Mobilizacja?

Do wyborów do Dumy Państwowej pozostał niespełna miesiąc. Głosowanie odbędzie się 18–20 września, ale jego rezultat trudno uznać za wielką polityczną niewiadomą. „Jedna rosja” wraz z pozostałymi ugrupowaniami akceptującymi zasadniczy kurs Kremla niemal na pewno zachowa kontrolę nad parlamentem. Jedyna zarejestrowana partia otwarcie opowiadająca się za przerwaniem wojny – „Jabłoko” – została z wyborów wykluczona. Znacznie ciekawsze od pytania o wynik jest więc inne: co wydarzy się po wyborach?

Wołodymyr Zełenski twierdzi, że odpowiedź zna ukraiński wywiad. 23 sierpnia prezydent Ukrainy powiedział w rozmowie z Reutersem, że według informacji posiadanych przez Kijów putin zamierza po wyborach zmobilizować około 300 tys. ludzi. W dłuższej perspektywie, obejmującej także 2027 rok, liczba dodatkowo powołanych miałaby sięgnąć nawet pół miliona.

Do tych informacji należy podchodzić ostrożnie. Nie ma niezależnego potwierdzenia, że putin podjął decyzję o przeprowadzeniu nowej mobilizacji. Źródła znające sytuację w Moskwie, na które powoływały się zachodnie media, również nie dostrzegały dotąd oznak świadczących o wydaniu takiego rozkazu. Są natomiast sygnały, że rosyjski aparat państwowy sprawdza swoją gotowość do ewentualnego przyjęcia kolejnej dużej liczby mobilizowanych.

To istotne rozróżnienie. Kreml może przygotowywać się na mobilizację, nie przesądzając jeszcze, czy będzie musiał po nią sięgnąć. Ostateczna decyzja zależeć będzie między innymi od tego, czy rosji nadal uda się zdobywać wystarczającą liczbę żołnierzy metodą, którą od kilku lat zdecydowanie preferuje – werbowaniem ich za pieniądze.

Coraz droższy żołnierz

Po doświadczeniach z 2022 roku putin ma powody, by unikać kolejnej powszechnej mobilizacji tak długo, jak jest to możliwe. Ogłoszone 21 września 2022 roku powołanie 300 tys. rezerwistów wywołało protesty, chaos w punktach mobilizacyjnych i masową ucieczkę mężczyzn z kraju. Kolejki samochodów ustawiały się na granicach z Gruzją i Kazachstanem, gwałtownie wzrosły ceny biletów lotniczych, a nieprawidłowości przy poborze krytykowali nawet niektórzy przedstawiciele rosyjskich władz i propagandyści popierający wojnę.

Kreml wyciągnął z tego lekcję. Zamiast ponownie sięgać na wielką skalę po przymus, zaczął kupować ludzi.

System opiera się na wysokim żołdzie i premiach za podpisanie kontraktu, których wysokość jest dodatkowo podbijana przez władze regionalne. Według obliczeń Janisa Klugego z niemieckiego ośrodka SWP średnia regionalna premia za wstąpienie do armii sięgnęła w tym roku około 1,65 mln rubli (około 73 tys. zł). W biedniejszych częściach rosji są to pieniądze trudne do zarobienia w cywilnym życiu.

Mechanizm nadal działa, choć jego wydajność zaczęła się zmieniać. Kluge, rekonstruujący rosyjską rekrutację między innymi na podstawie wydatków budżetowych, oszacował, że w pierwszym kwartale 2026 roku podpisano 71 216 nowych kontraktów. Dawało to niespełna 800 ludzi dziennie i oznaczało spadek o około jedną piątą w porównaniu z analogicznym okresem poprzedniego roku.

W drugim kwartale sytuacja się poprawiła. Dane regionalne wskazują na około 93 tys. nowych kontraktów, czyli ponownie mniej więcej tysiąc ludzi dziennie. rosyjski system rekrutacyjny zatem się nie załamał. Problem zaczyna być widoczny dopiero wtedy, gdy liczbę przyjmowanych do armii zestawimy z tym, ilu żołnierzy rosja każdego miesiąca traci na froncie.

Armia potrzebuje nadwyżki

Według szacunków amerykańskiego Center for Strategic and International Studies w pierwszej połowie 2026 roku rosyjskie straty wynosiły przeciętnie około 30–34 tys. zabitych, rannych i zaginionych miesięcznie. Nawet jeśli przyjąć szeroki margines błędu nieunikniony przy takich obliczeniach, skala strat pozostaje zbliżona do liczby ludzi pozyskiwanych przez rosyjski system rekrutacyjny.

Oznacza to, że rosja potrafi nadal dostarczać armii ogromne ilości „świeżej krwi”. Znaczna część tego strumienia służy jednak zastępowaniu ludzi wypadających z jednostek podczas walk.

A to zasadnicza różnica. Armia, która chce jedynie utrzymywać dotychczasową intensywność działań, potrzebuje uzupełnień. Armia przygotowująca większą operację potrzebuje czegoś więcej – nadwyżki.

Potrzebne są odwody pozwalające wycofywać jednostki z pierwszej linii, odtwarzać ich zdolność bojową i tworzyć nowe związki taktyczne. Trzeba też obsadzić zaplecze, logistykę i struktury, których rozbudowa jest konieczna wraz ze wzrostem liczebności wojsk. Jeżeli więc Kreml rzeczywiście chciałby w 2027 roku znacząco zwiększyć potencjał armii walczącej z Ukrainą, dotychczasowe tempo rekrutacji może okazać się niewystarczające.

W tym miejscu pojawia się liczba 300 tys. podana przez Zełenskiego. Nie musi oznaczać 300 tys. ludzi przeznaczonych do jednego wielkiego uderzenia. Z wojskowego punktu widzenia równie istotne byłoby wykorzystanie ich do uzupełnienia istniejących jednostek, umożliwienia rotacji części wojsk oraz stworzenia większych rezerw.

Mobilizacja to nie ofensywa

Dlatego nawet gdyby putin rzeczywiście ogłosił mobilizację zaraz po wrześniowych wyborach, nie oznaczałoby to, że kilka tygodni później kilkaset tysięcy nowych rosyjskich żołnierzy ruszy do wielkiej ofensywy.

Doświadczenie pierwszej mobilizacji dobrze pokazuje skalę problemu. Pod koniec października 2022 roku, ponad miesiąc po jej rozpoczęciu, rosyjskie ministerstwo obrony informowało, że spośród 300 tys. zmobilizowanych około 218 tys. nadal znajdowało się w procesie szkolenia. Do strefy wojny skierowano 82 tys., a około 41 tys. wykonywało zadania w jednostkach bojowych.

Nawet w warunkach rosyjskich, gdzie szkolenie bywa skracane do minimum, człowieka powołanego z cywila nie można natychmiast zamienić w żołnierza zdolnego do prowadzenia działań ofensywnych. Trzeba go zarejestrować, umundurować, wyposażyć, choć trochę przeszkolić i przydzielić do jednostki. Jeśli powstają nowe pododdziały, potrzebują one dowódców, sprzętu, transportu i zaplecza logistycznego.

Jesienna mobilizacja byłaby więc przede wszystkim inwestycją w czas. Jej pierwszym efektem mogłoby być łatanie dziur powstających na froncie. Kolejnym – możliwość rotowania wyczerpanych oddziałów i odbudowy ich zdolności bojowej. Dopiero później pojawiłaby się szansa stworzenia większego odwodu, który można wykorzystać podczas kolejnej kampanii.

Tymczasem istnieje inny sposób zwiększenia presji na Ukrainę. Nie wymaga on mobilizowania setek tysięcy ludzi ani czekania kilku miesięcy na ich wyszkolenie.

Zima znów będzie bronią

rosja od miesięcy rozbudowuje produkcję rakiet i bezzałogowców, a kolejna zima daje możliwość ponownego uderzenia w jeden z najbardziej wrażliwych punktów Ukrainy – system energetyczny.

Ukraiński wywiad wojskowy informował latem, że rosyjski przemysł w przypadku części rodzajów uzbrojenia rakietowego osiągnął już roczne cele produkcyjne, a ogólny plan na 2026 rok może zostać przekroczony o 10–20 proc. Według zastępcy szefa ukraińskiego wywiadu wojskowego gen. Wadyma Skibickiego tylko w lipcu rosjanie wyprodukowali 65 pocisków balistycznych Iskander-M.

Jeszcze większą skalę osiągnęła produkcja bezzałogowców. rosja zbudowała przemysł pozwalający prowadzić naloty liczone już nie w dziesiątkach, lecz w setkach dronów. Część z nich to właściwe środki uderzeniowe, część – tańsze imitatory mające przeciążać ukraińską obronę przeciwlotniczą i zmuszać ją do zużywania pocisków.

Nie chodzi przy tym wyłącznie o liczbę środków napadu. rosjanie zmienili również sposób atakowania ukraińskiej energetyki. Analiza Centre for Information Resilience, przytaczana przez Reutersa, wskazywała, że od października 2025 do kwietnia 2026 roku około 60 proc. zweryfikowanych rosyjskich uderzeń w infrastrukturę energetyczną dotyczyło mniejszych obiektów, przede wszystkim stacji i podstacji elektroenergetycznych. Rok wcześniej stanowiły one około 31 proc. celów.

To istotna zmiana. Zamiast koncentrować się wyłącznie na kilku wielkich elektrowniach i węzłach energetycznych, rosjanie próbują uszkadzać sieć w wielu miejscach jednocześnie. Nawet jeśli pojedynczy obiekt nie ma strategicznego znaczenia, dziesiątki takich uderzeń komplikują przesył energii, zwiększają liczbę awarii i zmuszają Ukrainę do rozpraszania ograniczonych zasobów obrony przeciwlotniczej.

Dla Kijowa szczególnie niepokojące jest to, że wzrost rosyjskich możliwości zbiega się z problemami ukraińskiej obrony powietrznej – o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne/fot. za SzG ZSU

Budżet

Prognozowanie dalszego przebiegu wojny w Ukrainie nie może opierać się wyłącznie o dane ściśle militarne – musi też uwzględniać kwestie makroekonomiczne. W popularnej, wzmacnianej przez kremlowską propagandę narracji, rosja sankcjom się nie kłania, nie istnieje zatem sposobność, by presją ekonomiczną nakłonić Moskwę do zrewidowania swojego stosunku wobec Ukrainy. Czy rzeczywiście?

W latach 80. ub.w. ówczesny ZSRR – dążąc do zachowania dotychczasowej pozycji supermocarstwa – w ciągu niespełna dekady podwoił wydatki przeznaczone na zbrojenia. Zachód czynił podobnie, choć w mniejszej skali i, nade wszystko, bez szkody dla innych sektorów gospodarki i ogólnego poziomu życia. Tymczasem w sowiecji wywindowanie budżetu obronnego do poziomu niemal jednej trzeciej wszystkich wydatków państwa (29,4 proc. w 1990 roku) poskutkowało potężnym kryzysem gospodarczym i pauperyzacją społeczeństwa, co walnie przyczyniło się do upadku imperium.

Sowiety – z ich nieefektywną gospodarką – nie miały szansy w ówczesnym wyścigu zbrojeń.

Dziś rosja – z jej wciąż źle zarządzaną, przestarzałą i niekonkurencyjną ekonomią – znów jest na wojnie. W oficjalnej propagandzie to zaledwie „specjalna operacja wojskowa”, coś nieszczególnie istotnego, dziejącego się na rubieżach imperium. Ale w sferze faktów sprawy mają się już inaczej. Oto bowiem Duma Państwowa przyjęła wczoraj ustawę budżetową na 2024 rok, która przewiduje drastyczny wzrost wydatków na obronność – do poziomu 29,5 proc. budżetu. Tym samym przebity został pułap z czasów schyłkowego ZSRR. A weźmy pod uwagę dwie istotne zmienne: po pierwsze, to oficjalne dane, po drugie, całość wydatków na aparat bezpieczeństwa – na armię, policję, służby specjalne i gwardię narodową, której istotne komponenty stacjonują w Ukrainie – pochłania 40 proc. budżetu.

Dla lepszego porównania spójrzmy na dynamikę tych wzrostów (dane za ‘Moscow Times’): w tegorocznym budżecie początkowo przewidziano jedynie 19 proc. wydatków na obronność (5 bln rubli z 26,1 bln rubli); w pierwszym roku pełnoskalowej wojny z Ukrainą udział ten wynosił 17 proc. (4,7 bln rubli z 27,8 bln rubli).

A więc toczona niby lekką ręką spec-operacja to de facto gigantyczne przedsięwzięcie.

Odbywające się kosztem naprawdę istotnych zobowiązań państwa. Z przyjętej wczoraj ustawy wynika, że rząd zetnie koszty „wsparcia gospodarki narodowej”: spadną one z 4,1 do 3,9 bln rubli. Fundusze na oświatę i medycynę – po 1,6 bln rubli każde – zostaną „zamrożone”. Ochrona zdrowia dostanie 10 proc. mniej, za to media państwowe (propaganda!) utrzymają wsparcie z budżetu na tym samym poziomie (121,3 mld rubli wobec 122 mld w tym roku). Ot priorytety.

Gwoli uczciwości dodajmy – choć oficjalna inflacja w rosji ma obecnie poziom 6 proc., specjaliści szacują, że jest… dziesięć razy większa. Oficjalne dane RosStatu (tamtejszego GUS-u) wskazują, że w 2023 roku pomidory podrożały o 45,4 proc., ogórki o 35,3 proc., kapusta o 46,7 proc. a marchew o 33,2 proc. Według Rosyjskiego Związku Zbożowego, w przyszłym roku należy spodziewać się wzrostów cen chleba, makaronów i mięsa o 30 proc.

Ta wojna drenuje portfel Kremla i zwykłych rosjan. Jest też rzecz jasna wielkim obciążeniem dla Ukrainy i Ukraińców. Ale za nimi stoi potężny i bogaty Zachód. Dla USA zeszłoroczne wsparcie Ukrainy to wydatek na poziomie 2 proc. federalnego budżetu, ułamków PKB. Podobnie rzecz się ma w przypadku innych państwowych donatorów. Niewielki wysiłek z ich strony i „będzie pozamiatane”. Naprawdę niewiele trzeba (w wymiarze ekonomicznym), by ukraińską wolę walki przekuć na porażkę rosji.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Ukraińska artyleria na froncie/fot. sztab generalny ZSU

Groźby

Piąteczkowo…

Ja wiem, że Rosja jest niebezpieczna. Że nawet bez broni jądrowej, samą masą swego byle jakiego wojska, może zrobić krzywdę. I robi – dziś w Ukrainie. Ale mimo wszystko nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to państwo jest tak do spodu żałosne. Miota się, warczy, grozi, szantażuje, a potem patrzy człowiek na zniszczony ruski sprzęt i widzi, jakie to barachło. Dostrzega skradzioną lodówkę na pokładzie rozbitego śmigłowca, czyta, że w masowej kradzieży ukraińskiego sprzętu AGD chodzi nie tylko o osobiste korzyści żołnierzy-złodziei, ale i o narodowy interes. Bo w pralkach, lodówkach i innych takich, są czipy, całe elektroniczne podzespoły, których ruskie sami wyprodukować nie potrafią, a na skutek sankcji dostępu do nich nie mają. I nie idzie tu o zapewnienie ciągłości produkcji zmywarek (tych zresztą Rosja nie wytwarza), a czołgów, samolotów itp., które bez półprzewodników pozostaną anachronicznym złomem. Złomem, który każdy potencjalny przeciwnik Federacji rozpieprzy, jak Ukraińcy rozpieprzyli słynny już ruski przyczółek nad Północnym Dońcem.

Nie wiem, czy do kremilinów dotarło już, jak bardzo są słabi. Czy są ślepi, czy świadomi słabości jedynie strugają wariata. Wczoraj znów pogrozili Finlandii. „Miło was przywitamy – dołączycie do 200 tysięcy Rosjan, którzy już tu są, zakopani kilka metrów pod ziemią po waszej ostatniej wizycie z 1939 roku”, odparł niewymieniony z nazwiska fiński generał, cytowany przez amerykańskiego admirała Jamesa Stavridisa, byłego Naczelnego Dowódcę Sił Sojuszniczych NATO. Srogi język, ale Andrzej Duda – w reakcji na orkowe groźby – poszedł swego czasu tym samym tropem, mówiąc, że w Polsce jest dość miejsca, by pochować potencjalnych agresorów. Wracam do tych słów za sprawą Olega Morozowa, szefa Komisji Kontroli Dumy Państwowej. „Polska zachęca nas, abyśmy po Ukrainie postawili ją na pierwszym miejscu w kolejce do denazyfikacji”, napisał rzeczony na Telegramie. Kręcę głową z politowaniem i przypominam drugą część Dudowej wypowiedzi: „Nie strasz, nie strasz, bo się…” – prezydent nie dokończył, ale przecież nie musiał.

Dobrego weekendu!

Ilustracje za: MaxMannen – MemesDoniesienia z putinowskiej Polski – takie bardzo a propos.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to