Wyścig

Lend-Lease klepnięty – Joe Biden podpisał dziś dokument, który znacząco ułatwi proces dostaw uzbrojenia dla Ukrainy. W dużym uproszczeniu to reanimowana ustawa z czasów II wojny światowej, a więc prezydencki podpis złożony w sowieckie święto pabiedy ma dodatkowy symboliczny wymiar.

Ale nie symbole są tu najważniejsze, a realne działania. Nie martwi mnie czas potrzebny na implementację zachodniego uzbrojenia – Ukraińcy udowadniają, że szybko się uczą. Nie boję się też scenariusza, w którym gwałtownie ustanie amerykańska pomoc – Waszyngton ma jasny cel – pokonanie Rosji i ocalenie Ukrainy – co do którego za oceanem panuje pełen konsensusu.

Martwię się o wyniki wyścigu, w którym konkurować będzie amerykańska logistyka z rosyjskim pancerno-artyleryjskim walcem. Fakt, że ten drugi ledwie się toczy, nie musi oznaczać, że na końcu okaże się wolniejszy. Zatem – go America, go! Pokaż wolnemu światu, że zasługujesz na miano lidera.

Fot. Ukrainian Memes Forces

Postaw mi kawę na buycoffee.to

(Nie)moc

To chyba pierwszy raz w historii, kiedy pogoda pokrzyżowała sowietom i ich pogrobowcom paradne szyki. Mieliśmy obejrzeć dziś także lotniczą odsłonę defilady z okazji dnia zwycięstwa – a nie obejrzeliśmy, bo chmury, co łaskawie wyjaśnił Dmitrij Pieskow. W czasach radzieckich takich przeszkód nie uznawano. Kłębiło się nad Moskwą? Sru, specjalne samoloty oczyszczały niebo. Po prawdzie, działo się to głównie przy okazji pochodów pierwszomajowych. Dziś wydaje nam się, że uroczyste przemarsze 9 maja to stara tradycja, tymczasem za sowietów doszło do nich tylko trzy razy (w 1965, 1985 i 1990 roku). Standardem stały się dopiero w putinowskiej Rosji. Ale mniejsza o to – dziś śmigłowców i samolotów nie zobaczyliśmy. I choć pogoda rzeczywiście była „taka se”, to prawdziwym powodem – mówią dobrze poinformowani – była awaria prezydenckiego Iła-80. Nazywanego „samolotem dnia sądu ostatecznego”, z jego pokładu bowiem Putin mógłby dowodzić armią w razie konfliktu atomowego. Iła zaplanowano do udziału w paradzie – miał ją poprowadzić po raz pierwszy od 12 lat. Sygnał byłby czytelny i wpisujący się w narrację kremlowskiej propagandy z ostatnich tygodni: „jesteśmy mocarstwem jądrowym, możemy zniszczyć świat”. I co? I jajco. Po chełpliwych zapowiedziach nieobecność maszyny byłaby symboliczną porażką, kolejnym dowodem na technologiczną słabość i niewydolność rosyjskiego niedźwiedzia. Lepiej więc było skryć się za chmurą.

Nie lekceważę rosyjskiego arsenału jądrowego. Uważałem i nadal uważam, że istnieje ryzyko jego użycia w Ukrainie. Wydaje mi się niemal pewne, że gdyby Ukraińcy zniszczyli most krymski, odpowiedzią Moskwy byłaby bomba A zrzucona na któreś z ukraińskich miast. Putin i jego ludzie przełknęli już w tej wojnie masę gorzkich pigułek; w którymś momencie mogłoby im się ulać. Strategia ukraińskiej armii winna zatem sprowadzać się do mozolnych działań (mających za cel zatrzymanie i wyparcie przeciwnika), nie zaś do efektownych fajerwerków. Ukraińskie zwycięstwo musi być rozłożone w czasie, przybrać postać „gotowania żaby”. Tym sposobem uda się zneutralizować zagrożenie jądrowe. Pouczające przykłady płyną z przeszłości. Wbrew opiniom – szczególnie popularnym w Niemczech, pośród tamtejszej lewicy – że nie sposób pokonać atomowego mocarstwa, takie sytuacje miały już miejsce. Wielka Ameryka zwiała z Wietnamu z podkulonym ogonem, sowietów położyli na łopatki afgańscy mudżahedini. W natowską interwencję w Afganistanie zaangażowane były aż trzy jądrowe potęgi. W każdym z tych przypadków silniejsi przegrywali p o w o l i. Stopniowo redukowali swoje cele strategiczne, aż na końcu stało się nim w miarę bezpieczne wycofanie, nic więcej. W Wietnamie – gdzie opcja jądrowa leżała już na stole – owe redukcje w sposób naturalny eliminowały zasadność użycia „atomówek”. Odpalenie głowicy miało „sens”, gdy Północ walczyła nieustępliwe, ale i Południe nie dawało za wygraną. Później nie było już czego „ratować”.

Kondycja rosyjskiego arsenału jądrowego jest zapewne taka sama, jak całej armii (i państwa). Posklecane toto sznurkiem od snopowiązałki, częściowo niesprawne, bo przestarzałe, źle wykonane i pozbawione ukradzionych podzespołów. Ale w swej masie wciąż niebezpieczne, bo wystarczy, że niewielki odsetek uda się odpalić, zrzucić, doprowadzić na(d) cel (czy w jego okolicę; w przypadku ładunków jądrowych celność nie jest tak istotna, siła rażenia kompensuje rozrzut). W kontekście Ukrainy rozważania, czy 50 procent z 7 tysięcy rosyjskich głowic nadaje się do użycia, czy „tylko” 10, nie mają najmniejszego sensu. Już jeden ładunek wyrządzi poważne szkody, kilka oznacza koszmarną katastrofę w skali całego kraju. Wiedzą o tym władze Ukrainy i mimo ogromnego sukcesu (skutecznego odporu rosyjskiej inwazji), całą swą komunikację opierają o ostrożną i rozważną strategię, w której nie ma miejsca na buńczuczne postawy. Wie też Kreml i rosyjska generalicja, prezentując postawę osoby o skłonnościach samobójczych, wiedzionej jednak pragnieniem dalszego istnienia. Taki ktoś traktuje zamach na własne życie jako ostateczność, coś, co może się wydarzyć i w razie niepowodzeń „jest jakimś wyjściem”, ale czego lepiej uniknąć, bo przecież „może być lepiej”, albo „wcale nie jest tak źle”. Moskwa wie, że ryzyko eskalacji konfliktu po użyciu broni A jest duże. Że nie trzeba, by Zachód odpowiadał tym samym – że dla pokonania Rosji wystarczy na przykład zniszczenie jej armii w Ukrainie, co sprowokowane NATO zrobiłoby „miękkim palcem”.

Z tej wojny nie będzie światowej hekatomby, jeśli Putinowi i spółce nie przepalą się gwałtownie bezpieczniki – tyle tytułem podsumowania tego wywodu. Ale nie będzie też ukraińskiego zwycięstwa, jeśli Zachód nie zwiększy zakresu pomocy. Na załączonym zdjęciu widzicie opatrunki wydane żołnierzom sił zbrojnych Ukrainy. Spójrzcie na daty… Szczęśliwie, właścicieli apteczek z taką zawartością poratowali polscy wolontariusze – chłopcy dostali nowoczesne izraelskie pakiety medyczne. Lecz Ukraińcy w wielu obszarach gonią resztkami. Zaczyna brakować paliwa, amunicji, broni i mundurowych sortów. Na front docierają jednostki składające się rezerwistów, którym brakuje wyszkolenia. Rosjanie coraz skuteczniej niszczą infrastrukturę drogową i kolejową w Donbasie. Obrona się nie sypie, zaś lokalnie Ukraińcy są w stanie kontratakować, ale to nie zmieni faktu, że wojna weszła w bardzo niebezpieczną fazę. Obie strony w nią weszły. Wyczerpane dotychczasowymi zmaganiami, balansują na krawędzi wytrzymałości, ratując się półśrodkami (Rosjanie także uzupełniają straty niedoszkolonym, niedoświadczonym wojskiem). Ktoś wkrótce pęknie i jeśli zależy nam, by nie byli to Ukraińcy, powinniśmy nie tylko słać więcej i szybciej. NATO powinno też wesprzeć ukraińskie tyły. Remontujemy już uszkodzony sprzęt, czas „remontować” poturbowane oddziały. Poligonów do szkoleń w Polsce nie brakuje, doświadczonej kadry, która pracowała z Ukraińcami (Amerykanów, Brytyjczyków, Niemców, Polaków), też nie. Ukraińska armia potrzebuje jakości, którą prezentowały jednostki wystawione do boju 24 lutego. Natowski trening był jedną ze składowych tej jakości.

Fot. Dariusz Prosiński

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Warto?

Ukraińcy po raz pierwszy od wielu dni podali informację na temat własnych strat. Uczynił to sam prezydent Załenski, w wywiadzie udzielonym CNN. „Zginęło trzy tysiące naszych żołnierzy”, przyznaje głowa ukraińskiego państwa. Aż 10 tys. wojskowych zostało rannych, wielu ciężko, więc – jak mówi prezydent – „trudno powiedzieć, ilu z nich przeżyje”. Władze kraju nie są w stanie podać dokładnej liczby ofiar wśród ludności cywilnej. „Nie wiemy, ile osób poniosło śmierć na obszarach zajętych przez okupanta”, przyznaje Wołodymyr Załenski, wymieniając nazwy takich miejscowości jak Chersoń, Berdiańsk, Mariupol czy Wołnowacha. Z innych rozproszonych źródeł wyłania się dramatyczny obraz, zgodnie z którym do tej pory mogło zginąć od 30 do 50 tys. cywilnych Ukraińców (w samym Mariupolu co najmniej 20 tys.).

Ale Rosjanie również ponoszą straty – te osobowe przekroczyły już pułap 20 tys. (z których 12 tys. to polegli, reszta: ranni i wzięci do niewoli). Wojska najeźdźcze są wyraźnie osłabione, także z uwagi na gigantyczne ilości utraconego sprzętu. Szukając jakiegoś efektownego porównania, szybko doszedłem do wniosku, że w ciągu 50 dni inwazji Rosjanie wytracili tyle wyposażenia, ile posiada całe Wojsko Polskie (plus/minus rzecz jasna). Spora cena, jak za zyski terytorialne wielkości dwóch naszych województw.

I właśnie te straty – oraz widmo kolejnych – odpowiadają za wyraźne spowolnienie rosyjskich działań. Agresor się przyczaił, zbiera siły, ale wcale nie jest przesądzone, że będzie w stanie mocno uderzyć. Wywiady amerykański i ukraiński, powołując się na źródła w rosyjskiej armii, podają, że Rosjanie spodziewają się kolejnych 10 tys. zabitych żołnierzy oraz 30 do 50 tysięcy rannych w trakcie bitwy o Donbas – tylko w ciągu pierwszego miesiąca (w założeniu, ma on być rozstrzygający). Co do techniki, straty w przyszłej bitwie szacowane są na co najmniej dwa tysiące jednostek sprzętu w ciągu czterech tygodni aktywnych działań bojowych. Wśród nich wymienia się około 300 czołgów, co najmniej tysiąc bojowych wozów piechoty, 500 ciężarówek i do 200 sztuk różnego rodzaju artylerii. Rosyjskie lotnictwo może stracić nawet 50 samolotów i setkę śmigłowców. Ale nie to najbardziej martwi dowódców, a brak pewności, czy uda się utrzymać zdobyte w tak trudnych okolicznościach tereny. I nie chodzi tylko o resztę Donbasu – która byłaby celem ofensywy – ale przede wszystkim tereny już okupowane, zajęte po 24 lutego, głównie obwód chersoński. Mówiąc wprost, Rosjanom najwyraźniej brakuje sił do jednoczesnego uderzenia i takiego nasycenia zajętych terenów własnymi jednostkami, by nie wpadły na powrót w ręce Ukraińców.

Na końcu jak zawsze jest twarda kalkulacja, a z tej wynika, że suma dotychczasowych i przyszłych strat sprawi, iż Rosja pozbędzie się… połowy swojego parku czołgów (chodzi o maszyny zmodernizowane i utrzymywane w stanie gotowości; stojący pod chmurką, rzekomo głęboko zakonserwowany szmelc nie liczy się w tym zestawieniu). A ponieważ możliwości rosyjskiej zbrojeniówki zostały na skutek sankcji mocno ograniczone (w zasadzie nie ma już mowy, „do odwołania”, o produkcji nowych czołgów), w głowach tamtejszych generałów coraz częściej gości myśl „czy warto?”.

Władimir Putin pewnie takich dylematów nie ma. Dla niego, zwłaszcza po utracie „Moskwy”, sprawa nabiera bardziej osobistego wymiaru. Putin upodobał sobie ów krążownik. Ponoć widział w nim emanację własnej osoby – niemłodej już, ale silnej postaci, zdolnej do hurtowego zastraszania „mniejszych zawodników”. Okręt zaś jak na złość spoczął na dnie, o czym rosyjskie media donosiły w tonie przerażenia i niedowierzania. „To wymaga zemsty!”, nawołują macherzy kremlowskiej propagandy. Żaden przy tym nie pochyla się nad losem załogi krążownika – mając ją gdzieś, bądź przyjmując za dobrą monetę zapewnienia dowództwa marynarki, że personel „Moskwy” został niemal w komplecie ewakuowany. Tymczasem rodziny marynarzy od trzech dni nie mają z nimi kontaktu. Przypomina Wam to coś? Bo ja wracam wspomnieniami do gorącego lata 2000 roku, gdy na dnie morza spoczął okręt podwodny „Kursk”, ówczesna duma rosyjskiej marynarki. Spoczął i choć część załogi można było uratować, Rosjanie nie zdecydowali się na odpowiednio szybkie przyjęcie zachodniej pomocy – a sami wydobyć żywych ludzi z wraku nie byli w stanie. Świadomość własnej niemocy nie stanęła na przeszkodzie, by przez kilka dób zwodzić żony i matki podwodniaków. Zapewniać je, że admiralicja robi wszystko, by wyciągnąć „naszych chłopców” na powierzchnię. Coś tam zrobiła, a potem uznała, że się nie da, i że prestiż Rosji, który ucierpiałby na skutek prośby o międzynarodową pomoc, jest ważniejszy niż życie marynarzy. Pamiętam relacje telewizyjne przedstawiające wyjące na spotkaniach z admirałami matki. Mój boże, jakie to było straszne…

Dziś znów duma Rosji ucierpiała. Ktoś uznał, że publicznej zniewagi byłoby za dużo, gdyby ujawnić, że większość załogi podzieliła los okrętu. Sączą więc władze informacje, a bliscy marynarzy żyją w niepewności. 22 lata temu decyzję w sprawie okłamywania marynarskich rodzin podjął Władimir Putin; takie były początki jego możnowładczej kariery. Dziś tylko on ma w Rosji tyle władzy, by w sprawie „Moskwy” decydować o tym, co ludziom mówić, a czego nie. Obyśmy mieli tu do czynienia z symboliczną klamrą, która zepnie dwa morskie dramaty wspólnym motywem kłamstwa, wyznaczając początek i koniec putinizmu.

I skoro o końcu mowa – dziś w Petersburgu pochowano gen. Władimira Florowa, zastępcę dowódcy 8 Armii. To ósmy rosyjski generał poległy w Ukrainie…

Nz. Mariupol po półtoramiesięcznym rosyjskim oblężeniu/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Poligon…

…Ukraina. Wojna na wschodzie to okazja do wielu testów.

Wojna w Ukrainie to pierwszy od niemal 80 lat tak intensywny konflikt zbrojny w Europie. Naprzeciw siebie stanęły dwie regularne armie, wyposażone w potężne arsenały konwencjonalnych środków walki. Rosjanie i Ukraińcy mierzą się przede wszystkim na lądzie, ale wojna toczy się również w powietrzu i, w mniej spektakularnej skali, na morzu. Polem ostrej wymiany ciosów jest także przestrzeń informacyjna oraz środowisko cybernetyczne. Jest to zatem konflikt totalny, do którego obie strony delegowały pół miliona żołnierzy – a mowa tu wyłącznie o „tradycyjnych”, kinetycznych zmaganiach. Który swym zasięgiem obejmuje całość Ukrainy – pod względem wielkości będącej piątym krajem na kontynencie – i symboliczne skrawki Rosji. I który wreszcie rozlał się we wszystkie strony świata – w jego cyfrowym wymiarze oraz dosłownie, w postaci rzeki uchodźców docierających nawet za ocean.

Dotąd tylko w byłej Jugosławii, pod koniec XX w., walczyły ze sobą regularne wojska, z których część przeszła drogę od ochotniczych milicji po państwowe armie. Później nastał Donbas, gdzie po raz pierwszy starli się Ukraińcy z Rosjanami, ale tych drugich oficjalnie tam nie było. Kreml przekonywał nas bowiem, że mamy do czynienia z secesjonistami (słynnymi już „traktorzystami, górnikami i hutnikami”…). No i ta wojna miała samoograniczający się charakter, gdyż obie strony – choć używały broni ciężkiej – szybko zrezygnowały z działań lotniczych. I bałkańskie, i donbaskie zmagania cechowały się okresowo wysoką intensywnością, głównie jednak miały charakter „tlącej się wojny”, no i rozgrywały się na niewielkich obszarach. W przypadku Ukrainy dotyczyło to 7% terytorium, w dawnej Jugosławii większość walk toczyła się w maleńkiej Bośni. Sprzyjało to „zapominaniu” o konflikcie, nie tylko przez „resztę świata”. Gdy w Krajinie w 1995 r. grzmiały działa, w Zagrzebiu dyskoteki pękały w szwach. W 2015 r. we Lwowie widziałem sporo mundurowych i mnóstwo rekrutacyjnych bilbordów, cztery lata później życie w mieście przebiegało tak, jakby kraj nie był na wojnie.

Teraz jest inaczej i nawet na odległy od frontu Lwów spadają rakiety, a w metropolii kilka razy dziennie rozlegają się syreny alarmowe. Przez miasto i pod miastem co rusz przejeżdżają wojskowe konwoje, z których część wiezie dostarczane do Ukrainy zagraniczne uzbrojenie. O ile Donbas został przez Zachód w dużej mierze zignorowany, o tyle inwazja, która zaczęła się 24 lutego, zmobilizowała zachodnich przywódców do intensywnych działań. Wbrew temu, co zwykło się mówić, nie jest to sytuacja bez precedensu w powojennej historii Europy. Właśnie w byłej Jugosławii Zachód testował wszystkie możliwe strategie reakcji na kryzys – od obojętności, przez skrytą pomoc, po zaangażowanie militarne. To ostatnie także ewoluowało – od wymuszenia strefy wolnej od lotów nad Bośnią, po klasyczną operację wojskową skierowaną przeciw Serbii w 1999 r. Wspominam o tym, gdyż ważne jest, byśmy mieli świadomość istnienia innych aktorów niż Rosja i Ukraina. Konflikt „za miedzą” należy traktować jako starcie wielu podmiotów (III wojnę światową?), tak jak wiele jest płaszczyzn, na których się toczy. Na potrzeby tekstu podzieliłem je na trzy „poligony”. Podział ten jest oczywiście umowny, choćby dlatego, że wszystkie kategorie wzajemnie się przenikają.

Poligon strategiczno-operacyjny

Władimirowi Putinowi zamarzyła się wojna na miarę XXI w. W stylu znanym z amerykańskiej kultury strategicznej, gdzie szybkość łączy się z obezwładniającym charakterem pierwszych uderzeń. Minister obrony Siergiej Szojgu, który kilkanaście lat wcześniej otrzymał zadanie zmodernizowania wojska, zapewne zameldował prezydentowi, że armia „da radę”. Najpierw przeprowadzono atak przy użyciu pocisków manewrujących i rakiet balistycznych. Za cel obrano punkty dowodzenia, stanowiska obrony przeciwlotniczej, lotniska, składy materiałowe i inne krytyczne elementy ukraińskiej infrastruktury militarnej. Rakiety i bomby zrzuciły również samoloty, które jeszcze nie zdołały wrócić do baz, gdy do akcji wkroczyły oddziały lądowe. To było pierwsze odstępstwo od zasad nowoczesnej wojny, która przewiduje, że wstępna kampania lotnicza to operacja rozpisana na wiele dni. Wszystko po to, aby odpowiednio „zmiękczyć” obronę przeciwnika. Ta ukraińska została ledwie draśnięta, o czym Rosjanie szybko przekonali się na własnej skórze. Pancerne i zmechanizowane kolumny wjechały do Ukrainy z pięciu kierunków, rozpoczynając działania, które w terminologii wojskowej określa się mianem „rajdów”. Czołówki gnały przed siebie, kierując się do wyznaczonych miast-celów. Niczego po drodze nie zajmowano, nigdzie nie zostawiano tyłowych formacji. O ile ów wyścig można wytłumaczyć, o tyle podzielenie relatywnie małych sił (cały inwazyjny kontyngent – 200 tys. ludzi – to dwie trzecie armii ukraińskiej), okazało się kolejnym błędem rosyjskich generałów. Ukraińcy bowiem z brutalną skutecznością zaatakowali rozproszone kolumny i niechronione tyły.

O czym pewnie byśmy nie wiedzieli, gdyby akcja sił powietrznodesantowych (WDW) pod Kijowem zakończyła się sukcesem. Śmigłowcowy rajd na Hostomel w wykonaniu batalionu spadochroniarzy miał pozwolić na zajęcie lotniska, gdzie następnie wylądowałyby samoloty z zasadniczą częścią desantu. Lekkozbrojna, mobilna piechota – elita rosyjskiej armii – ruszyłaby na stolicę z zamiarem zajęcia rządowych budynków i pochwycenia ukraińskich przywódców. Po takiej „dekapitacji” – zakładali rosyjscy sztabowcy – opór Ukraińców zostałby zdławiony w zarodku. Tyle że operację przeprowadzono bez należytego rozpoznania. W efekcie żołnierze WDW wpadli w zasadzkę i w ciągu kilkunastu godzin zostali zdziesiątkowani.

Podobny los spotkał oddziały pancerne i zmechanizowane dążące do szybkiego zajęcia Charkowa. Ukraińska obrona spaliła rosyjskie czołgi na podejściu do miasta. Do centrum wdarły się jedynie lżejsze pojazdy, lecz i to na niewiele się zdało. Zdjęcia płonących tigrów – dumy rosyjskiego przemysłu motoryzacyjnego – wkrótce obiegły cały świat.

Już w trzecim dniu inwazji jasne było, że zaimplementowana na grunt rosyjski strategia wojny błyskawicznej się nie sprawdza. A ukraiński opór tężeje. Wkrótce agresorzy zaczęli zmagać się z poważnymi problemami logistycznymi. Wojna miała nie być intensywna, potrwać kilkadziesiąt godzin, z których większość to czas potrzebny na uchwycenie celów. Rosjanom zatem zaczęło brakować paliwa, amunicji i przede wszystkim żywności. Rachityczne dostawy paraliżowali ukraińscy obrońcy, a duże miasta jak na złość okazywały się twierdzami. Co więcej, niebo nadal nie było bezpieczne, mimo liczebnej przewagi rosyjskiego lotnictwa. Drugi rzut operacyjny, który miał już tylko porządkować sytuację, musiał wejść do twardej walki. Drugi rzut strategiczny, który wedle rosyjskiej myśli wojskowej powinien wymienić pierwszoliniowe formacje zmęczone po pierwszych dniach walki… nie istniał. Kreml nie przygotował rezerw i nie był w stanie ich znaleźć. Pierwszy rzut strategiczny rzucono do boju w radzieckim stylu, jakby za nim stało ogromne zaplecze materiałowe i ludzkie. Gdy się więc zużył, rosyjska machina wojenna stanęła.

I tak dochodzimy do jednej z największych tajemnic tej wojny, zawartej w pytaniu: dlaczego Moskwa potrzebowała aż miesiąca, by zdać sobie sprawę, że popełniła błąd? Już drugi tydzień inwazji obnażył błędy rosyjskich założeń dotyczących możliwości własnej armii i zdolności bojowych przeciwnika. A także woli oporu stojącego za nim społeczeństwa. Odpowiedzią może być przyjęta przez Rosjan taktyka bandyckich uderzeń w ludność cywilną. „Nie tak, to może tak?”, testowali Ukraińców rosyjscy generałowie, zakładając, że ktoś wreszcie pęknie. Albo cywile powiedzą „dość!” – jak swojego czasu warszawiacy powstańcom. Albo armia złamie się pod presją strat zadawanych mieszkańcom bombardowanych miast. W końcu każdy żołnierz ma jakąś rodzinę…

Niezależnie od intencji, jakie stały za działaniami Rosjan, z początkiem kwietnia ich dowództwo musiało przyznać się do porażki. Bo tym de facto jest wycofanie się z północy Ukrainy i przeniesienie ciężaru wojny na wschód.

Poligon technologiczny

W Ukrainie najnowsza technika mierzy się i przenika ze starszymi rozwiązaniami. Krzem konfrontuje ze stalą. Doskonała jakość wykonania zachodniej broni z bylejakością radzieckiej produkcji seryjnej. Moc medialnego obrazu z siłą kinetycznego uderzenia. Tylko śmierć pozostaje ta sama.

„Nie chciałbym być rosyjskim czołgistą…”, komentuje internauta film przedstawiający atak ukraińskiego „oszczepnika”, operatora ręcznej wyrzutni przeciwpancernej javelin. Na zarejestrowanym materiale dobrze widać skutki uderzenia pocisku. Po pierwotnej eksplozji następuje wybuch zgromadzonej w pojeździe amunicji. Potężna wieża wylatuje w powietrze i ląduje kilkadziesiąt metrów dalej. Z wnętrza kadłuba wydobywa się ogień, nikt z trzyosobowej załogi nie ma prawa przeżyć takiego piekła. Czołgi T-72 weszły na uzbrojenie ówczesnej armii radzieckiej na przełomie lat 70. i 80. XX w. Używane w Ukrainie egzemplarze mają po 30 lat i w wersji B3/B3M są przykładem solidnie przeprowadzonej modernizacji. Ale nie dość dobrej w konfrontacji z javelinem, „dzieckiem XXI w”. Gwoli rzetelności dodać należy, że Rosjanie dysponują podobnymi systemami przeciwpancernymi i zagłada ukraińskich czołgów (też przecież radzieckiej proweniencji) wygląda tak samo. Na tej wojnie czołgiści obu stron mają pod górkę.

Lecz istotnie, gorzej mają najeźdźcy. I nie chodzi tylko o naturalną przewagę obrońców, walczących u siebie. Świadomość sytuacyjna armii ukraińskiej jest wyższa niż rosyjskiej, w czym kryje się pozorny paradoks. Rosja ma satelity i dysponuje szerokim wachlarzem lotniczych środków rozpoznawczych, ale to Ukraińcy „widzą” więcej. I przede wszystkim – szybciej docierają do nich niezbędne dane. Rosyjski zwiad kosmiczny jest zdekompletowany, a wydajność i jakość pracy lotnictwa pozostawia wiele do życzenia. Już zebrane informacje trudno zaś w bezpieczny sposób przekazać dowódcom polowym, bo „trzecia armia świata” nie dorobiła się solidnego systemu komunikacyjnego. Osławiona Era – szczyt możliwości rosyjskiej branży hi-tech – opiera się o rozwiązania sprzed kilkunastu lat. Jest „dziurawa” do tego stopnia, że rosyjscy oficerowie często sięgają po nieszyfrowaną łączność radiową czy wręcz zwykłe komórki.

Tymczasem Ukraińców wspiera NATO. Dane satelitarne – głównie pozyskiwane przez Amerykanów – uzupełniają informacje zbierane przez samoloty. Jeszcze nim rozpoczęła się inwazja, maszyny AWACS (wczesnego ostrzegania) regularnie latały wzdłuż ukraińsko-rosyjskiej i ukraińsko-białoruskiej granicy. Po wybuchu wojny przeniosły się nad terytorium Polski i państw nadbałtyckich. Zasięg ich sensorów pozwala zbierać różnorakie sygnały z obszarów walk i głębokiego zaplecza, czyniąc „widzialnymi” właściwie każdy rodzaj aktywności wojsk rosyjskich pośrednio czy bezpośrednio zaangażowanych w konflikt. Co istotne, dzieje się to bez gryfu tajemnicy – ruchy samolotów, latających z włączonymi transponderami, można śledzić na popularnej aplikacji w czasie rzeczywistym. Intensyfikacja lotów rozpoznawczych począwszy od 24 lutego jest imponująca.

Imponujący jest również system dystrybucji danych, zbudowany przez Ukraińców. A warto mieć świadomość, że obrońcy unikają tworzenia dużych zgrupowań, które byłyby łatwym celem dla rosyjskich rakiet i lotnictwa. Walczą w grupach zadaniowych wielkości batalionu (600-800 żołnierzy), a na tyłach przeciwnika w formacjach nie większych niż kompanie (do 100 osób). Aby każdy otrzymał niezbędne informacje, potrzebna jest wydajna i dobrze zarządzana sieć. Tajemnicą poliszynela jest, że w pracach nad jej stworzeniem pomagali Amerykanie. Przy tej okazji wspomnieć należy, że jeszcze kilka lat temu Rosjanie mieli pokaźny wgląd w tajemnice ukraińskiego wojska. Poziom inwigilacji korpusu oficerskiego był bardzo wysoki, czym tłumaczy się m.in. początkowe porażki sił zbrojnych Ukrainy w Donbasie. Po 2014 r. Kijów przeprowadził co najmniej kilka personalnych czystek w armii, istotnie utrudniając pracę rosyjskiej agentury. Fakt, iż Moskwa przed inwazją tak niewiele wiedziała o możliwościach przeciwnika, świadczy o skuteczności tych działań.

Skuteczna okazuje się też „społecznościowa agencja wywiadowcza”, jak przechrzczono użytkowników aplikacji e-Wróg. Sama idea zbierania od cywilów danych o przeciwniku nie jest niczym nowym. Telefony w tym celu wykorzystywano już kilkadziesiąt lat temu. W czasie wojny w Iraku Amerykanie śledzili „gęstość” połączeń komórkowych, towarzyszących przemieszczaniu się ich oddziałów; na tej podstawie lokalizowali sieci informatorów ruchu oporu. Ukraińcy wykorzystują aplikację powstałą na bazie serwisu do komunikacji z administracją publiczną (z apki mogą korzystać wyłącznie obywatele Ukrainy). Z dostępnych informacji wynika, że e-Wroga używa ponad 200 tys. osób. Apka umożliwia współdzielenie się informacjami o ruchach wrogich jednostek, ich wyposażeniu, służy także do zgłaszania przeprowadzonych przez Rosjan ataków. W połączeniu z danymi pozyskanymi przez wojsko, pozwala to na pełniejsze mapowanie aktywności najeźdźców. Skutki okazują się dla nich tragiczne – do momentu oddania tego tekstu, bezpowrotne straty rosyjskie wynosiły 20 tys. zabitych, rannych i wziętych do niewoli żołnierzy.

Poligon logistyczny

Straty nie byłby tak dotkliwe, a ukraiński opór tak twardy, gdyby nie zachodnie dostawy. Patrząc przez pryzmat lekkiej broni przeciwpancernej i przeciwlotniczej, armia ukraińska jest dziś najlepiej wyposażonym wojskiem świata. Nawet Amerykanie nie mogą pochwalić się podobnym nasyceniem tego rodzaju środkami walki. Dostawy zaczęły się na długo przed inwazją, choć wówczas nie miały spektakularnego wymiaru. Sprzętu jednak dotarło na tyle dużo, że Ukraińcy zdołali wyszkolić instruktorów i sporą liczbę operatorów. Gdy transporty ruszyły z kopyta, sprawnie poradzono sobie z wdrażaniem kolejnych żołnierzy. Z oficjalnych informacji dowództwa sił ukraińskich wynika, że zużycie tego rodzaju amunicji utrzymuje się na poziomie 300-500 sztuk tygodniowo. Cena pojedynczej rakiety waha się między 100 a 250 tys. dol., co daje obraz kosztów tej wojny. A na stingerach, piorunach czy javelinach Ukraińcy nie muszą oszczędzać – NATO wciąż dostarcza nowe pakiety amunicji.

Przodują Amerykanie, którzy od 24 lutego wysłali do Ukrainy broń o wartości 1,7 mld dol. Na ujawnionej przez Pentagon liście widnieje m.in. ponad 1,4 tys. ręcznych zestawów przeciwlotniczych Stinger, 5 tys. zestawów Javelin, 7 tys. innych wyrzutni przeciwpancernych, tysiące sztuk broni ręcznej, 50 mln sztuk amunicji oraz 45 tys. kompletów ochrony balistycznej (kamizelek i hełmów). W drugim tygodniu kwietnia Senat USA wskrzesił ustawę Lend-Lease z czasów II wojny, która pozwalała na szybkie (w oparciu o decyzje prezydenta) zaopatrywanie aliantów, głównie ZSRR, w niezbędny do walki z Niemcami sprzęt. Dziś beneficjentem de facto darmowych dostaw ma być nie tylko Ukraina, ale też kraje wschodniej flanki NATO. W oparciu o mechanizmy L-L Waszyngton zapowiedział wysyłkę tysięcy dronów-kamikaze, które w momencie druku tego numeru PRZEGLĄDU będą już zapewne w Ukrainie.

Ale Kijów potrzebuje również broni ciężkiej, bez której nie zatrzyma rosyjskiego naporu na wschodzie oraz nie przejdzie do działań kontrofensywnych. Czołgów, wozów bojowych, zestawów artylerii rakietowej, systemów przeciwlotniczych. „Dajcie nam jeden procent tego, co macie!”, apelował kilka tygodni temu prezydent Wołodymyr Załenski. Z konieczności musiałby to być sprzęt pochodzenia radzieckiego, znany Ukraińcom – ci bowiem nie mają czasu na wielotygodniowe czy wielomiesięczne szkolenia. Polska jest w Sojuszu największym dysponentem tego rodzaju broni, ale to Czesi zaczęli dostawy jako pierwsi. Czołgi T-72 i transportery BWP-1 z zasobów czeskiej armii trafiły do Ukrainy na początku kwietnia. Wcześniej baterię systemu przeciwlotniczego S-300 przekazała Ukraińcom Słowacja, otrzymując w zamian amerykańskie Patrioty. To oczywiście kropla w morzu potrzeb, ale widać jednocześnie, że po długich wahaniach coraz więcej natowskich rządów skłonnych jest wysyłać coś więcej niż lekką broń. Gdy piszę te słowa, w drodze do Polski znajduje się transport samochodów pancernych, które Ukrainie podarowała odległa Australia. Warszawa jeszcze nie podjęła decyzji w sprawie donacji sprzętu ciężkiego, ale zapewne i to się zmieni. Z Polski na front mogłyby trafić m.in. czołgi T-72 (w dalszej kolejności ich zmodernizowane wersje TP-91), samobieżne haubice Goździk, wieloprowadnicowe wyrzutnie rakietowe Grad.

Dostawy oparte są o transport lotniczy, do którego wykorzystuje się lotniska na Słowacji, w Rumunii, przede wszystkim jednak w południowo-wschodniej Polsce. Stamtąd ciężarówkami broń trafia na granicę. Nie jest tajemnicą, że w tym celu otwarto kilka tymczasowych przejść, gdzie dostawy przeładowywane są na ukraińskie samochody. Zapakowane auta rozjeżdżają się następne do rozproszonych po całej zachodniej Ukrainie centrów logistycznych. Dla Rosjan to jedne z ważniejszych celów, a mimo to nie potrafią poradzić sobie z ich lokalizacją i niszczeniem.

—–

Nz. Australijskie wozy opancerzone w drodze do Ukrainy/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 16/2022

Szanowni Czytelnicy! Na swoim profilu facebookowym prowadzę relację z ukraińskiego frontu. Staram się codziennie wrzucić posty zawierających coś więcej niż informacje, które moglibyście przeczytać gdzie indziej. Śledzą mnie tysiące ludzi, polecam się zatem także uwadze Czytelników blogu.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Sukcesy”

Zwycięskie przegrane. Co dla Rosjan i Ukraińców będzie sukcesem w toczonej wojnie?

Analitycy militarni zastanawiają się, jak będzie wyglądać najbliższa moskiewska parada z okazji Dnia Zwycięstwa, zwłaszcza jej naziemna odsłona. Rosjanom nie zabraknie historycznych modeli czołgów T-34, pieczołowicie przechowywanych w podstołecznych magazynach. Wystawią również najnowsze tanki T-14 – ich śladowa ilość i „problemy wieku niemowlęcego” sprawiły, że „czternastek” nie wysłano do Ukrainy. Na front pojechały za to inne paradne egzemplarze mniej nowoczesnych, za to solidnie (jak się wydawało…) zmodernizowanych wersji. Zwykle odpucowane, rdzewieją teraz na bitewnych polach wokół Charkowa, a dysponujące nimi elitarne dywizje rosyjskiej armii – 2 Tamańska i 4 Kantemirowska – jeszcze długo będą uzupełniać straty w ludziach. Tak zresztą jak i cała 1 Gwardyjska Armia Pancerna, w środowisku wojskowym określana mianem „pięści Kremla”, której Ukraińcy połamali niemal wszystkie palce. „Urraa!” nad Placem Czerwonym zapewne znów zabrzmi gromko, ale zamiast niezłomnych bohaterów kolejnej zwycięskiej „antyfaszystowskiej krucjaty”, zobaczymy raczej żołnierzy-statystów i czołgi wyciągnięte z głębokich rezerw.

Nie tak to miało być

24 lutego Władimir Putin poinformował świat, że gra o pełną stawkę – o zajęcie całej Ukrainy, zniszczenie jej armii i narzucenie marionetkowego rządu. Jego słowa współgrały z rozmachem rosyjskich działań – wojska inwazyjne uderzyły na pięciu różnych kierunkach, a siły powietrzne i rakietowe zaatakowały krytyczną infrastrukturę od wschodu po zachód kraju. Lecz minęło zaledwie kilka dni i okazało się, że Kreml przeszacował możliwości własnej armii, dramatycznie nie doszacował potencjału wojsk ukraińskich i woli obrony ukraińskiego społeczeństwa. Zagrywka va banque w stosunku do NATO i UE również obróciła się w mocno niekorzystny scenariusz, w którym Zachód szybko uruchomił sankcje i radykalnie zwiększył pomoc militarną dla Ukrainy. Po pięciu tygodniach krwawych walk Rosjanom nie udało się zająć ani Kijowa, ani Charkowa, umarły ich nadzieje na połączony białorusko-rosyjski atak na zachodnią Ukrainę. Donbas stał się areną wojny manewrowej, w której Ukraińcy hamują i ograniczają postępy wojsk inwazyjnych. Jedynym bezspornym sukcesem wydaje się być kampania na południu Ukrainy, choć nawet tam wciąż brakuje symbolicznego zwieńczenia w postaci zdobycia Mariupola.

Innymi słowy, nie tak to miało być. Wedle pierwotnych założeń, w drugiej połowie marca spec-operacja powinna się już zakończyć. Tymczasem gdy piszę te słowa, rosyjskie oddziały wycofują się spod Kijowa, co ma być wyrazem dobrej woli Moskwy. Siergiej Szojgu, minister obrony Federacji, deeskalację na odcinku kijowskim przedstawia jako skutek rozmów pokojowych w Turcji. Prawda zaś jest taka, że spod ukraińskiej stolicy wracają do domu jednostki najbardziej wykrwawione, niezdolne do dalszej kampanii. Dla Szojgu to żadna przeszkoda, by publicznie zadeklarować sukces „pierwszej fazy operacji specjalnej”. „Naszym celem od początku był Donbas”, zapewnia minister.

Szojgu kłamie, bo korekta zamiarów to odpowiedź na ukraiński opór. Korekta, która w dalszej perspektywie może oznaczać ponowną intensyfikację działań na kierunku kijowskim. W tym ujęciu odwrót jest jedynie zabiegiem taktycznym, zarówno w wymiarze politycznym (deklaracja rzekomej dobre woli), jak i wojskowym – a tak naprawdę chodzi o uśpienie czujności Ukraińców i zyskanie czasu na „odświeżenie” wojska. Druga możliwość zakłada rzeczywistą deeskalację na północnym zachodzie, by móc rzucić więcej sił na bardziej perspektywiczne odcinki frontu – w Donbasie i na południu. Wywiad elektroniczny NATO bezbłędnie „czyta” ruchy rosyjskich wojsk, wkrótce zatem będziemy wiedzieli, dokąd po odpoczynku i uzupełnieniach trafią wycofywane spod stolicy oddziały i ich ewentualni następcy.

Jeśli spełnią się przewidywania części analityków i Rosja uderzy mocniej na wschodzie Ukrainy, trzeba będzie przyjąć, że nowy rosyjski plan maksimum to zajęcie całego Zadnieprza. Czyli powrót do przeszłości, do nieudanych planów sprzed ośmiu lat, gdy mówiło się o powołaniu Noworosji. To oczywiście więcej niż Donbas, o którym wspominał Szojgu – i który wydaje się być rosyjskim planem minimum – lecz i tak są to ambicje odległe od idei wchłonięcia całej Ukrainy.

Przekroczenie czerwonej linii

A przecież nawet tak okrojony plan może zostać przez Ukraińców pokrzyżowany. W razie przeniesienia ciężaru walk na wschód, armia ukraińska też zdoła się przegrupować. Wiele analiz z pierwszych dni wojny zakładało szybkie rozbicie ukraińskich oddziałów na wschód od Dniepru. Rosyjska Stawka zapowiadała stworzenie kleszczy, które miały zacisnąć się od północy i południa, miażdżąc Ukraińców skoncentrowanych od Charkowa przez Połtawę, Dnipro, Zaporoże aż po Chersoń. Tymczasem gros tych wojsk nawet jeszcze nie weszła do walki, gros wciąż stawia silny opór, a gigantyczny kocioł na wschodzie nadal pozostaje niezrealizowanym marzeniem rosyjskich generałów. Jeśli z zachodu kraju przyjdzie Ukraińcom wsparcie, Rosjanom może zabraknąć sił na realizację czegoś więcej niż wspomniany plan minimum.

Chyba że rzucą do walki liczne i dodatkowe oddziały. Tylko skąd je wziąć? Rosja posiada nieznaczne rezerwy zawodowego i kontraktowego wojska. Od kilku dni sporo mówi się o poborze, który tradycyjnie zaczyna się 1 kwietnia. Kilkadziesiąt tysięcy rekrutów miałoby zostać skierowanych na front, w towarzystwie zmobilizowanych „przy okazji” (pod płaszczykiem branki) rezerwistów. Tyle że zarówno rezerwiści, jak i młode wojsko, potrzebują przeszkolenia. Tych pierwszych, od biedy, można posłać do walki po 2-3 tygodniach, szkolenie unitarne dla poborowych to kwestia 8-12 tygodni. A i tak w obu przypadkach mielibyśmy do czynienia z niskowykwalifikowanym „mięsem armatnim”, po czy w trakcie służby zasadniczej. Rosjanie ponieśli ogromne straty w oddziałach pancernych – na ich odtworzenie także trzeba czasu. Łatwo nauczyć żołnierza jazdy czołgiem „po sznurku”, ogarnięcie zawiłości taktyki – trików umożliwiających przetrwanie na polu walki, współpracę z innymi i przede wszystkim zabijanie przeciwnika – wymaga wielomiesięcznych szkoleń. I choć część rezerwistów może już „bazowe” kompetencje posiadać, nie zapominajmy, że wojna wymusza szkoleniowe korekty. Wiele z dotychczasowych rosyjskich założeń taktycznych zostało właśnie brutalnie sfalsyfikowanych. Konkludując, nie spodziewam się znaczących rosyjskich uzupełnień. Raczej większej brutalizacji działań z wykorzystaniem przewagi w artylerii i lotnictwie oraz dążenia do lokalnych wyłomów, z nadzieją, że przy którejś okazji ukraiński front się posypie.

Jak na razie wielkich szans na to nie ma. W ocenie amerykańskich służb, armia ukraińska zachowała ponad 80% wyjściowego potencjału. I wciąż jest dozbrajana. Brutalne ataki na cywilów nadal nie złamały woli oporu, „rozstrzygające” uderzenie przy użyciu broni masowego rażenia jest mało prawdopodobne. Jeszcze przed wizytą Joe Bidena w Europie, NATO dało do zrozumienia Kremlowi, że tego rodzaju eskalacja zostanie uznana za przekroczenie czerwonej linii, po której Sojusz zaangażuje się w działania zbrojne. Ustanowienie strefy no-fly nad Ukrainą w ciągu 2-3 dni wyeliminowałoby z akcji rosyjskie lotnictwo, co w dalszej kolejności przełożyłoby się na niepowodzenia na lądzie. A tak spotęgowanego blamażu Moskwie nie udałoby się przedstawić „swoim” jako zwycięstwa.

Ale i Ukraińcy nie mają lepiej, jeśli idzie o zwycięską narrację. Na obecnym etapie wojny niepodległość kraju zdaje się być niezagrożona, co obiektywnie patrząc, jest wspaniałym triumfem. Lecz z drugiej strony, straty terytorialne chyba są nieuniknione. I nie chodzi o Krym, z zajęciem którego Ukraińcy de facto się już pogodzili. Ani też o donbaskie quasi-republiki, które po 8 latach mafijnych rządów i rabunkowej gospodarki, są ekonomicznie, materialnie i społecznie zdewastowanie. Ich powrót na łono Ukrainy wiązałby się z gigantycznym obciążeniem, będącym zarazem – na skutek intensywnej rusyfikacji (a może bardziej „putinizacji”…) tamtejszej ludności – czymś na wzór brania odpowiedzialności za kukułcze jajo. Chodzi o świeżo podbite przez Rosjan tereny. W optymistycznym dla Ukrainy scenariuszu agresorzy wycofają się z północy (bo i po co im zdewastowane ziemie, na których tak bardzo ich nienawidzą?). Ale o dobrowolnym zwróceniu terytoriów łączących Krym z Donbasem Kijów może zapomnieć. A czy znajdzie siły, by je odbić?

—–

Nz. artyleria obrońców/fot. Siły Zbrojne Ukrainy

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 15/2022

Szanowni Czytelnicy! Na swoim profilu facebookowym prowadzę relację z ukraińskiego frontu. Staram się codziennie wrzucić posty zawierających coś więcej niż informacje, które moglibyście przeczytać gdzie indziej. Śledzą mnie tysiące ludzi, polecam się zatem także uwadze Czytelników blogu.

Postaw mi kawę na buycoffee.to