Dziedzictwo

Wieczorem 11 września 2001 roku zadzwoniłem do Richarda Pipesa i przeprowadziłem z nim wywiad o tym, co działo się u niego za oknem (profesor mieszkał w New Jersey) i jakie będą tego skutki. Rozmowa toczyła się „na gorąco”, nie wszystkie komentarze byłego doradcy Ronalda Reagana okazały się później trafne, ale w jednym profesor się nie pomylił. „Będzie miał pan o czym pisać przez najbliższe lata”, rzekł w pewnym momencie.

I owszem, wyrosłem na temacie zapoczątkowanym wydarzeniami sprzed 22 lat. Ich skutki – przede wszystkim wojna w Afganistanie i konflikt w Iraku – były moim zawodowym „paliwem”. Nie wiem, jak potoczyłaby się moja kariera, gdyby nie Osama bin Laden czy Muhammad Atta. Rozmawiałem o tym kiedyś z żoną – przypomniała mi, że dwa lata przed 11 września, w ankiecie dla przyszłych absolwentów toruńskiej socjologii, zapytany o to, jaki zawód chciałbym wykonywać, napisałem: „korespondent wojenny”. „Nie byłoby tych, byłby inne wojny”, podsumowała małżonka. I pewnie miała rację. Niezależnie od masy zła, które po drodze się wydarzyło, w takim dniu jak dziś towarzyszy mi refleksja, że postąpiłbym tak samo – że znów wszedłbym w temat wojny z terrorem, z czasem angażując się w wojenną reporterkę uprawianą w innych częściach świata. Bo mimo sporych kosztów, ta część mojego życia daje mi powody do satysfakcji.

Lecz to mocno subiektywna perspektywa. Gdy spojrzymy szerzej, widzimy negatywne skutki działań zainicjowanych zamachem na WTC. Bezmiar okrucieństwa, destabilizację, zwycięstwo złych gości nad tymi dobrymi. „Droga do piekła brukowana jest dobrymi chęciami” – w wymiarze geopolitycznym i humanitarnym nic na przestrzeni ostatnich dekad lepiej nie ilustruje tego powiedzenia. Dzisiejszy Afganistan nie jest lepszym miejscem do życia niż w 2001 roku, Irak zszedł na samo dno piekła, by obecnie cieszyć się rachityczną stabilizacją. Ba, rejterada USA z Afganistanu – przed dwoma laty oglądana na żywo przez cały świat – rozzuchwaliła władimira putina. Obecnie wiemy już, że ucieczka z Kabulu uznana została przez rosjan za dowód słabości Stanów Zjednoczonych i ich niechęć do angażowania się w konflikty „na drugim końcu świata”. Zarazem – kalkulowano w Moskwie – podważyła wiarygodność Waszyngtonu jako sojusznika, co w oczach Ukraińców mogło mieć wielkie znaczenie. „Osamotnieni, przekonani, że Amerykanie im nie pomogą, pewnie szybko się poddadzą. Atakujmy, jest dobra okazja!”, uznał więc „geniusz geopolityki” z Kremla i pchnął swoich bandziorów do Ukrainy. Jego kalkulacje okazały się błędne, lecz fakt, że ich dokonał – że miał ku temu pretekst – jest kolejnym niechcianym dziedzictwem 11 września.

—–

Ale wróćmy do teraźniejszości, w której putin widział siebie jako współwładcę świata; taki status miało mu dać ujarzmienie Ukrainy. Wyszło jak wyszło, w efekcie moskiewski satrapa musi się kryć przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym. Kilka dni temu brazylijski prezydent stwierdził, że putin może przyjeżdżać na kolejny szczyt G-20, że włos mu z głowy nie spadnie, choć Brazylia uznaje jurysdykcję MTK. Dziś Lula de Silva wycofał się z tych słów, stwierdzając, że „nie wie” czy brazylijski wymiar sprawiedliwości nie zechce jednak oskarżonego o zbrodnie wojenne rosjanina zatrzymać. Więc putler nigdzie nie pojedzie, możemy być tego pewni, wszak nie raz już, w podobnych sytuacjach, wysyłał w zastępstwie ławrowa. Wróć, pojedzie, na daleki wschód rosji, do Władywostoku, gdzie spotka się z Kim Dzong Unem. Ponoć pociąg pancerny Kima już wyruszył w drogę, a dwaj najwięksi pariasi światowej polityki mają się spotkać 13 września. Ten rosyjski będzie żebrał u tego koreańskiego o amunicję.

—–

A skoro o amunicji mowa – znów pojawiły się medialne spekulacje o przekazaniu Ukrainie ATACMS-ów, precyzyjnych pocisków rakietowych o zasięgu 300 km, wystrzeliwanych z himarsów. „To już za chwilę, w kolejny pakiecie z USA”, przekonują dobrze poinformowani. Uwierzę jak zobaczę, tyle razy już rozbudzono moją nadzieję. Wiem, że na ostatnim szczycie NATO w Wilnie prezydent Zełenski otrzymał ze Stanów informację o „rychłym” transferze tej broni, do dziś jednak nic z tego nie wyszło. Opór części administracji i wojska jest bowiem zbyt duży. Czyżby skruszał?

Wizja ATACMS-ów w Ukrainie nie przypadła do gustu samemu prezydentowi Joe Bidenowi. Jednocześnie jego wola dalszej pomocy Kijowowi pozostaje niezachwiana – prezydent wnioskuje o kolejne fundusze, by móc finansować następne pakiety. Pieniądze się znajdą, choć odbywa się to z większym trudem niż kilka miesięcy temu. Istotny jest – zwłaszcza w perspektywie nadchodzących wyborów – klimat społeczny, tymczasem Amerykanie powoli, ale systematycznie tracą serce dla idei tak rozległego jak dotąd wsparcia Ukrainy. I być może z tego powodu pojawia się/pojawi zielone światło dla ATACMS-ów. Rakiety są drogie, a zarazem piekielnie skuteczne, co w relacji do kosztów daje wysoką efektywność. Z praktycznego punktu widzenia, pojawienie się ATACMS-ów na południu Ukrainy wykończy ledwie zipiącą rosyjską logistykę. Bez której oddziały okupacyjne na Zaporożu nie będą w stanie prowadzić operacji obronnej, co dla Ukraińców oznaczałoby co najmniej rozerwanie rosyjskiego korytarza i fizyczną izolację Krymu wraz z tamtejszym garnizonem. Słowem, wielki krok ku końcowi wojny. Tyle dywagacji, czekamy na konkrety.

—–

Na pewno konkretem nie są inne doniesienia, dotyczące „Black Sea Security Act” (BSSA), dokumentu procedowanego obecnie w Waszyngtonie. Naiwnością jest oczekiwanie, że jego przyjęcie oznacza automatyczną wysyłkę amerykańskiej floty na Morze Czarne. Co do zasady, VI Flota US Navy (operująca z Morza Śródziemnego, a więc mająca najbliżej), bez większego wysiłku zagoniłaby rosyjską flotę czarnomorską do baz (albo posłała na dno), tyle że taki musiałby być cel jej przebywania na akwenie. Istotą „Black Sea Security Act” jest obrona członków NATO przed rosyjskim zagrożeniem – w tym przypadku byłaby to projekcja siły w wykonaniu okrętów stacjonujących w rumuńskich i bułgarskich portach, operujących na wodach międzynarodowych. Nie wiem, jak do BSSA miałby się pomysł eskorty ukraińskich statków zbożowych, ale pewnie udałoby się to jakoś formalnie połapać. Tylko co dalej? Bezpieczeństwo żeglugi byłoby zapewnione, a co z rozładunkiem/załadunkiem statków? Od kilku tygodni rosjanie konsekwentnie niszczą infrastrukturę czarnomorskich portów, okręty US Navy mogłyby temu skutecznie przeciwdziałać – duże jednostki morskie to de facto pływające baterie OPL. Ale to oznaczałoby aktywny udział w działaniach bojowych. Nie miałbym nic przeciwko, tylko że mandat BSSA tak daleko nie sięga.

Ale może tu chodzić o coś innego. Po zdemolowaniu odeskiego portu, działania rosjan koncentrują się na atakach na infrastrukturę portów nadrzecznych, znajdujących się u ujścia Dunaju. Obsługują one zarówno ruch śródlądowy jak i morski i pozostają dla Ukrainy strategicznie ważne. Szczęściem w nieszczęściu słynna rosyjska celność sprawia, że porażeniu ulegają też obiekty po rumuńskiej stronie rzeki. A to już terytorium NATO, któremu operujące u ujścia Dunaju okręty mogłyby zapewnić szczelny parasol powietrzny. A ponieważ potencjalne cele dla rosyjskich dronów dzieli od rumuńskiej ziemi dosłownie 100-200 metrów, parasol objąłby także część Ukrainy. Tak „przy okazji”…

—–

I na koniec o innym drobnym fragmencie Ukrainy. Podwładni gen. Kyryło Budanowa odzyskali dziś kontrolę nad gazowo-naftowymi platformami wiertniczymi na Morzu Czarnym. Ukraina zainstalowała dwie takie platformy – formalnie należące do spółki Czornomornaftohaz – w 2010 i 2012 roku. Każda z nich kosztowała wówczas 400 mln dolarów, co było ceną „z kosmosu”. Podejrzewano, że część kasy przytulił ówczesny minister energetyki Ukrainy Jurij Bojko, znany z prorosyjskich sympatii. Z tego powodu platformy nazywano „wieżami Bojki” – o czym piszę, gdyż w relacjach medialnych pojawia się właśnie taka nazwa. Platformy zainstalowano między Odesą a Krymem, w 2014 roku zajęli je rosjanie (nadając im nazwy Krym-1 i Krym-2). Po 24 lutego 2022 roku instalacje wykorzystywano jako platformy dla radarów i lądowiska dla śmigłowców. Dziś nad ranem wylądowali tam – w ramach desantu morskiego – ukraińscy komandosi. Załączone zdjęcia pochodzą z tej akcji.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Michałowi Strzelcowi, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Mateuszowi Borysewiczowi, Marcinowi Pędziorowi, Sławkowi Polakowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu i Radosławowi Dębcowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Michałowi Baszyńskiemu i Czytelnikowi Robertowi.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Grillowanie

Najpopularniejszy poniedziałkowy dowcip w Ukrainie brzmi tak: Wołodymyr Zełenski pojechał dziś w pierwszą po 24 lutego podróż zagraniczną – udał się do rosji. Ukraińcy drwią w ten sposób z Kremla i jego rojeń o „rosyjskim Chersoniu”, który istotnie, przed południem gościł ukraińską głowę państwa.

To nie pierwsza wizyta Zełenskiego w przyfrontowym mieście, w zasięgu rosyjskiej artylerii. Prezydent regularnie odwiedza walczące oddziały, przyjeżdża też do świeżo wyzwolonych miejscowości. O jego wyprawach dowiadujemy się post factum, z 2-3-godzinym opóźnieniem, co w żaden sposób nie umniejsza charakteru tych przedsięwzięć. Zwłaszcza że Zełenski nie chowa się po bunkrach – wędruje po otwartych przestrzeniach, spotyka się z ludźmi, bierze udział w oficjalnych uroczystościach. Wyobrażacie sobie putina w takich sytuacjach?

„Hetman ze sklejki” (фанерний гетьман) to określenie używane przez Ukraińców dla opisania przywódców o podłych przymiotach. Tchórzy czy – jak mawia polskie podwórko o tych, co to dużo mówią, a mało mogą – „cieniasów”. O małej odwadze putina świadczy nie tylko żenująca nieobecność pośród wojska na froncie (nawiasem mówiąc, podobny jest w tym do Stalina; najpewniej podziela tę samą paranoję/lęk, że „w takich okolicznościach to już na pewno mnie zabiją”). Dowodzi jej także sytuacja, z jaką mamy do czynienia na Bali, gdzie jutro odbędzie szczyt G-20. putin – z obawy przed publicznie wyrażonym ostracyzmem i serią dyplomatycznych upokorzeń (jak słynne przetrzymywanie go w poczekalni przez Irańczyków czy Turków) – na spotkanie przywódców największych państw nie pojechał. Posłał ławrowa, który perspektywą pariasa tak się przejął, że wizytę w Indonezji zaczął od pobytu w szpitalu (kłopotom sercowym szefa zaprzecza rosyjska dyplomacja).

Symboliczne są te (nie)dyspozycje kremlowskiej elity…

—–

Elity, która najwyraźniej musiała w ostatnim czasie omawiać scenariusze „działań nadzwyczajnych”. Skąd o tym wiemy? William J. Burns, dyrektor CIA, spotkał się dziś ze swoim rosyjskim odpowiednikiem – szefem wywiadu zagranicznego rosji siergiejem naryszkinem. Do spotkania doszło w Turcji, a w jego trakcie – jak wynika z komunikatu Białego Domu – Amerykanie ostrzegli rosję przed użyciem broni nuklearnej w Ukrainie.

Temat zszedł z agendy kilka tygodni temu, gdy Waszyngton dał Moskwie do zrozumienia, że odpalenie ładunku jądrowego poskutkuje zniszczeniem rosyjskiej floty czarnomorskiej i sił inwazyjnych w Ukrainie (bronią konwencjonalną). Kreml przestał wywijać szabelką, po prawdzie, publicznie nadal tego nie robi. Ale w zaciszu gabinetów musiało dojść do jakichś rozważań, na trop których wpadli Amerykanie. I stąd ich ponowione ostrzeżenie.

Przez ostatnie tygodnie sytuacja rosjan na froncie uległa znaczącemu pogorszeniu. Utrata Chersonia wywołała w rosji ogromny ferment; po „tej stronie” nie mamy nawet świadomości, jak wielki. Rośnie niezadowolenie z polityki putina, przy czym wyrażają je zarówno przeciwnicy wojny, jak i zwolennicy „zaostrzenia kursu”. Kreml jest pod presją, a widmo całkowitego ukraińskiego blamażu może rodzić niepokój. Jeśli Ukraińcy znowu coś wyzwolą, ulica tego putinowi nie podaruje – tak widzą sprawy kremliny. Jednocześnie mają świadomość, czym jest rosyjska armia i jakie ma ograniczenia. Wiedzą, że poza bronią jądrową nie ma w zasadzie żadnych atutów – stąd renesans pomysłów, aby jej użyć.

Twarda postawa Zachodu wybije je gamoniom z głowy.

—–

A propos wybijania. Jeszcze wczoraj pojawiły się doniesienia o brutalnym zamordowaniu rosjanina, Jewgienija Nużyna. Więźnia, skazanego na długoletnim pobyt w kolonii karnej za zabójstwo. Zwolnionego następnie na wniosek szefa grupy Wagnera, który wcielił „zeka” do swojej formacji. Nużyn dał nogę jak tylko znalazł się na froncie, w ukraińskiej niewoli nie przebywał jednak długo. W ramach wymiany jeńców wrócił do swoich, a ci – uznając go za zdrajcę – rozłupali mu głowę młotem kowalskim. Egzekucję nagrali i wrzucili do sieci jako ostrzeżenie dla innych potencjalnych zdrajców.

Brutalność, jako sposób na utrzymanie dyscypliny, to stara rosyjska metoda. Dość wspomnieć II wojnę światową, podczas której rozstrzelano 135 tys. żołnierzy armii czerwonej, w większości za dezercję. Dla porównania w Wehrmachcie w latach 1940-45 wykonano 11,7 tys. wyroków śmierci, a w US Army… 70, z których tylko jeden dotyczyły dezertera (reszta sprawców poniosła odpowiedzialność za morderstwa i gwałty). No i były to „czapy” legalne. Czy śmierć Nużyna zdyscyplinuje rosyjski personel wojskowy? Śmiem wątpić i rosjanie też winni mieć tego świadomość. Mimo bezprecedensowej brutalności organów ścigania, żołnierze armii sowieckiej do samego końca konfliktu masowo poddawali się Niemcom, a etniczni rosjanie stanowili najliczniejszy zaciąg w kolaboracyjnych oddziałach organizowanych przez hitlerowców. U swoich bywa gorzej niż u obcych, o czym często mówią rosyjscy jeńcy tej wojny…

—–

Jeńcy, których – to jedno z nielicznych rozczarowań z ostatniego czasu – nie przybyło za wielu po oczyszczeniu zachodniego brzegu Dniepru. Przyznam, iż spodziewałem się dotkliwszej porażki rosjan. I wkurza mnie, że jej ograniczony liczbowo wymiar daje paliwo rosyjskiej propagandzie.

(…) odwrót wojsk rosyjskich, dowodzonych przez generała Michała Tieplinksiego, odbył się niezwykle sprawnie (…). W ciągu 48 godzin zgrupowanie liczące ok. 25-30 tys. żołnierzy, 3-5 tys. jednostek sprzętu, trzema przeprawami przez rzekę szerokości kilometra, pod ogniem ukraińskiej artylerii, wyszło z minimalnymi stratami”, pisze mój ulubiony prorosyjski aktywista medialny.

Ruskim rzeczywiście udało się zwiać, ewakuowali też sporo sprzętu. Na finale zaś był to już popłoch, a nie sprawnie przeprowadzona operacja. Ale mogło być gorzej; lepiej, patrząc z ukraińskiej perspektywy.

Tym niemniej zacytowane dane mają się do prawdy jak pięść do nosa. Nie da się w tak krótkim czasie przerzucić takiej masy wojska i sprzętu trzema wąskimi gardłami. Ludzie przemaszerują, owszem, lecz ciężki sprzęt zbije się w długaśne kolumny. Weźmy czołgi, działa samobieżne czy wozy amunicyjne – gdyby ustawić je ciurkiem, zajmą wiele kilometrów, nawet przy rozpisaniu tego ruchu na kilkadziesiąt godzin. A przecież takie pojazdy nie mogą jechać zderzak w zderzak – szczególnie po uszkodzonym moście antonowskim, gdzie nośność konstrukcji mocno odbiegała od standardowej. Z amunicyjnym wsadem każdy z nich stanowił śmiertelne zagrożenie dla tych z tyłu i tych z przodu – w przypadku trafienia i niezachowania bezpiecznej odległości. 25 metrów dystansu już dla 100 wozów daje nam kolumnę o długości ponad 3 km (odległości między pojazdami plus sumaryczna długość wozów). A gdzie reszta? Tymczasem brakuje jakichkolwiek wiarygodnych informacji o długich rosyjskich kolumnach, zmierzających między 9 a 11 listopada z zachodniego na wschodni brzeg Dniepru. Ruch był, owszem – ale nie tak spektakularny.

Gdzie zatem podziało się tych 30 tys. żołnierzy, którzy rzeczywiście do niedawna stacjonowali na chersońskim przyczółku? W odpowiedzi na to pytanie kryje się wstydliwa prawda o rosyjskiej ewakuacji. To nie była dwudniowa operacja, a działania rozpisane na wiele dób. Prawdopodobnie rozpoczęte na początku października, gdy rosyjskie dowództwo zaczęło publicznie przebąkiwać o „trudnej sytuacji” na froncie chersońskim. O czym warto wspomnieć także w kontekście rzekomej swobody rosjan, którzy z własnej woli zdecydowali się wycofać. Otóż nie – zmusili ich do tego Ukraińcy, już wiele tygodni temu czyniąc zachodnio-dnieprzański przyczółek zdobyczą nie do utrzymania.

Teraz przyszedł czas, by zgrillować rosyjskie zaplecza na innych odcinkach frontu.

—–

Szanowni, przypominam, że z powodu banu na FB, do wtorku włącznie możecie mnie czytać na blogu, na Patronite, zajawki materiałów pojawią się też na moich kontach na Twitterze i Instagramie.

A jeśli chcecie mnie w pisaniu wesprzeć, będę szczerze zobowiązany. Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Nz. Prezydent Zełenski w Chersoniu/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки