Szantaż

26 lutego 2022 roku był trzecim dniem pełnoskalowej inwazji na Ukrainę. Wedle zapowiedzi kremlowskiej propagandy – tożsamych z ocenami wielu zachodnich analityków – ukraiński zorganizowany opór miał właśnie dogorywać. Tymczasem działo się dokładnie na odwrót – obrona tężała, a rosjanie, choć w wielu miejscach posuwali się naprzód, ponosili dotkliwe straty. Także wizerunkowe, oto bowiem z wojennej mgły wyłaniał się coraz bardziej kompromitujący obraz rosyjskiej armii.

putin postanowił reagować – i rozkazał ministerstwu obrony, by przez Moskwę przejechały mobilne wyrzutnie z rakietami przeznaczonymi do przenoszenia głowic jądrowych. Potężne zestawy pojawiły się na stołecznych ulicach popołudniu (rzekomo w ramach przygotowań do defilady z okazji dnia zwycięstwa), o czym niezwłocznie poinformowały i co dokładnie zilustrowały służby prasowe resortu. Kreml przypominał i przestrzegał: „mamy ‘atomówki’, nie należy wątpić w nasze militarne możliwości”. Zarazem – zapewne wbrew intencjom – zaprzeczył oficjalnym deklaracjom, zgodnie z którymi operacja w Ukrainie szła zgodnie z planem. „Nie ma lepszej recenzji skali i charakteru ukraińskiego oporu”, napisałem wówczas na Facebooku, komentując „atomowe” zdjęcia rosyjskiego MON. Dużo bardziej kąśliwie zareagowali nad Sekwaną. „My też mamy broń jądrową…”, komunikat tej treści pojawił się na profilach społecznościowych Quai d’Orsay, francuskiego MSZ.

Następnego dnia zrobiło się nieco poważniej: putin ogłosił, że siły nuklearne rosji wchodzą w stan podwyższonej gotowości bojowej. Sytuacja zaczynała przypominać fabuły zachodnich powieści i filmów o dobrych Amerykanach i złych ruskich, których władca – w obliczu militarnego niepowodzenia – traci maskę zimnokrwistości oraz zdolność do racjonalnej oceny sytuacji. W filmowo-książkowych narracjach najczęściej kończyło się to pałacowym przewrotem, poprzedzonym jednak poważnymi incydentami, z wybuchami „atomówek” włącznie. Jak wiemy, rzeczywistość nie sprostała standardom Hollywood, ale pierwsze poważne lęki, że konflikt rosji z Ukrainą może wymknąć się w stronę nuklearnej eskalacji, zostały zasiane.

Obawiali się nie tylko Ukraińcy – strach dopadł też społeczeństwa zachodniej wspólnoty, która właśnie zaczynała stawać za Ukrainą murem. Bo i owszem, obnażana przed światem kiepska kondycja rosyjskiej armii pozwalała wątpić w wysoką sprawność arsenału jądrowego rosji. Tyle że rozważania, czy 50 proc. rosyjskich głowic nadaje się do użycia, czy „tylko” 10, nie miały większego sensu. W 2022 roku federacja dysponowała 6 tys. ładunków, a już pojedynczy wyrządziłby wielkie szkody, kilka lub kilkanaście eksplozji przyniosłoby poważną katastrofę w skali kontynentu.

Kolejne miesiące rosyjsko-ukraińskiej wojny ugruntowały znaczenie atomowego straszaka, który stał się dla Moskwy polisą ubezpieczeniową. Machanie nią przed oczami światowej opinii publicznej nie było wyrazem siły i pewności siebie – przeciwnie. Zauważmy pewną prawidłowość – nowe szantaże putina i jego ludzi pojawiały się za każdym razem, gdy rosja wpadała na froncie w kłopoty – jej siły konwencjonalne znów „dawały ciała” – bądź gdy Zachód przekraczał następne „czerwone linie”, dostarczając ukraińskiej armii coraz bardziej zaawansowane uzbrojenie. I choć te wrzaski dowodziły bezsilności Kremla, zarazem okazały się całkiem skutecznym narzędziem. Zostawiały bowiem cień niepewności co do determinacji rosjan, technicznie wciąż zdolnych do wyprowadzenia atomowego ciosu nie tylko Ukrainie, ale i członkom NATO. Gdyby nie ta niepewność (istota wspomnianej polisy), współpraca Sojuszu Północnoatlantyckiego z Ukrainą najpewniej wyglądałaby inaczej. W najgorszym dla Moskwy scenariuszu doszłoby do otwartej konfrontacji zbrojnej z Zachodem, która – zważywszy na różnice konwencjonalnych potencjałów – zakończyłaby się klęską rosji. W wersji light brak ryzyka atomowej eskalacji mógłby skłonić zachodnich przywódców do przekazania Kijowowi znacznie większej ilości i szerszego asortymentu broni ciężkiej, lotniczej, rakietowej, co oznaczałoby kolejne problemy armii inwazyjnej, a najpewniej również jej zagładę.

Tego rodzaju kalkulacje czyniono w wielu rządowych gabinetach, a dla bandyckich reżimów stało się jasne, że jedynie własny „atom” zapewnia właściwy poziom bezpieczeństwa. W najbliższych latach należy zatem spodziewać się intensyfikacji programów jądrowych oraz prób nielegalnego pozyskania broni „A” przez różne podmioty państwowe. Poza rosyjskim, pouczający pozostaje przykład Korei Północnej. Choć to obrzydliwie opresyjna dyktatura, strach jej tykać, bo skutki dla regionu – niewielkiego w gruncie rzeczy półwyspu – byłyby dramatyczne. W grudniu 2023 roku spotkałem się z emerytowanym generałem południowokoreańskiej armii. Głównym tematem rozmowy była współpraca przemysłów naszych krajów, ale skorzystałem z okazji i poprosiłem o ocenę możliwości wojsk Kim Dzong Una. „Dla nas jedynym poważnym zmartwieniem są ich głowice nuklearne”, usłyszałem. W takim kontekście łatwiej zrozumieć działania Chin, w 2022 roku posiadających stosunkowo skromny zasób 350 głowic jądrowych. Z danych Pentagonu wynika, że Pekin zamierza podwoić arsenał do 2027 roku, a trzy lata później dysponować już tysiącem pocisków.

Myślenie w kategoriach atomowego zabezpieczenia nieobce jest też Ukraińcom. Ale o tym przeczytacie w książce, nad którą właśnie pracuję. A która, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, ukaże się pod koniec lutego przyszłego roku. Do lektury „Zabić Ukrainę! Alfabet rosyjskiej agresji” zapraszam już dziś.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Irinie Wolańskiej, Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Michałowi Strzelcowi, Joannie Marciniak i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Remiemu Schleicherowi, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi i Sławkowi Polakowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich 10 dni: Ani CC, Michałowi Wacławowi, Michałowi Baszyńskiemu i Maciejowi Krukowi.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Screen wpisu rosyjskiego MON z 26 lutego 2022 roku

Znużenie

Najpierw kilka uwag natury „technicznej”.

Wojna jest opowieścią. Dramatyczną, więc przyciągającą uwagę. Ale każda opowieść z czasem nuży; nie da się na stałe „kupić” słuchacza, czytelnika czy widza. Dotyczy to każdego tematu – wojna nie jest tu żadnym wyjątkiem. Wie o tym każdy, kto pracuje w mediach, kto pisze książki, tworzy filmy. Mniej ekskluzywny wymiar tej wiedzy to świadomość, że uwaga siedzących przy stole współbiesiadników nie będzie dana raz na zawsze. Że musimy się sprężać z anegdotą, dowcipem czy przemową, że muszą być „gęste”, jeśli nie chcemy widzieć ziewającej ciotki czy nagle czującego zew w pęcherzu kuzyna. Jeśli historia ma w sobie twista, jakiś efektowny, gwałtowny zwrot,  możemy o uwagę powalczyć dłużej – tak przy stole jak i w medialnej narracji. Lecz jeśli w opowieści nic się nie dzieje ponad to, co już było, marny los opowiadacza. Marny los samej historii, jakby ważna nie była.

Opowieść o wojnie rosji z Ukrainą jest w zachodniej części świata prowadzona tendencyjnie. Wynika to z samej natury konfliktu – asymetrii potencjałów obu krajów, rosyjskiego bestialstwa, ukraińskiego heroizmu i prozachodnich ambicji Kijowa. Z empatii, który sprzyja większej identyfikacji z napadniętym. Ślady tych emocji widać nie tylko w mediach i postawach milionów Europejczyków, gotowych nieść pomoc ukraińskim uchodźcom. Mam częsty kontakt z pracownikami międzynarodowych organizacji humanitarnych – fundacji i agend ONZ-tu – wielu z nich podkreśla wyjątkowość wojny w Ukrainie. „Staramy się być bezstronni, tu nam nie wychodzi”, mówią, nie kryjąc swoich proukraińskich sympatii (w przypadku ludzi pracujących dla ONZ-tu takie deklaracje mogę dziwić, rosja ma bowiem w tej organizacji wielkie wpływy polityczne. Jednak na poziomie konkretnych działań w terenie, zwłaszcza zaś ich finansowania, udział federacji i rosjan jest znikomy). Lecz ile by tej sympatii nie było, gdy opowieść zaczyna nużyć, emocje schodzą na plan dalszy. W związku, w którym wieje nudą, sama miłość może nie wystarczyć.

Letnie emocje i znudzenie zwykłych ludzi wprost przekładają się na strategie medialne. Media bowiem to przede wszystkim interes, uzależniony od uwagi odbiorców. By ją zachować, temat się porzuca (na rzecz innego) albo „podkręca” – przedstawia w innym niż dotąd świetle, co przy komercyjnym potencjale sensacyjności zwykle oznacza pójście właśnie w jej stronę. Nie ma twista? To go skręćmy. Na ukraińskim froncie sytuacja patowa? No tak. Kryteria moralne, oparte o uzasadnioną złość na rosjan już odbiorców nie rozpalają? No nie rozpalają. Czyli o pacie czytać nie będą? No nie będą. No to może zacznijmy ludzi straszyć i wieszczyć ukraińską klęskę? Ano spróbujmy. Kupią-nie kupią, zobaczymy. Jeśli nie kupią, temat wojny w Ukrainie spadnie z agendy. Wróci przy okazji jakiegoś naturalnego (prawdziwego) twista.

Tak to wygląda na poziomie pojedynczej redakcji. Dodajmy owczy pęd mediów – owo „inni mają, to my też musimy” – i tak tworzy nam się trend. Na przykład obecne w polskiej infosferze już od kilkunastu dni czarnowidztwa dotyczące przyszłości Ukrainy.

A przecież mamy w tej grze jeszcze jeden zbiorowy podmiot – „cyber-ambasadorów” rosji. To nie moskale wymyślili Internet, ale to ich specjaliści od wojny informacyjnej szybciej pojęli, jakie perspektywy stwarza globalna sieć. Dzięki niej możliwe stało się błyskawiczne rozpowszechnianie fałszywych i spreparowanych treści, licznymi kanałami, tworząc tym samym pozory wielości źródeł. W tym celu rosja wykorzystuje agentów wpływu, zastępy własnych cyber-żołnierzy oraz algorytmy, które pozwalają na masowy charakter działań. Działań, których najpoważniejszym skutkiem jest „produkcja” rzesz tzw.: użytecznych idiotów. Odbiorców informacji, którzy podchwyciwszy korzystną dla Moskwy narrację, propagują ją jako zgodną z własnym postrzeganiem rzeczywistości. Zwykle bez świadomości, że wysługują się rosji, co nierzadko pozostaje w sprzeczności z ich antyrosyjskimi poglądami. Przed 2022 rokiem rosja odnosiła w obszarze zmagań informacyjnych niemal wyłącznie sukcesy. Tym większym szokiem dla obserwatorów była jej nieudolność po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji. Prorosyjskie głosy miesiącami nie potrafiły przebić się do mainstreamu, de facto nadal tak jest, choć w ostatnich tygodniach coś się zaczyna zmieniać. Nie wiem, czy to efekt wzmożonych rosyjskich wysiłków czy może skutek sygnalizowanego znużenia dotychczasową narracją. Być może chodzi o sumę obu czynników. Tak czy inaczej, Ukraina jest rzekomo w „ciemnej dupie”.

Jest w niej i dalsza wojna nie ma sensu, bo „Ukraina niczego już nie ugra” – oto sedno popularnych obecnie przekazów. Na poparcie ich zasadności przywołuje się mnóstwo argumentów – od wojskowych, przez gospodarcze, po demograficzne. Wiele z nich to kompletne bzdury, część zasługuje na oddzielne omówienie i krytyczną analizę – podejmę się tego przy okazji kolejnych wpisów. Dziś chciałbym odnieść się – na razie krótko – do „koronnego” motywu z ostatnich dni: że rosja zwiększa produkcję broni i amunicji (a więc niebawem zyska ich tyle, że „będzie pozamiatane”). Czy rzeczywiście? Spójrzmy na produkcję samolotów bojowych – w zeszłym roku siły powietrzne federacji odebrały 29 nowych maszyn. W tym roku około 20, do końca roku będzie to łącznie 26-28 samolotów. Dla porównania, w roku 2014 przemysł wyposażył wojsko w 101 maszyn. Ale potem przyszły sankcje i dramatyczne załamanie produkcji z braku zachodnich komponentów. Po 2022 roku te sankcje są jeszcze dotkliwsze. I owszem, rosyjska propaganda już od ponad roku donosi o zwiększaniu mocy produkcyjnych, tyle że nowego sprzętu na froncie w przesądzających liczbach jak nie było, tak nie ma. Jest za to amunicja od Kim Dzong Una, którą, jak rozumiem, rosja kupuje w Korei z przyczyny humanitarnych, by podtrzymać produkcję w jednym z najbiedniejszych krajów świata…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Michałowi Strzelcowi, Andrzejowi Kardasiowi, Jakubowi Wojtakajtisowi, Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi i Przemkowi Piotrowskiemu. A także: Sławkowi Polakowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Kazimierzowi Mitlenerowi, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Radosławowi Dębcowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi i Marcinowi Pędziorowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Michałowi Baszyńskiemu, Irinie Wolańskiej i Łukaszowi Podsiadle.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Ile jeszcze wytrzyma Ukraina? – jedni się martwią, inni „martwią”. Zdjęcie ilustracyjne, z charkowskiej Saltówki/fot. własne

Haczyki

Wczoraj brałem udział w dyskusji na temat konfliktu w Ukrainie, gdzie padło stwierdzenie, że jego charakter – wojny materiałowej, na wyniszczenie – premiuje rosję. Zasadniczo zgadzam się z taką opinią, ale nie prowadzi mnie ona do skrajnie pesymistycznego wniosku, że Ukraina nie może wygrać, ba, skazana jest na sromotną porażkę. Otóż nie jest, na co wskazuje mnóstwo faktów i przesłanek – na potrzeby tego tekstu wybiorę kilka z nich.

Zacznę od… Kim Dzong Una. Nie lekceważę wizyty koreańskiego satrapy w rosji i zbliżenia koreańsko-rosyjskiego, zwłaszcza jego skutków wojskowych. Dostawy północno-koreańskiej amunicji artyleryjskiej nie będą symboliczne – analitycy oceniają, że może to być nawet 10 mln pocisków kalibru 122/152 mm. Rosyjskie możliwości przemysłowe w tym zakresie to 1,5-2 mln sztuk amunicji, mówimy zatem o mniej więcej sześcioletniej produkcji. Nie będą to pociski nowe, to prawda – Koreańczycy nie wyzbędą się najświeższych zapasów, najstarszych moskale nie potrzebują. W rosyjskich arsenałach może zalegać nawet 100 mln sztuk pocisków artyleryjskich, wyprodukowanych po II wojnie światowej. Miażdżąca większość nadaje się wyłącznie do utylizacji (na którą nie ma pieniędzy, więc złom zalega na składowiskach), ale część udałoby się „udrożnić”. Po co więc brać zawartość czyjegoś „szrotu”, skoro ma się własny? No więc artyleryjski „zastrzyk” Kima nie będzie pachniał świeżym smarem, co nie zmienia faktu, że 20-30 czy 40-letnie pociski swoją robotę zrobią. Większość użytej w tej wojnie przez rosjan amunicji miała rodowód sowiecki, a więc i stosowny wiek – a i tak niszczyła i zabijała.

Czym są te miliony na polu walki? W szczytowym okresie bitwy o Donbas – wiosną i latem zeszłego roku – rosjanie wystrzeliwali 50-60 tys. pocisków artyleryjskich dziennie. 1,5-1,8 mln miesięcznie. Dostawy Kima pozwoliłby zatem na półroczne „ostre strzelanie” – jeśli rosjanom starczy do niego luf. Ukraińcy bowiem z niesamowitą zaciekłością niszczą rosyjską artylerię, od wielu tygodni puszczając z dymem po 200-250 systemów tygodniowo. Ale i sama idea „artyleryjskiego walca” – który w założeniu miał miażdżyć pozycje obrońców – wiązała się ze znaczącym zużyciem armat. Zdjęcia „tulipanów” – rozerwanych armatnich luf – zaczęły masowo pojawiać się latem 2022 roku. Wysyp tej specyficznej dokumentacji trwał do jesieni, potem niemal ustał. Ustał, bo gęstość rosyjskiego ognia artyleryjskiego spadła, w zależności od odcinak frontu – o pięć do dziesięciu razy. Nie było czym (pociski) i z czego (lufy) robić walca. Oczywiście, północno-koreańskie dostawy mogą również objąć działa i haubice – albo przynajmniej lufy do nich – ale tutaj Kim nie może być już nazbyt hojny. Bo i owszem, dysponuje niemal 20 tys. armat, ale tylko ogromną ilością jest w stanie kompensować jakościową przewagę południowo-koreańskiej artylerii. Tak przynajmniej sądzi. Jeśli jest paranoikiem, jak jego ojciec i dziad, podrzuci putinowi ze dwa-trzy tysiące „luf’; na więcej sobie nie pozwoli. A w realiach ukraińskiego frontu nie jest to żaden gamechanger. Nie spodziewam się zatem powrotu „artyleryjskiego walca”, raczej podtrzymania przez kilkanaście miesięcy obecnego poziomu aktywności rosyjskiej artylerii. Stosunkowo wysokiego, uciążliwego, dającego Kremlowi nadzieję na zachowanie pozycyjnego charakteru walk i frontu.

Zostawmy Kima i działa. (Pro)rosyjscy propagandyści co rusz przekonują, że rosja produkuje masowo nowe czołgi. Na poparcie tej tezy otrzymujemy bogaty materiał filmowy i zdjęciowy, ilustrujący hale fabryczne czy ładowane na eszelony maszyny. Te multimedia nie są sfabrykowane, lecz i tak nie oddają prawdy. Rosyjski przemysł NIE produkuje nowych czołgów. Maszyny typu T-72, T-80, nie są produkowane od 1998 roku, ostatni fabrycznie nowy T-90 zjechał z taśmy 12 lat temu. Skąd więc biorą się lśniące świeżą farbą wozy? Ano są to maszyny wyciągane ze składów materiałowych, remontowane i przywracane do służby.

Oczywiście, „nowość” nie jest decydującym atrybutem, zwłaszcza że czołg po remoncie może być wyposażony w generacyjne nowsze komponenty, które podnoszą jego wartość.

Ale przywracane do służby czołgi, nawet te najmłodsze, nie są „bogato” udoskonalane. Nie pakuje się do nich masowo najnowszej opto-elektroniki, bo jej brakuje. Rosyjska nie jest tak dobra jak zachodnia, a sankcje – choć łamane na różne sposoby – nie pozwalają na pozyskiwanie podzespołów w pożądanej liczbie. Tak naprawdę wychwalane przez rosyjską propagandę „najnowsze” T-90 Przełom, to bieda-czołgi w porównaniu z przedwojennymi możliwościami.

No i wcale nie jest ich dużo – rosjanie w najlepszym dla siebie momencie, wiosną tego roku, byli w stanie remontować około 200 czołgów (nie mam na myśli napraw w przyfrontowych warsztatach), średnia z wojennych miesięcy nie przekracza 150 sztuk. Oczywiście to sporo, ale są dni, kiedy armia rosyjska traci po kilkanaście czołgów (wczoraj dla przykładu 13), rzadko kiedy jest to mniej niż pięć sztuk. Zatem bieżąca „produkcja” nie zapewnia nawet pełnej kompensacji poniesionych strat. A rezerwuar stosunkowo nowych maszyn – nadających się do remontu – nieskończony nie jest. Tak naprawdę rosjanie odbudowują swój potencjał pancerny w Ukrainie sięgając do coraz głębszych zapasów. Nie byłoby potrzeby przywracania do służby 50-letnich T-62, gdyby inne zmagazynowane wozy, młodsze o 10-20 lat T-72, do czegokolwiek się jeszcze nadawały. Wiele się nie nadaje, więc jest jak jest – kilka dni temu wypłynął film ze szkolenia nowopowstałego pułku pancernego, wyposażonego w T-55 najstarszej wersji. Maszyny te liczą sobie ponad… 60 lat.

Muzealne wozy na froncie mają dać oddech przemysłowi, który niebawem ruszy z kopyta i zacznie tłuc nowe czołgi? No nie. Jak wylicza Aleksander Kowalenko, ukraiński analityk militarny, do produkcji T-72 potrzeba 6,5 tys. form prasowych, a czołg składa się z 20 tys. części, z których większość nie jest od lat wytwarzana. Brakuje dokumentacji, kadry (w rosyjskim przemyśle zbrojeniowym są etaty, na produkcji, gdzie jest aż 47 proc. wakatów), narzędzi. Zachodnie obrabiarki działają w ograniczonym zakresie (sankcje to m.in. brak serwisu), te pamiętające czasy ZSRR są wyżyłowane. Więc owszem, zakłady i warsztaty pracują w trybie trzyzmianowym, ale mogą co najwyżej remontować.

Faktem jest, że Ukraina również czołgów nie produkuje, że może je tylko remontować i w ograniczonym zakresie modernizować. Ale armia ukraińska traci trzy-cztery razy mniej tanków niż rosyjska. Ma też od jakiegoś czasu lepsze od sowieckich zachodnie czołgi – co z pewnością będzie miało duże znaczenie, ale w perspektywie historycznej (dla tego konfliktu) nie jest tak istotne, jak ogromne nasycenie ukraińskich oddziałów nowoczesną bronią przeciwpancerną. Pozwoliła ona – w połączeniu z innymi atutami ZSU (taktyką, dowodzeniem, motywacją, logistyką itp.) – zniwelować rosyjskie przewagi ilościowe w zakresie broni pancernej i obsługującego ją przemysłowego zaplecza.

Jakość wzięła górę nad ilością.

I z tym samym mamy do czynienia w przypadku artylerii – ukraińska nie musi wysyłać na pozycje wroga kilkudziesięciu tysięcy pocisków na dobę, by zadać mu poważne straty. Wystarczy jej kilka tysięcy, bo bije dalej, celniej, bo jest bardziej mobilna.

Więc jeśli wojna potrwa jeszcze kilkanaście miesięcy, we wskazanych obszarach – artyleryjskim i pancernym – rosjanom starczy na nią zasobów. Jeśli zginie w tym czasie dodatkowe 200 tys. rosyjskich żołnierzy i 100-150 tys. ukraińskich, dla Ukrainy będzie to dużo dotkliwsza strata. Parytet ilościowy, w tym przypadku ludnościowy, rzeczywiście premiuje rosję. Ale jest w tym pewien haczyk, a właściwie dwa. Rosyjska akceptacja dla ponoszonych ofiar w dużej mierze wynika z nierównomiernego obciążenia kosztami wojny. Ginie przede wszystkim prowincja, w znakomitej większości odmienna etnicznie, tradycyjnie pozbawiona posłuchu u władzy i społecznego szacunku – to raz. Dwa, konflikt – jakkolwiek niektórym wydaje się długi – obiektywnie wcale taki nie jest. Czas tworzy tu perspektywę, w której zapewnienia, że „wszystko idzie zgodnie z planem, choć są pewne problemy”, nadal mieszczą się w kategoriach racjonalnych wyjaśnień. Ale za kilkanaście miesięcy przestaną się mieścić. Gdy wojna wkroczy w trzeci rok, nie da się już powiedzieć, że jest „pa płanu”. Nie będzie „pa płanu”, gdy Ukraińcy znów coś odbiją, mocno nie „pa płanu” stanie się, gdy Budanow i jego ludzie na dobre podpalą rosję, jej etniczną, europejską macierz. Gdy rosjanie – ta wpływowa, „biała” większość – na dobre zdadzą sobie sprawę, w jakie gówno wdepnęli…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Screen z rosyjskiego filmiku propagandowego, poświęconego „nowym” czołgom

Dziedzictwo

Wieczorem 11 września 2001 roku zadzwoniłem do Richarda Pipesa i przeprowadziłem z nim wywiad o tym, co działo się u niego za oknem (profesor mieszkał w New Jersey) i jakie będą tego skutki. Rozmowa toczyła się „na gorąco”, nie wszystkie komentarze byłego doradcy Ronalda Reagana okazały się później trafne, ale w jednym profesor się nie pomylił. „Będzie miał pan o czym pisać przez najbliższe lata”, rzekł w pewnym momencie.

I owszem, wyrosłem na temacie zapoczątkowanym wydarzeniami sprzed 22 lat. Ich skutki – przede wszystkim wojna w Afganistanie i konflikt w Iraku – były moim zawodowym „paliwem”. Nie wiem, jak potoczyłaby się moja kariera, gdyby nie Osama bin Laden czy Muhammad Atta. Rozmawiałem o tym kiedyś z żoną – przypomniała mi, że dwa lata przed 11 września, w ankiecie dla przyszłych absolwentów toruńskiej socjologii, zapytany o to, jaki zawód chciałbym wykonywać, napisałem: „korespondent wojenny”. „Nie byłoby tych, byłby inne wojny”, podsumowała małżonka. I pewnie miała rację. Niezależnie od masy zła, które po drodze się wydarzyło, w takim dniu jak dziś towarzyszy mi refleksja, że postąpiłbym tak samo – że znów wszedłbym w temat wojny z terrorem, z czasem angażując się w wojenną reporterkę uprawianą w innych częściach świata. Bo mimo sporych kosztów, ta część mojego życia daje mi powody do satysfakcji.

Lecz to mocno subiektywna perspektywa. Gdy spojrzymy szerzej, widzimy negatywne skutki działań zainicjowanych zamachem na WTC. Bezmiar okrucieństwa, destabilizację, zwycięstwo złych gości nad tymi dobrymi. „Droga do piekła brukowana jest dobrymi chęciami” – w wymiarze geopolitycznym i humanitarnym nic na przestrzeni ostatnich dekad lepiej nie ilustruje tego powiedzenia. Dzisiejszy Afganistan nie jest lepszym miejscem do życia niż w 2001 roku, Irak zszedł na samo dno piekła, by obecnie cieszyć się rachityczną stabilizacją. Ba, rejterada USA z Afganistanu – przed dwoma laty oglądana na żywo przez cały świat – rozzuchwaliła władimira putina. Obecnie wiemy już, że ucieczka z Kabulu uznana została przez rosjan za dowód słabości Stanów Zjednoczonych i ich niechęć do angażowania się w konflikty „na drugim końcu świata”. Zarazem – kalkulowano w Moskwie – podważyła wiarygodność Waszyngtonu jako sojusznika, co w oczach Ukraińców mogło mieć wielkie znaczenie. „Osamotnieni, przekonani, że Amerykanie im nie pomogą, pewnie szybko się poddadzą. Atakujmy, jest dobra okazja!”, uznał więc „geniusz geopolityki” z Kremla i pchnął swoich bandziorów do Ukrainy. Jego kalkulacje okazały się błędne, lecz fakt, że ich dokonał – że miał ku temu pretekst – jest kolejnym niechcianym dziedzictwem 11 września.

—–

Ale wróćmy do teraźniejszości, w której putin widział siebie jako współwładcę świata; taki status miało mu dać ujarzmienie Ukrainy. Wyszło jak wyszło, w efekcie moskiewski satrapa musi się kryć przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym. Kilka dni temu brazylijski prezydent stwierdził, że putin może przyjeżdżać na kolejny szczyt G-20, że włos mu z głowy nie spadnie, choć Brazylia uznaje jurysdykcję MTK. Dziś Lula de Silva wycofał się z tych słów, stwierdzając, że „nie wie” czy brazylijski wymiar sprawiedliwości nie zechce jednak oskarżonego o zbrodnie wojenne rosjanina zatrzymać. Więc putler nigdzie nie pojedzie, możemy być tego pewni, wszak nie raz już, w podobnych sytuacjach, wysyłał w zastępstwie ławrowa. Wróć, pojedzie, na daleki wschód rosji, do Władywostoku, gdzie spotka się z Kim Dzong Unem. Ponoć pociąg pancerny Kima już wyruszył w drogę, a dwaj najwięksi pariasi światowej polityki mają się spotkać 13 września. Ten rosyjski będzie żebrał u tego koreańskiego o amunicję.

—–

A skoro o amunicji mowa – znów pojawiły się medialne spekulacje o przekazaniu Ukrainie ATACMS-ów, precyzyjnych pocisków rakietowych o zasięgu 300 km, wystrzeliwanych z himarsów. „To już za chwilę, w kolejny pakiecie z USA”, przekonują dobrze poinformowani. Uwierzę jak zobaczę, tyle razy już rozbudzono moją nadzieję. Wiem, że na ostatnim szczycie NATO w Wilnie prezydent Zełenski otrzymał ze Stanów informację o „rychłym” transferze tej broni, do dziś jednak nic z tego nie wyszło. Opór części administracji i wojska jest bowiem zbyt duży. Czyżby skruszał?

Wizja ATACMS-ów w Ukrainie nie przypadła do gustu samemu prezydentowi Joe Bidenowi. Jednocześnie jego wola dalszej pomocy Kijowowi pozostaje niezachwiana – prezydent wnioskuje o kolejne fundusze, by móc finansować następne pakiety. Pieniądze się znajdą, choć odbywa się to z większym trudem niż kilka miesięcy temu. Istotny jest – zwłaszcza w perspektywie nadchodzących wyborów – klimat społeczny, tymczasem Amerykanie powoli, ale systematycznie tracą serce dla idei tak rozległego jak dotąd wsparcia Ukrainy. I być może z tego powodu pojawia się/pojawi zielone światło dla ATACMS-ów. Rakiety są drogie, a zarazem piekielnie skuteczne, co w relacji do kosztów daje wysoką efektywność. Z praktycznego punktu widzenia, pojawienie się ATACMS-ów na południu Ukrainy wykończy ledwie zipiącą rosyjską logistykę. Bez której oddziały okupacyjne na Zaporożu nie będą w stanie prowadzić operacji obronnej, co dla Ukraińców oznaczałoby co najmniej rozerwanie rosyjskiego korytarza i fizyczną izolację Krymu wraz z tamtejszym garnizonem. Słowem, wielki krok ku końcowi wojny. Tyle dywagacji, czekamy na konkrety.

—–

Na pewno konkretem nie są inne doniesienia, dotyczące „Black Sea Security Act” (BSSA), dokumentu procedowanego obecnie w Waszyngtonie. Naiwnością jest oczekiwanie, że jego przyjęcie oznacza automatyczną wysyłkę amerykańskiej floty na Morze Czarne. Co do zasady, VI Flota US Navy (operująca z Morza Śródziemnego, a więc mająca najbliżej), bez większego wysiłku zagoniłaby rosyjską flotę czarnomorską do baz (albo posłała na dno), tyle że taki musiałby być cel jej przebywania na akwenie. Istotą „Black Sea Security Act” jest obrona członków NATO przed rosyjskim zagrożeniem – w tym przypadku byłaby to projekcja siły w wykonaniu okrętów stacjonujących w rumuńskich i bułgarskich portach, operujących na wodach międzynarodowych. Nie wiem, jak do BSSA miałby się pomysł eskorty ukraińskich statków zbożowych, ale pewnie udałoby się to jakoś formalnie połapać. Tylko co dalej? Bezpieczeństwo żeglugi byłoby zapewnione, a co z rozładunkiem/załadunkiem statków? Od kilku tygodni rosjanie konsekwentnie niszczą infrastrukturę czarnomorskich portów, okręty US Navy mogłyby temu skutecznie przeciwdziałać – duże jednostki morskie to de facto pływające baterie OPL. Ale to oznaczałoby aktywny udział w działaniach bojowych. Nie miałbym nic przeciwko, tylko że mandat BSSA tak daleko nie sięga.

Ale może tu chodzić o coś innego. Po zdemolowaniu odeskiego portu, działania rosjan koncentrują się na atakach na infrastrukturę portów nadrzecznych, znajdujących się u ujścia Dunaju. Obsługują one zarówno ruch śródlądowy jak i morski i pozostają dla Ukrainy strategicznie ważne. Szczęściem w nieszczęściu słynna rosyjska celność sprawia, że porażeniu ulegają też obiekty po rumuńskiej stronie rzeki. A to już terytorium NATO, któremu operujące u ujścia Dunaju okręty mogłyby zapewnić szczelny parasol powietrzny. A ponieważ potencjalne cele dla rosyjskich dronów dzieli od rumuńskiej ziemi dosłownie 100-200 metrów, parasol objąłby także część Ukrainy. Tak „przy okazji”…

—–

I na koniec o innym drobnym fragmencie Ukrainy. Podwładni gen. Kyryło Budanowa odzyskali dziś kontrolę nad gazowo-naftowymi platformami wiertniczymi na Morzu Czarnym. Ukraina zainstalowała dwie takie platformy – formalnie należące do spółki Czornomornaftohaz – w 2010 i 2012 roku. Każda z nich kosztowała wówczas 400 mln dolarów, co było ceną „z kosmosu”. Podejrzewano, że część kasy przytulił ówczesny minister energetyki Ukrainy Jurij Bojko, znany z prorosyjskich sympatii. Z tego powodu platformy nazywano „wieżami Bojki” – o czym piszę, gdyż w relacjach medialnych pojawia się właśnie taka nazwa. Platformy zainstalowano między Odesą a Krymem, w 2014 roku zajęli je rosjanie (nadając im nazwy Krym-1 i Krym-2). Po 24 lutego 2022 roku instalacje wykorzystywano jako platformy dla radarów i lądowiska dla śmigłowców. Dziś nad ranem wylądowali tam – w ramach desantu morskiego – ukraińscy komandosi. Załączone zdjęcia pochodzą z tej akcji.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Michałowi Strzelcowi, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Mateuszowi Borysewiczowi, Marcinowi Pędziorowi, Sławkowi Polakowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu i Radosławowi Dębcowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Michałowi Baszyńskiemu i Czytelnikowi Robertowi.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!