”, nawet jeśli oznaczałoby to utrwalenie rosyjskich zdobyczy terytorialnych. W amerykańskiej administracji pojawiały się też sugestie dotyczące „zamrożenia konfliktu”, odłożenia kwestii okupowanych terenów na później i stopniowego ograniczania skali amerykańskiego zaangażowania.

Jednocześnie rosja nie doświadczała realnej presji ze strony Waszyngtonu. Nie doszło do gwałtownego zaostrzenia sankcji, nie pojawiły się nowe jakościowe pakiety uzbrojenia dla Ukrainy, a kolejne decyzje administracji coraz częściej sprawiały wrażenie podporządkowanych logice szybkiego politycznego „dealu”. Kreml wiedział, że taka sytuacja działa na jego korzyść. Im bardziej Biały Dom koncentrował się na zakończeniu wojny za wszelką cenę, tym mniej powodów miała rosja, by rzeczywiście iść na kompromis.

Dla Ukrainy oznaczało to coraz trudniejsze położenie strategiczne. Kijów nadal potrzebował zachodniej pomocy do utrzymania frontu, ale jednocześnie coraz częściej słyszał sygnały sugerujące, że cierpliwość USA ma swoje granice. Moskwa mogła natomiast obserwować, jak główny sponsor ukraińskiego wysiłku wojennego zaczyna traktować stabilizację relacji z rosją jako cel ważniejszy niż dalsze wspieranie Ukrainy. Jesienią 2025 roku Waszyngton definitywnie zakończył część programów wojskowego wsparcia uruchomionych jeszcze za administracji Bidena, ograniczając kolejne pakiety uzbrojenia do minimum niezbędnego dla utrzymania podstawowych zdolności obronnych Ukrainy.

Pragmatyczne podejście do sankcji

Wiosną 2026 roku Trump zrobił putinowi kolejny prezent. Po atakach USA i Izraela na Iran ceny ropy gwałtownie wzrosły, a analitycy zaczęli ostrzegać przed ryzykiem poważnych problemów z globalnymi dostawami surowców.

Dla rosji oznaczało to finansowy oddech w bardzo trudnym momencie wojny. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej rosyjski budżet znajdował się pod rosnącą presją. Ukraina coraz skuteczniej atakowała rafinerie i terminale paliwowe, spadały dochody energetyczne, a Kreml był zmuszony zwiększać wydatki wojenne do poziomu nienotowanego od czasów zimnej wojny. Wojna z Iranem nagle odwróciła jednak sytuację. Reuters wylicza dziś, że rosyjskie dochody z ropy i gazu mogą wzrosnąć w maju br. aż o 39 proc. rok do roku właśnie dzięki skutkom kryzysu na Bliskim Wschodzie.

To szczególnie ważne, ponieważ eksport surowców pozostaje podstawą rosyjskiej gospodarki wojennej. Kreml może ograniczać wydatki socjalne, zwiększać represje i przerzucać przemysł na produkcję zbrojeniową, ale bez wpływów z ropy finansowanie wieloletniej wojny byłoby znacznie trudniejsze. Tymczasem globalny kryzys energetyczny ponownie zwiększył znaczenie rosji jako jednego z największych eksporterów surowców na świecie.

Wojna z Iranem pokazała też ograniczenia zachodniej polityki sankcyjnej wobec Moskwy. W sytuacji gwałtownego wzrostu cen ropy administracja Trumpa zdecydowała się przedłużyć część wyjątków pozwalających wybranym państwom nadal korzystać z rosyjskiej ropy transportowanej drogą morską. Oficjalnym powodem była konieczność stabilizowania rynku i ograniczania skutków kryzysu energetycznego.

Dla Kremla był to kolejny sygnał, że pełna izolacja gospodarcza rosji ma swoje granice. Dopóki światowa gospodarka pozostaje uzależniona od stabilnych dostaw energii, każdy większy kryzys geopolityczny automatycznie zwiększa pole manewru Moskwy. rosja nie musi więc dziś odnosić spektakularnych sukcesów militarnych. Wystarczy, że kolejne konflikty podnoszą ceny surowców i zmuszają Zachód do bardziej pragmatycznego podejścia wobec sankcji.

Bliski Wschód przyniósł rosji jeszcze jedną korzyść – o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Grafika ilustracyjna, wygenerowana przez AI

(Nie)uległa

Kilka dni temu „New York Times” wyliczył, że przy obecnym tempie działań rosyjska armia potrzebowałaby około 30 lat, by zająć całość Donbasu. Niezależni rosyjscy analitycy z Mediazony i Meduzy ustalili z kolei liczbę potwierdzonych rosyjskich zabitych na ponad 350 tys. ludzi.

Obie liczby są oczywiście symboliczne – nie mówią, jak długo potrwa wojna ani kiedy rosja wyczerpie swoje możliwości. Pokazują jednak coś znacznie ważniejszego: skalę narastającego rozdźwięku między propagandową wizją nieuchronnego triumfu a realiami wojny, która coraz bardziej przypomina kosztowny strategiczny impas.

Bo choć rosja nadal naciera, linia walk od miesięcy w zasadzie stoi, gdzieniegdzie tylko przesuwa się powoli, wręcz symbolicznie, a kolejne zdobywane miejscowości mają znaczenie co najwyżej taktyczne. Nawet tam, gdzie rosyjskie wojska osiągają postępy, nie przekładają się one na załamanie ukraińskiej obrony ani zmianę ogólnej sytuacji operacyjnej.

Nie oznacza to oczywiście, że rosja stoi dziś na progu militarnego załamania. Państwo putina nadal dysponuje znacznymi zasobami ludzkimi, rozbudowanym przemysłem zbrojeniowym i gospodarką coraz mocniej podporządkowaną logice wojennej mobilizacji. Kreml wciąż jest zdolny do kontynuowania działań przez długi czas, szczególnie jeśli będzie utrzymywał obecny model stopniowego, wyniszczającego nacisku. Problem polega na tym, że coraz trudniej dostrzec drogę do zwycięstwa, które można byłoby przedstawić rosjanom jako historyczny triumf. Zdobywanie kolejnych zrujnowanych miejscowości w Donbasie nie rozwiązuje podstawowego dylematu strategicznego: Ukraina nadal walczy, jej państwo funkcjonuje, a Zachód – mimo zmęczenia wojną – nie wycofał wsparcia.

Po ponad czterech latach pełnoskalowych walk rosja nadal potrafi prowadzić wojnę. Coraz trudniej jednak ukryć fakt, że konflikt, który miał być demonstracją rosyjskiej siły, stał się demonstracją jej wyraźnych ograniczeń. Dlatego coraz bardziej prawdopodobny wydaje się scenariusz, w którym Kreml będzie próbował przedstawić samo utrzymanie okupowanych terytoriów jako sukces wystarczający do zamrożenia konfliktu. Innymi słowy, Moskwa może być zainteresowana nie tyle spektakularnym triumfem, ile takim zakończeniem wojny, które da się politycznie sprzedać jako dowód rosyjskiej odporności i skuteczności.

I może właśnie dlatego coraz częściej słychać w rosyjskiej narracji nie tyle zapowiedzi wielkiego przełomu, ile ostrożne sugestie, że najważniejsze cele zostały już w praktyce osiągnięte. Jeszcze na początku inwazji Kreml mówił o „denazyfikacji”, zmianie władz w Kijowie i podporządkowaniu Ukrainy rosyjskiej strefie wpływów. Dziś retoryka jest znacznie bardziej defensywna. Coraz częściej akcent pada właśnie na „obronę zdobytych terytoriów”, na „powstrzymanie NATO” czy „historyczne przetrwanie rosji pod zachodnią presją”. To nie jest przypadek. Im trudniej o wyraźne sukcesy militarne, tym bardziej definicja zwycięstwa staje się płynna i politycznie elastyczna. Kreml próbuje obniżać społeczne oczekiwania, jednocześnie utrzymując atmosferę mobilizacji i oblężonej twierdzy. Byle tylko zachować podstawowy element putinowskiego systemu: obraz rosji jako państwa, które nie uległo presji silniejszego przeciwnika.

Ten komentarz – w bardziej rozbudowanej wersji – opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – znajdziecie go pod tym linkiem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Grafika ilustracyjna, wygenerowana przez AI

Koszty

– Przedłużanie wojny jest w interesie rosji. A ta możne konflikt prowadzić tak długo, jak długo jego koszty będą akceptowane przez zwykłych rosjan. Dopóki wojna toczy się na terytorium Ukrainy i w niewielkim stopniu dotyka życia codziennego obywateli rosyjskich, dopóty putin ma od „swoich” wolną rękę – to jedna z ocen, które stawiam w rozmowie, jaką przeprowadził ze mną red. Maciej Chilczuk, dziennikarz „Polski Zbrojnej”. W wywiadzie poruszone są także inne kwestie, warte rozważań w czwartą rocznicę rosyjskiej pełnoskalowej agresji na Ukrainę. Zapraszam do odsłuchania rozmowy.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.