Pozycje

Pierwsze doniesienia o poważnej koncentracji rosjan przy granicy z Ukrainą pochodzą z połowy listopada 2021 roku. Generał Kyryło Budanow, szef ukraińskiego wywiadu wojskowego, powiedział wówczas amerykańskiemu portalowi „Military Times”, że rosja planuje inwazję na początku 2022 roku. Wówczas wydawało się, że to kolejna z licznych katastroficznych zapowiedzi, składanych przez urzędników z Kijowa, niekoniecznie znajdujących pokrycie w faktach. Lecz niebawem w identycznym tonie zaczęli wypowiadać się przedstawiciele zachodnich rządów, z prezydentem Joe Bidenem na czele. Na dowód prezentując dane satelitarne, z których jasno wynikało, że coś się szykuje.

Pod koniec grudnia 2021 roku liczebność kontyngentu oszacowano na ponad 100 tys. (a wedle „Washington Post”, który powoływał się na źródła w CIA, mogło to być nawet 175 tys. wojskowych), lokalizując silne zgrupowania wojsk pancernych, artylerii, lotnictwa oraz – co wywołało szczególne zaniepokojenie – rozwinięte komponenty logistyczne. Gdy wiosną 2021 roku Kreml posłał nad granice z Ukrainą 100 tys. żołnierzy, towarzyszyła im mocno ograniczona logistyka, za mała do przeprowadzenia operacji zaczepnej. Kolejnym novum był charakter pierwszej części operacji – wiosenną koncentrację rosjanie przeprowadzili „na pokaz”, w świetle kamer i aparatów. Jesienią przerzut jednostek odbył się skrycie. Amerykanie zaobserwowali ruchy wojska w październiku, w listopadzie poinformowali o nich sojuszników i Ukraińców. Wówczas w miejscach dyslokacji stacjonowało już ponad 90 tys. rosyjskich żołnierzy.

Moskwa najpierw nabrała wody w usta, jak zwykle zapewniając, że chodzi tylko o ćwiczenia, i że rosja ma prawo przemieszczać wojska gdzie chce w obrębie federacji. Później Kreml zmienił narrację i ustami siergieja ławrowa, ministra spraw zagranicznych, wskazał Ukrainę jako winną eskalacji napięcia. „Kijów szykuje się do zintensyfikowania wojny na wschodzie kraju”, twierdził ławrow, sugerując, że Moskowa nie pozwoli skrzywdzić prorosyjskich separatystów.

Maski spadły pod koniec listopada 2021 roku, gdy głos zabrał sam putin. Z jego słów wynikało, że Kreml oczekuje wycofania się Zachodu ze współpracy militarnej i wsparcia politycznego dla Ukrainy. I że celem Kremla jest również stworzenie strefy buforowej na wschodniej flance NATO. Ów bufor – obejmujący kraje nadbałtyckie i Polskę – miałby być „wolny” od istotnych sił i systemów uzbrojenia Sojuszu.

Zachód nie zamierzał z rosją dyskutować o statusie NATO w Europie środkowo-wschodniej. Co zaś się tyczy Ukrainy: „Prezydent Joe Biden wyraził głębokie zaniepokojenie Stanów Zjednoczonych i europejskich sojuszników koncentracją rosyjskich sił wokół Ukrainy. Jasno przekazał, że USA i sojusznicy odpowiedzą silnymi sankcjami gospodarczymi oraz innymi środkami w przypadku militarnej eskalacji”. Tak brzmiał oficjalny komunikat Białego Domu z 7 grudnia 2021 roku, wydany po specjalnej telekonferencji z udziałem putina.

Kreml uznał, że Zachód blefuje – i resztę opowieści już znamy.

Ale historia mogła potoczyć się inaczej. Nie sądzę, by Waszyngton ugiął się pod presją Moskwy i pozwolił na przekształcenie wschodniej flanki w szarą strefę bezpieczeństwa. Po prawdzie, jestem przekonany, że nawet rosjanie nie mieli na to nadziei. Ich żądania z końca 2021 roku wpisywały się w strategię typową dla sowieckiej dyplomacji: „stawiaj poprzeczkę oczekiwań jak najwyżej – bezczelnie, impertynencko – niech będą nawet nierealistyczne, bo z im wyższego progu zaczniesz schodzić, tym więcej realnie ugrasz”. W tak zdefiniowanych warunkach rosja łaskawie zgodziłaby się nie kwestionować statusu Polski i krajów nadbałtyckich, w zamian za to, że Zachód definitywnie „odczepiłby się” od Ukrainy. Takie „deale” skutecznie robili sowieci, robiła je później rosja – czemu więc miałoby się nie udać?

Na marginesie – wywodząca się z sowieckiego korzenia ukraińska dyplomacja również stara się stosować strategię pozornych ustępstw; z różnymi efektami. Ale to temat na oddzielny tekst.

Wracając do sedna – Zachód nie odpuścił sobie Ukrainy, ale co by się wydarzyło, gdyby – „dla zachowania pokoju na kontynencie” – jednak uległ presji Moskwy? I jasno zapowiedział, że żadnego wsparcia dla walczącego kraju nie będzie? Rzekomo bezstronni realiści – których wysyp rejestruję już od dłuższego czasu – przekonują, że Ukraina musiałby wtedy dogadać się z rosją. Czyli bylibyśmy w punkcie, w jakim znajdujemy się obecnie, za to bez kilkuset tysięcy ofiar, które po drodze straciły życie.

Realpolitik, co? W dodatku przesiąknięty refleksją humanistyczną, bo przecież „ludzi szkoda”.

Ano szkoda, choć warto przy tej okazji zauważyć, że więcej niż połowę tych ofiar stanowią rosyjscy żołnierze. Których śmierć dla demokratycznego świata (zwłaszcza naszej jego części) wcale nie jest złą wiadomością. Przeciwnie – ale to szersza perspektywa, skupmy się na ukraińskiej.

No więc nie, nie bylibyśmy w takim samym punkcie bo:

Po pierwsze, wcale nie jest pewne, że zachodnie zainteresowanie sprawą ukraińską po dwóch latach pełnoskalowej wojny wygasa i że Kijów niebawem będzie osamotniony (a więc zmuszony się dogadywać). Nie będę się na ten temat rozwodził, myślę, że najbliższe tygodnie dadzą nam więcej jasności w tej kwestii.

Po drugie, Ukraina jest częściowo zdewastowana, poniosła ogromne ekonomiczne straty; dużo by o tym pisać, dość zauważyć. Tym niemniej jako państwo i społeczeństwo okrzepła. Ukraińcy przekonali się, że diabeł nie taki straszny, że moskali można pokonać, i że nie są w stanie zagrozić całemu państwu. Dobrze pamiętam klimat Ukrainy czasów porozumień mińskich (2014-2015), kiedy przekonany o własnej słabości Kijów akceptował urągające warunki. Dziś poczucie relatywnej siły daje Ukraińcom dużo lepszą pozycję negocjacyjną.

Po trzecie, pozycja negocjacyjna Moskwy jest teraz gorsza od tej z końca 2021 roku. Kreml rozbudowuje wojsko w oparciu o parytet ilości, ale to, co w armii rosyjskiej najwartościowsze, zginęło i poszło z dymem w Ukrainie. Koszmarne straty i niekompetencja przyniosły upadek geopolitycznego paradygmatu o sprawności rosyjskich sił zbrojnych. Przekonanie, że za rosją stoi „druga armia świata”, dekadami pozwalało Moskwie negocjować z pozycji dominującej. Obecnie wiemy już, że Kreml dysponuje armią w najlepszym razie z ostatnich pozycji pierwszej dziesiątki (oczywiście, mającą na wyposażeniu broń jądrową, ale ją – jako zmienną istotną – należałoby uwzględniać wyłącznie w rozważaniach o ewentualnej agresji na rosję; w innych scenariuszach ów „arsenał nie do ruszenia” nie ma znaczenia). Idźmy dalej, trudno wyobrazić sobie sytuację, w której Zachód zrezygnuje z kształtowania ram ewentualnych porozumień między Moskwą a Kijowem. Jest to o tyle istotne, gdyż znów wymaga uwzględnienia słabości rosji, która w ostatnich dwóch latach pozbyła się środków nacisku gospodarczego na kraje zachodniej wspólnoty. Mówiąc wprost, szantaż gaz-rurką już nie zadziała. Zadziałały za to sankcje, do których rosja jakoś się dostosowała – ale owo „jakoś” (reorientacja na Chiny) – siły rosyjskiej ekonomii nie buduje. Przeciwnie.

A zatem wcale nie jest tak, że „rosja może wszystko”, a Ukrainie pozostanie jedynie poddać się woli Moskwy. Pamiętajmy o tym, czytając coraz liczniejsze opracowania, pojawiające się przy okazji kolejnej rocznicy rosyjskiej agresji. W których często pojawia się ponura konstatacja, że „nie warto było walczyć”.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Ukraina jest częściowo zdewastowana, najbardziej na wschodzie. Tu w okolicach Chersonia/fot. własne

Grillowanie

Najpopularniejszy poniedziałkowy dowcip w Ukrainie brzmi tak: Wołodymyr Zełenski pojechał dziś w pierwszą po 24 lutego podróż zagraniczną – udał się do rosji. Ukraińcy drwią w ten sposób z Kremla i jego rojeń o „rosyjskim Chersoniu”, który istotnie, przed południem gościł ukraińską głowę państwa.

To nie pierwsza wizyta Zełenskiego w przyfrontowym mieście, w zasięgu rosyjskiej artylerii. Prezydent regularnie odwiedza walczące oddziały, przyjeżdża też do świeżo wyzwolonych miejscowości. O jego wyprawach dowiadujemy się post factum, z 2-3-godzinym opóźnieniem, co w żaden sposób nie umniejsza charakteru tych przedsięwzięć. Zwłaszcza że Zełenski nie chowa się po bunkrach – wędruje po otwartych przestrzeniach, spotyka się z ludźmi, bierze udział w oficjalnych uroczystościach. Wyobrażacie sobie putina w takich sytuacjach?

„Hetman ze sklejki” (фанерний гетьман) to określenie używane przez Ukraińców dla opisania przywódców o podłych przymiotach. Tchórzy czy – jak mawia polskie podwórko o tych, co to dużo mówią, a mało mogą – „cieniasów”. O małej odwadze putina świadczy nie tylko żenująca nieobecność pośród wojska na froncie (nawiasem mówiąc, podobny jest w tym do Stalina; najpewniej podziela tę samą paranoję/lęk, że „w takich okolicznościach to już na pewno mnie zabiją”). Dowodzi jej także sytuacja, z jaką mamy do czynienia na Bali, gdzie jutro odbędzie szczyt G-20. putin – z obawy przed publicznie wyrażonym ostracyzmem i serią dyplomatycznych upokorzeń (jak słynne przetrzymywanie go w poczekalni przez Irańczyków czy Turków) – na spotkanie przywódców największych państw nie pojechał. Posłał ławrowa, który perspektywą pariasa tak się przejął, że wizytę w Indonezji zaczął od pobytu w szpitalu (kłopotom sercowym szefa zaprzecza rosyjska dyplomacja).

Symboliczne są te (nie)dyspozycje kremlowskiej elity…

—–

Elity, która najwyraźniej musiała w ostatnim czasie omawiać scenariusze „działań nadzwyczajnych”. Skąd o tym wiemy? William J. Burns, dyrektor CIA, spotkał się dziś ze swoim rosyjskim odpowiednikiem – szefem wywiadu zagranicznego rosji siergiejem naryszkinem. Do spotkania doszło w Turcji, a w jego trakcie – jak wynika z komunikatu Białego Domu – Amerykanie ostrzegli rosję przed użyciem broni nuklearnej w Ukrainie.

Temat zszedł z agendy kilka tygodni temu, gdy Waszyngton dał Moskwie do zrozumienia, że odpalenie ładunku jądrowego poskutkuje zniszczeniem rosyjskiej floty czarnomorskiej i sił inwazyjnych w Ukrainie (bronią konwencjonalną). Kreml przestał wywijać szabelką, po prawdzie, publicznie nadal tego nie robi. Ale w zaciszu gabinetów musiało dojść do jakichś rozważań, na trop których wpadli Amerykanie. I stąd ich ponowione ostrzeżenie.

Przez ostatnie tygodnie sytuacja rosjan na froncie uległa znaczącemu pogorszeniu. Utrata Chersonia wywołała w rosji ogromny ferment; po „tej stronie” nie mamy nawet świadomości, jak wielki. Rośnie niezadowolenie z polityki putina, przy czym wyrażają je zarówno przeciwnicy wojny, jak i zwolennicy „zaostrzenia kursu”. Kreml jest pod presją, a widmo całkowitego ukraińskiego blamażu może rodzić niepokój. Jeśli Ukraińcy znowu coś wyzwolą, ulica tego putinowi nie podaruje – tak widzą sprawy kremliny. Jednocześnie mają świadomość, czym jest rosyjska armia i jakie ma ograniczenia. Wiedzą, że poza bronią jądrową nie ma w zasadzie żadnych atutów – stąd renesans pomysłów, aby jej użyć.

Twarda postawa Zachodu wybije je gamoniom z głowy.

—–

A propos wybijania. Jeszcze wczoraj pojawiły się doniesienia o brutalnym zamordowaniu rosjanina, Jewgienija Nużyna. Więźnia, skazanego na długoletnim pobyt w kolonii karnej za zabójstwo. Zwolnionego następnie na wniosek szefa grupy Wagnera, który wcielił „zeka” do swojej formacji. Nużyn dał nogę jak tylko znalazł się na froncie, w ukraińskiej niewoli nie przebywał jednak długo. W ramach wymiany jeńców wrócił do swoich, a ci – uznając go za zdrajcę – rozłupali mu głowę młotem kowalskim. Egzekucję nagrali i wrzucili do sieci jako ostrzeżenie dla innych potencjalnych zdrajców.

Brutalność, jako sposób na utrzymanie dyscypliny, to stara rosyjska metoda. Dość wspomnieć II wojnę światową, podczas której rozstrzelano 135 tys. żołnierzy armii czerwonej, w większości za dezercję. Dla porównania w Wehrmachcie w latach 1940-45 wykonano 11,7 tys. wyroków śmierci, a w US Army… 70, z których tylko jeden dotyczyły dezertera (reszta sprawców poniosła odpowiedzialność za morderstwa i gwałty). No i były to „czapy” legalne. Czy śmierć Nużyna zdyscyplinuje rosyjski personel wojskowy? Śmiem wątpić i rosjanie też winni mieć tego świadomość. Mimo bezprecedensowej brutalności organów ścigania, żołnierze armii sowieckiej do samego końca konfliktu masowo poddawali się Niemcom, a etniczni rosjanie stanowili najliczniejszy zaciąg w kolaboracyjnych oddziałach organizowanych przez hitlerowców. U swoich bywa gorzej niż u obcych, o czym często mówią rosyjscy jeńcy tej wojny…

—–

Jeńcy, których – to jedno z nielicznych rozczarowań z ostatniego czasu – nie przybyło za wielu po oczyszczeniu zachodniego brzegu Dniepru. Przyznam, iż spodziewałem się dotkliwszej porażki rosjan. I wkurza mnie, że jej ograniczony liczbowo wymiar daje paliwo rosyjskiej propagandzie.

(…) odwrót wojsk rosyjskich, dowodzonych przez generała Michała Tieplinksiego, odbył się niezwykle sprawnie (…). W ciągu 48 godzin zgrupowanie liczące ok. 25-30 tys. żołnierzy, 3-5 tys. jednostek sprzętu, trzema przeprawami przez rzekę szerokości kilometra, pod ogniem ukraińskiej artylerii, wyszło z minimalnymi stratami”, pisze mój ulubiony prorosyjski aktywista medialny.

Ruskim rzeczywiście udało się zwiać, ewakuowali też sporo sprzętu. Na finale zaś był to już popłoch, a nie sprawnie przeprowadzona operacja. Ale mogło być gorzej; lepiej, patrząc z ukraińskiej perspektywy.

Tym niemniej zacytowane dane mają się do prawdy jak pięść do nosa. Nie da się w tak krótkim czasie przerzucić takiej masy wojska i sprzętu trzema wąskimi gardłami. Ludzie przemaszerują, owszem, lecz ciężki sprzęt zbije się w długaśne kolumny. Weźmy czołgi, działa samobieżne czy wozy amunicyjne – gdyby ustawić je ciurkiem, zajmą wiele kilometrów, nawet przy rozpisaniu tego ruchu na kilkadziesiąt godzin. A przecież takie pojazdy nie mogą jechać zderzak w zderzak – szczególnie po uszkodzonym moście antonowskim, gdzie nośność konstrukcji mocno odbiegała od standardowej. Z amunicyjnym wsadem każdy z nich stanowił śmiertelne zagrożenie dla tych z tyłu i tych z przodu – w przypadku trafienia i niezachowania bezpiecznej odległości. 25 metrów dystansu już dla 100 wozów daje nam kolumnę o długości ponad 3 km (odległości między pojazdami plus sumaryczna długość wozów). A gdzie reszta? Tymczasem brakuje jakichkolwiek wiarygodnych informacji o długich rosyjskich kolumnach, zmierzających między 9 a 11 listopada z zachodniego na wschodni brzeg Dniepru. Ruch był, owszem – ale nie tak spektakularny.

Gdzie zatem podziało się tych 30 tys. żołnierzy, którzy rzeczywiście do niedawna stacjonowali na chersońskim przyczółku? W odpowiedzi na to pytanie kryje się wstydliwa prawda o rosyjskiej ewakuacji. To nie była dwudniowa operacja, a działania rozpisane na wiele dób. Prawdopodobnie rozpoczęte na początku października, gdy rosyjskie dowództwo zaczęło publicznie przebąkiwać o „trudnej sytuacji” na froncie chersońskim. O czym warto wspomnieć także w kontekście rzekomej swobody rosjan, którzy z własnej woli zdecydowali się wycofać. Otóż nie – zmusili ich do tego Ukraińcy, już wiele tygodni temu czyniąc zachodnio-dnieprzański przyczółek zdobyczą nie do utrzymania.

Teraz przyszedł czas, by zgrillować rosyjskie zaplecza na innych odcinkach frontu.

—–

Szanowni, przypominam, że z powodu banu na FB, do wtorku włącznie możecie mnie czytać na blogu, na Patronite, zajawki materiałów pojawią się też na moich kontach na Twitterze i Instagramie.

A jeśli chcecie mnie w pisaniu wesprzeć, będę szczerze zobowiązany. Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Nz. Prezydent Zełenski w Chersoniu/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

Przymus

Zimą Władimir Putin grał o wielką stawkę – chodziło mu nie tylko o zwasalizowanie Ukrainy, ale również o zmarginalizowanie roli NATO w Europie Środkowo-Wschodniej. Polska i kraje nadbałtyckie – wedle zamierzeń Kremla – miały stać się członkami Sojuszu drugiej kategorii, de facto wejść w szarą strefę bezpieczeństwa. Bez natowskich instalacji, bez obecności obcych wojsk, z mocno ograniczoną możliwością przeprowadzania sojuszniczych ćwiczeń. Taki pakiet „propozycji” – obok uznania Ukrainy za jej strefę wpływów – rzuciła na stół Moskwa. W zamian miało nie dojść do wojny – tej już wówczas przygotowanej, w Ukrainie – oraz tej w przyszłości, gdzie ewentualnym celem byłyby kraje dawnego bloku wschodniego. „Nowa architektura bezpieczeństwa Europy” – jak nazwano ów pomysł na Kremlu – spotkała się z przyjęciem, z jakim później zderzył się dowódca krążownika „Moskwa”, namawiający załogę Wężowej Wyspy do poddania się. To przede wszystkim Joe Biden – ostoja zachodniej jedności – posłał Putina do diabła. Waszyngton wrzucił NATO na wyższy bieg, do Europy przyjechali kolejni amerykańscy żołnierze, to wówczas też wąski dotąd strumień dostaw sprzętu wojskowego dla Ukrainy znacząco się poszerzył. Jestem pewien, że z perspektywy czasu będziemy postrzegali te wydarzenia jako początek końca Putina.

Już dziś widać, że ten przerżnął niemal wszystko, co tylko mógł przerżnąć. Sporo o tym pisałem, więc nie będę się powtarzał. Na potrzeby tego tekstu wspomnę tylko, że putinowska próba ograniczenia wpływów NATO w Europie skończyła się tym, że Rosji przybędzie 1300 kilometrów granicy z Sojuszem. A że wraz z Finlandią do Sojuszu wejdzie także Szwecja, Bałtyk stanie się „natowskim jeziorem”. Oczywiście, jak tylko pojawiły się pierwsze doniesienia o planach Helsinek i Sztokholmu, Ławrow i jego banda usiłowali zastraszać oba kraje. Tyle że dziś rosyjskie groźby są bardziej żałosne niż straszne, więc ani Szwedzi, ani tym bardziej Finowie się nie ulękli (ci drudzy za to chętnie przypomnieli Rosjanom, jak skończyła się dla nich „wycieczka” na fińskie ziemie w 1939 roku). Występujący po tym wszystkim Putin, mówiący, że samo członkostwo Szwecji i Finlandii nie stanowi dla Rosji zagrożenia, był już tylko dopełnieniem obrazu niemocy Moskwy. Główny lokator Kremla pewnie inaczej by się zachował, gdyby jego armia – to, co w niej najlepsze i najcenniejsze – nie krwawiła teraz w Ukrainie. Poniżone, przetrzebione i obdarte z mitu wysokiej skuteczności i nowoczesności wojsko nie jest argumentem, z którym można wchodzić do przedstawicieli zachodniej wspólnoty – nawet jeśli ci dopiero aspirują, a nie są już w NATO. To musiała być dla „Wowy” naprawdę gorzka piguła.

Dziś jedyną jego deską ratunku „na odcinku fińsko-szwedzkim” pozostaje turecki prezydent Recep Erdogan – wieszczą niektórzy komentatorzy (chorwacka głowa państwa, o której także wspomina się w tym kontekście, nie ma nic do powiedzenia; w Chorwacji realną władzę sprawują rząd i parlament). Bo aby wstąpić do NATO, potrzebna jest zgoda wszystkich członków Sojuszu – a Turcja ma za złe Szwecji i Finlandii, że stały się azylem dla kurdyjskich partyzantów i opozycjonistów. „Nie!” Ankary jest przez nią otwarcie artykułowane, stając się nie tylko nadzieją dla Putina, ale i pożywką dla wspomnianych pesymistów. Czy słusznie? No chyba nie…

W Polsce mamy z Turkami w NATO złe doświadczenia.

– Rok temu Turcja odmówiła ratyfikowania planów operacyjnych dla Polski – mówił mi latem minionego roku gen. Mieczysław Gocuł, były szef sztabu generalnego Wojska Polskiego. Rozmawialiśmy o polskich zakupach tureckiego uzbrojenia; generałowi nie podobał się ten pomysł. Zwróciłem uwagę, że z planami zawsze był kłopot, bo ich podpisanie to zarazem deklaracja pomocy, z której potem trzeba by się wycofywać przed kamerami, czego żaden rząd nie lubi.

– Ale nikt nigdy nie odmówił ich podpisania. Nawet jeżeli któryś kraj był niechętny, wyrażano to w ramach wewnętrznej debaty. Turcja tymczasem ogłosiła wszem wobec: „Polacy, bujajcie się”. A my idziemy do nich kupować uzbrojenie – oceniał z przyganą generał.

Sprawę planów operacyjnych ostatecznie przepchnięto (kiedyś napiszę o tym więcej), choć skandaliczne wielomiesięczne targi z Ankarą oznaczały dla Polski ryzykowny stan zawieszenia (nawet najlepsze wojsko nie może działać bez planu…).

Było-minęło. Turcja znów staje okoniem i znów ulegnie. Pomijam zapowiadane już zabiegi sekretarza generalnego NATO, pomijam przyszłe misje innych natowskich polityków, którzy będą podróżować do tureckiej stolicy – najważniejszą robotę znów wykona administracja Joe Bidena. Bo to USA ma w tej grze „najlepsze karty”. Aby to wyjaśnić, cofnijmy się do nieodległej przeszłości.

Kiedy wiosną 2019 roku Amerykanie ogłosili, że nie sprzedadzą Turcji najnowszych samolotów wielozadaniowych F-35, Recep Erdogan nie krył złości. Jego kraj dysponuje drugą co do wielkości armią NATO i stanowi najbardziej wysuniętą na wschód rubież Sojuszu. Ów status przez dekady gwarantował Ankarze transfer zachodnich technologii wojskowych, za sprawą których Turcja urosła do rangi regionalnej potęgi. Co więcej, Turcy nie byli zwyczajnym kupcem – jeszcze w 2002 roku włączyli się w program budowy myśliwców, wydając na ten cel kilka miliardów dolarów. W pierwszej turze złożyli zamówienie na 30 maszyn, ale docelowo planowali pozyskać ponad setkę F-35. Dlaczego ostatecznie zostali z niczym? Turecki rząd postanowił wyposażyć armię w rosyjskie zestawy obrony powietrznej S-400 Triumf, wcześniej odrzucając ofertę droższych, amerykańskich Patriotów. Tymczasem w ocenie Amerykanów, wdrożenie do służby rosyjskich systemów przy jednoczesnej eksploatacji „efów”, oznaczałoby ryzyko ujawnienia wielu technicznych sekretów samolotów (np. ich sygnatur radarowych). „Przekazanie Turkom gotowych F-35 stworzy zagrożenie dla bezpieczeństwa całego NATO”, zgodnie wnioskowali republikanie i demokraci. Donald Trump podpisał stosowny dekret.

Turcy nie byli gotowi na utratę F-35, nie docenili determinacji Amerykanów i przeszarżowali. Tymczasem w regionie rozkręcił się lotniczy wyścig zbrojeń. Najsilniejszy rywal, Izrael, planuje pozyskać 75 F-35 – no i już dziś ma bojowe doświadczenie w ich użytkowaniu. Jednocześnie nabywa za oceanem kolejne F-15 w najnowszej wersji. Egipt postawił na francuskie Rafale, podobnie jak Grecja, która jednocześnie modernizuje część posiadanej floty F-16, oraz – co Ankarę niepokoi szczególnie – zapowiedziała pozyskanie F-35. „Zimny” turecko-grecki konflikt ciągnie się już od dawna i nie wygasiło go nawet wspólne członkostwo w NATO. Świadom animozji Waszyngton przez dekady starał się wpływać na oba kraje poprzez równoważenie ich potencjałów. Jeśli jakiś nowoczesny system uzbrojenia trafiał do Grecji, zaraz potem otrzymywała go Turcja – i na odwrót. Ponieważ Amerykanie przychylnie patrzą na greckie plany dotyczące F-35, mogłoby się okazać, że już za kilka lat, po raz pierwszy w historii NATO, będziemy mieli do czynienia z sytuacją, kiedy w polu turecko-greckich zmagań pojawi się prawdziwy game changer, dający Grekom niewątpliwą przewagę.

Byłaby ona tym większa, że arsenał lotniczy Turcji wymaga pilnych modernizacji. Na papierze nie jest źle – podstawę Türk Hava Kuvvetleri (Tureckich Sił Powietrznych) stanowi aż 245 samolotów F-16. Jednak większość z nich ma już swoje lata (najmłodsze, to odpowiedniki naszych Jastrzębi). I właśnie z tego powodu jeszcze w październiku u.br. władze w Ankarze wysłały do Waszyngtonu zapytanie ofertowe RFP (ang. Request For Proposals) w sprawie możliwości zakupu 40 fabrycznie nowych F-16 i pakietów modernizacyjnych dla 80 posiadanych przez Turcję samolotów. Zapłatę miałyby stanowić środki zainwestowane przez Ankarę w program F-35. Tym sposobem Turcy chcieliby utrzymać względnie wysoki poziom własnych sił powietrznych do czasu wejścia do służby maszyny oznaczonej jako TF-X. Za tą nazwą kryje się wielozadaniowy myśliwiec V generacji, będący wytworem tureckiego przemysłu. W tej chwili jednak trudno ocenić, kiedy prace konstrukcyjne zmienią się w fazę seryjnej produkcji. I czy w ogóle coś sensownego z tego wyjdzie.

Alternatywą dla kupna i modernizacji „szesnastek” jeszcze do niedawna mogła się wydawać dalsza „rusyfikacja” tureckiego arsenału. Władimir Putin jeszcze w 2019 roku zaproponował Erdoganowi nabycie rosyjskich Su-35 i Su-57. Te ostatnie, przynajmniej teoretycznie, stanowią odpowiednik amerykańskich F-35. Ale właśnie, słowo-klucz: teoretycznie. Wojna w Ukrainie obnażyła masę słabości rosyjskiego uzbrojenia, nawet tego z „wyższej półki”. Wiadomo już, że ustępuje ono zachodnim odpowiednikom, a co gorsza, owa przepaść będzie się pogłębiać na skutek sankcji. Rosjanie – o czym pisałem tu wielokrotnie – w swoim najlepszym uzbrojeniu implementowali na potęgę zachodnią elektronikę. Własnej, odpowiedniej klasy, nie są w stanie wyprodukować. Brak dostępu do importowanych podzespołów właściwie zamyka sprawę możliwości eksportowych Rosji. A same „skorupy” nie będą Turkom potrzebne.

To zresztą stawia w ciekawym świetle przyszłość kupionych przez Turcję S-400. Ankara nabyła w sumie cztery baterie Triumfów. To symboliczny potencjał, a bez możliwości jego powiększenia, na dłuższą metę nieprzydatny. Przydałby się za to w Ukrainie, gdzie zestawy obrony powietrznej z rodziny S, od dawna są w użytku. Turcję i Ukrainę wiążą dziś bliskie wojskowe relacje, których symbolem (i istotą) są słynne drony Bayraktar. Nie da się zatem wykluczyć, że stanowiące niegdyś kość niezgodny między Waszyngtonem a Ankarą S-400 trafią na ukraiński front.

Niezależnie od tego, modernizacyjny przymus, przed jakim stoi Turcja, daje Amerykanom wspomniane „dobre karty”. Nie podejmę się oceny, czy wystarczy, żeby Waszyngton „dał” Turkom „efy szesnaste” wraz z pakietami modernizacyjnymi, czy też niezbędne okaże się przywrócenie Turcji do programu F-35 (ta druga opcja stanie się bardziej prawdopodobna, jeśli armia turecka pozbędzie się S-400). Tak czy inaczej, Erdogan Szwecji i Finlandii nie zatrzyma – za bardzo potrzebuje nowoczesnych samolotów.

PS. Amerykańskie obawy dotyczące utraty tajemnic „efów” były formułowane na wyrost bądź pod polityczne zamówienie, służąc jako pretekst do strofowania Ankary. – S-400 nie wymyślono dla skrytego pozyskiwania informacji – mówił mi kilka miesięcy temu Dawid Kamizela, ekspert od spraw wojskowych. – Traktowanie tych zestawów jako swoistego konia trojańskiego jest nieporozumieniem. Zagrożenie mogliby stanowić rosyjscy instruktorzy, obecni przy próbach przechwycenia samolotu czy jakiejś konfiguracji na linii F-35-Triumf. Ale neutralizacją takich zagrożeń z powodzeniem mógłby się zająć turecki kontrwywiad.

—–

Nz. Resztki rosyjskiego sprzętu wojskowego, oglądane przez ukraińskich żołnierzy. Krwawiąca w Ukrainie armia Putina, czyni pogróżki rosyjskiego prezydenta żałosnymi/fot. Генеральний штаб ЗСУ

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to