Łucznik

Nawet najnowocześniejsza obrona powietrzna dysponuje ograniczoną liczbą zestawów, radarów i pocisków przechwytujących. Problem nie sprowadza się przy tym do pieniędzy, choć te mają ogromne znaczenie – wszak jeden pocisk PAC-3 MSE używany przez system Patriot kosztuje około 4 mln dolarów. Równie istotne jest to, że produkcji tak skomplikowanego uzbrojenia nie da się zwiększyć w dowolnym tempie tylko dlatego, że wzrosło zapotrzebowanie. Potrzebne są specjalistyczne komponenty, linie montażowe i urządzenia testowe, wykwalifikowani pracownicy oraz sieć dostawców. I czas – mnóstwo czasu.

Dobrze pokazuje to skala obecnych wysiłków Amerykanów. Lockheed Martin wytwarza obecnie około 600 pocisków PAC-3 MSE rocznie, a gwałtownie rosnący popyt skłonił koncern i Pentagon do inwestycji w znaczące zwiększenie produkcji. Tyle że rozbudowa fabryk i całego łańcucha dostaw wymaga lat, nie miesięcy – poziom 2 tys. rakiet uda się osiągnąć w 2030 roku.

Nie można więc rozwiązać problemu masowych ataków prostym poleceniem: kupmy więcej pocisków. Owa niemożność dotyczy również Polski, która od kilku lat usiłuje nadrobić sięgające kilku dekad zaniedbania w zakresie OPL. Już wiemy, że szybko i łatwo tego nie zrobimy. Nie oznacza to jednak, że do czasu zbudowania odpowiednio silnej tarczy pozostaje nam wyłącznie czekać na to, co przeciwnik w naszą stronę wystrzeli. Istnieje bowiem jeszcze inny sposób ograniczenia zagrożenia z powietrza. Zamiast wyłącznie zestrzeliwać strzały, można spróbować zabić łucznika.

—–

(…) Obrona przed Iskanderem nie musi zaczynać się wtedy, gdy rosyjska rakieta wznosi się już nad wyrzutnią. Może rozpocząć się wcześniej – od próby znalezienia i zniszczenia samej wyrzutni. „Łucznikiem” nie musi być zresztą wyłącznie ona. System uderzeniowy potrzebuje magazynów amunicji, stanowisk dowodzenia, łączności, rozpoznania i logistyki. Pociski manewrujące mogą być przenoszone przez samoloty operujące z lotnisk. Każdy z tych elementów może stać się celem. Im więcej z nich zostanie wyeliminowanych, tym mniej środków napadu będzie później musiała przechwycić własna obrona (…).

Jednym z potencjalnych źródeł zagrożenia podczas konfliktu NATO z rosją byłby obwód królewiecki. To niewielki obszar wciśnięty między Polskę i Litwę, ale jednocześnie silnie zmilitaryzowany. rosja rozmieściła tam m.in. systemy rakietowe Iskander, zdolne razić znaczą część naszego kraju.

O wynikłym z tego faktu zagrożeniu mówi się u nas od lat, na długo przed doświadczeniami obecnej wojny w Ukrainie. Przy czym armia nie stała z założonymi rękoma. Już dekadę temu autor tego tekstu słyszał od ludzi związanych z wojskiem, że jednym z zadań przewidywanych na wypadek gwałtownej eskalacji między Polską a rosją miało być wysłanie żołnierzy pułku komandosów z Lublińca do obwodu królewieckiego.

Mieli przeniknąć tam jeszcze przed rozpoczęciem wojny – oficjalnymi i nieoficjalnymi kanałami, bez ujawniania swojej wojskowej tożsamości. Broń, wyposażenie i mundury miały czekać na miejscu. Po rozpoczęciu operacji komandosi mieli działać już jako polscy żołnierze. Według informacji przekazywanych wówczas autorowi jednym z ich najważniejszych celów miały być namierzone rosyjskie wyrzutnie Iskanderów. Operacja miała mieć charakter wyprzedzający w sensie wojskowym, ale nie oznaczało to samowolnego ataku przed rozpoczęciem konfliktu. Decyzja o rozpoczęciu działań miała zapaść dopiero po potwierdzeniu wrogich działań strony rosyjskiej i wydaniu odpowiednich rozkazów.

Nie wiadomo, czy podobny scenariusz pozostaje elementem aktualnych polskich planów operacyjnych. Te z oczywistych powodów są tajne. Sam pomysł pokazuje jednak, że logika zwalczania łucznika nie jest dla polskiego wojska czymś nowym. I wcale nie musi być domeną wojsk specjalnych.

—–

Polskie wojsko już dziś ma narzędzia pozwalające sięgać daleko poza linię frontu. F-16 mogą przenosić pociski manewrujące AGM-158 JASSM, a także ich wersję o wydłużonym zasięgu – JASSM-ER. To broń pozwalająca atakować ważne cele bez konieczności wlatywania głęboko w przestrzeń bronioną przez przeciwnika. W grę wchodzą stanowiska dowodzenia, lotniska, magazyny, węzły logistyczne czy inne elementy zaplecza, od których zależy zdolność do prowadzenia kolejnych uderzeń.

Do tej „długiej ręki” dochodzi artyleria rakietowa. Homar-A, czyli polska wersja amerykańskiego HIMARS-a, może wykorzystywać pociski ATACMS o zasięgu około 300 km. Wojska lądowe zyskują więc możliwość rażenia celów położonych daleko poza bezpośrednim zapleczem frontu.

Wchodzący do służby F-35 rozszerza te możliwości o coś jeszcze. Przewaga Husarza nie polega bowiem wyłącznie na właściwościach stealth. F-35 zbiera dane z wielu sensorów, łączy je w jeden obraz sytuacji i może przekazywać informacje innym uczestnikom operacji. Cel znaleziony przez F-35 może zostać zaatakowany przez F-16 z JASSM-em, artylerię rakietową albo inny środek rażenia. Współczesna wojna coraz rzadziej wymaga bowiem, żeby ten sam żołnierz czy ta sama platforma zarówno znalazły cel, jak i go zniszczyły. Znacznie ważniejsze jest to, by informacja o celu szybko trafiła do tego, kto w danym momencie może uderzyć najskuteczniej.

A samoloty nie są jedynymi oczami polskiej armii. Jeszcze kilka lat temu wskazanie obiektu położonego setki kilometrów od własnych wojsk byłoby jednym z najsłabszych elementów polskiej układanki. To właśnie w tej dziedzinie zachodzi jednak obecnie jedna z największych zmian.

W maju Siły Zbrojne RP otrzymały system MikroSAR. Tworząca go wojskowa konstelacja radarowa POLSARIS liczy obecnie cztery satelity, a docelowo może zostać powiększona do sześciu. Radar ma w takim zastosowaniu ogromną zaletę. W przeciwieństwie do klasycznej optyki może prowadzić obrazowanie także w nocy i przez zachmurzenie. Pozwala więc obserwować interesujący obszar niezależnie od pogody czy pory dnia. Polska nie musi przy tym prosić sojusznika o wykonanie każdego zdjęcia. System został przekazany Siłom Zbrojnym RP, a MON podkreśla również znaczenie krótkiego interwału rewizyt, czyli czasu między kolejnymi możliwościami obserwowania tego samego obszaru.

POLSARIS nie jest jedynym źródłem informacji z orbity. Polska ma również dostęp do wysokorozdzielczych danych z włoskich satelitów radarowych COSMO-SkyMed. Równolegle rozwijane są możliwości optoelektroniczne.

W praktyce powstaje więc system, w którym różne rodzaje rozpoznania mogą się uzupełniać. Radar satelitarny pozwala obserwować teren mimo chmur i ciemności. System optyczny dostarcza innego rodzaju zobrazowania. Informację może uzupełnić rozpoznanie radioelektroniczne, samolot, bezzałogowiec albo źródło działające na ziemi. Im więcej takich sensorów patrzy na interesujący obszar, tym trudniej przeciwnikowi zniknąć.

Oczywiście, nie każdego łucznika uda się znaleźć, zanim wypuści strzałę. Ale jeśli rosyjskie załogi Iskanderów będą musiały liczyć się z tym, że same mogą stać się celem, zmieni się również ich sposób działania. A to oznacza mniej swobody dla napastnika i więcej bezpieczeństwa po naszej stronie.

Ten tekst, w istotnie obszerniejszej wersji, opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Trzeci

28 lutego 2026 roku Stany Zjednoczone rozpoczęły kolejną wojnę na Bliskim Wschodzie. Dziś, gdy obowiązuje kruche zawieszenie broni, pytanie nie dotyczy już tego, kto zadał więcej ciosów – na poziomie taktycznym sytuacja jest klarowna. Znacznie istotniejsza jest odpowiedź na pytanie: kto na tej wojnie zyskał strategicznie. Przy czym w tej układance nie chodzi tylko o USA i Iran, ani nawet o Izrael. Do roli największego beneficjenta urastają bowiem Chiny.

Zacznijmy od kluczowej kwestii – USA wciąż dysponują największą i najbardziej zaawansowaną machiną wojskową świata, ale nie prowadzą gospodarki wojennej. Produkcja uzbrojenia, zwłaszcza precyzyjnego – od pocisków Tomahawk po rakiety systemów obrony powietrznej – jest dostosowana do czasu pokoju: stabilna, przewidywalna, ale relatywnie powolna.

To oznacza, że każda wojna, nawet zakończona rozejmem, zostawia po sobie nie tylko polityczne i militarne skutki, lecz także coś znacznie bardziej namacalnego: puste magazyny. A w globalnej rywalizacji z Chinami to właśnie stan tych magazynów może mieć znaczenie większe niż wynik pojedynczej operacji na Bliskim Wschodzie.

Rachunek w liczbach

Pierwsze szacunki dotyczące zużycia amunicji przez USA w trakcie wojny z Iranem pokazują skalę, która jeszcze niedawno pozostawała poza wyobraźnią planistów operacyjnych. W ciągu kilkudziesięciu dni działań bojowych amerykańskie siły zbrojne wystrzeliły ponad 1000 pocisków manewrujących Tomahawk. Dla porównania – roczna produkcja tych pocisków w ostatnich latach oscylowała wokół 200–300 egzemplarzy. Oznacza to, że w trakcie jednej kampanii zużyto równowartość kilku lat produkcji.

Jeszcze wyraźniej widać to na przykładzie systemów obrony powietrznej. Według dostępnych szacunków wykorzystano od 1500 do 2000 interceptorów – w tym rakiet systemów Patriot i THAAD. Tymczasem produkcja rakiet PAC-3 MSE, stanowiących podstawę amerykańskiej obrony przeciwrakietowej, wynosiła dotąd około 500–600 sztuk rocznie, przy czym znaczna część trafiała do sojuszników. A zatem w ciągu kilku tygodni zużyto równowartość co najmniej dwóch–trzech lat produkcji jednego z kluczowych komponentów systemu obrony powietrznej.

Podobne proporcje pojawiają się w odniesieniu do uzbrojenia lotniczego. Produkcja pocisków JASSM, wykorzystywanych przez bombowce i samoloty taktyczne, jeszcze niedawno wynosiła około 500–700 sztuk rocznie. Tymczasem wystrzelono ich niemal tysiąc.

W analizach takich ośrodków jak CSIS (Center for Strategic and International Studies) mowa jest o tym, że odtworzenie stanów magazynowych zajmie od 3 do nawet 6 lat – szczególnie w przypadku najbardziej zaawansowanych efektorów, wymagających skomplikowanych komponentów i ograniczonych zdolności produkcyjnych.

Najważniejszy teatr

W amerykańskim planowaniu strategicznym Bliski Wschód od lat nie jest już teatrem pierwszego wyboru. Tym obszarem jest dziś Indo-Pacyfik – przestrzeń, w której koncentruje się rywalizacja ze strategicznym przeciwnikiem, czyli Chinami. To tam, a nie w Zatoce Perskiej, rozstrzyga się realny układ sił w XXI wieku.

Dlatego każda liczba dotycząca zużycia amunicji w wojnie z Iranem ma swój drugi kontekst – pytanie, ile tych samych środków pozostało do dyspozycji w scenariuszu konfliktu wokół Tajwanu.

Symulacje prowadzone przez CSIS pokazują, że w przypadku wojny o Tajwan kluczowe znaczenie mają dokładnie te same kategorie uzbrojenia, które zostały intensywnie wykorzystane na Bliskim Wschodzie: pociski dalekiego zasięgu, środki rażenia precyzyjnego, a przede wszystkim systemy obrony powietrznej i przeciwrakietowej.

W jednym z analizowanych scenariuszy amerykańskie siły zbrojne zużyją znaczną część zapasów pocisków dalekiego zasięgu w ciągu pierwszych 7–10 dni konfliktu. W przypadku niektórych typów uzbrojenia tempo to będzie jeszcze wyższe, lecz za każdy razem przyniesie ten sam skutek: zapasy zmaleją szybciej, niż możliwe będzie ich uzupełnianie.

A dodajmy do tego inny czynnik, istotny przy hipotetycznym konflikcie o Tajwan: geografię. Odległości będą wielokrotnie większe niż w przypadku operacji prowadzonych przeciwko Iranowi. Amerykańskie lotnictwo operuje z baz w Japonii, na Guamie czy – w scenariuszach awaryjnych – z jeszcze dalszych lokalizacji. Marynarka działa na rozległych akwenach, gdzie linie zaopatrzenia są rozciągnięte do granic możliwości. To oznacza, że każda operacja jest nie tylko bardziej wymagająca logistycznie, ale również bardziej kosztowna w sensie zużycia zasobów.

Dochodzi do tego kwestia rotacji sił. Grupy lotniskowcowe, które brały udział w operacjach na Bliskim Wschodzie, nie mogą zostać natychmiast przerzucone na Pacyfik w pełnej gotowości bojowej. Okręty wymagają przeglądów, załogi odpoczynku, a sprzęt – konserwacji. To proces liczony w tygodniach i miesiącach, nie w dniach.

W efekcie powstaje luka, której nie widać na pierwszy rzut oka. Na papierze Stany Zjednoczone wciąż dysponują globalną projekcją siły. W praktyce jednak ich zdolność do natychmiastowego i intensywnego działania w Indo-Pacyfiku może być ograniczona – nie przez brak technologii, lecz przez wcześniejsze zużycie zasobów.

Pytanie, co zrobią z tym Chiny?

„Poligonowe doświadczenie”

Z perspektywy Pekinu wojna USA–Iran jest arcyciekawym studium przypadku. Pokazuje tempo zużycia amerykańskich zasobów, ograniczenia przemysłowe i – co równie ważne – sposób, w jaki Waszyngton reaguje na kryzysy: szybko, nierozważnie, kosztem własnej „głębi strategicznej”.

To obserwacja, która dla Chin ma znaczenie większe niż jakiekolwiek deklaracje polityczne. Bo chińska strategia nie opiera się na wygrywaniu pojedynczych wojen, a na przetrwaniu dłużej niż przeciwnik i wejściu do gry w momencie, który jest dla niego najmniej korzystny.

Ale czy jest z czym wejść? I tak, i nie. W wymiarze czysto militarnym Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza w ciągu ostatnich dwóch dekad przeszła transformację, która nie ma precedensu we współczesnej historii.

Marynarka wojenna Chin jest dziś największa na świecie pod względem liczby okrętów. Pekin systematycznie rozwija zdolności antydostępowe (A2/AD), oparte na rakietach takich jak DF-21D czy DF-26, zdolnych do rażenia celów na dużych odległościach – w tym potencjalnie amerykańskich lotniskowców.

Równolegle rośnie potencjał przemysłowy. W przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych Chiny dysponują zdolnością do szybkiego zwiększania produkcji, co w warunkach długotrwałego konfliktu może mieć znaczenie kluczowe. Ale…

Chińska armia nie prowadziła pełnoskalowej wojny od dekad. Ostatnim konfliktem o większej skali była wojna z Wietnamem w 1979 roku – doświadczenie odległe i w niewielkim stopniu przekładalne na współczesne realia. Oznacza to, że znaczna część zdolności operacyjnych Chin została sprawdzona wyłącznie w ćwiczeniach i symulacjach. To różnica fundamentalna w porównaniu z USA, które przez ostatnie trzy dekady prowadziły niemal ciągłe operacje bojowe.

„Armia jedynaków”

Dochodzi do tego problem systemowy, rzadziej obecny w analizach czysto militarnych, ale coraz częściej podnoszony w badaniach społecznych i strategicznych: struktura demograficzna chińskich sił zbrojnych. Pokolenie dzisiejszych chińskich żołnierzy to w dużej mierze efekt wieloletniej polityki jednego dziecka. W praktyce oznacza to, że znaczna część rekrutów to jedyni synowie w swoich rodzinach.

W chińskim modelu społecznym – pozbawionym rozbudowanego systemu zabezpieczeń społecznych w europejskim rozumieniu – to właśnie dzieci odpowiadają za opiekę nad starzejącymi się rodzicami. Ten obowiązek ma nie tylko wymiar ekonomiczny, ale również kulturowy, w dodatku bardzo silny – możemy tu mówić wręcz o imperatywie. W konsekwencji pojawia się napięcie, które trudno zmierzyć, ale którego nie sposób zignorować: wysokie straty osobowe mogą mieć w Chinach znacznie większy koszt społeczny niż w państwach Zachodu. Z perspektywy planowania wojskowego oznacza to potencjalne ograniczenie gotowości do prowadzenia wojny wyniszczającej – takiej, która wymaga akceptacji dużych strat. Innymi słowy: Chiny budują armię zdolną do walki, ale jednocześnie funkcjonują w systemie społecznym, który może tę walkę ograniczać.

Taki stan rzeczy narzuca władzom w Pekinie cierpliwość – nieangażowanie się w walkę, jeśli ryzyko strat jest zbyt wysokie. Ale – tu czas na kolejne zastrzeżenie – skoro po stronie amerykańskiej pojawia się okres przejściowy, związany z odbudową zapasów, to czy Pekin nie widzi w tej sytuacji okna możliwości?

Dwa scenariusze

Symulacje prowadzone przez CSIS pokazują, że ewentualny konflikt o Tajwan byłby ekstremalnie kosztowny dla obu stron – także dla Stanów Zjednoczonych. W wielu wariantach wojny Amerykanie tracą znaczną część lotnictwa i marynarki, nawet jeśli ostatecznie powstrzymują chińską inwazję. To kluczowy punkt odniesienia. Jeśli nawet „pełne” zdolności USA nie gwarantują szybkiego i taniego zwycięstwa, to każde ich osłabienie działa na korzyść Pekinu.

Z tej perspektywy można zarysować dwa przeciwstawne scenariusze…

Jakie? Piszę o tym w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Amerykański niszczyciel rakietowy podczas ćwiczebnego wystrzelenia pocisku Tomahawk/fot. US Navy, domena publiczna

Obuch

Nie ma jasności, czy USA przekażą Ukrainie pociski manewrujące Tomahawk – rozmowy w tej sprawie między Kijowem a Waszyngtonem trwają, trudno ocenić, kiedy wyniknie z nich coś konkretnego. Lecz już sam fakt, że amerykańskie władze rozważają taki krok, wywołał w Moskwie niemałą panikę. Kreml maskuje strach, zaś publicznie grozi poważną eskalacją, ale właśnie owo „machanie szabelką” jest najlepszym dowodem przestrachu rosjan. By wskazać źródła tego lęku, musimy najpierw zarysować odpowiedni kontekst.

Co jest w tym momencie największym zmartwieniem dla władz Ukrainy? Konieczność mierzenia się z częstymi i masowymi rosyjskimi uderzeniami powietrznymi na ukraińskie zaplecze, wykonywanymi głównie przy użyciu dronów dalekiego zasięgu typu Szahed. Co jest aktualnie największym sukcesem ukraińskich sił zbrojnych? Udane ataki dronowo-rakietowe wymierzone w rosyjską bazę przemysłową, przede wszystkim w sektor petrochemiczny. Co jest „na dziś” największym atutem rosjan w wojnie z Ukraińcami? Możliwość wykonywania napadów z powietrza na głębokie ukraińskie tyły. Co obecnie szczególnie martwi kremlowską klikę? Fakt, iż nasilona przed kilkoma tygodniami ukraińska kampania dronowo-rakietowa zredukowała moce produkcyjne rosyjskich rafinerii o 40 procent. Innymi słowy, słabości jednych są siłą drugich i na odwrót. Pojawienie się Tomahawków (albo, co bardziej prawdopodobne, innych pocisków dalekiego zasięgu), zakłóciłoby tę równowagę. Jak i dlaczego?

—–

Nim odpowiem na to pytanie, rozwińmy wątki zasygnalizowane w powyższym akapicie. Kijów to dziś najlepiej bronione przed zagrożeniem z powietrza miasto na świecie. Ale ten status ma też swą ciemną stronę – obrona „serca” i „mózgu” Ukrainy zasysa siły i środki OPL z innych części kraju, w wyniku czego te nie są tak dobrze chronione (a po prawdzie to są chronione słabo; taka jest rzeczywistość większości ukraińskich metropolii). „Z pustego i Salomon nie naleje”, brzmi stare porzekadło, dobrze oddające ów stan rzeczy. Ukraińcy weszli do wojny z silną OPL, ale poradziecki arsenał zużył się i został zniszczony. Zastępują go znacząco lepsze, a zarazem dużo droższe (w produkcji i eksploatacji) systemy zachodnie – jest ich już nad Dnieprem sporo, lecz wciąż za mało i ta sytuacja szybko się nie zmieni.

Jednocześnie w toku prowadzonych działań zmieniły się zasadniczo realia wojny powietrznej. Wobec relatywnie niskiej skuteczności własnych rakiet i pocisków manewrujących, rosjanie rozpoczęli eksperymenty z dronami – wolnymi, niosącymi mniejsze głowice, za to dużo tańszymi i prostszymi w produkcji. W odpowiedzi Ukraińcy rozwinęli techniki zwalczania bezzałogowców – bez angażowania do tego „tradycyjnych” systemów OPL z ich kosztownymi rakietami. Mimo to efekt skali zadziałał – rosjanie wciąż coś Ukraińcom niszczą, jakiś cenny element infrastruktury niezbędnej do podtrzymywania wojennego wysiłku. Ale Ukraina się nie łamie. W kluczowej gałęzi gospodarki – zbrojeniowej – kraj osiąga kolejne pułapy efektywności. Dziś ponad 40 procent broni i amunicji, jakie trafiają na front, pochodzi z rodzimych zakładów i manufaktur. W niektórych obszarach produkcji wojskowej odnotowano 35-krotny wzrost wydajności w porównaniu z 2022 rokiem. Nie zrozumcie mnie źle – nie sugeruję, że rosyjskie ataki po Ukrainie „spływają”. Są bolesne, jednak nie miażdżące. Ograniczają możliwości Ukraińców i konserwują sytuację strategicznego pata. Gdyby Kijowowi udało się „zamknąć niebo”, zbrojeniówka mogłaby rosnąć bez przeszkód, co przełożyłoby się na większe możliwości armii. Fakt, iż tak nie jest, to ograniczony, ale wciąż sukces rosjan. „Złapał kozak Tatarzyna, a Tatarzy za łeb trzyma”, można by posłużyć się kolejnym powiedzonkiem.

—–

Zostawmy Ukrainę i przenieśmy wzrok na rosję, gdzie w coraz większej liczbie miast zaczyna brakować benzyny. Federacja, która „leży na ropie”, nie jest w stanie zapewnić sobie samowystarczalności w tym zakresie i zaczęła paliwo importować. Przypomina to sytuację z czasów Związku Sowieckiego, kiedy kraj mający największy na świecie areał pól uprawnych, i stosunkowo niedużą populację, regularnie nawiedzały klęski głodu. I wtedy, i dziś, owa zdumiewająca nieefektywność była skutkiem fatalnych decyzji władz w Moskwie. Mniejsza o historię, skupmy się na teraźniejszości. Ukraińcy – wepchnięci do wojny przez rosjan – z brutalną skutecznością wykorzystali wąskie gardło federacji. Niszczenie rafinerii wprost nie zagrozi armii inwazyjnej (ta będzie ostatnim podmiotem, który objęty zostanie racjonowaniem paliw i smarów), ale poważnie nadwyręża rosyjskie możliwości zarobkowania, mówimy wszak o państwie, które żyje ze sprzedaży kopalin i pochodnych. Mniej kasy w budżecie, to mniej pieniędzy na wojsko i wojowanie – i do tego sprowadza się podstawowa użyteczność ukraińskich ataków (patrząc z perspektywy atakujących).

Ale chodzi też o coś jeszcze – o wywołanie odczuwalnej na poziomie zwykłego człowieka dotkliwości. Dla miażdżącej większości rosjan wojna była gdzieś daleko, nie obchodziła ich; teraz odczuwają jej skutki, co w ich świecie jest dowodem nieudolności władzy. A przecież cała równowaga systemu politycznego rosji opiera się nie tylko na przemocy, ale też – a może głównie – na umowie społecznej. Zgodnie z nią Kreml robi co chce, pod warunkiem, że obywatele mogą prowadzić w miarę wygodne życie. Niespełnianie tego wymogu to zarzewie delegitymizacji – zatem płonące rafinerie to także próba rozniecenia w federacji poważniejszego pożaru. Czy skuteczna, to się okaże – ale będąc na miejscu Ukraińców grzechem byłoby nie spróbować.

—–

Dlaczego próbują dopiero teraz? – mógłby zapytać ktoś. Próbowali wcześniej, ale faktycznie, solidnie wzięli się do roboty niedawno. Tajemnica tego wzmożenia sprowadza się nie do zaniechania, a do rosnących możliwości – Ukraińcy w coraz większym stopniu opanowują technikę i technologię potrzebną do dalekodystansowych ataków. A i tak, nadal – nie tylko w przypadku rafinerii – nie sięgają poza obszar europejskiej rosji, ich broń bowiem ma ograniczony zasięg, aktualnie dochodzący do tysiąca kilometrów. I wciąż są to przede wszystkim powolne i małe drony, łatwe do zestrzelenia i jednostkowo wyrządzające stosunkowo niewielkie szkody. A teraz wyobraźmy sobie, że w ukraińskim arsenale pojawiają się Tomahawki. Lecące cztery razy szybciej niż drony (i przy tym manewrujące!), niosące pięć razy większy ładunek, na półtorakrotnie dalszą odległość. Niech to nawet będą mniej efektywne JASSM-y…

Co wtedy? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do całości materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Tomahawk podczas szkoleniowego strzelania/fot. US Navy

Zarządzanie

Zmagania w Ukrainie – jakkolwiek konwencjonalne – ugruntowały znaczenie jądrowego straszaka jako polisy ubezpieczeniowej. Kremlowskie groźby użycia broni „A” zostawiają bowiem cień niepewności co do determinacji rosjan, technicznie zdolnych do wyprowadzenia atomowego ciosu nie tylko w Ukrainę, ale i we wspierających ją członków NATO.

Gdyby nie ta niepewność (istota wspomnianej polisy), współpraca Sojuszu Północnoatlantyckiego z Ukrainą najpewniej wyglądałaby inaczej. W najgorszym dla Moskwy scenariuszu doszłoby do otwartej konfrontacji zbrojnej z Zachodem, która – zważywszy na różnice konwencjonalnych potencjałów – zakończyłaby się klęską rosji. W wersji light brak ryzyka atomowej eskalacji mógłby skłonić zachodnich przywódców do przekazania Kijowowi znacznie większej ilości i szerszego asortymentu broni ciężkiej, lotniczej, rakietowej, co oznaczałoby kolejne problemy armii inwazyjnej, a najpewniej również jej zagładę.

Tego rodzaju kalkulacje czyniono w wielu rządowych gabinetach, a dla bandyckich reżimów stało się jasne, że jedynie własny „atom” zapewnia właściwy poziom bezpieczeństwa.

—–

Myślenie w kategoriach atomowego zabezpieczenia nieobce jest też Polakom. W pierwszej połowie lat 90. prezydent Lech Wałęsa kilkukrotnie sugerował konieczność kupna ograniczonej liczby ładunków jądrowych. Taką operację można było wtedy przeprowadzić w Ukrainie – niejawnie, choć legalnie – bądź zupełnie nielegalnie w rosji. Wywiad wojskowy dysponował wówczas wszystkimi aktywami, które umożliwiłyby sukces takiej misji.

Wbrew późniejszym zaprzeczeniom i próbom obrócenia sprawy w dowcip, ów pomysł był na poważnie rozważany w gronie najwyższych dowódców Wojska Polskiego. Czy próbowano go zrealizować? Żyją w tym kraju osoby mogące opowiedzieć na ten temat kilka ciekawych historii. Rozmawiałem z nimi, przygotowując się do napisania powieści „Międzyrzecze. Cena przetrwania”; efekty tych spotkań wpłynęły na ostateczny kształt tej książki – do lektury której niezmiennie zapraszam.

Tak czy inaczej, w dochodzeniu wszczętym wiosną 2002 roku po śmiertelnym wypadku generała Aleksandra Lebiedzia, pojawił się wątek „udziału obcych służb”. Czy był to przejaw rosyjskiej paranoi, czy może śledczym udało się wpaść na jakiś trop? Faktem jest, że generał interesował się losem walizkowych ładunków jądrowych – skonstruowanych jeszcze w czasach ZSRR – a jego publiczne wypowiedzi na temat kilkunastu zaginionych sztuk naraziły go na reprymendę prezydenta Borysa Jelcyna. Nie dowiemy się, czy Lebiedź wiedział (mówił) za dużo – i dlatego zginął w katastrofie śmigłowca. Wspomniane wyżej osoby – byli oficerowie naszych służb specjalnych – zapewniały mnie, że polskie próby pozyskania „atomu” na Wschodzie były obiecujące, ale zostały brutalnie przerwane przez Amerykanów. Brutalnie, gdyż Waszyngton posunąć się miał do szantażu – „jeśli nie spasujecie, nie ma mowy o członkostwie w NATO”.

Było tak czy nie, przywołana opowieść znakomicie ilustruje nietrudną do zweryfikowania politykę USA. Stanom zależy mianowicie, by „atomowy klub” pozostał jak najmniejszy, co obejmuje również sojuszników Ameryki. Chodzi o „zarządzanie eskalacją”. W największym skrócie: im mniej posiadaczy głowic, tym mniejsze ryzyko, że ktoś ich użyje. Im mniej w tym gronie sojuszników, tym niższe prawdopodobieństwo, że USA – zobligowane przez alianse – zmuszone będą wejść w wojnę, w której już sięgnięto po broń jądrową. Czyli znaleźć się w sytuacji bliższej czarnemu scenariuszowi niekontrolowanej eskalacji.

—–

Miejmy świadomość tych uwarunkowań, zastanawiając się nad kwestią udziału Polski w programie „Nuclear Sharing”. Nawet jeśli do niego przystąpimy – użyczymy miejsc do składowania ładunków, a nasi piloci będą uczyć się zrzucania bomb jądrowych – dysponentami głowic pozostaną Amerykanie. A ci – patrz wyżej…

A więc tylko własne? Tyleż pociągająca, co nierealistyczna wizja, nie dysponujemy bowiem zapleczem technicznym i naukowym, by samodzielnie pozyskać wszelkie niezbędne komponenty. Kupno (skoro już kiedyś była taka opcja)? Nie istnieje „sklep z atomówkami”, a wydarzenia z lat 90. toczyły się w specyficznym kontekście posowieckiej zawieruchy. No i jest jeszcze kwestia politycznego klimatu – od wrogów nie kupimy, a sojusznicy nam nie sprzedadzą; nie mamy co liczyć na przymykanie oka, jakie towarzyszyło transferowi technologii nuklearnych z Francji do Izraela.

Załóżmy jednak, że przejdziemy etap amerykańskich obstrukcji, których celem byłoby uniemożliwienie nam zdobycia broni „A” – i co dalej? Czy mamy własne, odpowiednio efektywne środki przenoszenia ładunków jądrowych? Najmniejsze głowice da się umieścić w odpowiednio zmodyfikowanych pociskach artyleryjskich – i temu zdaniu pewnie byśmy podołali. Tyle że w ten sposób zyskalibyśmy sposobność do porażenia przeciwnika w wymiarze taktycznym, zabicia kilkuset, może kilku tysięcy ludzi, dajmy na to zlikwidowania brygady w jej pasie natarcia.

Bolesne? Owszem, ale ten efekt można uzyskać środkami konwencjonalnymi, no i na „ruskich” – z ich ogromną tolerancją na straty – mógłby się okazać niewystarczający.

Rzeczywista moc odstraszania zawiera się w możliwości uderzenia w ważne cele znajdujące się na głębokich tyłach przeciwnika. W strategicznym arsenale jądrowym. „Polskie kły” – pociski manewrujące JASSM – w odpowiedniej konfiguracji mogą polecieć nawet 1000 km. Wyposażone w głowice jądrowe, stałyby się bronią wybitnie groźną. Ale bez zgody Waszyngtonu nie moglibyśmy ich przezbroić, a prawdopodobnie również użyć (mogłyby nie wystartować/nie dolecieć do celu za sprawą „zaszytych” właściwości). A Amerykanie – patrz wyżej…

—–

Tylko czy naprawdę tych „atomówek” potrzebujemy?

Nie sądzę, by zarówno dla rosji, jak i dla USA, los Polski i krajów nadbałtyckich stanowił wystarczający pretekst do ryzykowania globalnej zagłady. Trochę to paradoksalne, ale możliwości obu stron – gwarantujące wzajemne zniszczenie – i jednoczesna nieistotność Rzeczpospolitej, dają nam więcej niż własne głowice.

Idźmy głębiej – rosjanie nie mogą mieć pewności, czy taktyczny wybuch jądrowy złamałby wolę oporu Polaków. Równie dobrze mógłby zwiększyć determinację obrońców. No więc jeśli nie pojedynczy, to kilka-kilkanaście-kilkadziesiąt? Do zrobienia, tylko po co zajmować zdewastowany i skażony kraj? A po co atakować, jeśli nie można zająć?

No i są jeszcze skutki ewentualnego załamania się polskiej operacji obronnej – armia rosyjska u granic Niemiec. Niechciany, zimnowojenny scenariusz, o promobilizacyjnym dla USA i zachodnich mocarstw atomowych charakterze. Możemy powątpiewać w wolę sojuszników, ale rosyjscy generałowie nie mogą sobie na to pozwolić; muszą założyć zdecydowaną ripostę.

No więc czy naprawdę tych „atomówek” potrzebujemy?

Na pewno potrzebujemy atomowego parasola, ale ten musi być skuteczny. Pozostając na gruncie realnych rozważań – winien to być parasol amerykański czy szerzej amerykańsko-brytyjsko-francuski. W jego ramach moglibyśmy być członkami programu „Nuclear Sharing” – bo to w razie potrzeby mogłoby oznaczać ułatwiony dostęp do niektórych narzędzi nuklearnego odstraszania.

Ale właśnie – mogłoby; rosjanie mówią wprost, że ten, kto spróbuje wtargnąć do rosji, stanie się celem nuklearnego odwetu. Tymczasem dziś nie mamy pełnej jasności, czy mocarstwa atomowe NATO zastosują tę samą regułę nie tyle w odniesieniu do własnych terytoriów (to akurat deklarują wprost), co sojuszników. Konkretnie zdefiniowanych. Pełnej jasności nie mają też rosjanie, ale – moim zdaniem – moc odstraszania parasola byłaby większa, gdyby Moskwie wprost powiedzieć, że próbując przenieść wojnę do krajów nadbałtyckich i Polski (Rumunii czy Finlandii), z miejsca naraża się na ryzyko atomowej riposty. Także w wykonaniu samych Polaków, korzystających z zasobów „Nuclear Sharing”. W takich okolicznościach mało prawdopodobny scenariusz konfliktu rosja-NATO – obejmujący ryzyko atomowej eskalacji – stałby się jeszcze mniej prawdopodobny.

Piłka po stronie zarządzających eskalacją.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Zdjęcie trochę majówkowe, a trochę a propos – siedzę oto w kabinie Tu-160, bombowca strategicznego, przeznaczonego m.in. do przenoszenia głowic nuklearnych. Ukraina też te maszyny miała, ale w ramach porozumień z rosją i Zachodem pozbyła się zarówno nośników, jak i atomowych głowic. Fotografia wykonana w Połtawie, gdzie niegdyś stacjonował pułk bombowy ZSRR/fot. z archiwum autora

Rocznice

8 listopada 2006 roku do Polski przyleciały pierwsze dwa samoloty myśliwskie F-16, zakupione trzy lata wcześniej w USA. Już nad terytorium Polski parę „efów” szesnastych przywitały trzy MiG-29 z eskadry z Mińska Mazowieckiego. Radzieckie maszyny spotkały się z amerykańskimi, symbolicznie zwiastując nową erę w Polskich Siłach Powietrznych.

Przez następne miesiące do kraju docierały kolejne maszyny – dziś nasze lotnictwo ma ich w sumie 48, rozdzielonych między trzy eskadry. Nazywane „Jastrzębiami”, chronią polskiego nieba, biorą udział w zagranicznych ćwiczeniach (nawet tak odległych jak na Alasce) oraz w operacjach sojuszniczych. Te ostatnie to zarówno cykliczne dyżury w krajach NATO pozbawionych lotnictwa, jak i misje bojowe w ramach koalicji antyterrorystycznej w Iraku.

„Efy” to przysłowiowa pięść polskiego lotnictwa. Nowoczesne, z pełną gamą uzbrojenia (pośród nich znajdują się pociski dalekiego zasięgu Jassm), stanowią realne narzędzie odstraszania…

Zdjęcia pochodzą z albumu pt.: „Sięgając nieba”, który ukaże się niebawem nakładem wydawnictwa Warbook z okazji 100-lecia Polskich Sił Powietrznych. Ich autorem jest Bartek Bera.

Postaw mi kawę na buycoffee.to