Podprogowo

„W tej chwili nie widzimy bezpośredniego zagrożenia atakiem”, oświadczył w niedzielę, 30 sierpnia, anonimowy przedstawiciel NATO cytowany przez Reutersa. Jednocześnie zaznaczył, że rosja nasila ataki na Ukrainę oraz działania hybrydowe w Europie. NATO – zapewnił – pozostaje czujne.

Dzień wcześniej z Warszawy popłynął komunikat brzmiący znacznie bardziej alarmistycznie. Po rozmowie z sekretarzem generalnym NATO Markiem Ruttem premier Donald Tusk napisał, że rosyjska eskalacja postępuje, a najbliższe pół roku może okazać się rozstrzygające. Polska i NATO powinny być przygotowane na różne scenariusze. „Nie możemy wykluczyć prowokacji ze strony rosji przeciwko któremuś z państw NATO”, ostrzegł szef rządu RP.

Z kolei prezydent Finlandii Alexander Stubb w opublikowanym tego samego dnia wywiadzie dla niemieckiego „Bilda” stwierdził, że nie spodziewa się rosyjskiego ataku na państwo NATO. Powołał się przy tym zarówno na informacje wywiadowcze, jak i siłę odstraszania Sojuszu. Jego zdaniem rosja ponosi w Ukrainie straty, które utrudniają jej otwarcie drugiego frontu, zaś sprawdzanie militarnej determinacji NATO byłoby dla Moskwy pozbawione sensu. Nie znaczy to – zastrzegł – że Europa może przestać przygotowywać się na najgorszy scenariusz.

Kto więc ma rację? Wszyscy. Mówią bowiem o różnych rzeczach.

—–

rosyjski atak na NATO najłatwiej wyobrazić sobie jako powtórkę z 24 lutego 2022 roku. Koncentrację wojsk, przygotowania logistyczne, uderzenia rakietowe i lotnicze, a następnie przekroczenie granicy przez jednostki lądowe. W przypadku Sojuszu najczęściej przywoływany jest przy tym kierunek bałtycki – Estonia, Łotwa i Litwa – albo Polska.

Taki scenariusz rzeczywiście trudno dziś uznać za najbardziej prawdopodobny. rosja nadal prowadzi pełnoskalową wojnę przeciw Ukrainie i angażuje w nią ogromną część swojego potencjału wojskowego. Musiałaby przy tym liczyć się z wejściem w konflikt z sojuszem dysponującym nieporównanie większym potencjałem gospodarczym i wojskowym oraz bronią jądrową.

I właśnie przewaga Sojuszu ma kluczowe znaczenie dla odstraszania. Jego istotą jest przekonanie przeciwnika, że ewentualny atak nie pozwoli mu osiągnąć zakładanych celów albo pociągnie za sobą koszty większe od możliwych korzyści. NATO wzmacnia ten mechanizm, zwiększając siły na wschodniej flance, rozbudowując plany obronne i podnosząc wydatki wojskowe. Sojusz oficjalnie określa rosję jako najpoważniejsze i bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa państw NATO.

Rzecz w tym, że między pokojem a rosyjskimi czołgami przekraczającymi granicę NATO znajduje się jeszcze bardzo dużo miejsca. I Moskwa potrafi z niego korzystać.

—–

Najświeższego przykładu dostarczyły Niemcy. 1 września władze w Berlinie oficjalnie uznały rosję za odpowiedzialną za próbę zamachu na lotnisku Lipsk/Halle. Na początku sierpnia znaleziono tam drona wyposażonego w materiał wybuchowy. Według niemieckich mediów celem mógł być ukraiński samolot transportowy.

Minister spraw wewnętrznych RFN Alexander Dobrindt poinformował, że konfiguracja drona, rodzaj materiału wybuchowego i technika detonacji były znane z wcześniejszych rosyjskich operacji hybrydowych oraz wojny przeciw Ukrainie. Niemiecki rząd uznał więc incydent za rosyjski atak hybrydowy. Moskwa zaprzecza, by miała z nim cokolwiek wspólnego.

To już nie operacja dezinformacyjna czy próba włamania do rządowej sieci komputerowej. Dron przewożący materiał wybuchowy mógł zniszczyć samolot, spowodować pożar i zabić ludzi. Jednocześnie sposób przeprowadzenia tej operacji zasadniczo różni się od otwartego ataku militarnego. Z rosji nie nadleciał bombowiec, nie wystartowała rakieta balistyczna, granicy Niemiec nie przekroczyli rosyjscy żołnierze. Zamiast jednoznacznego aktu agresji mamy działanie, którego sprawcę trzeba najpierw ustalić, a jego związek z rosyjskim państwem – udowodnić.

I właśnie ta niejednoznaczność jest istotą problemu.

rosja od lat prowadzi przeciw państwom europejskim działania, które NATO i Unia Europejska określają jako kampanię hybrydową. Obejmuje ona cyberataki, sabotaż, ingerencję w procesy polityczne, operacje informacyjne, zakłócanie systemów elektronicznych i działania przeciw infrastrukturze krytycznej. W lipcu Rada Północnoatlantycka ponownie oficjalnie potępiła rosyjskie cyberoperacje wymierzone w państwa Sojuszu. UE mówi z kolei o „uporczywych, skoordynowanych i długotrwałych” rosyjskich kampaniach hybrydowych.

Nie chodzi przy tym o przypadkowy zbiór incydentów. W rosyjskim sposobie prowadzenia konfrontacji działania militarne, wywiadowcze, informacyjne, gospodarcze i cybernetyczne mogą być elementami jednej strategii. Pozwalają wywierać presję na przeciwnika bez podejmowania ryzyka związanego z otwartą wojną.

Można zakłócać GPS. Można atakować sieci komputerowe. Można podpalać magazyny, uszkadzać infrastrukturę albo wykorzystywać pośredników do przeprowadzenia sabotażu. Można również prowadzić operacje wpływu, których celem nie jest zniszczenie konkretnego obiektu, lecz pogłębienie politycznych i społecznych podziałów. Każde z tych działań może powodować realne szkody. Ale czy to już wojna?

—–

Z punktu widzenia bezpieczeństwa NATO istotne jest więc nie tylko ryzyko otwartego rosyjskiego ataku, lecz także to, jak daleko Moskwa może posunąć się poniżej progu wojny. Cyberatak powodujący kilkugodzinną awarię? Sabotaż linii kolejowej? Uszkodzenie kabla na dnie Bałtyku? Dron nad bazą wojskową? Eksplozja w magazynie? Atak na samolot przewożący uzbrojenie dla Ukrainy?

A jeśli w takim zdarzeniu zginą ludzie?

Nie istnieje taryfikator określający, ile zniszczonych transformatorów, samolotów czy ofiar oznacza przekroczenie granicy między działaniem hybrydowym a zbrojnym atakiem. I nie jest to przypadek – o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zimno…

Rosyjskie ataki na infrastrukturę energetyczną stawiają ukraińskich cywilów wobec konieczności mierzenia się z zimnem, a także z brakiem wody i prądu. W najnowszej historii wojen rzadko zdarzało się, by to doświadczenie było tak bardzo zbieżne z tym, czego doświadczają żołnierze na froncie. Tam, przy temperaturach dochodzących do –25 stopni Celsjusza, a odczuwalnych o kilkanaście stopni niższych, zima przestaje być porą roku, a staje się jednym z czynników walki. Mróz wpływa na ciało i psychikę żołnierzy, nie pozostaje obojętny dla sprzętu i może decydować o tym, kto utrzyma lub zdobędzie pozycje, a kto straci zdolność do dalszych działań.

Zima wielokrotnie udowadniała, że na wojnie bywa równie groźna jak przeciwnik. Klasycznym przykładem pozostaje wojna zimowa z lat 1939–1940, w której Armia Czerwona, mimo przytłaczającej przewagi liczebnej i sprzętowej, poniosła ogromne straty w starciu z fińskimi oddziałami. Sowieckie wojska wkroczyły do walki źle przygotowane do działań w ekstremalnych warunkach pogodowych: brakowało odpowiedniego umundurowania, procedur bytowania w mrozie i elementarnej wiedzy o funkcjonowaniu sprzętu w niskich temperaturach. Finowie, słabsi liczebnie, potrafili natomiast wykorzystać zimno, śnieg i teren jako naturalnych sprzymierzeńców.

Jeszcze bardziej dramatyczne konsekwencje przyniósł mróz podczas niemieckiej kampanii na wschodzie w latach 1941–1942. Wehrmacht, planując krótką wojnę manewrową, nie przygotował się na długotrwałe działania w warunkach rosyjskiej zimy. Brak ciepłych mundurów, nieprzystosowane smary i paliwa, zamarzające mechanizmy broni oraz pojazdów szybko przełożyły się na straty niewynikające bezpośrednio z walk. Odmrożenia, hipotermia i załamanie morale stały się codziennością, a „Generał Mróz” wszedł do języka wojny jako synonim błędów planistycznych i logistycznych.

W obu przypadkach wniosek był podobny: o skuteczności armii w zimie decyduje nie sama odporność żołnierzy, lecz systemowe przygotowanie – od munduru i racji żywnościowych, przez procedury, po zdolność utrzymania sprzętu w gotowości. Ta lekcja nie straciła aktualności. Dzisiejsza Ukraina walczy na tej samej szerokości geograficznej, w podobnym klimacie i często w równie surowych warunkach. Różnica polega na tym, że współczesne pole walki jest znacznie bardziej nasycone elektroniką, a zima uderza nie tylko w ludzi, lecz także w technologię, od której zależy prowadzenie działań bojowych.

—–

Na współczesnym polu walki w Ukrainie temperatury rzędu –20 do –25 stopni Celsjusza nie są anomalią – w ostatnim czasie stały się wręcz typowe. Tymczasem już kilkanaście godzin spędzonych w okopach oznacza gwałtowny wzrost ryzyka hipotermii i odmrożeń, zwłaszcza palców stóp, dłoni oraz twarzy. Ukraińscy żołnierze zwracają uwagę, że problemem nie jest wyłącznie sama temperatura, lecz także wilgoć: pot, śnieg i lód szybko obniżają zdolność organizmu do utrzymania ciepła.

Medycy wojskowi podkreślają, że zimą rośnie liczba przypadków urazów niezwiązanych bezpośrednio z ostrzałem – nie tylko odmrożeń, ale również problemów krążeniowych. Spada też sprawność manualna: obsługa broni, radiostacji czy opatrunków wymaga więcej czasu i wysiłku, a każdy błąd może mieć poważne konsekwencje. Mróz oznacza ponadto zwiększone zapotrzebowanie energetyczne. Organizm spala więcej kalorii, by utrzymać temperaturę, a niedobory jedzenia i ciepłych napojów szybciej prowadzą do wyczerpania, co staje się poważnym wyzwaniem logistycznym.

Niskie temperatury działają także na psychikę. Długotrwałe przebywanie w zimnie pogłębia zmęczenie, utrudnia sen i regenerację, potęguje stres. W relacjach z frontu, także tych historycznych, często pojawia się wątek apatii i spadku koncentracji, szczególnie podczas nocnych dyżurów. W takich warunkach nawet krótki odpoczynek przestaje przynosić ulgę, jeśli żołnierz nie ma możliwości ogrzania się i odizolowania od zimna.

—–

Zima bezlitośnie weryfikuje również sprzęt. Broń wymaga innej konserwacji – standardowe smary gęstnieją lub zamarzają, co zwiększa ryzyko zacięć. Elektronika staje się bardziej zawodna: baterie w radiostacjach, noktowizorach czy dronach rozładowują się znacznie szybciej, a nagłe zmiany temperatury sprzyjają awariom. Ukraińscy operatorzy bezzałogowców zwracają uwagę, że zimą skraca się czas lotu dronów, a ich obsługa w grubych rękawicach staje się znacznie trudniejsza.

Problemy dotyczą także pojazdów. Zamarzające paliwo, słabsze akumulatory i trudności z uruchamianiem silników ograniczają mobilność, szczególnie w warunkach polowych, z dala od zaplecza technicznego.

Mróz zmienia samo pole walki. Zamarznięta ziemia utrudnia kopanie i pogłębianie okopów, co ma bezpośredni wpływ na ochronę przed ostrzałem. Śnieg z jednej strony poprawia widoczność i ułatwia wykrywanie ruchu przeciwnika, z drugiej – zdradza ślady i ogranicza maskowanie. Dźwięki niosą się dalej, a nocą światło i ciepło stają się łatwiejsze do wykrycia.

W takich warunkach przewagę zyskuje ten, kto potrafi lepiej zarządzać bytowaniem żołnierzy i sprzętem.

—–

Relacje z ukraińskiego frontu pokazują, że zima wymusza powrót do podstaw żołnierskiego rzemiosła. Nowoczesny sprzęt pomaga, ale o przetrwaniu decydują proste rozwiązania, dyscyplina i doświadczenie. W warunkach –20 stopni kluczowym wyzwaniem jest nie tyle „ogrzać się”, ile nie dopuścić do wychłodzenia.

Podstawą jest ubiór warstwowy. Ukraińscy żołnierze podkreślają, że najważniejszą jego częścią pozostaje bielizna termiczna, która odprowadza wilgoć, oraz warstwa izolacyjna utrzymująca ciepło. Zewnętrzna odzież ma chronić przed wiatrem i śniegiem, ale nie może powodować przegrzania. Pot, o czym już wspominałem, jest zimą wrogiem – mokra odzież oznacza szybkie wychłodzenie po zatrzymaniu się.

Szczególną uwagę poświęca się stopom i dłoniom. Częsta zmiana skarpet, wkładki izolujące od gruntu oraz rękawice pozwalające na obsługę broni to standard. Wielu żołnierzy nosi cienkie rękawiczki „robocze” pod grubszymi, zdejmowanymi tylko na czas strzelania czy obsługi sprzętu.

Ogrzewanie okopów i schronów jest możliwe, ale obarczone ryzykiem. Ukraińskie jednostki korzystają z niewielkich piecyków polowych, świec okopowych i chemicznych podgrzewaczy, jednak zawsze z myślą o maskowaniu. Otwarty ogień, dym czy nadmiar ciepła mogą zdradzić pozycję, zwłaszcza w warunkach obserwacji termowizyjnej.

Częstą praktyką jest ogrzewanie „punktowe” – rąk, stóp lub miejsca snu – zamiast całej przestrzeni. Izolacja od ziemi (maty, deski, skrzynki) bywa ważniejsza niż sam ogień.

—–

Zimą sen staje się towarem deficytowym. Krótkie zmiany, częsta rotacja na pozycjach i możliwość ogrzania się choćby przez kilkanaście minut mają kluczowe znaczenie dla utrzymania zdolności bojowej. Ukraińscy dowódcy podkreślają, że przemęczony i wychłodzony żołnierz szybciej popełnia błędy, a jego reakcje są spowolnione.

Śpiwory o wysokim standardzie termicznym, często używane wewnątrz prowizorycznych schronów, pozwalają przetrwać noc, ale tylko pod warunkiem zachowania suchej odzieży i izolacji od podłoża.

Zimą zmienia się podejście do konserwacji broni. Ukraińscy żołnierze ograniczają ilość smarów lub stosują środki przeznaczone do niskich temperatur. Broń bywa noszona bliżej ciała, by ograniczyć ryzyko zamarzania mechanizmów.

Elektronika wymaga szczególnej troski. Baterie do radiostacji, celowników czy dronów są przechowywane pod kurtką, blisko ciała. Operatorzy bezzałogowców planują loty krótsze i częstsze, licząc się z gwałtownym spadkiem wydajności akumulatorów. Zimą technologia nie daje przewagi sama z siebie – trzeba ją stale „ratować” przed fizyką.

W relacjach z frontu często powraca jedno słowo: improwizacja. Od świec robionych z puszek i parafiny, przez prowizoryczne osłony przeciwwiatrowe, po przerabianie cywilnych ubrań i sprzętu. Ukraińscy żołnierze korzystają z doświadczeń z poprzednich zim, ale każda nowa fala mrozów wymusza kolejne dostosowania.

Zima nie daje przewagi automatycznie. Faworyzuje tych, którzy potrafią się do niej przygotować, utrzymać dyscyplinę bytową i zadbać o ludzi. Na ukraińskim froncie to często właśnie te „niewidoczne” działania decydują o tym, czy oddział jest w stanie utrzymać pozycje przez kolejne dni i tygodnie.

—–

W tej wojnie zima nie działa wyłącznie na linii frontu. Rosyjskie uderzenia w infrastrukturę energetyczną Ukrainy sprawiają, że doświadczenie mrozu staje się wspólne dla żołnierzy i cywilów. Brak ogrzewania, prądu i wody na zapleczu oznacza, że walka z zimnem nie kończy się wraz z zejściem z pozycji. Front i tyły funkcjonują w tym samym reżimie niedoboru, a konsekwencje tego stanu odczuwalne są również w psychice żołnierzy.

Ukraińscy wojskowi podkreślają, że wiedza o losie rodzin i bliskich pozostających w ostrzeliwanych miastach jest dla nich dodatkowym obciążeniem psychicznym. Żołnierz na froncie mierzy się z mrozem, zmęczeniem i bezpośrednim zagrożeniem życia, a jednocześnie ma świadomość, że tej samej nocy jego bliscy mogą siedzieć w zimnym mieszkaniu, bez światła i ogrzewania. To nie osłabia determinacji, ale zwiększa napięcie i poczucie odpowiedzialności, którego trudno się pozbyć nawet w chwilach względnego spokoju.

Tak zima staje się elementem wojny na wyczerpanie, prowadzonej nie tylko przeciwko armii, ale całemu społeczeństwu.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne, wykonałem je podczas donbaskiego epizodu tej wojny, zimą 2015 roku. Wtedy też temperatury spadały mocno poniżej zera…

Terror

Najnowsze dane z ukraińskiej stolicy są porażające: w efekcie rosyjskich ataków na infrastrukturę energetyczną ponad milion odbiorców pozostaje bez prądu, a około 4–5 tys. budynków mieszkalnych nie ma centralnego ogrzewania. W nocy wskazówki termometrów spadają do –15/–18 stopni Celsjusza, co oznacza, że bloki stają się lodówkami. „Już nawet nie mierzę temperatury w mieszkaniu”, pisze mi koleżanka z Kijowa. „Śpię w bieliźnie termicznej i dresie, pod grubą kołdrą i dwoma kocami, a dzieciom rozstawiliśmy w pokoju namiot”.

Według ostatnich raportów Reutersa, prawie 60 proc. Kijowa jest pozbawione prądu, co przekłada się nie tylko na brak światła, ale też na przerwy w dostawach wody, komunikacji, a nawet łączności komórkowej. Taki stan trwa już od wielu dni i – jak ostrzegają mieszkańcy oraz władze miejskie – może wpędzić społeczność w katastrofę humanitarną.

Ale system energetyczny ledwo zipie w całej Ukrainie. Z powodu ciągłych ostrzałów infrastruktury, w tym linii przesyłowych i elektrowni, wprowadzono harmonogramy awaryjnych wyłączeń, które w niektórych regionach oznaczają brak prądu nawet przez 16-20 godzin na dobę. Ten mechanizm ma zapobiec całkowitej awarii sieci, ale jednocześnie oznacza, że miliony ludzi żyją w permanentnym półmroku i zimnie.

Rosyjskie ataki na sieć energetyczną to strategia militarna z jasno określonym celem: osłabić ukraiński system energetyczny, zdestabilizować społeczeństwo i wymusić polityczne ustępstwa w toczącej się wojnie. Intensywność tych działań znacznie wzrosła w sezonie zimowym 2025/2026. Siły Moskwy wykorzystują drony, pociski balistyczne i manewrujące, aby trafić w krytyczne instalacje energetyczne.

Ukraińskie władze nie pozostają bierne. Już w połowie stycznia prezydent Wołodymyr Zełenski ogłosił stan wyjątkowy w sektorze energetycznym i powołał krajowe centrum koordynacji działań kryzysowych. W Kijowie mer Witalij Kliczko organizuje punkty ogrzewania i „punkty niezłomności”, gdzie ludzie mogą się ogrzać, naładować telefony i uzyskać pomoc. Zarządzono także częściową ewakuację – od 9 stycznia z Kijowa wyjechało już około 600 tys. osób (jedna piąta mieszkańców), które zdecydowały się szukać ciepła poza stolicą.

Równolegle rząd koordynuje przywracanie dostaw energii, pozyskiwanie awaryjnych generatorów i przesuwa zasoby energetyczne tam, gdzie są najbardziej potrzebne. Wiele szpitali i ośrodków krytycznych zostało wyposażonych w agregaty, a firmy energetyczne pracują w trybie ciągłym nad naprawami zniszczonego sprzętu.

Technicy, monterzy i operatorzy dźwigów harują po 48–72 godziny bez porządnego snu, przemieszczając się z punktu do punktu, by przywrócić prąd i ogrzewanie w mieszkaniach, szpitalach i szkołach. Ich praca odbywa się w warunkach skrajnego ryzyka – w nocy, w mrozie, pod ostrzałem dronów i pocisków – a mimo to wracają na kolejne dyżury, bo wiedzą, że każdy naprawiony transformator to uratowane życie. Kilka dni temu jeden z pracowników Ukrenergo zasłabł z wyczerpania podczas działań przy uszkodzonym obiekcie i zginął porażony prądem. „Zima Putina”, jak mówi się o kryzysie w Ukrainie, zbiera i takie ofiary.

Świat nie pozostaje bezczynny. Polska przekazuje właśnie Kijowowi 400 generatorów prądu z rezerw państwowych, które mają pomóc w stabilizacji podstawowych potrzeb energetycznych mieszkańców. Niemcy przeznaczyły 60 mln euro na dostawy generatorów, paliwa i innych środków wsparcia energetycznego dla ukraińskich gospodarstw, szpitali i szkół. Również Wielka Brytania zadeklarowała wsparcie ratunkowe. Poza oficjalnymi działaniami pojawiają się też inicjatywy społeczne. Akcja „Ciepło z Polski dla Kijowa” zebrała już 5,5 mln złotych na zakup generatorów, dzięki wpłatom od ponad 40 tys. darczyńców. Oto link do tej zrzutki, ale pamiętajcie o tym, że marzną też żołnierze. I z myślą o nich udostępniam kolejną zbiórkę – „Razem dla życia”. Wracając zaś do tekstu, który opublikowałem w portalu Polska Zbrojna – jego dalszą część, w której mowa jest m.in. o reakcjach rosyjskiej propagandy, znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. technik naprawiający uszkodzoną przez rosjan linię energetyczną/fot. własne

Niby-rozjem

Prezydent trump nie traci dobrego humoru. Wciąż uważa, że uda mu się zakończyć wojnę w Ukrainie i nie szczędzi superlatyw członkom swojej administracji, którzy prowadzą rozmowy z Ukraińcami i rosjanami. I tak wysłannicy z Waszyngtonu wykonują „świetną robotę”, a „rezultaty są obiecujące”. W tej erupcji samozachwytu nie ma miejsca na krytyczną refleksję i przyznanie, że wynegocjowany rozejm (a właściwie rozejmy…), to fikcja – na kilku płaszczyznach.

Przyjrzyjmy się pierwszemu porozumieniu, przewidującemu 30-dniowe zawieszenie ataków na obiekty infrastruktury energetycznej. Miało być ono skutkiem rozmowy telefonicznej trumpa z władimirem putinem, do której doszło 18 marca br. Panowie ledwie zdołali odłożyć słuchawki, a rosyjskie drony zaatakowały m.in. elektrownię w Słowiańsku. „Wysłaliśmy je zanim prezydenci się umówili, potem nie zdołaliśmy zestrzelić”, żartował w niewybredny sposób jeden z czołowych rosyjskich mil-blogerów.

—–

Oczywiście, oficjalne źródła w Moskwie utrzymywały – i nadal utrzymują – że siły zbrojne federacji przestrzegają rozejmu. Jako tych złych Kreml maluje Ukraińców, którzy jeszcze tej samej nocy przypuścili nalot na jedną z rosyjskich rafinerii. Fakt, iż była to riposta na rosyjski atak, skrzętnie został przemilczany.

Zarazem wciąż mamy do czynienia z kolejnymi rosyjskimi nalotami rakietowo-dronowymi na ukraińskie miasta. Rzekomym celem mają być obiekty militarne, ale rosjanie uderzają w zamieszkałe kwartały. 26 marca wyprowadzili ciężki nalot na Charków i Dnipro, dwa dni wcześniej bezpardonowo zaatakowali Odesę. Nieco wcześniej drony i rakiety spadły również na Sumy (…).

„Realista” lubujący się w cynizmie (a sporo takich komentatorów objawiło się przy okazji wojny na Wschodzie), mógłby „trzeźwo” zauważyć, że przecież na zawieszenie nalotów „tak w ogóle” nikt się nie umawiał; rosjanie więc nie łamią porozumienia. Rzecz w tym, że Moskwa nieustannie podkreśla dobrą wolę, zapewniając, że nie będzie atakować cywilów. No więc nie atakuje – tak jak przestrzega reguły dotyczącej nieuderzania w infrastrukturę energetyczną.

—–

Pod warstwą zakłamania mamy jeszcze jedną odsłonę rozejmowej fikcji. Na skutek rosyjskich ataków z przełomu 2022-2023 roku i uderzeń z wiosny 2024 roku, ukraińska energetyka utraciła dwie trzecie przedwojennych mocy. Obecnie produkowana energia w ponad 60 proc. pochodzi z siłowni jądrowych. A tych rosjanie zniszczyć nie mogą, sprowadziliby bowiem, także na siebie, gigantyczny ekologiczny kataklizm. I kataklizm geopolityczny, wszak po czymś takim od Moskwy odwróciliby się jej sojusznicy, zwłaszcza Chiny. Owa nietykalność elektrowni jądrowych ma jeszcze inny aspekt. Bez wchodzenia w zbędne techniczne szczegóły – siłownia musi gdzieś wysyłać wyprodukowaną energię, w przeciwnym razie dojdzie do katastrofy. Co oznacza, że rosjanie mają ograniczone możliwości niszczenia sieci przesyłowych. Konkludując wątek, rosja istotną część ukraińskiej energetyki już zniszczyła, a z tego, co zostało, zniszczyć może niewiele. Trudno zatem mówić o wielkim ustępstwie ze strony Moskwy.

Za to do ocalenia rosjanie mają całkiem sporo. Ukraina już od kilku miesięcy „grilluje” rosyjskie rafinerie i składy paliw, każdy taki atak – a tylko od września ub.r. do końca lutego 2025 roku było ich dwadzieścia pięć – przynosi szkody idące w dziesiątki milionów dolarów. Z wyliczeń niezależnych analityków OSINT wynika, że rosyjska gospodarka straciła na tych uderzeniach przeszło 650 mln dolarów. A licznik bije dalej. Nie dziwi więc, że na opublikowanej przez Kremlu liście obiektów, które powinny zostać objęte energetycznym rozejmem, na pierwszym miejscu znalazły się rafinerie, a dalej rurociągi naftowe i gazowe oraz magazyny paliw.

Ukraińcy znają wartość tej infrastruktury, więc gdy się „odgryzają”, na cel biorą takie właśnie obiekty. Kreml chciałby tego „odgryzania” uniknąć, w zamian nie oferując nic. Licząc przy tym, że Waszyngton powściągnie Kijów – co byłoby naiwnym założeniem, gdyby nie wyraźna słabość do putina i rosji, jaką żywią amerykańscy negocjatorzy z donaldem trumpem na czele.

—–

Obok nieobowiązującego rozejmu energetycznego mamy jeszcze inny „sukces” amerykańskiej dyplomacji – zawieszenie broni na Morzu Czarnym.

Załóżmy na chwilę, że to rzeczywiste i respektowane ustalenie – i spójrzmy na nie z ukraińskiej perspektywy. Morski rozejm jawi się tu niczym niepotrzebny i niechciany prezent, takie „piąte koło u wozu”. Inicjatywa strategiczna na czarnomorskim akwenie należy bowiem do Ukraińców. Wyeliminowali oni ryzyko desantu na Odesę, zerwali blokadę portów i zmusili flotę czarnomorską do przesunięcia większości jednostek z Krymu do bazy w Noworosyjsku, na wschodni, rosyjski brzeg. Uczynili to mimo iż nie posiadają floty, zręcznie wykorzystując kombinacje dostępnych rodzajów broni, przede wszystkim dronów morskich i powietrznych, ale też pocisków przeciwokrętowych i lotniczych pocisków manewrujących.

Inaczej mówiąc, Ukraińcy zaszachowali agresorów – poza jednym wyjątkiem. rosjanie, nie tak często jak kiedyś, ale nadal wykorzystują okręty do ostrzałów rakietowych ukraińskich miast. Robią to przede wszystkim przy użyciu okrętów podwodnych, wyposażonych w rakiety Kalibr. Cechy tych jednostek sprawiają, że Ukraińcom trudno je namierzyć i trafić w ruchu. Ale Kalibry da się zestrzelić, a ukraińska obrona przeciwlotnicza radzi sobie z tym całkiem nieźle, nade wszystko zaś ostrzał z morza stał się rzadkością. Po raz ostatni doszło do niego 7 marca br. i był to pierwszy od wielu tygodni atak z udziałem okrętów. Nie wiadomo, czy rosjanom brakuje Kalibrów czy problemem jest dostępność sprawnych okrętów. Za tym drugim przemawia fakt, że opuszczając krymski Sewastopol, rosyjska flota pozbawiła się dostępu do zaplecza naprawczo-remontowego (baza w Noworosyjsku jest w tym zakresie znacznie skromniej wyposażona).

A więc rozejm na Morzu Czarnym byłby korzystny przede wszystkim dla rosjan, których flota mogłaby wrócić na Krym. Byłby, gdyby był – bo w istocie mówimy o medialnym i politycznym artefakcie, istniejącym w głowie trumpa, jego negocjatorów, przychylnych mediów i zwolenników. Realnie nie ma żadnego rozejmu, choć jest ukraińska gotowość do powstrzymania się od operacji zbrojnych na morzu. Ale są też rosyjskie warunki wprowadzenia moratorium – zaporowe, Moskwa chciałaby bowiem w zamian zniesienia dużej części sankcji. Dopiero wtedy zgodziłaby się nie walczyć na morzu. Ale de facto i tak nie walczy, więc mamy co mamy – niby-rozejm, będący miażdżącym dowodem nieefektywności amerykańskiej dyplomacji pod wodzą trumpa…

—–

Szanowni, zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Ten felieton opublikowałem na łamach portalu „Polska Zbrojna” – oto aktywne przekierowanie.

Dyplomatołki

Wczoraj w saudyjskim Rijadzie odbyły się rozmowy amerykańsko-ukraińskie, gdy piszę te słowa trwa jeszcze spotkanie amerykańsko-rosyjskie. Gdy piszę te słowa trwa również wydobywanie spod gruzów osób zasypanych w budynkach mieszkalnych po rosyjskim ataku rakietowym na Sumy. Jak na razie mowa jest o 74 rannych, pośród nich doliczono się trzynaściorga dzieci.

Ten atak w pełni obnaża efektywność działań amerykańskiej dyplomacji, której przedstawiciele robią wszystko, by zasłużyć na określenie „dyplomatołki”. Wciąż słyszymy o postępach i nadchodzących przełomach, a faktycznie widzimy, że rosja ani myśli kończyć wojnę i zaprzestać swoich terrorystycznych praktyk.

No ale ważne że putin pomodlił się za zdrowie trumpa, gdy tego ostatniego drasnęła w ucho kula zamachowca…

No więc spotkały się ekipy w Rijadzie, ale przy amerykańskiej niemocy trudno spodziewać się przełomowych decyzji w najbliższym czasie. Jak to ujął w wywiadzie dla „Jedyni Novyny” prezydent Czech Petr Pavel: „Zatrzymanie trwającego od trzech lat konfliktu nie jest łatwe, zwłaszcza gdy nie będzie wystarczającej woli ze strony kraju, który tę wojnę rozpoczął – rosji”.

Dla porządku dodajmy, że czeski polityk w ubiegłym tygodniu gościł w Kijowie.

Równie sceptyczny pozostaje – cóż za zaskoczenie… – dmitrij pieskow. Sekretarz prasowy putina zrzuca przy tym winę na Ukraińców. Dziś rano, w wypowiedzi dla rodzimych mediów, skarżył się na ukraińskie ostrzały rosyjskiej infrastruktury energetycznej, twierdząc, że rosja swoje wstrzymała – co jest nieprawdą. Zdaniem pieskowa, jeśli taka sytuacja się utrzyma, „będzie to powód dla kolejnej rozmowy putina z trumpem”.

Ta zapowiedź rzuca światło na rosyjską strategię negocjacyjną, w ramach której Moskwa zamierza pokazywać Ukrainę w jak najgorszym świetle, licząc na „dyscyplinujące” posunięcia trumpa. Kluczowe w tym ujęciu jest pytanie – komu zaufa prezydent USA?

—–

Tymczasem ukraińskie siły zbrojne wykonały w ostatnich dniach kilka zakończonych powodzeniem misji. Wymieńmy kilka z nich.

Sześć dni temu drony zaatakowały paliwowy terminal przeładunkowy „Kaukaz”, położony w kraju krasnodarskim. Pożaru nie ugaszono do dziś i nie ma na to szansy – strażacy czekają, aż obiekt się wypali. Terminal powstał kilka lat temu, kosztował rosję 350 mln dol.

Przed weekendem pisałem o ataku na bazę sił strategicznych Engels – zdjęcia satelitarne potwierdziły, że tamtejszy skład amunicji (a w nim spora liczba rakiet Ch-101) poszedł łaskawie z dymem.

Podobny los stał się udziałem systemów obrony powietrznej na Krymie. W niedzielę zniszczono tam kilka wyrzutni i radarów, co zapewne jest wstępem do kolejnego uderzenia, tym razem na chronione przez OPL obiekty? Jakie? Nie mam pojęcia. Faktem jest, że Krym zszedł w ostatnich miesiącach z tapetu – po tym, jak rosyjska flota czarnomorska w większości dała nogę z Sewastopola. Nie wróciła, więc może chodzić o jakieś obiekty logistyczne; półwysep nadal pełni istotną rolę jako bliskie zaplecze teatru działań wojennych.

Idźmy dalej. Solidne źródła donoszą o udanym ataku przy użyciu ATACMS-ów. Ukraińcy porazili lotnisko w obwodzie biełgorodzkim, niszcząc cztery śmigłowce – dwa szturmowe Ka-52 i dwa transportowe Mi-8. Pochodzące z USA rakiety – tym razem „zwykłe” Himarsy, ale z głowicami kasetowymi – dosięgły też trzy armatohaubice M-1978 Koksan. To bardzo niebezpieczna północnokoreańska broń o dużym kalibrze (170 mm) i dalekiej donośności (nawet do 60 km; żadna rosyjska armata tak daleko nie strzela).

I na koniec „wisienka na torcie” – w weekend, po 30 godzinach walki, w trakcie której „zmielono” dwa rosyjskie pułki, ZSU odbiły miejscowość Nadija. Znajduje się ona w obwodzie ługańskim, do tej pory w całości zajętym przez rosjan. Ci teraz obawiają się – sądząc po trwożliwych zapowiedziach mil-blogerów – że operacja na ługańszczyźnie to zapowiedź większych ofensywnych działań Kijowa.

Nie wiem, czy do nich dojdzie, ale wiem, że język siły i faktów dokonanych jest jedynym narzędziem komunikacji, które rozumieją rosjanie. Ukraińskie wojsko, w przeciwieństwie do amerykańskich „dyplomatołków”, nie próżnuje, co w obecnej sytuacji można uznać za powód do optymizmu.

—–

Szanowni, moje teksty dotyczące Ukrainy powstają także dzięki Waszemu wsparciu. Kilkudniowa awaria platformy patronackiej – do której doszło w minionym tygodniu – sprawiła, że tego wsparcia jest ostatnio mniej. Damy radę nadrobić?

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę (wkrótce uzupełnioną o wyprzedane pozycje) znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. Ukraińska artyleria podczas strzelań szkolnych, zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU