Trzeci

28 lutego 2026 roku Stany Zjednoczone rozpoczęły kolejną wojnę na Bliskim Wschodzie. Dziś, gdy obowiązuje kruche zawieszenie broni, pytanie nie dotyczy już tego, kto zadał więcej ciosów – na poziomie taktycznym sytuacja jest klarowna. Znacznie istotniejsza jest odpowiedź na pytanie: kto na tej wojnie zyskał strategicznie. Przy czym w tej układance nie chodzi tylko o USA i Iran, ani nawet o Izrael. Do roli największego beneficjenta urastają bowiem Chiny.

Zacznijmy od kluczowej kwestii – USA wciąż dysponują największą i najbardziej zaawansowaną machiną wojskową świata, ale nie prowadzą gospodarki wojennej. Produkcja uzbrojenia, zwłaszcza precyzyjnego – od pocisków Tomahawk po rakiety systemów obrony powietrznej – jest dostosowana do czasu pokoju: stabilna, przewidywalna, ale relatywnie powolna.

To oznacza, że każda wojna, nawet zakończona rozejmem, zostawia po sobie nie tylko polityczne i militarne skutki, lecz także coś znacznie bardziej namacalnego: puste magazyny. A w globalnej rywalizacji z Chinami to właśnie stan tych magazynów może mieć znaczenie większe niż wynik pojedynczej operacji na Bliskim Wschodzie.

Rachunek w liczbach

Pierwsze szacunki dotyczące zużycia amunicji przez USA w trakcie wojny z Iranem pokazują skalę, która jeszcze niedawno pozostawała poza wyobraźnią planistów operacyjnych. W ciągu kilkudziesięciu dni działań bojowych amerykańskie siły zbrojne wystrzeliły ponad 1000 pocisków manewrujących Tomahawk. Dla porównania – roczna produkcja tych pocisków w ostatnich latach oscylowała wokół 200–300 egzemplarzy. Oznacza to, że w trakcie jednej kampanii zużyto równowartość kilku lat produkcji.

Jeszcze wyraźniej widać to na przykładzie systemów obrony powietrznej. Według dostępnych szacunków wykorzystano od 1500 do 2000 interceptorów – w tym rakiet systemów Patriot i THAAD. Tymczasem produkcja rakiet PAC-3 MSE, stanowiących podstawę amerykańskiej obrony przeciwrakietowej, wynosiła dotąd około 500–600 sztuk rocznie, przy czym znaczna część trafiała do sojuszników. A zatem w ciągu kilku tygodni zużyto równowartość co najmniej dwóch–trzech lat produkcji jednego z kluczowych komponentów systemu obrony powietrznej.

Podobne proporcje pojawiają się w odniesieniu do uzbrojenia lotniczego. Produkcja pocisków JASSM, wykorzystywanych przez bombowce i samoloty taktyczne, jeszcze niedawno wynosiła około 500–700 sztuk rocznie. Tymczasem wystrzelono ich niemal tysiąc.

W analizach takich ośrodków jak CSIS (Center for Strategic and International Studies) mowa jest o tym, że odtworzenie stanów magazynowych zajmie od 3 do nawet 6 lat – szczególnie w przypadku najbardziej zaawansowanych efektorów, wymagających skomplikowanych komponentów i ograniczonych zdolności produkcyjnych.

Najważniejszy teatr

W amerykańskim planowaniu strategicznym Bliski Wschód od lat nie jest już teatrem pierwszego wyboru. Tym obszarem jest dziś Indo-Pacyfik – przestrzeń, w której koncentruje się rywalizacja ze strategicznym przeciwnikiem, czyli Chinami. To tam, a nie w Zatoce Perskiej, rozstrzyga się realny układ sił w XXI wieku.

Dlatego każda liczba dotycząca zużycia amunicji w wojnie z Iranem ma swój drugi kontekst – pytanie, ile tych samych środków pozostało do dyspozycji w scenariuszu konfliktu wokół Tajwanu.

Symulacje prowadzone przez CSIS pokazują, że w przypadku wojny o Tajwan kluczowe znaczenie mają dokładnie te same kategorie uzbrojenia, które zostały intensywnie wykorzystane na Bliskim Wschodzie: pociski dalekiego zasięgu, środki rażenia precyzyjnego, a przede wszystkim systemy obrony powietrznej i przeciwrakietowej.

W jednym z analizowanych scenariuszy amerykańskie siły zbrojne zużyją znaczną część zapasów pocisków dalekiego zasięgu w ciągu pierwszych 7–10 dni konfliktu. W przypadku niektórych typów uzbrojenia tempo to będzie jeszcze wyższe, lecz za każdy razem przyniesie ten sam skutek: zapasy zmaleją szybciej, niż możliwe będzie ich uzupełnianie.

A dodajmy do tego inny czynnik, istotny przy hipotetycznym konflikcie o Tajwan: geografię. Odległości będą wielokrotnie większe niż w przypadku operacji prowadzonych przeciwko Iranowi. Amerykańskie lotnictwo operuje z baz w Japonii, na Guamie czy – w scenariuszach awaryjnych – z jeszcze dalszych lokalizacji. Marynarka działa na rozległych akwenach, gdzie linie zaopatrzenia są rozciągnięte do granic możliwości. To oznacza, że każda operacja jest nie tylko bardziej wymagająca logistycznie, ale również bardziej kosztowna w sensie zużycia zasobów.

Dochodzi do tego kwestia rotacji sił. Grupy lotniskowcowe, które brały udział w operacjach na Bliskim Wschodzie, nie mogą zostać natychmiast przerzucone na Pacyfik w pełnej gotowości bojowej. Okręty wymagają przeglądów, załogi odpoczynku, a sprzęt – konserwacji. To proces liczony w tygodniach i miesiącach, nie w dniach.

W efekcie powstaje luka, której nie widać na pierwszy rzut oka. Na papierze Stany Zjednoczone wciąż dysponują globalną projekcją siły. W praktyce jednak ich zdolność do natychmiastowego i intensywnego działania w Indo-Pacyfiku może być ograniczona – nie przez brak technologii, lecz przez wcześniejsze zużycie zasobów.

Pytanie, co zrobią z tym Chiny?

„Poligonowe doświadczenie”

Z perspektywy Pekinu wojna USA–Iran jest arcyciekawym studium przypadku. Pokazuje tempo zużycia amerykańskich zasobów, ograniczenia przemysłowe i – co równie ważne – sposób, w jaki Waszyngton reaguje na kryzysy: szybko, nierozważnie, kosztem własnej „głębi strategicznej”.

To obserwacja, która dla Chin ma znaczenie większe niż jakiekolwiek deklaracje polityczne. Bo chińska strategia nie opiera się na wygrywaniu pojedynczych wojen, a na przetrwaniu dłużej niż przeciwnik i wejściu do gry w momencie, który jest dla niego najmniej korzystny.

Ale czy jest z czym wejść? I tak, i nie. W wymiarze czysto militarnym Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza w ciągu ostatnich dwóch dekad przeszła transformację, która nie ma precedensu we współczesnej historii.

Marynarka wojenna Chin jest dziś największa na świecie pod względem liczby okrętów. Pekin systematycznie rozwija zdolności antydostępowe (A2/AD), oparte na rakietach takich jak DF-21D czy DF-26, zdolnych do rażenia celów na dużych odległościach – w tym potencjalnie amerykańskich lotniskowców.

Równolegle rośnie potencjał przemysłowy. W przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych Chiny dysponują zdolnością do szybkiego zwiększania produkcji, co w warunkach długotrwałego konfliktu może mieć znaczenie kluczowe. Ale…

Chińska armia nie prowadziła pełnoskalowej wojny od dekad. Ostatnim konfliktem o większej skali była wojna z Wietnamem w 1979 roku – doświadczenie odległe i w niewielkim stopniu przekładalne na współczesne realia. Oznacza to, że znaczna część zdolności operacyjnych Chin została sprawdzona wyłącznie w ćwiczeniach i symulacjach. To różnica fundamentalna w porównaniu z USA, które przez ostatnie trzy dekady prowadziły niemal ciągłe operacje bojowe.

„Armia jedynaków”

Dochodzi do tego problem systemowy, rzadziej obecny w analizach czysto militarnych, ale coraz częściej podnoszony w badaniach społecznych i strategicznych: struktura demograficzna chińskich sił zbrojnych. Pokolenie dzisiejszych chińskich żołnierzy to w dużej mierze efekt wieloletniej polityki jednego dziecka. W praktyce oznacza to, że znaczna część rekrutów to jedyni synowie w swoich rodzinach.

W chińskim modelu społecznym – pozbawionym rozbudowanego systemu zabezpieczeń społecznych w europejskim rozumieniu – to właśnie dzieci odpowiadają za opiekę nad starzejącymi się rodzicami. Ten obowiązek ma nie tylko wymiar ekonomiczny, ale również kulturowy, w dodatku bardzo silny – możemy tu mówić wręcz o imperatywie. W konsekwencji pojawia się napięcie, które trudno zmierzyć, ale którego nie sposób zignorować: wysokie straty osobowe mogą mieć w Chinach znacznie większy koszt społeczny niż w państwach Zachodu. Z perspektywy planowania wojskowego oznacza to potencjalne ograniczenie gotowości do prowadzenia wojny wyniszczającej – takiej, która wymaga akceptacji dużych strat. Innymi słowy: Chiny budują armię zdolną do walki, ale jednocześnie funkcjonują w systemie społecznym, który może tę walkę ograniczać.

Taki stan rzeczy narzuca władzom w Pekinie cierpliwość – nieangażowanie się w walkę, jeśli ryzyko strat jest zbyt wysokie. Ale – tu czas na kolejne zastrzeżenie – skoro po stronie amerykańskiej pojawia się okres przejściowy, związany z odbudową zapasów, to czy Pekin nie widzi w tej sytuacji okna możliwości?

Dwa scenariusze

Symulacje prowadzone przez CSIS pokazują, że ewentualny konflikt o Tajwan byłby ekstremalnie kosztowny dla obu stron – także dla Stanów Zjednoczonych. W wielu wariantach wojny Amerykanie tracą znaczną część lotnictwa i marynarki, nawet jeśli ostatecznie powstrzymują chińską inwazję. To kluczowy punkt odniesienia. Jeśli nawet „pełne” zdolności USA nie gwarantują szybkiego i taniego zwycięstwa, to każde ich osłabienie działa na korzyść Pekinu.

Z tej perspektywy można zarysować dwa przeciwstawne scenariusze…

Jakie? Piszę o tym w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Amerykański niszczyciel rakietowy podczas ćwiczebnego wystrzelenia pocisku Tomahawk/fot. US Navy, domena publiczna

Wygrani

Po niemal trzech latach pełnoskalowej wojny w Ukrainie, w Polsce nie mamy już złudzeń, że zachód Europy postrzega rosyjskie zagrożenie inaczej niż my nad Wisłą. W Portugalii czy Hiszpanii jest to zagadnienie, któremu nie poświęca się wielkiej uwagi. Luksus geograficznego oddalenia wywołuje w nas zazdrość, a jego skutek – wstrzemięźliwa polityka pomocowa Zachodu wobec Ukrainy – rodzi irytację. Lecz jako się rzekło: był czas przywyknąć. Tyle samo czasu mieliśmy na wyzbycie się polsko-centrycznej wizji konfliktu w ocenie postępowania USA. I co? I nic; nadal wielu komentatorów i „zwykłych zjadaczy chleba” popełnia w tym zakresie poważny błąd poznawczy.

Na czym on polega? Na założeniu (zwykle nieuświadomionym), że rosja stanowi dla Ameryki takie samo zagrożenie, jak dla Polski i reszty krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Tymczasem wcale tak nie jest.

—–

Arsenał jądrowy, jakim dysponuje federacja rosyjska, to istotny atut i narzędzie polityki zagranicznej Kremla. W relacjach z Waszyngtonem pełni rolę straszaka i pozwala wymuszać pewne pożądane zachowania. Ale w ograniczonym zakresie, wszak USA dysponują arsenałem równoważnym, a groźba wzajemnego zniszczenia w zasadzie znosi ryzyko, że którakolwiek ze stron sięgnie po „najtęższy argument”.

Niejako zatem z konieczności pola konfrontacji znajdują się poza „atomowym ringiem”.

Gdzie? Można wyróżnić dwa obszary: militarny (konwencjonalny) i gospodarczy. Dla pełnego obrazu odnotujmy istnienie innych pól rywalizacji – sportowej, naukowej czy kulturalnej – z zastrzeżeniem, że dla podjętych w tekście rozważań mają one wtórne znacznie i nie będę poświęcał im uwagi.

A więc potencjał wojskowy (niejądrowy). Jeszcze na początku 2022 roku – nim przyszedł „ukraiński sprawdzian” – mogliśmy sądzić, że dla sił zbrojnych USA armia rosyjska stanowi poważne wyzwanie. Dziś mamy już jasność, że wojsko putina to olbrzym na glinianych nogach, nieradzący sobie z ujarzmieniem średniej wielkości państwa. Przestarzały, niedoposażony, źle dowodzony i wyszkolony. Gdzie mu zatem „startować do supermocarstwa”?

Podobnie rzecz się ma z ekonomią: rosyjska jest kilkunastokrotnie mniejsza od amerykańskiej, nieinnowacyjna i niekonkurencyjna. Menadżerowie z rosji nie narzucą amerykańskim własnych zasad gry, za to efektywność wielu ich przedsięwzięć zależy od tego, co dzieje się i wydarzy za oceanem. Dość wspomnieć, że kluczowe dla rosyjskich precyzyjnych systemów uzbrojenia komponenty elektroniczne, w 80 proc. pochodzą z USA – i mowa o sytuacji AD 2024, gdy rosja przestawiła gospodarkę na tory wojenne (a więc, wedle własnej propagandy, uniezależniła ją od obcych wpływów). Ten przykład dowodzi nieszczelności sankcji, a więc też i jakiejś porażki Zachodu, nade wszystko jednak ilustruje rosyjską słabość ekonomiczną i technologiczną.

—–

Amerykańska dominacja wojskowa i gospodarcza to w gruncie rzeczy oczywiste fakty, jednak ich skutki często nam umykają. Nie dopuszczamy myśli, że Amerykanie wcale nie muszą doprowadzić do porażki rosji, by czuć się bezpiecznie. Nie widzimy, że nawet względnie silna federacja nie stanowi dla USA fizycznego zagrożenia. Jest na to „za krótka”. W naszej ocenie stanu rzeczy górę biorą lęki, których źródłem jest położenie i sytuacja geopolityczna Polski. „Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”, nie bez kozery głosi popularne powiedzenie.

Etnocentryzm to przypadłość uniwersalna, Polacy nie są tu żadnym wyjątkiem. Ale w tym konkretnym przypadku idzie też o zadawnione przekonanie dotyczące roli USA. Mówiąc wprost, nadal chcemy wierzyć – my i inne narody środkowo-europejskie – że Stany to „światowy żandarm”, ignorując wątpliwości, które wobec takiego statusu mają sami Amerykanie.

Izolacyjne tendencje nie są w USA nowe, od zarania republiki stanową element tamtejszej kultury politycznej. Niekiedy biorą górę, innym razem się marginalizują. Na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat są w fazie wznoszącej. Nie mnie oceniać, na ile to trwała zmiana, chciałbym jednak odnotować, że zbiegła się z uzyskaniem przez Stany pełnej energetycznej niezależności. Zanikł więc ekonomiczny powód „eksportu i ochrony demokracji”, a fala autokratycznego populizmu podmyła motywacje ideologiczne. Obywatele USA (nie tylko politycy, a pośród nich nie tylko trumpiści!) coraz częściej i coraz liczniej mają gdzieś demokrację – co o zgrozo dotyczy także ich własnego kraju.

—–

A „po drodze” pojawiły się Chiny, których możliwości i aspiracje wywołują obawy tak waszyngtońskich elit, jak i zwykłych ludzi w interiorze. W efekcie doszło do zmiany geopolitycznego paradygmatu: rosja w amerykańskich oczach została zdegradowana do roli regionalnego mocarstwa, „schodzącego”, a na pierwszy plan wysunęła się Chińska Republika Ludowa. To przygotowanie do konfrontacji z ChRL – które fizyczną postać może przybrać w rejonie Pacyfiku – stało się priorytetem USA. Odpowiednie kroki podejmowano już wcześniej, niektóre na początku wieku, ale to za prezydentury Trumpa reorientację na Chiny i „basen pacyficzny” uczyniono esencją agendy politycznej Białego Domu.

Mimo zmiany prezydentury i niezależnie od tego, co działo się w Ukrainie od 2022 roku, ten kierunek amerykańskiej polityki został utrzymany. I to z jego perspektywy należy oceniać zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w pomoc dla Kijowa.

Co zatem widzimy, zakładając „waszyngtońskie okulary”? Ano całkiem korzystną sytuację – wykrwawioną militarnie (koszmarne straty) i gospodarczo (zerwane kooperacje) rosję. Pozbawioną narzędzi szantażu energetycznego, w sposób na tyle oczywisty słabą, że już nawet nie będącą w stanie grać va banque. putin już nikomu nie podyktuje „warunków bezpieczeństwa” w Europie, co z nadzieją na sukces uczynił zimą 2021 roku. Dziś w najlepszym razie może docisnąć Kijów – i to tylko wtedy, gdy Biały Dom mu na to pozwoli.

—–

Zarazem nie jest ta rosja na tyle słaba, by się rozpaść, co w kontekście kontroli nad arsenałem jądrowym ma dla Waszyngtonu żywotne znaczenie. Nie trzeba się bać, że głowice przejmie jakiś regionalny watażka. Ale najistotniejsza w tym obrazie „słabo-siły” jest mimo wszystko zachowana, choć ograniczona, rosyjska podmiotowość wobec Chin. Nie byłoby jej, gdyby federacja spektakularnie przegrała wojnę z Ukrainą – co przy odpowiedniej zachodniej pomocy byłoby możliwe. W takim scenariuszu Pekin miałby łatwiej z doprowadzeniem do pełnej wasalizacji rosji i „położeniem łapy” na rosyjskich zasobach. A tej synergii najbardziej obawiają się w Waszyngtonie: chińskiej siły korzystającej z bezwarunkowo dostępnych rosyjskich minerałów. Póki co putin jeszcze walczy, czego dowodem może być jego „romans” z Kim Dzong Unem, niechętnie przyjmowany w Pekinie.

Nie zrealizował się inny scenariusz: silnej swoim zwycięstwem rosji, która na fali pewności siebie zechciałaby razem z Chinami – jak równy z równym – przemeblować świat. Gdyby Ukraina szybko upadła, najważniejsi gracze nie wiedzieliby jak potiomkinowska jest rosyjska armia, ba, w samej rosji by tego nie wiedzieli i grali „na ostro”. Kto wie, czy nie z sukcesem, rozumianym na przykład jako wystraszenie zachodnioeuropejskich sojuszników Polski.

No ale do tego nie dojdzie. Koszty (patrząc z tej amerykańskiej perspektywy)? rosję wykrwawiono ukraińskimi rękoma, nie zginął przy tym żaden amerykański żołnierz. A wydatek rzędu kilkuset miliardów dolarów (a właściwie kilkudziesięciu, bo duża część pomocy dla Kijowa została w Stanach jako zlecenia dla tamtejszego przemysłu obronnego) spustoszenia w budżecie USA nie wywoła. Jest jeszcze dyskomfort sojuszników z europejskiej wschodniej flanki, no i samych Ukraińców, którzy czują się porzuceni. Ale izolacjonizm i brak motywacji ideologicznej skutecznie wypłukują z Amerykanów poczucie winy. Oni siebie i swoich interesów nie zdradzili.

—–

Dziękuję za lekturę! Jeśli tekst Wam się spodobał, udostępnijcie go proszę.

Osoby zainteresowane nabyciem moją najnowszej książki pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.

Nz. Prezydent Joe Biden na lipcowym szczycie Sojuszu Północnoatlantyckiego/fot. NATO

Artykuł pierwotnie opublikowałem w portalu Interia.pl