Zimno…

Rosyjskie ataki na infrastrukturę energetyczną stawiają ukraińskich cywilów wobec konieczności mierzenia się z zimnem, a także z brakiem wody i prądu. W najnowszej historii wojen rzadko zdarzało się, by to doświadczenie było tak bardzo zbieżne z tym, czego doświadczają żołnierze na froncie. Tam, przy temperaturach dochodzących do –25 stopni Celsjusza, a odczuwalnych o kilkanaście stopni niższych, zima przestaje być porą roku, a staje się jednym z czynników walki. Mróz wpływa na ciało i psychikę żołnierzy, nie pozostaje obojętny dla sprzętu i może decydować o tym, kto utrzyma lub zdobędzie pozycje, a kto straci zdolność do dalszych działań.

Zima wielokrotnie udowadniała, że na wojnie bywa równie groźna jak przeciwnik. Klasycznym przykładem pozostaje wojna zimowa z lat 1939–1940, w której Armia Czerwona, mimo przytłaczającej przewagi liczebnej i sprzętowej, poniosła ogromne straty w starciu z fińskimi oddziałami. Sowieckie wojska wkroczyły do walki źle przygotowane do działań w ekstremalnych warunkach pogodowych: brakowało odpowiedniego umundurowania, procedur bytowania w mrozie i elementarnej wiedzy o funkcjonowaniu sprzętu w niskich temperaturach. Finowie, słabsi liczebnie, potrafili natomiast wykorzystać zimno, śnieg i teren jako naturalnych sprzymierzeńców.

Jeszcze bardziej dramatyczne konsekwencje przyniósł mróz podczas niemieckiej kampanii na wschodzie w latach 1941–1942. Wehrmacht, planując krótką wojnę manewrową, nie przygotował się na długotrwałe działania w warunkach rosyjskiej zimy. Brak ciepłych mundurów, nieprzystosowane smary i paliwa, zamarzające mechanizmy broni oraz pojazdów szybko przełożyły się na straty niewynikające bezpośrednio z walk. Odmrożenia, hipotermia i załamanie morale stały się codziennością, a „Generał Mróz” wszedł do języka wojny jako synonim błędów planistycznych i logistycznych.

W obu przypadkach wniosek był podobny: o skuteczności armii w zimie decyduje nie sama odporność żołnierzy, lecz systemowe przygotowanie – od munduru i racji żywnościowych, przez procedury, po zdolność utrzymania sprzętu w gotowości. Ta lekcja nie straciła aktualności. Dzisiejsza Ukraina walczy na tej samej szerokości geograficznej, w podobnym klimacie i często w równie surowych warunkach. Różnica polega na tym, że współczesne pole walki jest znacznie bardziej nasycone elektroniką, a zima uderza nie tylko w ludzi, lecz także w technologię, od której zależy prowadzenie działań bojowych.

—–

Na współczesnym polu walki w Ukrainie temperatury rzędu –20 do –25 stopni Celsjusza nie są anomalią – w ostatnim czasie stały się wręcz typowe. Tymczasem już kilkanaście godzin spędzonych w okopach oznacza gwałtowny wzrost ryzyka hipotermii i odmrożeń, zwłaszcza palców stóp, dłoni oraz twarzy. Ukraińscy żołnierze zwracają uwagę, że problemem nie jest wyłącznie sama temperatura, lecz także wilgoć: pot, śnieg i lód szybko obniżają zdolność organizmu do utrzymania ciepła.

Medycy wojskowi podkreślają, że zimą rośnie liczba przypadków urazów niezwiązanych bezpośrednio z ostrzałem – nie tylko odmrożeń, ale również problemów krążeniowych. Spada też sprawność manualna: obsługa broni, radiostacji czy opatrunków wymaga więcej czasu i wysiłku, a każdy błąd może mieć poważne konsekwencje. Mróz oznacza ponadto zwiększone zapotrzebowanie energetyczne. Organizm spala więcej kalorii, by utrzymać temperaturę, a niedobory jedzenia i ciepłych napojów szybciej prowadzą do wyczerpania, co staje się poważnym wyzwaniem logistycznym.

Niskie temperatury działają także na psychikę. Długotrwałe przebywanie w zimnie pogłębia zmęczenie, utrudnia sen i regenerację, potęguje stres. W relacjach z frontu, także tych historycznych, często pojawia się wątek apatii i spadku koncentracji, szczególnie podczas nocnych dyżurów. W takich warunkach nawet krótki odpoczynek przestaje przynosić ulgę, jeśli żołnierz nie ma możliwości ogrzania się i odizolowania od zimna.

—–

Zima bezlitośnie weryfikuje również sprzęt. Broń wymaga innej konserwacji – standardowe smary gęstnieją lub zamarzają, co zwiększa ryzyko zacięć. Elektronika staje się bardziej zawodna: baterie w radiostacjach, noktowizorach czy dronach rozładowują się znacznie szybciej, a nagłe zmiany temperatury sprzyjają awariom. Ukraińscy operatorzy bezzałogowców zwracają uwagę, że zimą skraca się czas lotu dronów, a ich obsługa w grubych rękawicach staje się znacznie trudniejsza.

Problemy dotyczą także pojazdów. Zamarzające paliwo, słabsze akumulatory i trudności z uruchamianiem silników ograniczają mobilność, szczególnie w warunkach polowych, z dala od zaplecza technicznego.

Mróz zmienia samo pole walki. Zamarznięta ziemia utrudnia kopanie i pogłębianie okopów, co ma bezpośredni wpływ na ochronę przed ostrzałem. Śnieg z jednej strony poprawia widoczność i ułatwia wykrywanie ruchu przeciwnika, z drugiej – zdradza ślady i ogranicza maskowanie. Dźwięki niosą się dalej, a nocą światło i ciepło stają się łatwiejsze do wykrycia.

W takich warunkach przewagę zyskuje ten, kto potrafi lepiej zarządzać bytowaniem żołnierzy i sprzętem.

—–

Relacje z ukraińskiego frontu pokazują, że zima wymusza powrót do podstaw żołnierskiego rzemiosła. Nowoczesny sprzęt pomaga, ale o przetrwaniu decydują proste rozwiązania, dyscyplina i doświadczenie. W warunkach –20 stopni kluczowym wyzwaniem jest nie tyle „ogrzać się”, ile nie dopuścić do wychłodzenia.

Podstawą jest ubiór warstwowy. Ukraińscy żołnierze podkreślają, że najważniejszą jego częścią pozostaje bielizna termiczna, która odprowadza wilgoć, oraz warstwa izolacyjna utrzymująca ciepło. Zewnętrzna odzież ma chronić przed wiatrem i śniegiem, ale nie może powodować przegrzania. Pot, o czym już wspominałem, jest zimą wrogiem – mokra odzież oznacza szybkie wychłodzenie po zatrzymaniu się.

Szczególną uwagę poświęca się stopom i dłoniom. Częsta zmiana skarpet, wkładki izolujące od gruntu oraz rękawice pozwalające na obsługę broni to standard. Wielu żołnierzy nosi cienkie rękawiczki „robocze” pod grubszymi, zdejmowanymi tylko na czas strzelania czy obsługi sprzętu.

Ogrzewanie okopów i schronów jest możliwe, ale obarczone ryzykiem. Ukraińskie jednostki korzystają z niewielkich piecyków polowych, świec okopowych i chemicznych podgrzewaczy, jednak zawsze z myślą o maskowaniu. Otwarty ogień, dym czy nadmiar ciepła mogą zdradzić pozycję, zwłaszcza w warunkach obserwacji termowizyjnej.

Częstą praktyką jest ogrzewanie „punktowe” – rąk, stóp lub miejsca snu – zamiast całej przestrzeni. Izolacja od ziemi (maty, deski, skrzynki) bywa ważniejsza niż sam ogień.

—–

Zimą sen staje się towarem deficytowym. Krótkie zmiany, częsta rotacja na pozycjach i możliwość ogrzania się choćby przez kilkanaście minut mają kluczowe znaczenie dla utrzymania zdolności bojowej. Ukraińscy dowódcy podkreślają, że przemęczony i wychłodzony żołnierz szybciej popełnia błędy, a jego reakcje są spowolnione.

Śpiwory o wysokim standardzie termicznym, często używane wewnątrz prowizorycznych schronów, pozwalają przetrwać noc, ale tylko pod warunkiem zachowania suchej odzieży i izolacji od podłoża.

Zimą zmienia się podejście do konserwacji broni. Ukraińscy żołnierze ograniczają ilość smarów lub stosują środki przeznaczone do niskich temperatur. Broń bywa noszona bliżej ciała, by ograniczyć ryzyko zamarzania mechanizmów.

Elektronika wymaga szczególnej troski. Baterie do radiostacji, celowników czy dronów są przechowywane pod kurtką, blisko ciała. Operatorzy bezzałogowców planują loty krótsze i częstsze, licząc się z gwałtownym spadkiem wydajności akumulatorów. Zimą technologia nie daje przewagi sama z siebie – trzeba ją stale „ratować” przed fizyką.

W relacjach z frontu często powraca jedno słowo: improwizacja. Od świec robionych z puszek i parafiny, przez prowizoryczne osłony przeciwwiatrowe, po przerabianie cywilnych ubrań i sprzętu. Ukraińscy żołnierze korzystają z doświadczeń z poprzednich zim, ale każda nowa fala mrozów wymusza kolejne dostosowania.

Zima nie daje przewagi automatycznie. Faworyzuje tych, którzy potrafią się do niej przygotować, utrzymać dyscyplinę bytową i zadbać o ludzi. Na ukraińskim froncie to często właśnie te „niewidoczne” działania decydują o tym, czy oddział jest w stanie utrzymać pozycje przez kolejne dni i tygodnie.

—–

W tej wojnie zima nie działa wyłącznie na linii frontu. Rosyjskie uderzenia w infrastrukturę energetyczną Ukrainy sprawiają, że doświadczenie mrozu staje się wspólne dla żołnierzy i cywilów. Brak ogrzewania, prądu i wody na zapleczu oznacza, że walka z zimnem nie kończy się wraz z zejściem z pozycji. Front i tyły funkcjonują w tym samym reżimie niedoboru, a konsekwencje tego stanu odczuwalne są również w psychice żołnierzy.

Ukraińscy wojskowi podkreślają, że wiedza o losie rodzin i bliskich pozostających w ostrzeliwanych miastach jest dla nich dodatkowym obciążeniem psychicznym. Żołnierz na froncie mierzy się z mrozem, zmęczeniem i bezpośrednim zagrożeniem życia, a jednocześnie ma świadomość, że tej samej nocy jego bliscy mogą siedzieć w zimnym mieszkaniu, bez światła i ogrzewania. To nie osłabia determinacji, ale zwiększa napięcie i poczucie odpowiedzialności, którego trudno się pozbyć nawet w chwilach względnego spokoju.

Tak zima staje się elementem wojny na wyczerpanie, prowadzonej nie tylko przeciwko armii, ale całemu społeczeństwu.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne, wykonałem je podczas donbaskiego epizodu tej wojny, zimą 2015 roku. Wtedy też temperatury spadały mocno poniżej zera…

Rasputica

Pytacie, co dalej/jak potoczy się sytuacja na froncie, po ewidentnym przyśpieszeniu, z jakim mieliśmy do czynienia w ostatnich tygodniach. Odpowiem Wam, przyjmując na chwilę perspektywę rosyjskich generałów, którym zostało… modlić się o deszcz. O błoto, a później mróz (mam nadzieję, że Wojtek Jagielski nie będzie miał mi za złe tej parafrazy tytułu jego książki).

W języku rosyjskim warunki pogodowe sprzyjające powstawaniu błota doczekały się własnej nazwy: распу́тица (pol. rasputica). To swoisty dowód uznania dla skutków wywoływanych przez rasputicę. W ZSRR zjawisko to odcinało od świata około 40% wiosek położonych w europejskiej części kraju. Potężne imperium aż po swój kres nie było w stanie zbudować przyzwoitej sieci dróg, w związku z czym dwa razy do roku gruntowe w większości szlaki stawały się trudno lub w ogóle nieprzejezdne. Po rozpadzie ZSRR sytuacja nie uległa istotnym zmianom – rasputica nadal dokucza rosjanom, Ukraińcom i Białorusinom. Ta jesienna, wywołana intensywnymi opadami deszczu, rozpoczyna się w połowie października, kończy miesiąc później wraz z pierwszymi mrozami, kiedy wilgotna ziemia zamarza na głębokość metra. Podczas roztopów następuje rasputica wiosenna, groźniejsza z powodu wody uwięzionej w glebie. Jej wytopienie rozmiękcza grunt, co prowadzi do powstania grząskiego błota, głębokiego nawet na kilkadziesiąt centymetrów.

W marcu tego roku w takim błocie utopiło się mnóstwo rosyjskich czołgów, biorących udział w inwazji na Ukrainę. Świat obiegły wówczas zdjęcia porzuconych wozów, będące kolejnym dowodem fatalnej jakości planowania w rosyjskiej armii. Rasputica nie powinna była zaskoczyć rosjan – żyją z nią od wieków. Generałowie z Moskwy doskonale też wiedzieli, że na obszarze między Ukrainą a Białorusią dominują bagna i mokradła. I że podczas odwilży teren ten będzie w większości nieprzejezdny. Jeśli chcieli zacząć wojnę zimą, należało to uczynić do połowy lutego, podczas największych mrozów. Atak tymczasem nastąpił kilkanaście dni później, na najbardziej priorytetowym kierunku wiodąc przez „królestwo rasputicy”. Media ochrzciły ją wtedy kolejnym określeniem – jednego z „czterech jeźdźców armii ukraińskiej”, obok pocisków Javelin i Stinger oraz platform społecznościowych (gdzie Ukraińcy toczą skuteczną wojnę informacyjną).

Rasputica obnażyła jeszcze inną słabość rosyjskiego wojska – fakt iż korzysta ono z kiepskiej jakości ogumienia. Przekłada się to na poważne kłopoty z transportem i logistyką – tym większe, im bardziej nie dopisuje pogoda. W czasach radzieckich przemysł oponiarski produkował solidne opony, sprawdzające się w każdych warunkach atmosferycznych. Ale to już pieśń przeszłości, odległa także z powodu sankcji gospodarczych, uniemożliwiających rosji import niezbędnych narzędzi i komponentów do produkcji. W praktyce oznacza to, że Ziły i Kamazy jeżdżą na oponach importowanych z zaprzyjaźnionych krajów. W użyciu są m.in. chińskie „gumy” YS20, czyli kiepska kopia doskonałej skądinąd wojskowej opony Michelin XZL. W porównaniu z oryginałem, podróbka ściera się setki razy szybciej. Zwykle wystarcza na pojedynczy przejazd z bazy logistycznej w rosji do oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów zgrupowania własnych wojsk. rosjanie korzystają też z białoruskich opon Bel-95. Zakładają je np. na ciężarówki będące nośnikami niezwykle kosztownych systemów przeciwlotniczych Pancyr. W marcu br. jeden z takich Kamazów nie był w stanie samodzielnie wydostać się z błotnej pułapki. Wóz rosjanie porzucili, Ukraińcy puścili go z dymem.

Nie tylko w ocenie mediów, ale i zdaniem wojskowych analityków, pogoda i wywołane nią komplikacje w sposób istotny przyczyniły się do ukraińskiego zwycięstwa w bitwie o Kijów. Wiosenna rasputica zagrała wtedy w jednej drużynie z Ukraińcami. Komu przysłuży się ta jesienna? Ukraińska kontrofensywa w obwodzie charkowskim z początku września oraz wcześniejsze „mielenie” rosyjskiego zaplecza logistycznego i systemu dowodzenia przy użyciu precyzyjnych systemów artyleryjskich (głównie Himarsów), sprawiły, że na froncie rosjanie stracili inicjatywę operacyjną. Nadal, przy użyciu broni strategicznej, mogą razić cele w całej Ukrainie, bez większego ryzyka symetrycznej odpowiedzi. Tyle że nie przekłada się to na sytuację ich wojsk bezpośrednio zaangażowanych w walkę. Obecnie są one w stanie prowadzić niemal wyłącznie operacje obronne (w skali frontu pojedyncze akcje zaczepne nie mają większego znaczenia). Od chwili szokującej porażki pod Charkowem rosyjscy generałowie modlą się o deszcz i błoto, zakładając, że dzięki temu ukraińska presja ulegnie wyhamowaniu. A to pozwoli im przegrupować wojsko, uzupełnić stany osobowe i zapasy. Z tym jednak może być niemały problem, bo po rosyjskiej stronie linii frontu w Donbasie jest niewiele solidnych szlaków komunikacyjnych. Z konieczności więc uzupełnienia będą musiały pójść głębszym zapleczem, przez tereny rosji – co istotnie wydłuża drogę.

Na tym etapie wojny wydaje się, że Kreml chce ją przeciągnąć przez zimę. Licząc, że niskie temperatury dadzą się we znaki zachodnim Europejczykom. Zmarznięci obywatele Unii zażądają od swoich rządów powrotu do taniej rosyjskiej energii, co będzie możliwe tylko po uprzednim zawieszeniu wsparcia wojskowego dla Ukrainy. A odcięci od „zachodniej kroplówki” Ukraińcy nie będą w stanie długo się bronić. I tak pogoda znów ocali rosję, kalkuluje putin. Rasputica to jedno, ale i generał Mróz ma przecież niemałe w tym zasługi…

Obyś się gamoniu po raz kolejny przeliczył!

—–

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to