Grillowanie

Najpopularniejszy poniedziałkowy dowcip w Ukrainie brzmi tak: Wołodymyr Zełenski pojechał dziś w pierwszą po 24 lutego podróż zagraniczną – udał się do rosji. Ukraińcy drwią w ten sposób z Kremla i jego rojeń o „rosyjskim Chersoniu”, który istotnie, przed południem gościł ukraińską głowę państwa.

To nie pierwsza wizyta Zełenskiego w przyfrontowym mieście, w zasięgu rosyjskiej artylerii. Prezydent regularnie odwiedza walczące oddziały, przyjeżdża też do świeżo wyzwolonych miejscowości. O jego wyprawach dowiadujemy się post factum, z 2-3-godzinym opóźnieniem, co w żaden sposób nie umniejsza charakteru tych przedsięwzięć. Zwłaszcza że Zełenski nie chowa się po bunkrach – wędruje po otwartych przestrzeniach, spotyka się z ludźmi, bierze udział w oficjalnych uroczystościach. Wyobrażacie sobie putina w takich sytuacjach?

„Hetman ze sklejki” (фанерний гетьман) to określenie używane przez Ukraińców dla opisania przywódców o podłych przymiotach. Tchórzy czy – jak mawia polskie podwórko o tych, co to dużo mówią, a mało mogą – „cieniasów”. O małej odwadze putina świadczy nie tylko żenująca nieobecność pośród wojska na froncie (nawiasem mówiąc, podobny jest w tym do Stalina; najpewniej podziela tę samą paranoję/lęk, że „w takich okolicznościach to już na pewno mnie zabiją”). Dowodzi jej także sytuacja, z jaką mamy do czynienia na Bali, gdzie jutro odbędzie szczyt G-20. putin – z obawy przed publicznie wyrażonym ostracyzmem i serią dyplomatycznych upokorzeń (jak słynne przetrzymywanie go w poczekalni przez Irańczyków czy Turków) – na spotkanie przywódców największych państw nie pojechał. Posłał ławrowa, który perspektywą pariasa tak się przejął, że wizytę w Indonezji zaczął od pobytu w szpitalu (kłopotom sercowym szefa zaprzecza rosyjska dyplomacja).

Symboliczne są te (nie)dyspozycje kremlowskiej elity…

—–

Elity, która najwyraźniej musiała w ostatnim czasie omawiać scenariusze „działań nadzwyczajnych”. Skąd o tym wiemy? William J. Burns, dyrektor CIA, spotkał się dziś ze swoim rosyjskim odpowiednikiem – szefem wywiadu zagranicznego rosji siergiejem naryszkinem. Do spotkania doszło w Turcji, a w jego trakcie – jak wynika z komunikatu Białego Domu – Amerykanie ostrzegli rosję przed użyciem broni nuklearnej w Ukrainie.

Temat zszedł z agendy kilka tygodni temu, gdy Waszyngton dał Moskwie do zrozumienia, że odpalenie ładunku jądrowego poskutkuje zniszczeniem rosyjskiej floty czarnomorskiej i sił inwazyjnych w Ukrainie (bronią konwencjonalną). Kreml przestał wywijać szabelką, po prawdzie, publicznie nadal tego nie robi. Ale w zaciszu gabinetów musiało dojść do jakichś rozważań, na trop których wpadli Amerykanie. I stąd ich ponowione ostrzeżenie.

Przez ostatnie tygodnie sytuacja rosjan na froncie uległa znaczącemu pogorszeniu. Utrata Chersonia wywołała w rosji ogromny ferment; po „tej stronie” nie mamy nawet świadomości, jak wielki. Rośnie niezadowolenie z polityki putina, przy czym wyrażają je zarówno przeciwnicy wojny, jak i zwolennicy „zaostrzenia kursu”. Kreml jest pod presją, a widmo całkowitego ukraińskiego blamażu może rodzić niepokój. Jeśli Ukraińcy znowu coś wyzwolą, ulica tego putinowi nie podaruje – tak widzą sprawy kremliny. Jednocześnie mają świadomość, czym jest rosyjska armia i jakie ma ograniczenia. Wiedzą, że poza bronią jądrową nie ma w zasadzie żadnych atutów – stąd renesans pomysłów, aby jej użyć.

Twarda postawa Zachodu wybije je gamoniom z głowy.

—–

A propos wybijania. Jeszcze wczoraj pojawiły się doniesienia o brutalnym zamordowaniu rosjanina, Jewgienija Nużyna. Więźnia, skazanego na długoletnim pobyt w kolonii karnej za zabójstwo. Zwolnionego następnie na wniosek szefa grupy Wagnera, który wcielił „zeka” do swojej formacji. Nużyn dał nogę jak tylko znalazł się na froncie, w ukraińskiej niewoli nie przebywał jednak długo. W ramach wymiany jeńców wrócił do swoich, a ci – uznając go za zdrajcę – rozłupali mu głowę młotem kowalskim. Egzekucję nagrali i wrzucili do sieci jako ostrzeżenie dla innych potencjalnych zdrajców.

Brutalność, jako sposób na utrzymanie dyscypliny, to stara rosyjska metoda. Dość wspomnieć II wojnę światową, podczas której rozstrzelano 135 tys. żołnierzy armii czerwonej, w większości za dezercję. Dla porównania w Wehrmachcie w latach 1940-45 wykonano 11,7 tys. wyroków śmierci, a w US Army… 70, z których tylko jeden dotyczyły dezertera (reszta sprawców poniosła odpowiedzialność za morderstwa i gwałty). No i były to „czapy” legalne. Czy śmierć Nużyna zdyscyplinuje rosyjski personel wojskowy? Śmiem wątpić i rosjanie też winni mieć tego świadomość. Mimo bezprecedensowej brutalności organów ścigania, żołnierze armii sowieckiej do samego końca konfliktu masowo poddawali się Niemcom, a etniczni rosjanie stanowili najliczniejszy zaciąg w kolaboracyjnych oddziałach organizowanych przez hitlerowców. U swoich bywa gorzej niż u obcych, o czym często mówią rosyjscy jeńcy tej wojny…

—–

Jeńcy, których – to jedno z nielicznych rozczarowań z ostatniego czasu – nie przybyło za wielu po oczyszczeniu zachodniego brzegu Dniepru. Przyznam, iż spodziewałem się dotkliwszej porażki rosjan. I wkurza mnie, że jej ograniczony liczbowo wymiar daje paliwo rosyjskiej propagandzie.

(…) odwrót wojsk rosyjskich, dowodzonych przez generała Michała Tieplinksiego, odbył się niezwykle sprawnie (…). W ciągu 48 godzin zgrupowanie liczące ok. 25-30 tys. żołnierzy, 3-5 tys. jednostek sprzętu, trzema przeprawami przez rzekę szerokości kilometra, pod ogniem ukraińskiej artylerii, wyszło z minimalnymi stratami”, pisze mój ulubiony prorosyjski aktywista medialny.

Ruskim rzeczywiście udało się zwiać, ewakuowali też sporo sprzętu. Na finale zaś był to już popłoch, a nie sprawnie przeprowadzona operacja. Ale mogło być gorzej; lepiej, patrząc z ukraińskiej perspektywy.

Tym niemniej zacytowane dane mają się do prawdy jak pięść do nosa. Nie da się w tak krótkim czasie przerzucić takiej masy wojska i sprzętu trzema wąskimi gardłami. Ludzie przemaszerują, owszem, lecz ciężki sprzęt zbije się w długaśne kolumny. Weźmy czołgi, działa samobieżne czy wozy amunicyjne – gdyby ustawić je ciurkiem, zajmą wiele kilometrów, nawet przy rozpisaniu tego ruchu na kilkadziesiąt godzin. A przecież takie pojazdy nie mogą jechać zderzak w zderzak – szczególnie po uszkodzonym moście antonowskim, gdzie nośność konstrukcji mocno odbiegała od standardowej. Z amunicyjnym wsadem każdy z nich stanowił śmiertelne zagrożenie dla tych z tyłu i tych z przodu – w przypadku trafienia i niezachowania bezpiecznej odległości. 25 metrów dystansu już dla 100 wozów daje nam kolumnę o długości ponad 3 km (odległości między pojazdami plus sumaryczna długość wozów). A gdzie reszta? Tymczasem brakuje jakichkolwiek wiarygodnych informacji o długich rosyjskich kolumnach, zmierzających między 9 a 11 listopada z zachodniego na wschodni brzeg Dniepru. Ruch był, owszem – ale nie tak spektakularny.

Gdzie zatem podziało się tych 30 tys. żołnierzy, którzy rzeczywiście do niedawna stacjonowali na chersońskim przyczółku? W odpowiedzi na to pytanie kryje się wstydliwa prawda o rosyjskiej ewakuacji. To nie była dwudniowa operacja, a działania rozpisane na wiele dób. Prawdopodobnie rozpoczęte na początku października, gdy rosyjskie dowództwo zaczęło publicznie przebąkiwać o „trudnej sytuacji” na froncie chersońskim. O czym warto wspomnieć także w kontekście rzekomej swobody rosjan, którzy z własnej woli zdecydowali się wycofać. Otóż nie – zmusili ich do tego Ukraińcy, już wiele tygodni temu czyniąc zachodnio-dnieprzański przyczółek zdobyczą nie do utrzymania.

Teraz przyszedł czas, by zgrillować rosyjskie zaplecza na innych odcinkach frontu.

—–

Szanowni, przypominam, że z powodu banu na FB, do wtorku włącznie możecie mnie czytać na blogu, na Patronite, zajawki materiałów pojawią się też na moich kontach na Twitterze i Instagramie.

A jeśli chcecie mnie w pisaniu wesprzeć, będę szczerze zobowiązany. Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Nz. Prezydent Zełenski w Chersoniu/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

Pi-ar

Zrobiłem dziś mały przegląd materiałów filmowych poświęconych wojnie w Ukrainie, prezentowanych w rosyjskich mediach. Reportaży z pierwszej linii czy szerzej, z rejonu „wojskowej operacji specjalnej”; nie interesowały mnie studyjne, publicystyczne debaty. Od tych z lutego, po relacje z ostatnich kilku dni. Pierwsza refleksja to uderzające podobieństwo do nazistowskiej propagandy z lat 1939-45, konkretnie zaś do specyficznej dynamiki i logiki przekazu.

Niemieckie kroniki z pierwszych lat wojny przesiąknięte były triumfalizmem, skupiały się na podkreślaniu skali i szybkości kolejnych zwycięstw. Antycypowały następne, zwykle z pogardą opisując możliwości i cechy przeciwników. Gdy wojna weszła w niekorzystną fazę, coraz więcej było fałszu, którego nie dało się zweryfikować – patrząc z perspektywy odbiorcy – rzeczy bowiem działy się gdzieś daleko na wschodzie. Stopniowej redefinicji uległo pojęcie sukcesu – od jesieni 1943 roku zaczęły zań uchodzić nie zwycięskie bitwy, a udane odwroty, owe słynne „skracanie linii frontu” i zajmowanie „dogodniejszych pozycji”. Przy jednoczesnym – a jakże – zadawaniu nieprzyjacielowi poważnych strat. W 1945 roku – mimo natrętnej promocji cudownych broni i stojącej za nim „nieuchronnej” odmianie losu – dominował przekaz pesymistyczny, choć podkreślający determinację i bezkompromisowość „obrońców Rzeszy”. Reportaż z kwietnia 1945 roku, dotyczący „ostatniej naturalnej przeszkody na drodze do Berlina” – linii obronnych na wzgórzach Seelow – do rangi niebotycznej cnoty podnosi wolę walki żołnierzy Volkssturmu, budując przy tym przekonanie o ich niezłomności. Dobrze zbudowany, jasnowłosy i uśmiechnięty heros z kronik z początków wojny zastąpiony został wizerunkiem chłopca – wątłego, za to o hardym spojrzeniu. „On zrobi wszystko, by nie przepuścić sowieckich hord”, mówi narrator, zaznaczając, że pomocne będą tu fortyfikacje i przeszkody terenowe.

W neosowieckiej propagandzie widzimy niemal dokładnie to samo. Od hurraoptymistycznych materiałów z początków inwazji, na przykład spod Kijowa (który zaraz będzie wzięty przez „naszych chłopców z pancernych czołówek”), przez nieco mniej radosne doniesienia z wiosny i lata z Donbasu („idziemy niczym walec, nie tak szybko, ale konsekwentnie”), po ponure relacje z ewakuacji Chersonia czy śmieszno-żałosne raporty z budowy tak zwanej linii Wagnera. Ta linia to umocnienia stawiane w obwodzie ługańskim, wzdłuż dawnej „granicy” między Ukrainą a Ługańską Republiką Ludową. „Ukraińcy tędy nie przejdą”, słyszymy. Przejdą czy nie, to się okaże; sposób wykonania zapór przeciwczołgowych, stawianych „na odpierdol” (betonowe wilcze zęby rozkłada się na ziemi bez zakotwiczenia), daje niemal pewność, że ukraińscy saperzy nie napracują się za bardzo. Mniejsza jednak o technikalia – przyjrzyjmy się samej naturze przekazu. W ciągu ośmiu miesięcy ewoluuje on od „za trzy dni Kijów nasz” do „ale ługańskiej republiki to Ukraińcom zająć nie pozwolimy!”.

Długo nie przykładałem należytej uwagi kwestiom promocji, marketingu, PR-u; jak zwał, tak zwał. Zwłaszcza na poziomie instytucji państwowych wydawało mi się to marnowaniem środków finansowych. Z czasem przyszło zrozumienie, że dobre kampanie propagandowe mogą przynieść wymierne skutki. Spójrzmy bowiem na armię rosyjską. Od kilkunastu lat Kreml nie ustawał w wysiłkach, by przekonać świat, że wojsko ma coraz lepsze, coraz silniejsze, coraz bardziej niebezpieczne. To te rzekome militarne możliwości pozwalały rosji – ekonomicznemu karłowi – zachować status mocarstwa. Dziś wiemy, że było to wielopiętrowe kłamstwo, co nie zmienia faktu, że przez lata skuteczne. I ta skuteczność każe widzieć w „silnej rosji” marketingowy majstersztyk.

Lecz widzimy też porażkę tej kampanii. Chciał putin – szybką, zwycięską operacją w Ukrainie – ugruntować wizerunek „niepokonanej armii” (a więc i mocarstwa). Dziś nawet u siebie, w swojej propagandzie, nie jest w stanie tego „przepchnąć”. A w społecznej wyobraźni ludzi Zachodu (i nie tylko) wyrysował obraz rosyjskiego żołnierza źle dowodzonego, źle wyposażonego, fatalnie zmotywowanego, pijanego i brutalnego wobec cywilów. Chciał „Saszy Zdobywcy”, ma „Wowę Złodzieja Pralek”.

—–

Nz. Rosyjski wóz bojowy, dobrze ilustrujący kondycję Z-amii/fot. Sztab Generalny Sił Zbrojnych Ukrainy

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Motłoch

Ukraińska kontrofensywa w obwodzie charkowskim wytraciła impet, przy czym nie jest to efekt działań armii rosyjskiej. Szalone tempo natarcia zużyło ludzi i środki materiałowe – odpoczynek i odbudowa zdolności bojowych stały się koniecznością. Nie znam dokładnych założeń planistów, ale wydaje się, że Ukraińcy zrealizowali najbardziej optymistyczny scenariusz. Analiza post factum wiedzie do wniosku, że pierwotnym celem było zajęcie Kupiańska – ważnego węzła logistycznego rosjan. W obliczu sypiącej się obrony – w wielu przypadkach panicznej ucieczki całych oddziałów – siły zbrojne Ukrainy poszły za ciosem. Skutkiem jest wyzwolenie niemal całości obwodu charkowskiego oraz liczne zdobycze sprzętowe (kilkadziesiąt czołgów, kilkaset innych pojazdów) i materiałowe (przede wszystkim amunicja). Wyeliminowano z walki półtora tysiąca rosjan i separatystów, z nieoficjalnych informacji wynika, że pojmano około tysiąca jeńców, w tym tuzin wyższych rangą oficerów.

Jednak największy sukces dokonał się w wymiarze symbolicznym i politycznym. Ukraina dowiodła, że jest w stanie przejąć inicjatywę operacyjną, skupiona wokół niej koalicja dostała czytelny sygnał, że pomoc wojskowa ma sens. Jak zauważają analitycy Ośrodka Studiów Wschodnich, sukces operacji charkowskiej „można określić mianem sojuszniczego – decyzje sztabowe wypracowywane były w oparciu o amerykańskie dane rozpoznawcze, a główną siłę przełamania zapewniały otrzymane od Polski czołgi”. Porażka na froncie solidnie podmyła filary kremlowskiej narracji mówiącej o konsekwentnym zwyciężaniu w wojnie („operacji specjalnej”). Zdezorientowani i przerażeni propagandyści w mniejszym bądź większym stopniu skapitulowali przed faktami, przyznając, że nie jest dobrze. Trudno na razie ocenić, jakie będą tego długofalowe skutki, niemniej już dziś widać, że „ogień” dotarł i do Moskwy. Znamienna jest w tym kontekście postawa Margarity Siemonian, naczelnej Russia Today. Ta zjadliwie antyukraińska ulubienica putina, nagle zatęskniła za wspólnym śpiewaniem rosjan i Ukraińców. Jej wpis w medium społecznościowym przesiąknięty był tanim i zapewne fałszywym sentymentalizmem, tęsknotą za czasami dawnej (sowieckiej) wspólnoty. „Czy nie mogłoby tak być znów?”, pytała.

Wracając do kwestii ściśle wojskowych – ukraińska kontrofensywa obnażyła słabość służb wywiadowczych rosji. Uderzenie na kierunku charkowskim zastało rosyjskich generałów „ze spuszczonymi portkami”. Spodziewali się presji przeciwnika na południu, w okolicach Chersonia, tymczasem tamto kontrnatarcie było jedynie pomocniczym i odwracającym uwagę. Wielokrotne zapowiedzi Ukraińców, że ruszą na Chersoń oraz towarzyszące im ataki artylerii sprawiły, że rosyjskie dowództwo rzuciło na południe większość swoich sił. „Przegapiło” lub zignorowało ukraińskie przygotowania na północy i odsłoniło się zanadto na tym odcinku frontu. Dziś nie da się wykluczyć dalszych negatywnych dla rosjan konsekwencji, włącznie z posypaniem się kolejnych linii obronnych. Wirus defetyzmu łatwo się rozprzestrzenia, no i wciąż nie wiemy, co jeszcze planuje naczelny dowódca armii ukraińskiej gen. Walery Załużny. Ze szczątkowych informacji docierających z frontu można wyciągnąć wniosek o następującej pauzie operacyjnej w charkowszczyźnie, ale i o przeniesieniu działań zaczepnych do obwodów ługańskiego i donieckiego. „Mgła wojny” jest w tym obszarze i dla mnie nieprzenikniona.

*          *          *

Doskonale za to widzę upokorzone rosyjskie wojsko. I jakkolwiek Ukraińcy przyzwyczaili nas do myśli, że potrafią raszystom spuścić łomot, skala porażki w obwodzie charkowskim wciąż mnie zdumiewa. Nad przyczynami klęski okupantów rozwodzi się teraz wielu analityków, ja chciałbym zwrócić uwagę na dwie kwestie. Jedna wiąże się z możliwościami technicznymi rosyjskiej armii i przemysłu, druga ma charakter kulturowy.

Najpierw jednak trochę statystyki i historii.

Tuż przed atakiem na Kupiańsk rozmawiałem z moim najlepszym ukraińskim źródłem. „Między czerwcem a sierpniem zniszczyliśmy ponad setkę rosyjskich składów amunicyjnych. Szacujemy, że dzięki temu pozbawiliśmy rosjan co najmniej miliona pocisków artyleryjskich”.

Czy to dużo? I tak, i nie. Nasz przemysł między 2014 a 2022 rokiem wyprodukował niespełna 40 tys. pocisków artyleryjskich kalibru 155 mm. W marcu 2017 roku w Bałakliji – tej samej, od zajęcia której kilka dni temu zaczęła się operacja charkowska – doszło do wybuchu w składzie amunicji. Był to wówczas największy taki magazyn w Ukrainie, w którym (na 370 hektarach) zgromadzono 140 tys. (!) ton środków bojowych do armat i haubic o kalibrze powyżej 100 mm. Owe 140 tys. ton to w przybliżeniu 3,5 mln pocisków artyleryjskich. W gigantycznym pożarze zniszczeniu uległo 70 proc. zapasów, czyli jakieś 2,5 mln pocisków. W ocenie ukraińskich organów ścigania, w Bałakliji doszło do sabotażu – przyczyną pierwotnej eksplozji był dron-samobójca, który przyleciał zza pobliskiej granicy z rosją.

Na tym przykładzie widać, że pojedynczy atak może być dużo skuteczniejszy niż cała seria artyleryjskich napadów. Nie umniejsza to jednak skali osiągnięć Ukraińców, gdy zestawimy je z innymi danymi. Rosyjskie rezerwy pocisków artyleryjskich przed lutym 2022 roku szacowane były na 15 mln sztuk, a możliwości produkcyjne przemysłu zbrojeniowego oceniano na poziomie 1,5 mln sztuk rocznie (milion nowych pocisków i pół miliona „odzyskanych” z głębokich, sowieckich zapasów; ten ostatni rezerwuar jest przeogromny – dość wspomnieć, że inwentaryzacja z 2010 roku ujawniła w składach ponad 100 mln sztuk takiej amunicji. Lecz nie widnieje ona w bieżącej ewidencji środków bojowych, gdyż nie nadaje się do użycia „z automatu”, bez wcześniejszego czaso-i-kosztochłonnego uzdatnienia).

Zatem kilkunastotygodniowe „himarsowanie” – jak nazwano ukraińskie ataki na rosyjskie magazyny – pozbawiło armię najeźdźców zapasów odpowiadających rocznej produkcji.

Idźmy dalej. Na przełomie maja i czerwca br. rosjanie zużywali dziennie od 40 do 60 tys. pocisków. Uśredniając, mamy 1,5 mln na miesiąc, 3 mln we wspomnianym okresie. Wcześniej wojna nie miała tak artyleryjskiego charakteru, rosyjskie wielkokalibrowe lufy wyrzucały z siebie nie więcej niż 10 tys. pocisków. W lipcu – gdy raszyści zaczęli odczuwać pierwsze poważne skutki ukraińskich ataków na ich zaplecze – natężenie rosyjskiego ognia artyleryjskiego spadło do poziomu z zimy. W sierpniu pozostało takie samo, co znaczy, że rosjanie wystrzelali już ponad 4 mln sztuk amunicji artyleryjskiej. W połączeniu ze zniszczonym milionem daje nam to jedną trzecią przedwojennych zapasów. A Ukraińcy nie zinwentaryzowali jeszcze zdobyczy materiałowych, będących skutkiem kontrofensywy charkowskiej. Najprawdopodobniej to kolejne kilkaset tysięcy pocisków.

Zanim Ukraińcy przetrzepali rosjanom skórę pod Charkowem, amerykańskie media donosiły (powołując się na wywiad USA), że Moskwa zamierza kupować amunicję artyleryjską w Korei Północnej i Iranie. Teraz ten ruch wydaje się bardziej zrozumiały, zwłaszcza gdy mamy świadomość, jak niska jest kultura techniczna rosjan – w jak fatalnym warunkach magazynowany jest sprzęt wojskowy. Widzimy to chociażby po czołgach, które od później wiosny trafiają na front w miejsce wytraconych wozów z jednostek liniowych. Jeśli tak samo jak czołgi składowana jest amunicja, jakość szczególnie starszych partii może być problematyczna, a 10-milionowy zapas pozornym bogactwem.

A przecież Ukraińcy nie powiedzieli ostatniego słowa w kwestii niszczenia rosyjskiego zaplecza materiałowego.

*          *          *

Dlaczego to tak istotne? Najpierw musimy nieco odmitologizować twierdzenie, wedle którego istotą rosyjskiej sztuki wojennej jest tak zwany walec artyleryjski. Czyli zasypanie przeciwnika ogniem z dział, co ma służyć jego obezwładnieniu i ułatwić zadanie atakującej w następnym kroku piechocie (współcześnie – oddziałom zmechanizowanym). O walcu pisano w kontekście ostatniej wojny światowej, pisze się też w odniesieniu do zmagań w Ukrainie. Co mówią statystyki? W 1941 roku sowieci zużywali średnio 35 tys. pocisków artyleryjskich dziennie, w 1942 100 tys., w 1943 230 tys. Szczyt nastąpił w kolejnym roku – wówczas średnio-dzienne zużycie osiągnęło poziom 270 tys. sztuk. Niemcy w 1941 roku strzelali dziennie 210 tys. pocisków, dwa lata później 260 tys., w 1944 roku – będąc już w odwrocie – lufy ich dział „wypluwały” każdej doby 300 tys. pocisków.

Jest oczywistym, że artyleria odegrała w II wojnie ogromną rolę, niszcząc siłę żywą, broń i umocnienia. Ale czy zdecydowała o ostatecznym zwycięstwie sowietów, skoro poziom natężenia ich ognia artyleryjskiego ustępował, a pod koniec wojny zrównał się z niemieckim (pamiętam, że Niemcy walczyły na dwa, potem zaś na trzy fronty, ale 80 proc. ich sił było zaangażowanych na wschodzie)? Odpowiedź może nam przynieść bitwa o wzgórza Seelow z kwietnia 1945 roku. Przełamanie tej ostatniej naturalnej przeszkody na drodze do Berlina kosztowało armię czerwoną 33 tys. zabitych i trzy razy tyle rannych (niemieckie straty to 12 tys. zabitych). Czterodniowy bój obnażył po całości bezwzględność marszałka Gieorgija Żukowa i brak talentów dowódczych gwiazdy sowieckiej generalicji. Zwycięstwo nie było bowiem skutkiem wyrafinowanych manewrów, nie było też efektem artyleryjskiej nawały, choć armat użyto wówczas rekordowo dużo. Niemiecka obrona pękła na skutek powtarzanych co rusz ataków piechoty. Był to schemat znany z dotychczasowych działań – sowieccy dowódcy mieli za nic życie własnych żołnierzy. Pchali ich w ogień bez względu na straty, licząc, że po którymś ataku przeciwnik w końcu się załamie. Nie było zresztą innej opcji – we wspomnieniach wielu żołnierzy Wehrmachtu przewija się motyw otępienia po odparciu kolejnych sowieckich szturmów, skutkującego utratą zdolności bojowych. Zużywała się amunicja, lufy karabinów, ludzie – wojna w końcu to koszmarne doświadczenie sensoryczne. A tamci szli następną falą, i następną. Pozostając przy analogi walca, bardziej tworzyły go nie armatnie lufy, a organiczna ludzka tkanka.

Ta „wybitna” strategia kosztowała życie co najmniej 12,5 mln sowieckich żołnierzy.

Raz jeszcze podkreślę – nawała artyleryjska odgrywała istotną rolę w działaniach ofensywnych sowietów. Ale mimo rosnących możliwości – przede wszystkim większej liczby luf na froncie, co było efektem rozbudowy własnej bazy przemysłowej oraz amerykańskiej pomocy w ramach Lend-Lease – czerwoni dowódcy bez skrupułów sięgali po „argument ludzkiej masy”. I w ujęciu końcowym to on zdecydowała o sukcesie militarnym ZSRR.

*          *          *

Osiem dekad później wydawało się, że rosjanie już „z tego wyrośli”. Szybko jednak okazało się, że nadal opierają armię o stare wzorce. Z tym że teraz mierzyć się muszą z zasadniczą różnicą, decydującą o ich słabości – brakiem nieprzebranej ludzkiej masy. W 1945 roku armia czerwona miała na froncie 7 mln ludzi, w 2022 roku rosyjski kontyngent zaangażowany w wojnę z Ukrainą liczy 330-350 tys. osób (z czego połowa przebywa w strefie walk). Stalin zmobilizował 40 mln ludzi, dziś rosyjskie dowództwo nie jest w stanie w pełni zrekompensować utraty 80 tys. żołnierzy – zabitych, rannych, zaginionych i wziętych do niewoli po 24 lutego. Przymusowy i masowy pobór jest rozwiązaniem, którego Kreml się boi, dobrze wiedząc, że rosjanie nie chcą umierać w Ukrainie (powody tych postaw to temat na odrębny artykuł). Powszechna obstrukcja wymagałaby reakcji – Stalin nie miał z tym problemów. Stosował terror w takiej skali, że sowieckie społeczeństwo przełomu lat 30. i 40. nie potrafiło się zbuntować. Putinowski autorytaryzm nie dysponuje takimi narzędziami represji. Obnażenie słabości struktur państwowych mogłoby sprowokować obywateli federacji do buntów, lepiej więc nie ryzykować poboru, który się nie uda. Poza tym świat się zmienił – narzędzia i sposoby prowadzenia wojen udoskonalono, masą niewiele dziś da się wskórać. A drenaż nowoczesnych systemów uzbrojenia – wessanych bezpowrotnie przez ukraiński front – sprawia, że pomysł zmobilizowania miliona młodych mężczyzn (co postulują niektórzy propagandziści) mieści się w kategorii mrzonek.

Rosyjskim generałom pozostaje więc walczyć tym, co mają – wojskiem z ochotniczego i najemniczego zaciągu. Do czego wrócę za chwilę, najpierw poświęcając uwagę kwestii masowego użycia artylerii. Tygodnie, w trakcie których dzienne zużycie amunicji sięgało 60 tys. pocisków, nie różniły się specjalnie intensywnością ostrzałów od zmagań z lat 40. Być może nawet okresowo cechowały się większym nasyceniem „latającego żelastwa”, wziąwszy pod uwagę znacznie krótszą linię frontu i kilkunastokrotnie mniejsze siły zaangażowane w walkę (latem 1944 roku na froncie wschodnim stało naprzeciw siebie 11 mln żołnierzy, dziś jest to kilkaset tysięcy). W porównaniu z armią czerwoną, wojsku rosyjskiemu w Ukrainie przybyło dział (w przeliczeniu „na głowę”), do czasu „himarsowych nocy” najbardziej szalone tempo zużycia amunicji nie stanowiło problemu. W Donbasie więc rzeczywiście mieliśmy do czynienia z walcem artyleryjskim, który pozwalał rosjanom na zajmowanie kolejnych terenów. Ale był to walec powolny, a i tak nie obyło się bez „atrakcji” w postaci iście drugowojennego użycia piechoty. Na nieszczęście szeregowych gotowość dowódców do „rozpoznania bojem” jest mocno zakorzeniona w rosyjskiej tradycji wojskowej. Rozpoznania w najgorszym stylu, czyli pchania pozbawionych osłony ludzi pod lufy. Podczas zmagań o Łymań, Rubiżne, Siewierodonieck czy Lisiczańsk rosjanie wielokrotnie ponawiali ataki piechoty. Z raportów strony ukraińskiej wynika, że często były to natarcia samobójcze – bez należytego wsparcia, w otwartym terenie, przy użyciu kiepsko wyekwipowanego i taktycznie „zielonego” żołnierza. Co z tego, że poprzedzały je nawały artyleryjskie, skoro obrońcy – jeśli tylko była taka sposobność – na czas ostrzałów opuszczali pozycje, wracając na rubieże, gdy działa cichły (póki było do czego wracać; generalnie to nie straty osobowe, a dewastacje linii obronnych decydowały o tym, że Ukraińcy się cofali).

Te odcinki frontu szybko nazwano maszynkami do mielenia mięsa. „Wsad” stanowili żołnierze Rosgwardii, milicjanci z separatystycznych „armii” czy ochotnicy z naprędce skleconych oddziałów, lecz nie brakuje przykładów używania do frontalnych ataków elitarnych jednostek wojsk powietrznodesantowych. Niski poziom zabezpieczenia medycznego i jeszcze niższej jakości szkolenia z medycyny pola walki dla zwykłych żołnierzy, podbiły wskaźniki śmiertelności. Wprost przełożyło się to na spadek morale.

*          *          *

Które i bez tego nie mogło być szczególnie wysokie. „Czy zdajesz sobie sprawę, że to wszystko to szumowiny społeczne?”, pyta publicystkę „Nowej Gaziety” Paweł Łuzin, ekspert ds. rosyjskiej polityki zagranicznej i obronnej. „Mężczyzna w wieku 40 lat nagle chce iść na wojnę? No przecież nie po to, by bronić swojego kraju, swojej rodziny, ale po to, by walczyć, by zarabiać pieniądze. Jaką inną motywację mógłby mieć?”, Łuzin nie pozostawia złudzeń przeprowadzającej z nim wywiad dziennikarce Irinie Tumakowej. „Bo kocha swoją ojczyznę?”, słyszy. „Ta ‘miłość do ojczyzny’ w praktyce oznacza przede wszystkim, że nikt go nie potrzebuje, łącznie z żoną, dziećmi i starszymi rodzicami. Po drugie, nie osiągnął w życiu nic, więc chce udowodnić wszystkim, że wciąż jest do czegoś zdolny. Po trzecie, jest człowiekiem, który cierpi z powodu problemów materialnych i myśli, że rozwiąże je na wojnie”, Rosjanin twardo obstaje przy swoim. „Ale tacy ludzie też są potrzebni”, oponuje rodaczka. „Tacy ludzie nie mogą wygrać żadnej wojny”, kwituje rozważania ekspert.

Ta gorzka rozmowa nie ilustruje widzimisię wywiadowanego. Zacytowany fragment to rzetelna recenzja modelu rekrutacji, uruchomionego przez rosyjskie ministerstwo obrony, by uzupełnić straty poniesione w Ukrainie. Problem w tym, że system nie działa, tak jak powinien. Finansowe zachęty – pensje wielokrotnie wyższe od średnich (sięgające w przeliczeniu kilkunastu tysięcy złotych miesięcznie) – nie przyciągają wartościowego materiału ludzkiego – młodych, zdrowych mężczyzn o stabilnej sytuacji życiowej, najlepiej po przeszkoleniu wojskowym. Doszło to tego, że masowo rekrutowani są więźniowie, także ci skazani za najpoważniejsze przestępstwa kryminalne. Ci ostatni zwykle nie trafiają do armii, a do Grupy Wagnera, firmy najemniczej, która na zlecenie Kremla działa w Ukrainie (nie ma to jednak większego znaczenia, bo wojsko i najemnicy ściśle współpracują, pod tym samym dowództwem). Niegdyś wagnerowcami zostawali byli żołnierze sił specjalnych, ale i ta jakość została wytracona – z nieoficjalnych informacji wynika, że dotąd zginęło w Ukrainie co najmniej 15 tys. najemników. Tymczasem Kreml ani myśli zrezygnować z usług firmy, ba, przekazuje jej coraz więcej kompetencji do tej pory zastrzeżonych dla armii (to sposób na jeszcze mniej transparentne prowadzenie „operacji specjalnej”; straty osobowe najemników łatwiej jest ukryć, gdyż oficjalnie to komercyjna działalność, poza kompetencjami i odpowiedzialnością urzędników ministerstwa obrony). W obliczu takiej presji dramatycznie obniżono kryteria rekrutacyjne. Słaby odzew społeczny na akcję formowania ochotniczych pułków jeszcze bardziej przesunął punkt ciężkości na Grupę Wagnera – stąd wziął się pomysł docelowego zmobilizowania nawet 50 tys. (!) więźniów.

A niskie morale nie wynika wyłącznie z faktu utraty „kwiatu armii”. Nawet w swym najlepszym składzie osobowym rosyjskie siły zbrojne pozostawały mocno zakorzenione we wschodniej tradycji wojskowej. Dla której charakterystyczna jest silnie zhierarchizowana struktura, z kompetencjami delegowanymi maksymalnie ku górze. Średni i niższy szczebel dowodzenia niewiele może, o wszystkim decyduje wyższe dowództwo. Model się sprawdza, jeśli najwyżsi rangą oficerowie dysponują technicznymi możliwościami zarządzania polem walki. Gdy ich zabraknie, bądź zabraknie dowódców, do głosu dochodzą negatywne skutki treningu kulturowego, osadzonego na braku poczucia sprawczości i odpowiedzialności – nieumiejętność podejmowania inicjatywy oraz (jak to się mówi w potocznym języku Wojska Polskiego) „a-chuj-mnie-to-obchodzizm”. „Nie wiem”, „nie potrafię” i wreszcie „boję się”; strach jest bowiem wzmacniany doświadczeniem, w którym zbytnia samodzielność niosła ryzyko kary. Równowaga w pionowo zorientowanych systemach zarządzania opiera się na wybitnie nierównomiernym dostępie do wiedzy i władzy. Ktoś z nieswojego, niższego poziomu traktowany jest jako intruz/uzurpator. W wojsku, gdzie system kar – oficjalnych i nieoficjalnych – jest zwykle bardziej dotkliwy niż w cywilu, „panoszenie się” to niebezpieczny proceder. Zwłaszcza w obliczu porażki. W praktyce oznacza to, że pozbawione dowództwa jednostki nie są w stanie podjąć sensownych działań. Dla przykładu, mimo informacji o nacierającym przeciwniku, ani się nie wycofują, ani nie przygotowują do obrony; żołnierze czekają, aż ktoś wreszcie wyda im jakiś rozkaz. Gdy ten nie nadchodzi, za to pojawia się wróg, opcje w zasadzie są już tylko trzy: można wiać, można się poddać, można też podjąć nierówną z powodu nieprzygotowania walkę (oczywiście, możliwy jest scenariusz realizujący w różnym stopniu wszystkie trzy postawy). Gdy wybór pada na walkę, jakkolwiek często nie ma w tym heroizmu a raczej fatalizm, post factum wojenna propaganda nadaje takim wydarzeniom hurrapatriotyczny charakter.

*          *          *

Armia ukraińska, mimo wspólnych organizacyjnych korzeni z rosyjską, po 2014 roku zaczęła rozwód z wojskowym „wschodniactwem”. Zmiany mentalności to zwykle długotrwały proces, ale w tym przypadku obserwujemy coś na wzór turbo-przyśpieszenia. W transformacji wojska niebagatelną rolę odegrało rosyjskie zagrożenie – to ono wymusiło przejście na bardziej efektywny, zachodni model zarządzania i dowodzenia armią. Dzięki niemu możliwe stało się częściowe zniwelowanie przewagi technicznej i technologicznej rosjan, co przed 24 lutego uchodziło za pusty frazes, dziś jest hasłem po korek wypełnionym treścią. Widać bowiem jak na dłoni, że delegowanie kompetencji i odpowiedzialności w dół – przede wszystkim na barki podoficerów i oficerów niższego szczebla, ale i do poziomu zwykłego żołnierza – skutkuje większą żywotnością oddziałów (nie idą tak łatwo w rozsypkę), sprzyja taktycznej inicjatywie, generując korzystne sytuacje, także wcześniej nie do przewidzenia. Ukraińskie chodzenie za ciosem z ostatnich dni to była również suma decyzji dowódców plutonów, kompani czy batalionów, którzy nie bali się wykorzystać otwierających się możliwości. Inna sprawa, że pomagała im nieosiągalna dla armii rosyjskiej świadomość sytuacyjna. Znacznie wydolniejsza łączność i sieciocentryczność pozwalająca na bieżącą wymianę informacji między nacierającymi jednostkami i dowództwem ułatwiała konsultowanie i podejmowanie decyzji.

rosjanie w obwodzie charkowskim zostali przed kontrofensywą skutecznie dekapitowani. Na południe pomaszerowały najlepsze oddziały, a wraz z nimi najwartościowsza kadra oficerska. Uwagę dowództwa „operacji specjalnej” przykuł Chersoń, ukraińscy komandosi i precyzyjna artyleria wyeliminowali kilka punktów dowodzenia. Gdy Ukraińcy ruszyli, jakościowo drugo-i-trzeciorzędne jednostki wroga wybrały ucieczkę – tylko w nielicznych przypadkach rosjanie byli w stanie stawić zorganizowany opór. Póki „jakoś szło” – do końca sierpnia – słabości raszystowskiej armii objawiały się w jej bandyckich praktykach wobec ludności cywilnej. Zdeprawowani żołnierze kradli, gwałcili, mordowali, w czym oficerowie im zbytnio nie przeszkadzali, świadomi, że taka jest cena dyspozycyjności uczestnika „operacji specjalnej”. Gdy iść zaczęło Ukraińcom, pozornie zorganizowana struktura zmieniła się w wojskowy motłoch.

Dalszy przebieg konfliktu zależy zatem od tego, w jakiej kondycji uda się rosjanom zachować własną armię. Motłochem walczyć się nie da, a dla utrzymania dyscypliny niezbędne jest odzyskanie inicjatywy operacyjnej. W realiach rosyjskiego wojska oznacza to konieczność powrotu do wojny artyleryjskiej, będącej jak dotąd jedyną skuteczną metodą raszystów na długotrwałe i wyczerpujące angażowanie sił ukraińskich. Z nadzieją, że może w końcu pękną.

Tyle że ukraiński sztab generalny świetnie zdaje sobie z tego sprawę. I zapewne nie zaprzestanie dalszych działań paraliżujących rosyjską logistykę i system dowodzenia.

—–

Nz. Ukraińskie czołgi/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Zwyrole

Wczoraj do sieci wyciekł szokujący film, którego bohaterem jest rosyjski żołdak. To materiał dla ludzi o naprawdę mocnych nerwach, przedstawia bowiem… kastrację ukraińskiego jeńca. Nie ma pewności czy Ukrainiec tortury przeżył, mamy za to pełną jasność co do tożsamości oprawcy. Identyfikacja nie nastręczała żadnych problemów, gdyż zwyrodnialec nie unikał kontaktu z kamerą. I generalnie z pasją dokumentował swoje wcześniejsze wojenne wyczyny. Ukraińcy ujawnili jego pełne dane, włącznie z adresem zamieszkania w Kałmucji i numerami telefonów (co ciekawe, Facebook zawiesił funkcjonowanie jednego z największych polskich fanpejdży militarnych – Konflikty po II wojnie światowej – gdzie pojawił się post na temat Kałmuka; oficjalny zarzut wobec administratora – stalking). Zwyrol zapewne wpadnie niebawem w ukraińskie ręce. Dla dobra „standardów społeczności” nie napiszę, czego mu życzę…

Na tym jednak sprawa się nie zakończyła. Przed południem rosyjskie ministerstwo obrony podało, że w wyniku ukraińskiego ostrzału Ołeniówki – miejscowości w pobliżu Doniecka – zginęło 40, a rannych zostało 75 ukraińskich jeńców [1]. W ataku użyto wyrzutni Himars – twierdzą Rosjanie. Trafiona hala znajdowała się w bliskiej odległości od linii frontu, jeńcy zostali do niej przeniesieni… wczoraj późnym wieczorem, gdy niesławny filmik „latał” już po sieci. Nie ma żadnych materialnych i wizualnych dowodów wskazujących na użycie Himarsów (a mówimy o systemie, który rejestruje każde użycie). Jest za to przedziwny zbieg okoliczności – oto pojawia się dowód na koszmarne traktowanie jeńców, po czym następuje sytuacja, w której Ukraińcy – co najmniej na skutek zaniedbań – zabijają własnych żołnierzy pojmanych przez przeciwnika. W medialnym slangu mówi się o takich działaniach jako o „próbach przykrycia”, odwrócenia uwagi (ostatecznie, czym jest jeden okaleczony wobec kilkudziesięciu ofiar?). Innymi słowy, w mojej ocenie to Rosjanie sami ostrzelali miejsce przetrzymywania jeńców, by później zwalić winę na Ukraińców (i przy okazji, nacechować negatywnymi skojarzeniami przeklęty z ich perspektywy system Himars). I oni, i separatyści, w „samo-ostrzałach” mają wielkie doświadczenie, uskuteczniane od 2014 roku. Sądzę, że towarzyszyła im także inna motywacja – chęć zabicia jeńców, świadków i ofiar brutalnego traktowania. Kastracja wcale nie musiała być „wypadkiem przy pracy”. Wracający z niewoli ukraińscy jeńcy opowiadają o regularnych prześladowaniach – może nie tak skrajnych, ale dokuczliwych. A wracają tylko ci, którzy do wymiany „się nadają” – tacy, co to nie widzieli i nie doświadczyli „za wiele”.

O tym, że Rosjanie wobec jeńców potrafią wybić się na wyżyny barbarzyństwa, wiemy nie od dziś. W Syrii również mieliśmy do czynienia z potworną przemocą. Zasłynęli z niej przede wszystkim najemnicy z Grupy Wagnera – hołubionej przez Putina przybudówki do wywiadu wojskowego GRU. Wydobywanie zeznań przy pomocy młota kowalskiego czy spalenie spętanej osoby, to jedne z wielu wizualnych dowodów tych zbrodni.

Wiele lat temu – na długo zanim islamscy fanatycy zaczęli ucinać ludziom głowy – zanurzyłem się w świat darknetu. Zawodowo, mając w planach materiał na temat snuffów i mondo movies – filmów dokumentujących prawdziwe sceny śmierci i tortur, bądź ich realistyczne inscenizacje. Są ludzie, których takie rzeczy kręcą – i niestety, nie jest ich mało. W każdym razie wówczas, w początkach lat 2000., gors prawdziwych materiałów stanowiły filmy wideo, kręcone w Czeczenii. Zarówno podczas pierwszej, jak i drugiej wojny. Mój boże, czego tam nie było; ucinanie dłoni, na żywca, czeczeńskiemu jeńcowi to jeden z „delikatniejszych” zapisów. Co istotne, zwyrodnialcy w mundurach rosyjskiej armii mogli liczyć na niemal całkowitą bezkarność – na palcach jednej ręki można policzyć procesy wytoczone wojskowym za ekscesy z jeńcami i wobec ludności cywilnej (wobec której masowo stosowano gwałty).

Tym większe jest moje zdziwienie, gdy zdaję sobie sprawę, że synowie ofiar rosyjskiej pacyfikacji Czeczenii służą dziś Putinowi.

A przecież nie oni jedyni. Wspomniany zwyrol to Kałmuk, nieproporcjonalnie duży odsetek sił inwazyjnych stanowią też Buriaci i przedstawiciele innych mniejszości, które Moskwa – ta etnicznie rosyjska – od dawna trzyma twardo pod butem. W tej najnowszej odsłonie rasistowskiego dramatu, jakim jest inwazja Ukrainy, traktując „skośnych” jako mięso armatnie. Ginie ich tylu, jakby Rosja nie była krajem, gdzie ponad dwie trzecie ludności stanowią „biali”.

I zginie więcej, oto bowiem, via Krym, zmierza na zachodni brzeg Dniepru, w okolice Chersonia, tysięczny odwód ściągnięty z dalekiego wschodu. W całości buriacki. Zabawne, że wielu z tych żołnierzy, rzuconych do walki pod hasłem „obrony prawa do posługiwania się językiem rosyjskim”, nawet nie potrafi się nim porozumiewać. Ale mniejsza o to – w sytuacji, w której ukraińska ofensywa na południu rozkręca się na dobre, los rzuconych na prawobrzeżny przyczółek oddziałów zdaje się być przesądzony. Żołnierze będą mieli szczęście, jeśli trafią do niewoli – tylko czy Ukraińcy zechcą brać jeńców po tym, co zobaczyli wczoraj i dziś? Bardziej prawdopodobny jest powrót do domu, w drewnianych skrzyniach, jak te ze zdjęcia.

Tak proszę Państwa, tak Matka Rosja oddaje rodzinom „poległych bohaterów”. W skrzyniach ze zbitych byle jak klepek.

PS. O tym, że Rosja to państwo z klepek, świadczy historia Żory Chaczunca, skazanego właśnie na cztery i pół roku kolonii karnej o ścisłym reżimie. Mężczyzna miał ukraść sprzęt stanowiący wyposażenie samolotu „dnia zagłady” – specjalnej maszyny ministerstwa obrony, służącej najważniejszym politykom – w tym Putinowi – do zarządzania w przypadku ataku nuklearnego. „Do tego zdarzenia miało dojść pod koniec 2020 roku w Taganrogu. Mężczyzna, który już wcześniej miał konflikt z prawem, został zatrzymany pod zarzutem udziału w kradzieży. Chociaż nie przyznał się do winy, to według rosyjskich śledczych wraz ze wspólnikami wszedł on na pokład samolotu używając drzwi awaryjnych. Następnie złodzieje zdemontowali i ukradli sprzęt, który stanowił wyposażenie samolotu, po czym pozbyli się łupu w nieustalony bliżej sposób” – podaje Gazeta.pl. Na stronie rosyjskiego Interfaxu czytamy, że „kradzież została odkryta przez jednego z pracowników kompleksu lotniczego i naukowo-technicznego w Taganrogu. W oświadczeniu skierowanym do policji napisał on, że z samolotu, który stacjonował na lotnisku Jużnyj od 2019 roku, skradziono dokładnie 39 elementów wyposażenia technicznego i pięć radiostacji”. Nie wiemy, jakie konsekwencje spotkały pracowników ochrony, strzegących jednego z najważniejszych obiektów należących do rosyjskiego państwa i armii. Wyobrażacie sobie podobną historię z udziałem Air Force One? Bo ja nie…

[1] Najnowsze (popołudniowe) doniesienia mówią o 53 zabitych.

—–

Nz. Skrzynie z trumnami dowiezione na miejsce, gdzieś w Buriacji/fot. za Dowództwo Sił Zbrojnych Ukrainy

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

(Nie)regularni

– Tam – mężczyzna wskazał dłonią drugą stronę linii frontu. – Tam są twoi, dwie kompanie Polaków. Chcesz, możesz do nich iść. My ci w plecy nie strzelimy – zapewniał żołnierz samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej (DRL). Była wiosna 2015 r., relacjonowałem wówczas zmagania w Ukrainie ze stolicy separatystów.

– Jakie dwie kompanie, o czym wy mówicie!? – oponowałem. – Przed nami sami Ukraińcy, żadnych Polaków tam nie ma.

– Nie ma, nie ma… – na oko 50-latek nie dawał za wygraną. – Cała zgniła Europa tam siedzi, ja swoje wiem.

Równoległa rzeczywistość

Wspominam tę historię nie bez powodu – oto w rosyjskiej infosferze znów roi się od doniesień o „zagranicznych najemnikach, wspierających siły zbrojne Kijowa”. W ocenie Ministerstwa Obrony Federacji Rosyjskiej (MO FR), Polacy pozostają w tej dziedzinie niekwestionowanym liderem. Do połowy czerwca przez front miało się przewinąć 1830 obywateli RP. „378 najemników już zginęło, 272 wyjechało do ojczyzny”, raportował gen. Igor Konaszenkow, szef Wydziału Informacji i Komunikacji MO FR, cieszący się pośród wojskowych analityków opinią „narratora równoległej rzeczywistości”. „Ministerstwo monitoruje pobyt w Ukrainie każdego przedstawiciela zagranicznego”, zapewniał rzecznik. Z jego słów wynika, że od początku „specjalnej operacji wojskowej” do Ukrainy przyjechało 601 Kanadyjczyków (162 zginęło, 169 wróciło), 530 obywateli USA (odpowiednio 214 i 227), 504 najemników z Rumunii (102-98) oraz 422 Brytyjczyków (101-95). Konaszenkow wspominał też o 355 Gruzinach i niesprecyzowanej liczbie „bojowników grup terrorystycznych z kontrolowanych przez USA terytoriów Syrii”. W sumie, konkludował, „na dzień 17 czerwca 2022 r. na naszych listach znajdują się najemnicy z 64 krajów. Od 24 lutego przybyło 6956 osób, 1956 zostało już zabitych, a 1779 wyjechało”.

O jakości tych rewelacji najlepiej świadczy historia z połowy kwietnia, kiedy ten sam generał informował o śmierci 30 Polaków w obwodzie charkowskim, na co do tej pory nie przedstawiono żadnych dowodów. O pukaniu się w głowę przedstawicieli naszego MSZ wspomnę tylko z obowiązku.

Nie zmienia to faktu, że obcokrajowcy walczą po stronie Ukrainy. Zagraniczny zaciąg trudno nazwać masowym, ale w skali tej wojny jest liczny. Powstały pod koniec lutego Legion Międzynarodowy liczy dziś 20 tys. osób. Mógłby być większy, bo ochotników nie brakuje, lecz na przeszkodzie stają ograniczenia materiałowe i logistyczne, z jakimi mierzy się ukraińska armia. Rzecznik Legionu, Damien Magrou, ujawnia, że służą w nim obywatele 55 państw. Najwięcej jest Amerykanów i Brytyjczyków, w dalszej kolejności Polaków, Kanadyjczyków, Bałtów i Skandynawów. Żołnierze ci biorą aktywny udział w działaniach zbrojnych – zwykle na najtrudniejszych odcinkach frontu – jest więc oczywistym, że giną. Ale czy w skali podanej przez Rosjan? Odpowiedzialny za rekrutację Amerykanin Ryan Routh stworzył na kijowskim Placu Niepodległości miejsce pamięci dla poległych członków Legionu. Każdy oficjalnie potwierdzony zgon upamiętnia wbitą w ziemię małą flagą. Do połowy czerwca tych flag było w centrum ukraińskiej stolicy nieco ponad 300. Jedną z nich poświęcono Amerykaninowi Stephenowi Zabielskiemu, 52-latkowi z Nowego Jorku, o śmierci którego poinformował niedawno Departament Stanu (co było pierwszym tego rodzaju ruchem dyplomacji USA od rozpoczęcia rosyjskiej inwazji).

Efekt mrożący procesu

Co istotne – zwłaszcza w kontekście słów gen. Konaszenkowa – legioniści nie są najemnikami. Ochotnicy podpisują 3-letni kontrakt z siłami zbrojnymi Ukrainy, formalnie stając się ich żołnierzami. Teoretycznie zapewniam im to ochronę prawną w przypadku dostania się do niewoli. Jako jeńców wojennych nie wolno ich zabijać, torturować, okradać, zmuszać do nadmiernej pracy. Lecz druga strona niespecjalnie przestrzega zasad. Zapewne dla wywołania efektu mrożącego pośród ochotników – z których większość stanowią byli wojskowi, znacznie lepiej wyszkoleni niż przeciętni rosyjscy żołnierze – władze DRL przeprowadziły ostatnio pokazowy proces trzech pojmanych obcokrajowców.

– Kolegium apelacyjne Sądu Najwyższego DRL rozpatrzyło dziś sprawę karną wobec obywateli Wielkiej Brytanii Shauna Pinnera, Aidena Aslina i poddanego Królestwa Maroko Brahima Saadouna oskarżonych o najemnictwo i popełnienie działań mających na celu przejęcie władzy i obalenie ustroju konstytucyjnego DRL – oświadczenie tej treści wygłosił 9 czerwca reprezentujący kolegium Aleksandr Nikulin. Cudzoziemców skazano na kary śmierci, żołnierze mają teraz miesiąc na złożenie apelacji. Władze DRL i Moskwa pozostały głuche na argumenty, że wszyscy trzej służyli w legalnej formacji zbrojnej, której członków można sądzić jedynie za zbrodnie wojenne (jak ma to miejsce w głośnych sprawach Rosjan odpowiadających przed ukraińskimi sądami), oraz że jeden z oskarżonych ma także obywatelstwo Ukrainy.

Na razie nie ma jasności, jaki los spotka innych cudzoziemców – 39-letniego Alexandra Drueke’a i 27-letniego Andy’ego Huynh’a, weteranów armii amerykańskiej, wziętych do niewoli przez Rosjan. Do zdarzenia doszło 9 czerwca w okolicach Charkowa. Władimir Sołowjow, czołowy kremlowski propagandysta, wieszczy Amerykanom proces i karę śmierci, ale bardziej prawdopodobne jest, że jeńcy posłużą jako karta przetargowa w negocjacjach, w których Moskwa będzie chciała przekonać Waszyngton do jakichś ustępstw, na przykład ograniczenia skali pomocy dla Ukrainy. Zapewne w taki sam sposób zostaną potraktowani wspomniani Brytyjczycy i Marokańczyk.

Rosjanie nie mogą za bardzo przeginać z rzekomą pryncypialnością, by nie zaszkodzić własnym ochotnikom. Nim to wyjaśnię, chciałbym zauważyć, że już od początku marca MO FR publikuje tysiące ofert pracy, zarówno w tradycyjnych mediach, jak i na popularnych portalach rekrutacyjnych. Przedmiotem oferty są krótkoterminowe kontrakty z armią rosyjską – bardzo atrakcyjne w regionach dotkniętych strukturalną biedą. Dla przykładu, wojskowy urząd rekrutacyjny w Niżniekamsku obiecuje ochotnikom 200 tys. rubli miesięcznie – jak wylicza rosyjska sekcja BBC, pięć razy więcej niż średnia pensja w tym mieście. Generalnie rosyjscy ochotnicy, chcący wziąć udział w wojnie z Ukrainą, mogą wstąpić w szeregi na kilka sposobów: podpisując krótkoterminową umowę z MO FR, zawierając trzymiesięczny kontrakt z czeczeńską Rosgwardią, mogą też zapisać się do wojsk DRL/ŁRL, co z uwagi na niskie uposażenia pozostaje rozwiązaniem czysto teoretycznym. Nieliczni – ci z doświadczeniem wojskowym – mają jeszcze jedną opcję nazywaną „wagnerowską”. Chodzi o podjęcie pracy w firmie znanej jako Grupa Wagnera. O ile jednak wcześniejsze metody gwarantują status jeńca wojennego, o tyle wagnerowcy – pracujący dla formacji nie będącej częścią rosyjskich sił zbrojnych – mają z tym kłopot. Najemnicy również są objęci gwarancjami prawnymi, ale… nie można być najemnikiem i jednocześnie walczyć w interesie i po stronie własnego kraju; to dwa wykluczające się statusy. Choć w GW nie brakuje przedstawicieli innych państw – czego przykładem były zastępca dowódcy białoruskiego lotnictwa gen. Alaksandr Kurau – miażdżąca większość wagnerowowców to Rosjanie. I jeśli nie są żołnierzami, nie mogą być najemnikami, to pozostaje im jedynie status… uzbrojonych bandytów.

Ukraińcy zaciekle zwalczają wagnerowców – i zwykle nie biorą jeńców – ale może się okazać, że pojmanym zechcą jednak urządzić pokazowy proces. A choćby i w ramach retorsji…

Ten wpis stanowi uzupełnienie artykuły pt.: „Najemnik”, który ukazał się na blogu 25 maja.

—–

Nz. gen. Igor Konaszenkow, „narrator równoległej rzeczywistości”/fot. MO FR

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to