Scenariusze

Napięcie między USA, Izraelem a Iranem weszło w fazę otwartej konfrontacji. Dziś pytanie nie brzmi już, czy Iran odpowie, lecz jak daleko ta wojna może się posunąć. Czy będzie to szybka zmiana władzy w Teheranie, długotrwała wojna wyniszczająca, czy początek chaosu porównywalnego z Irakiem po 2003 roku?

Amerykańsko-izraelska operacja rozpoczęła się od klasycznego uderzenia dekapitacyjnego wymierzonego w rdzeń systemu władzy i aparatu bezpieczeństwa. Celem stały się centra dowodzenia, łączność, wybrane instalacje rakietowe oraz kluczowi dowódcy Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC). Tego typu operacja ma sparaliżować łańcuch dowodzenia i wywołać dezorganizację, zanim przeciwnik zdoła przejść do skoordynowanej odpowiedzi. Ma też wymiar psychologiczny – pokazuje, że nikt nie jest bezpieczny nawet w najgłębiej chronionych ośrodkach.

Pytanie jednak, czy Iran był na taki scenariusz przygotowany.

Islamska Republika od dekad funkcjonuje w warunkach permanentnego zagrożenia. System władzy zaprojektowano tak, by przetrwać poważne straty kadrowe. IRGC posiada równoległe wobec armii regularnej struktury dowodzenia, a sukcesja polityczna i wojskowa w wielu obszarach została wcześniej zaplanowana. Infrastruktura związana z programem rakietowym jest rozproszona i głęboko bunkrowana, a system dowodzenia w ostatnich latach decentralizowano, by utrudnić jego sparaliżowanie jednym ciosem.

Dlatego pierwsze godziny wojny nie przesądzają o jej wyniku. Uderzenie było spektakularne i kosztowne dla Teheranu, lecz nie musi oznaczać załamania państwa. Jak potoczą się jego losy – i losy tego konfliktu?

—–

W najbardziej korzystnym dla USA i Izraela wariancie obecna operacja nie przerodzi się w długą wojnę regionalną, lecz doprowadzi do pęknięcia wewnątrz irańskiego systemu władzy.

Kluczowe jest tu rozróżnienie między aparatem wojskowo-rewolucyjnym a strukturą państwową jako taką.

Prawdopodobnie nie przez przypadek dotychczasowe uderzenia koncentrowały się przede wszystkim na wojskowych – dowódcach IRGC, centrach dowodzenia. Infrastruktura cywilna i administracyjna nie stała się głównym celem. Jeśli ten schemat się utrzyma, może to oznaczać próbę wywołania kontrolowanej implozji reżimu: osłabienia twardego rdzenia siłowego przy pozostawieniu przestrzeni dla alternatywy politycznej.

Taki scenariusz zakłada, że w Teheranie dojdzie do wewnętrznego przesilenia. Część elit – technokratów, administracji państwowej, biznesu powiązanego z eksportem ropy – może uznać, że dalsza konfrontacja z Zachodem grozi przetrwaniu państwa. Jeśli jednocześnie aparat siłowy zostanie osłabiony personalnie i logistycznie, presja na zmianę kursu może wzrosnąć.

Nie musi to oznaczać natychmiastowego upadku Islamskiej Republiki. Bardziej realna byłaby „korekta systemu”: odsunięcie najbardziej konfrontacyjnych frakcji, ograniczenie roli części struktur IRGC, powrót do negocjacji w sprawie programu nuklearnego i próba wyjścia z izolacji. Dla Waszyngtonu byłby to sukces bez konieczności okupacji czy długotrwałej operacji lądowej.

Warunkiem powodzenia takiego scenariusza jest jednak kilka czynników. Po pierwsze – utrzymanie presji militarnej przy jednoczesnym unikaniu masowych strat cywilnych, które mogłyby skonsolidować społeczeństwo wokół twardej linii. Po drugie – konieczny jest jasny sygnał, że Zachód zaakceptuje „Iran po korekcie”, a nie wyłącznie Iran całkowicie zdemontowany. Po trzecie – nie mniej istotny jest brak bezpośredniej interwencji rosji i Chin, które mogłyby wzmocnić najbardziej radykalne frakcje. Nie chodzi tu o bezpośrednie wejście w wojnę (na to ani Moskwa, ani Pekin nie są gotowe), ale o stworzenie sytuacji analogicznej do zachodniego wsparcia dla Ukrainy. O ile w przypadku rosji to mało realny scenariusz, o tyle Chiny miałyby tu znacznie więcej asów w rękawie.

Załóżmy jednak, że do niczego takiego nie dojdzie, a Amerykanom i Izraelczykom uda się zrealizować najkorzystniejszy scenariusz. Skutki takiego rozwoju wydarzeń byłyby daleko idące. Regionalne napięcie stopniowo opadłoby, ceny ropy wróciłyby do stabilniejszych poziomów, a Izrael zyskałby większe poczucie bezpieczeństwa strategicznego. Bliski Wschód nie stałby się przestrzenią wieloletniej wojny, lecz przeszedłby przez okres ostrego, ale krótkiego przesilenia.

—–

Najbardziej realistyczny wariant zakłada, że konflikt nie doprowadzi ani do szybkiej zmiany władzy w Teheranie, ani do załamania państwa. Iran przetrwałby pierwszy szok, odbudował łańcuch dowodzenia i przeszedł do strategii przetrwania. Wojna przekształciłaby się w długotrwałą, kontrolowaną eskalację.

W tym scenariuszu USA i Izrael kontynuowałyby precyzyjne uderzenia w infrastrukturę wojskową i program rakietowy. Iran odpowiadałby asymetrycznie: atakami rakietowymi i dronowymi, aktywizacją milicji w Iraku i Syrii, presją na żeglugę w rejonie Cieśniny Ormuz oraz wykorzystaniem Hezbollahu.

Konflikt przybrałby formę wojny na wyczerpanie. Kluczowa byłaby zdolność do utrzymania działań przez miesiące. Iran ponosiłby straty, ale zachowałby możliwość zadawania ograniczonych uderzeń. USA i Izrael utrzymywałyby przewagę powietrzną, lecz nie wyeliminowałyby całkowicie zagrożenia rakietowego.

Region znalazłby się w stanie permanentnego napięcia. Liban pozostałby niestabilny, Irak balansowałby między presją Teheranu a obecnością amerykańską, a państwa Zatoki zwiększałyby inwestycje w obronę powietrzną i ochronę infrastruktury energetycznej. Żegluga w Zatoce Perskiej funkcjonowałaby przy podwyższonym ryzyku, co przełożyłoby się na wyższe koszty transportu.

Gospodarczo oznaczałoby to utrzymywanie się cen ropy na podwyższonym poziomie – niekoniecznie dramatycznym, lecz zwiększającym presję inflacyjną. Politycznie skutkowałoby to dalszą militaryzacją regionu oraz większym zaangażowaniem mocarstw zewnętrznych. Dla Chin, jako największego importera ropy z regionu, kluczowe byłoby utrzymanie minimalnej stabilności szlaków energetycznych, nawet kosztem cichego wsparcia dla Teheranu.

Społecznie Iran nie musiałby eksplodować rewolucją. Zewnętrzna presja mogłaby częściowo konsolidować społeczeństwo wokół państwa, mimo pogarszającej się sytuacji gospodarczej. Reżim adaptowałby się do warunków wojennych, jak w przeszłości w okresach sankcji.

Byłby to scenariusz bez spektakularnego finału – bez upadku Teheranu i bez jednoznacznego zwycięstwa Zachodu. Konflikt stałby się kosztowną, przedłużającą się normalnością.

—–

Najczarniejszy wariant zakładałby nie tylko osłabienie reżimu, lecz jego faktyczne załamanie. Uderzenia dekapitacyjne, dalsze straty wśród dowódców IRGC oraz zniszczenie kluczowych węzłów dowodzenia mogłyby doprowadzić do rozpadu spójności aparatu państwowego. Jeśli równocześnie doszłoby do głębokiego kryzysu gospodarczego i masowych niepokojów społecznych, Iran wszedłby w fazę wewnętrznej destabilizacji.

Taki rozwój wydarzeń nie oznaczałby jednak automatycznie prozachodniego przełomu. Historia Iraku po 2003 roku pokazała, że upadek centralnej władzy w państwie o silnych podziałach wewnętrznych może prowadzić do próżni bezpieczeństwa, a nie do szybkiej demokratyzacji. Iran jest krajem wieloetnicznym i regionalnie zróżnicowanym. Kurdowie na północnym zachodzie, Beludżowie na wschodzie czy Arabowie w Chuzestanie mogliby wykorzystać osłabienie centrum do realizacji własnych aspiracji. Rywalizujące frakcje IRGC, struktur bezpieczeństwa i duchowieństwa mogłyby wejść w otwarty konflikt o kontrolę nad państwem.

W takim scenariuszu pojawiłoby się ryzyko rozproszenia arsenału rakietowego oraz infrastruktury związanej z programem nuklearnym. Nawet jeśli nie doszłoby do przejęcia broni przez podmioty niepaństwowe, sama utrata centralnej kontroli oznaczałaby wieloletni chaos. Milicje, które dotąd działały jako narzędzie polityki zagranicznej Teheranu, mogłyby przekształcić się w autonomiczne ośrodki siły.

Konsekwencje regionalne byłyby poważne. Irak i Liban, już dziś kruche politycznie, znalazłyby się pod dodatkową presją. Turcja, rosja czy państwa Zatoki mogłyby próbować zabezpieczać własne interesy poprzez wsparcie wybranych frakcji. Izrael stanąłby przed dylematem: czy chaos w Iranie jest mniejszym zagrożeniem niż stabilny, ale wrogi reżim.

W wymiarze społecznym oznaczałoby to falę uchodźców – potencjalnie liczoną w milionach – kierującą się do Turcji, Azji Środkowej i Europy. Gospodarczo skutkiem byłaby poważna destabilizacja rynku energii. Zakłócenia eksportu z Iranu oraz niepewność w rejonie Zatoki Perskiej mogłyby wywindować ceny ropy do poziomów wyraźnie przekraczających 100 dolarów za baryłkę, z globalnymi konsekwencjami inflacyjnymi.

Największe ryzyko tego scenariusza polegałoby jednak na czymś innym: na utracie kontroli nad procesem. W przeciwieństwie do operacji wojskowej, którą można planować i kalibrować, rozpad państwa jest zjawiskiem trudnym do przewidzenia i jeszcze trudniejszym do zatrzymania. Upadek reżimu nie musiałby oznaczać końca zagrożenia – mógłby stać się początkiem długotrwałej niestabilności.

Ale czy plan na „dzień po” w ogóle istnieje? O tym piszę w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Amerykańskie F-35, zdjęcie ilustracyjne/fot. Bartek Bera

Zimno…

Rosyjskie ataki na infrastrukturę energetyczną stawiają ukraińskich cywilów wobec konieczności mierzenia się z zimnem, a także z brakiem wody i prądu. W najnowszej historii wojen rzadko zdarzało się, by to doświadczenie było tak bardzo zbieżne z tym, czego doświadczają żołnierze na froncie. Tam, przy temperaturach dochodzących do –25 stopni Celsjusza, a odczuwalnych o kilkanaście stopni niższych, zima przestaje być porą roku, a staje się jednym z czynników walki. Mróz wpływa na ciało i psychikę żołnierzy, nie pozostaje obojętny dla sprzętu i może decydować o tym, kto utrzyma lub zdobędzie pozycje, a kto straci zdolność do dalszych działań.

Zima wielokrotnie udowadniała, że na wojnie bywa równie groźna jak przeciwnik. Klasycznym przykładem pozostaje wojna zimowa z lat 1939–1940, w której Armia Czerwona, mimo przytłaczającej przewagi liczebnej i sprzętowej, poniosła ogromne straty w starciu z fińskimi oddziałami. Sowieckie wojska wkroczyły do walki źle przygotowane do działań w ekstremalnych warunkach pogodowych: brakowało odpowiedniego umundurowania, procedur bytowania w mrozie i elementarnej wiedzy o funkcjonowaniu sprzętu w niskich temperaturach. Finowie, słabsi liczebnie, potrafili natomiast wykorzystać zimno, śnieg i teren jako naturalnych sprzymierzeńców.

Jeszcze bardziej dramatyczne konsekwencje przyniósł mróz podczas niemieckiej kampanii na wschodzie w latach 1941–1942. Wehrmacht, planując krótką wojnę manewrową, nie przygotował się na długotrwałe działania w warunkach rosyjskiej zimy. Brak ciepłych mundurów, nieprzystosowane smary i paliwa, zamarzające mechanizmy broni oraz pojazdów szybko przełożyły się na straty niewynikające bezpośrednio z walk. Odmrożenia, hipotermia i załamanie morale stały się codziennością, a „Generał Mróz” wszedł do języka wojny jako synonim błędów planistycznych i logistycznych.

W obu przypadkach wniosek był podobny: o skuteczności armii w zimie decyduje nie sama odporność żołnierzy, lecz systemowe przygotowanie – od munduru i racji żywnościowych, przez procedury, po zdolność utrzymania sprzętu w gotowości. Ta lekcja nie straciła aktualności. Dzisiejsza Ukraina walczy na tej samej szerokości geograficznej, w podobnym klimacie i często w równie surowych warunkach. Różnica polega na tym, że współczesne pole walki jest znacznie bardziej nasycone elektroniką, a zima uderza nie tylko w ludzi, lecz także w technologię, od której zależy prowadzenie działań bojowych.

—–

Na współczesnym polu walki w Ukrainie temperatury rzędu –20 do –25 stopni Celsjusza nie są anomalią – w ostatnim czasie stały się wręcz typowe. Tymczasem już kilkanaście godzin spędzonych w okopach oznacza gwałtowny wzrost ryzyka hipotermii i odmrożeń, zwłaszcza palców stóp, dłoni oraz twarzy. Ukraińscy żołnierze zwracają uwagę, że problemem nie jest wyłącznie sama temperatura, lecz także wilgoć: pot, śnieg i lód szybko obniżają zdolność organizmu do utrzymania ciepła.

Medycy wojskowi podkreślają, że zimą rośnie liczba przypadków urazów niezwiązanych bezpośrednio z ostrzałem – nie tylko odmrożeń, ale również problemów krążeniowych. Spada też sprawność manualna: obsługa broni, radiostacji czy opatrunków wymaga więcej czasu i wysiłku, a każdy błąd może mieć poważne konsekwencje. Mróz oznacza ponadto zwiększone zapotrzebowanie energetyczne. Organizm spala więcej kalorii, by utrzymać temperaturę, a niedobory jedzenia i ciepłych napojów szybciej prowadzą do wyczerpania, co staje się poważnym wyzwaniem logistycznym.

Niskie temperatury działają także na psychikę. Długotrwałe przebywanie w zimnie pogłębia zmęczenie, utrudnia sen i regenerację, potęguje stres. W relacjach z frontu, także tych historycznych, często pojawia się wątek apatii i spadku koncentracji, szczególnie podczas nocnych dyżurów. W takich warunkach nawet krótki odpoczynek przestaje przynosić ulgę, jeśli żołnierz nie ma możliwości ogrzania się i odizolowania od zimna.

—–

Zima bezlitośnie weryfikuje również sprzęt. Broń wymaga innej konserwacji – standardowe smary gęstnieją lub zamarzają, co zwiększa ryzyko zacięć. Elektronika staje się bardziej zawodna: baterie w radiostacjach, noktowizorach czy dronach rozładowują się znacznie szybciej, a nagłe zmiany temperatury sprzyjają awariom. Ukraińscy operatorzy bezzałogowców zwracają uwagę, że zimą skraca się czas lotu dronów, a ich obsługa w grubych rękawicach staje się znacznie trudniejsza.

Problemy dotyczą także pojazdów. Zamarzające paliwo, słabsze akumulatory i trudności z uruchamianiem silników ograniczają mobilność, szczególnie w warunkach polowych, z dala od zaplecza technicznego.

Mróz zmienia samo pole walki. Zamarznięta ziemia utrudnia kopanie i pogłębianie okopów, co ma bezpośredni wpływ na ochronę przed ostrzałem. Śnieg z jednej strony poprawia widoczność i ułatwia wykrywanie ruchu przeciwnika, z drugiej – zdradza ślady i ogranicza maskowanie. Dźwięki niosą się dalej, a nocą światło i ciepło stają się łatwiejsze do wykrycia.

W takich warunkach przewagę zyskuje ten, kto potrafi lepiej zarządzać bytowaniem żołnierzy i sprzętem.

—–

Relacje z ukraińskiego frontu pokazują, że zima wymusza powrót do podstaw żołnierskiego rzemiosła. Nowoczesny sprzęt pomaga, ale o przetrwaniu decydują proste rozwiązania, dyscyplina i doświadczenie. W warunkach –20 stopni kluczowym wyzwaniem jest nie tyle „ogrzać się”, ile nie dopuścić do wychłodzenia.

Podstawą jest ubiór warstwowy. Ukraińscy żołnierze podkreślają, że najważniejszą jego częścią pozostaje bielizna termiczna, która odprowadza wilgoć, oraz warstwa izolacyjna utrzymująca ciepło. Zewnętrzna odzież ma chronić przed wiatrem i śniegiem, ale nie może powodować przegrzania. Pot, o czym już wspominałem, jest zimą wrogiem – mokra odzież oznacza szybkie wychłodzenie po zatrzymaniu się.

Szczególną uwagę poświęca się stopom i dłoniom. Częsta zmiana skarpet, wkładki izolujące od gruntu oraz rękawice pozwalające na obsługę broni to standard. Wielu żołnierzy nosi cienkie rękawiczki „robocze” pod grubszymi, zdejmowanymi tylko na czas strzelania czy obsługi sprzętu.

Ogrzewanie okopów i schronów jest możliwe, ale obarczone ryzykiem. Ukraińskie jednostki korzystają z niewielkich piecyków polowych, świec okopowych i chemicznych podgrzewaczy, jednak zawsze z myślą o maskowaniu. Otwarty ogień, dym czy nadmiar ciepła mogą zdradzić pozycję, zwłaszcza w warunkach obserwacji termowizyjnej.

Częstą praktyką jest ogrzewanie „punktowe” – rąk, stóp lub miejsca snu – zamiast całej przestrzeni. Izolacja od ziemi (maty, deski, skrzynki) bywa ważniejsza niż sam ogień.

—–

Zimą sen staje się towarem deficytowym. Krótkie zmiany, częsta rotacja na pozycjach i możliwość ogrzania się choćby przez kilkanaście minut mają kluczowe znaczenie dla utrzymania zdolności bojowej. Ukraińscy dowódcy podkreślają, że przemęczony i wychłodzony żołnierz szybciej popełnia błędy, a jego reakcje są spowolnione.

Śpiwory o wysokim standardzie termicznym, często używane wewnątrz prowizorycznych schronów, pozwalają przetrwać noc, ale tylko pod warunkiem zachowania suchej odzieży i izolacji od podłoża.

Zimą zmienia się podejście do konserwacji broni. Ukraińscy żołnierze ograniczają ilość smarów lub stosują środki przeznaczone do niskich temperatur. Broń bywa noszona bliżej ciała, by ograniczyć ryzyko zamarzania mechanizmów.

Elektronika wymaga szczególnej troski. Baterie do radiostacji, celowników czy dronów są przechowywane pod kurtką, blisko ciała. Operatorzy bezzałogowców planują loty krótsze i częstsze, licząc się z gwałtownym spadkiem wydajności akumulatorów. Zimą technologia nie daje przewagi sama z siebie – trzeba ją stale „ratować” przed fizyką.

W relacjach z frontu często powraca jedno słowo: improwizacja. Od świec robionych z puszek i parafiny, przez prowizoryczne osłony przeciwwiatrowe, po przerabianie cywilnych ubrań i sprzętu. Ukraińscy żołnierze korzystają z doświadczeń z poprzednich zim, ale każda nowa fala mrozów wymusza kolejne dostosowania.

Zima nie daje przewagi automatycznie. Faworyzuje tych, którzy potrafią się do niej przygotować, utrzymać dyscyplinę bytową i zadbać o ludzi. Na ukraińskim froncie to często właśnie te „niewidoczne” działania decydują o tym, czy oddział jest w stanie utrzymać pozycje przez kolejne dni i tygodnie.

—–

W tej wojnie zima nie działa wyłącznie na linii frontu. Rosyjskie uderzenia w infrastrukturę energetyczną Ukrainy sprawiają, że doświadczenie mrozu staje się wspólne dla żołnierzy i cywilów. Brak ogrzewania, prądu i wody na zapleczu oznacza, że walka z zimnem nie kończy się wraz z zejściem z pozycji. Front i tyły funkcjonują w tym samym reżimie niedoboru, a konsekwencje tego stanu odczuwalne są również w psychice żołnierzy.

Ukraińscy wojskowi podkreślają, że wiedza o losie rodzin i bliskich pozostających w ostrzeliwanych miastach jest dla nich dodatkowym obciążeniem psychicznym. Żołnierz na froncie mierzy się z mrozem, zmęczeniem i bezpośrednim zagrożeniem życia, a jednocześnie ma świadomość, że tej samej nocy jego bliscy mogą siedzieć w zimnym mieszkaniu, bez światła i ogrzewania. To nie osłabia determinacji, ale zwiększa napięcie i poczucie odpowiedzialności, którego trudno się pozbyć nawet w chwilach względnego spokoju.

Tak zima staje się elementem wojny na wyczerpanie, prowadzonej nie tylko przeciwko armii, ale całemu społeczeństwu.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne, wykonałem je podczas donbaskiego epizodu tej wojny, zimą 2015 roku. Wtedy też temperatury spadały mocno poniżej zera…

(Nie)moc

Zachodni sojusznicy Kijowa nie pragną zwycięstwa rosji, to oczywiste. Ale nie chcą również eskalacji, obawiając się, że mogłaby doprowadzić do jądrowej konfrontacji. Dlatego nie ma mowy o natychmiastowym i bezwarunkowym zaproszeniu Ukrainy do NATO czy o wysłaniu sojuszniczych oddziałów nad Dniepr w roli gwarantów bezpieczeństwa – jak chciałby tego w swoim „planie zwycięstwa” Wołodymyr Zełenski. Niechęć Zachodu do bezpośredniego zaangażowania się to pierwsza zmienna, która będzie miała istotny wpływ na sposób, w jaki zakończy się wojna na Wschodzie.

Równie ważny jest inny warunek brzegowy: realne możliwości rosyjskiej armii. Wbrew buńczucznej retoryce, wojsko putina nie jest w stanie podbić Ukrainy. A w 2024 roku poniosło sromotną klęskę, bo tak trzeba oceniać efekty prowadzonej od października ub.r. ofensywy. Nie doprowadziła ona do załamania się frontu, ba, w jej trakcie Ukraińcy przenieśli działania zbrojne na obszar federacji. rosjanie zdobyli kilka miasteczek i kilkadziesiąt wiosek, punktowo przesunęli się o 30 km, ale za cenę 400 tys. (!) zabitych i rannych. Dziś te koszmarne straty wetują, rekrutując 50-latków i sięgając po „ochotników” z Korei Północnej.

Nie mylą się ci, którzy twierdzą, że w Ukrainie toczy się wojna na wyniszczenie – a Ukraińcy też ponoszą w niej duże straty – i że zdobycze terytorialne mają drugorzędne znaczenie. Mają, ale wciąż liczą się jako bieżący wskaźnik powodzenia „spec-operacji”. No i docelowo to jednak o ziemię w tej wojnie chodzi (o jej mieszkańców i zasoby). Wykrwawianie przeciwnika – doprowadzenie do sytuacji, gdy wyczerpany „opuści gardę” – jest tu jedynie środkiem do celu. Na Kremlu wiedzą, że w bezpośredniej walce co najwyżej uda się „wyrwać” Ukraińcom resztę obwodu donieckiego (i na tym koncentrują się wysiłki rosjan poza kurskim odcinkiem frontu). Ale mają też nadzieję, że intensywność wymiany ciosów na tyle osłabi Ukrainę, że gdy dojdzie już do rozmów, uda się nakłonić Kijów do wycofania z obwodów zaporoskiego i chersońskiego. To jest moskiewska „pełna stawka na miarę możliwości”.

—–

Ukraińska to ograniczanie strat terytorialnych i – podobnie jak w przypadku rosjan – „spuszczanie krwi” z wojennej machiny przeciwnika, by w ostatecznym rozrachunku osłabić jego pozycję negocjacyjną. Tak naprawdę o to toczy się dziś wojna, choć dla pełnego obrazu należy dodać „wątek amerykański”. Obie strony usiłują dobrnąć do momentu, w którym możliwe będzie rozeznanie się w skutkach wyborów prezydenckich w USA. Moskwa chciałaby, żeby presja nowej administracji skłoniła Kijów do ustępstw, Kijów liczy, że sojusznik zza oceanu „nie podłoży mu nogi”.

Trudno ocenić, jak będzie – sondaże w Stanach są na tyle wyrównane, że wskazywanie zwycięzcy to wróżenie z fusów. Wydaje się jednak, że niezależnie od tego czy wygra Kamala Harris czy Donald Trump, Waszyngton będzie zabiegał o wygaszenie rosyjsko-ukraińskiego konfliktu. Nieznane – warunkowane tym, kto obejmie Biały Dom – pozostają metody tej presji, choć z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że nowa/stara administracja skupi się na „realistycznych” scenariuszach. W których nie ma już miejsca na rekonkwistę utraconych ziem. Tak dochodzimy do trzeciego warunku brzegowego: ukraińskiej (bez)siły. W realiach pomocowej „kroplówki” – a także z powodu wewnętrznych słabości państwa i społeczeństwa – armia Ukrainy nie jest i nie będzie w stanie wyrzucić z kraju wojsk inwazyjnych.

—–

A więc zamrożenie frontu oraz szukanie pól do ustępstw/zysków na drodze negocjacji – przed taką perspektywą stoją obie strony konfliktu. W przypadku Ukrainy proces pokojowy musi toczyć się jednocześnie z zabiegami o uzyskanie zewnętrznych gwarancji bezpieczeństwa. rosja nie słynie z przestrzegania obietnic i scenariusz, że nabierze sił i ponownie spróbuje „zagrać o całą stawkę”, trudno uznać za przesadzony. „Własna broń jądrowa albo członkostwo w NATO” – tak, w rozmowie z Trumpem, postawił sprawę Zełenski. Nie blefował, nie szantażował, nie snuł fantazji o powrocie do statusu atomowego mocarstwa (na co Ukraina nie ma w tej chwili szans), a jedynie zwrócił uwagę, że bez zachodniej protekcji jego kraj prędzej czy później wpadnie w łapy rosji.

I jakkolwiek to realistyczna diagnoza, alternatywa „atom albo NATO” wydaje się fałszywa. Ukraina może zyskać odpowiednie gwarancje także w inny sposób. Jaki? Wymóg formalnej neutralności – na co naciska i naciskać będzie Moskwa oraz ku czemu skłania się obóz Trumpa – nie musi oznaczać rozbrojenia ukraińskiej armii. Szwajcaria, a do niedawna także Szwecja i Finlandia, pozostawały neutralne, jednocześnie utrzymując relatywnie silne, świetnie wyposażone i wyszkolone armie. Nietykalność wynikała z innych cech państwowości tych krajów, ale element odstraszania też odgrywał swoją rolę.

A więc jeśli przyjęcie Ukrainy do NATO to problem (ryzyko, którego część członków Sojuszu, w tym ci najwięksi, nie chcą podjąć), można wybrać półśrodek: uzbroić ukraińskie wojsko po zęby. Po kilkudziesięciu miesiącach pełnoskalowej wojny rosjanie dobrze wiedzą, że ich broń w większości kategorii ustępuje zachodnim systemom. Mają świadomość, że dziś ratuje ich stosunkowo niewielka ilość tej broni na wyposażeniu Ukraińców. Kilka F-16 różnicy nie czyni, ale 150-200 maszyn wymiotłoby z ukraińskiego nieba rosyjskie lotnictwo. Tak samo jest i byłoby z czołgami, artylerią, bronią rakietową, zwłaszcza średniego i dalekiego zasięgu. Czy mając takiego przeciwnika rosja poszłaby na kolejną wojnę? Nie sposób tego wykluczyć, ale ryzyko z pewnością byłoby mniejsze.

—–

W tym kontekście warto zwrócić uwagę na dwie sprawy. Formalny pokój wpłynąłby na ocenę ryzyka, jakim obciążone są dostawy zachodniego sprzętu dla Ukrainy. Dziś amerykańskie i europejskie uzbrojenie wydajnie zabija rosjan, co w którymś momencie może pchnąć Kreml do eskalacji. Może-nie może, tego obawiają się na Zachodzie i stąd biorą się realia „kroplówki” i obostrzenia w używaniu broni. Czym innym jednak będzie sytuacja, w której sprzęt posłuży „jedynie” do odstraszania. Dla lepszego zobrazowania posłużmy się przykładem: nasz znajomy bił się z obcym mężczyzną, który go zaatakował. Podrzuciliśmy napadniętemu nóż, tamten go użył, dzięki czemu uszedł z życiem. W innym scenariuszu też dajemy znajomemu groźne narzędzie – ale nie podczas bójki, a na wszelki wypadek, bo wiemy, że ktoś na niego dybie. Skutki mogą być takie same, lecz psychologicznie to diametralnie różne sytuacje, druga jest dla nas znacznie łatwiejsza i w jakimś wymiarze (subiektywnie) znosząca odpowiedzialność.

No ale rosjanie wykazują w tej wojnie niezwykłą determinację – rozumianą jako nonszalancja wobec ponoszonych strat – dlaczego miałoby im zabraknąć jej w przyszłości? – mógłby zapytać ktoś, powątpiewając w odstraszającą moc zwesternizowanej armii ukraińskiej. „Próg bólu” moskali rzeczywiście znajduje się wysoko, jednak nie jest nieosiągalny. Przekonuje mnie interpretacja zaangażowania rosjan w oparciu o mechanizm znany w psychologii społecznej jako „pułapka utopionych kosztów”. To stan, gdy wpakowaliśmy w jakieś przedsięwzięcie czas, pieniądze, energię (jakiekolwiek inne zasoby) i trwamy przy inwestycji chociaż ona nam się już nie opłaca. „Spec-operacja” jest taką właśnie inwestycją – za dużo już „zżarła”, by teraz się z niej wycofać. Co innego, gdyby można było cofnąć czas…

Tak, zakładam, że rosjanie są racjonalni. Owszem, ich racjonalności towarzyszy inne pojmowanie wartości ludzkiego życia, a wiele decyzji podejmowanych jest po niewłaściwym rozeznaniu sytuacji, ale co do zasady, mając „czarne na białym”, Kreml nie wpakowałby się w kłopoty. W opisanym kontekście owe „czarne na białym” oznacza zmilitaryzowaną ukraińską neutralność.

—–

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Tomaszowi Krajewskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi i Arkowi Drygasowi. A także: Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Piotrowi Rucińskiemu, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze i Marcinowi Barszczewskiemu.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatnich 10 dni: Wojciechowi Jóźwiakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Grzegorzowi Lenzkowskiemu, Arkadiuszowi Wiśniewskiemu i Łukaszowi Podsiadle.

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Zwesternizowane oblicze współczesnej ukraińskiej armii – należący do 47 Brygady Zmechanizowanej amerykański czołg Abrams/fot. SzG ZSU

Tekst, w nieco szerszej formule, ukazał się na łamach portalu Interia.pl