Obecność

Przez lata obecność amerykańskich żołnierzy w Polsce stała się symbolem bezpieczeństwa i trwałości sojuszu z Waszyngtonem. Problem w tym, że znaczna jej część ma charakter rotacyjny i pozostaje uzależniona od politycznych decyzji podejmowanych za oceanem.

Jeszcze dekadę temu wojskowa obecność USA w Polsce miała charakter symboliczny. Amerykańskie pododdziały pojawiały się głównie na ćwiczeniach, a dyskusje o stałych bazach – z forsowanym przez polityków pomysłem „Fort Trump” – traktowano bardziej jako polityczny sygnał niż realny projekt wojskowy. Rosyjska agresja przeciwko Ukrainie całkowicie zmieniła jednak znaczenie Polski w strategii NATO i USA.

Kluczowa dla obrony państw bałtyckich

Pierwszy przełom nastąpił po aneksji Krymu w 2014 roku. Wówczas NATO rozpoczęło wzmacnianie wschodniej flanki, a Waszyngton uruchomił European Deterrence Initiative – program finansowania zwiększonej obecności wojskowej w Europie. Do Polski zaczęły trafiać pierwsze większe rotacyjne kontyngenty wojsk lądowych, lotnictwa i sił specjalnych. Nadal były to jednak działania ograniczone skalą i podporządkowane przede wszystkim odstraszaniu politycznemu.

Dopiero pełnoskalowa rosyjska inwazja na Ukrainę z lutego 2022 roku uczyniła z Polski jedno z najważniejszych państw dla amerykańskiej obecności wojskowej w Europie. Liczba amerykańskich żołnierzy stacjonujących nad Wisłą wzrosła do około 10 tys., Polska stała się głównym hubem logistycznym wsparcia dla Ukrainy, a jednocześnie kluczowym zapleczem dla operacji NATO na całej wschodniej flance.

Zmienił się także charakter tej obecności. Jeszcze przed rosyjską inwazją z 2022 roku widocznymi symbolami rosnącego zaangażowania wojskowego USA w Polsce były budowana baza systemu Aegis Ashore w Redzikowie oraz rozwijane w Poznaniu wysunięte dowództwo V Korpusu armii amerykańskiej. Po 2022 roku znacznie większego znaczenia nabrała infrastruktura logistyczna: lotniska, centra przeładunkowe, magazyny sprzętu i węzły transportowe.

Szczególną rolę odgrywa dziś Powidz, gdzie ulokowano jeden z najważniejszych w Europie magazynów Army Prepositioned Stocks. To właśnie tam przechowywany jest ciężki sprzęt dla amerykańskiej brygady pancernej – czołgi Abrams, bojowe wozy piechoty, artyleria i wyposażenie logistyczne. Tego rodzaju infrastruktura ma ogromne znaczenie dla strategii NATO, ponieważ pozwala szybko przerzucać do Europy żołnierzy bez konieczności transportowania całego wyposażenia przez Atlantyk.

W praktyce Polska stała się dla Amerykanów czymś więcej niż tylko państwem-gospodarzem dla kilku baz. Dziś pełni rolę logistycznego pomostu między Zachodem a wschodnią flanką NATO. W razie kryzysu lub wojny infrastruktura ta miałaby kluczowe znaczenie również dla przerzutu wojsk sojuszniczych do państw bałtyckich.

Nie oznacza to jednak, że Polska stała się nowym centrum amerykańskiej obecności wojskowej w Europie. Pod tym względem kluczową rolę nadal odgrywają Niemcy. To tam znajdują się strategiczne dowództwa USA, ogromne zaplecze logistyczne, infrastruktura lotnicza oraz bazy wykorzystywane do operacji nie tylko europejskich, lecz także globalnych. Według danych Pentagonu w Niemczech stacjonuje około 35–38 tys. amerykańskich żołnierzy, na stałe, a nie jak w Polsce – rotacyjnie.

I właśnie ta różnica jest kluczowa dla zrozumienia rzeczywistego charakteru amerykańskiej obecności nad Wisłą. Polska stała się ważnym elementem wojskowej architektury NATO, ale nie oznacza to jeszcze budowy trwałego, modelu stałego stacjonowania wojsk USA. Wręcz przeciwnie – obecny system opiera się przede wszystkim na elastyczności, mobilności i możliwości szybkiego wzmacniania flanki w razie kryzysu.

Stała obecność czy stała rotacja?

Klasyczny model stałego stacjonowania wojsk USA ukształtował się jeszcze w czasach zimnej wojny. W Niemczech Zachodnich, we Włoszech czy w Wielkiej Brytanii Amerykanie budowali rozbudowane garnizony z pełnym zapleczem logistycznym, mieszkaniowym i administracyjnym. Na miejscu stacjonowały całe jednostki wraz z rodzinami żołnierzy, szkołami, szpitalami i infrastrukturą pozwalającą funkcjonować przez dekady. Tego rodzaju obecność oznaczała trwałe strategiczne zakorzenienie.

Polska wygląda dziś inaczej. Choć liczba amerykańskich żołnierzy jest największa w historii relacji wojskowych obu państw, 96 proc. sił przebywa nad Wisłą czasowo. Jednostki te regularnie wymieniają się w ramach kolejnych rotacji, zwykle trwających od kilku do kilkunastu miesięcy.

To właśnie dlatego eksperci mówią o modelu „persistent presence”, czyli obecności trwałej politycznie, ale realizowanej poprzez rotację wojsk. Z perspektywy odstraszania efekt może być podobny – amerykańscy żołnierze stale znajdują się w Polsce – jednak dla Pentagonu taki system daje znacznie większą elastyczność.

Rotacyjny model obecności ma kilka zalet. Po pierwsze pozwala szybciej reagować na zmieniającą się sytuację bezpieczeństwa. Liczbę wojsk można relatywnie łatwo zwiększać lub zmniejszać bez konieczności formalnego zamykania baz czy wycofywania całych garnizonów. Po drugie ogranicza koszty polityczne i społeczne, jakie wiążą się z permanentnym stacjonowaniem dużych sił za granicą. Po trzecie umożliwia utrzymywanie większej liczby jednostek w gotowości do działań na różnych kierunkach jednocześnie.

Ten model dobrze odpowiada obecnej strategii USA wobec Europy. Amerykanie nie przygotowują się dziś do prowadzenia wieloletniej wojny lądowej na kontynencie na wzór zimnej wojny. Ich celem jest raczej stworzenie systemu szybkiego wzmocnienia NATO w razie kryzysu. Kluczową rolę odgrywają więc mobilność, logistyka i możliwość błyskawicznego przerzutu sił przez Atlantyk.

Właśnie dlatego tak duże znaczenie mają magazyny sprzętu, infrastruktura transportowa i wysunięte dowództwa. W razie zagrożenia do Europy mogą zostać przerzuceni żołnierze, którzy na miejscu odbiorą wcześniej przygotowane wyposażenie. To rozwiązanie tańsze i bardziej elastyczne niż utrzymywanie na stałe wielkich zgrupowań wojskowych.

Jednocześnie rotacyjny charakter tej obecności sprawia, że pozostaje ona bardziej podatna na polityczne zmiany w Waszyngtonie. Redukcja liczby wojsk rotacyjnych jest bowiem znacznie łatwiejsza niż likwidacja wielkich stałych baz. Nie wymaga wieloletnich procesów administracyjnych ani kosztownych operacji przenoszenia infrastruktury. W praktyce oznacza to, że skala amerykańskiej obecności w Polsce może stosunkowo szybko zmieniać się wraz z priorytetami kolejnych administracji USA.

I właśnie tu pojawia się zasadnicza różnica między politycznym wyobrażeniem o „amerykańskim parasolu” a rzeczywistą logiką działania Pentagonu. Dla państw Europy Środkowej obecność wojsk USA jest często postrzegana jako trwała gwarancja bezpieczeństwa. Dla samych Stanów Zjednoczonych pozostaje jednak przede wszystkim narzędziem realizacji bieżącej strategii.

Europa ważna, ale Chiny ważniejsze

Rosyjska agresja przeciwko Ukrainie sprawiła, że USA ponownie stały się głównym gwarantem bezpieczeństwa Europy. To amerykańskie wojska najszybciej wzmocniły wschodnią flankę NATO, amerykański przemysł dostarczył znaczną część uzbrojenia dla Ukrainy, a amerykańskie systemy rozpoznania, logistyki i dowodzenia stały się fundamentem wsparcia dla Kijowa. W wielu europejskich stolicach pojawiło się przekonanie, że era strategicznego zwrotu USA ku Azji została przynajmniej czasowo zatrzymana.

W Waszyngtonie sytuację postrzega się jednak inaczej. Dla kolejnych administracji – zarówno demokratycznych, jak i republikańskich – najważniejszym długoterminowym wyzwaniem pozostają Chiny. To rywalizacja na Indo-Pacyfiku wyznacza dziś główny kierunek planowania strategicznego Pentagonu, modernizacji sił zbrojnych i inwestycji wojskowych USA.

… o czym więcej przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Grafika ilustracyjna, wygenerowana przez AI

Potęga

Silna armia, której „nie ma”. Potencjał wojskowy czyni z Japonii mocarstwo. Nippon na dobre żegna się z pacyfizmem.

Gdy informacja o postrzeleniu Shinzō Abe, byłego japońskiego premiera, pojawiła się w agencjach prasowych, wielu specjalistów od Dalekiego Wschodu założyło, że zamach miał związek z polityką obronną państwa. A ściślej – z remilitaryzacją Japonii, do której doszło podczas sprawowanych przez Abe rządów. Część Japończyków nie akceptuje odwrotu od ideologii państwowej opartej o pacyfizm – i w tym doszukiwano się motywacji zamachowca. Polityk zmarł w szpitalu 8 lipca, a jego zabójca – 41-letni Tetsuya Yamagami – przyznał, że działał z pobudek osobistych. Matka Yamagamiego – skaptowana przez religijnych fanatyków – podarowała cały majątek Kościołowi Zjednoczeniowemu, szerzej znanemu jako sekta Moona. Zabójstwo Abe – rzekomo związanego z moonistami – było zatem aktem zemsty za finansowe wymuszenie. Nie ma pewności, czy ta wersja potwierdzi się w śledztwie, niemniej jasne jest, że zwolennicy uczynienia Japonii „normalnym państwem” stracili ważnego rzecznika. Były szef rządu z powodów zdrowotnych zrezygnował z aktywnej polityki latem 2020 r., nadal jednak udzielał się publicznie, wspierając inicjatywy Partii Liberalno-Demokratycznej. Także te zmierzające do zwiększenie roli polityczno-militarnej Japonii, „stosownie do jej potencjału gospodarczego i demograficznego”.

Kraj Kwitnącej Wiśni nigdy nie rozliczył się z wojennej przeszłości. Nie padło publicznie słowo „przepraszamy”, skierowane do Chińczyków, Koreańczyków, czy ludów zamieszkujących wyspy Pacyfiku. Brutalne okupacje kosztowały życie milionów ludzi, lecz specyficzne japońskie poczucie honoru nie pozwala mieszkańcom Nipponu na przyznanie się do winy. W kulturze zachodniej taki gest nie jest niczym złym, ba, uchodzi wręcz za akt odwagi. W Japonii przynosi ujmę, stąd próżne oczekiwania na dalekowschodni odpowiednik niemieckiego rozliczenia się za zbrodnie popełnione podczas II wojny światowej. Co więcej, o ile w Niemczech za niedopuszczalne uznano składanie hołdu żołnierzom z tamtego okresu, o tyle w Japonii jest to stały element politycznego rytuału. Wizyty w świątyni Yasukuni – poświęconej poległym japońskim żołnierzom – co rusz wywołują pomruki Pekinu i Seulu. W chramie czci się pamięć wymienionych w specjalnej księdze 2,5 mln wojskowych, pośród których znajduje się ponad tysiąc zbrodniarzy wojennych. Jednocześnie w kraju obowiązuje konstytucja z 1946 r., której artykuł 9. mówi o wyrzeczeniu się prawa do wojny.

Pacyfistyczna nomenklatura

Z drugiej strony mamy rzeczywistość wyspiarskiego państwa, gdzie zabezpieczenie szlaków żeglugowych urasta do rangi życia i śmierci. Japońska strefa wyłączności gospodarczej ma 4,5 mln km kw. (siódma pod względem wielkości na świecie, odpowiadająca 14-krotnej wielkości Polski). Kraj rozłożony jest na wyspach, których łączna długość (z północy na południe) przekracza trzy tysiące kilometrów. Na północy graniczy z Rosją, z którą formalnie pozostaje w stanie wojny. Stosunkowo wąskie Morze Japońskie odgradza Nippon od Korei Północnej, Morze Wschodniochińskie od Chin. Oba deklaratywnie komunistyczne kraje dysponują arsenałami jądrowymi i rakietowymi, i o ile państwo Kimów nie rzuca otwartego wyzwania Japonii, o tyle najludniejszy kraj świata dąży do regionalnej pacyficznej hegemonii kosztem swoich sąsiadów. To realia ostatnich trzech dekad – wcześniej zagrożenie dla Tokio stanowił przede wszystkim ZSRR. Amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa pozwoliły Japończykom na nieprawdopodobny rozwój gospodarczy, lecz związana z nimi obecność sił zbrojnych USA miała ograniczony wymiar. Dziś w Japonii stacjonuje 56 tys. Amerykanów, na utrzymanie których japońscy podatnicy wydadzą w ciągu najbliższych pięciu lat średnio 2,7 mld dol. rocznie. Ale to nie zagraniczni wojskowi decydują o jakości japońskiego potencjału odstraszania, a miejscowe Siły Samoobrony, powołane do życia w 1954 r., obecnie będące piątą siłą militarną świata.

Formalnie nawet nie mówimy o żołnierzach, a o umundurowanych cywilach. Lecz za pacyfistyczną nomenklaturą kryje się potęga nie tyle liczna (250 tys. ludzi), co wyposażona w doskonały sprzęt i broń, których mogą Japończykom pozazdrościć przedstawiciele sił zbrojnych większości krajów świata. Najliczniejszy pozostaje komponent lądowy (150 tys. wojskowych), lecz to Morskie Siły Samoobrony (jap. Kaijō Jieitai) mają najbardziej imponujący arsenał. Składają się na niego cztery niszczyciele śmigłowcowe, osiem większych i 31 mniejszych niszczycieli rakietowych. Zastosowane nazewnictwo jest znamienne, w pierwszym przypadku mówimy bowiem o jednostkach będących w istocie lotniskowcami (których formalnie Japonia posiadać nie może). Dwa z nich, typu Izumo, zostały dostosowane do przenoszenia samolotów F-35 (morskiej wersji B – krótkiego startu i pionowego lądowania). Wspomniane duże niszczyciele rakietowe – wypierające 10 tys. ton i więcej – to de facto krążowniki, okręty o klasę wyżej. Wyposażone w nowoczesne systemy kierowania walką oraz całą paletę wyrzutni, zdolne są zwalczać nie tylko cele morskie, ale też tworzyć przeciwlotniczy i przeciwrakietowy parasol chroniący flotę i macierzyste wyspy. Dość powiedzieć, że pojedynczy okręt klasy Maya ma siłę rażenia większą niż cała marynarka wojenna RP. Na straży japońskich interesów czuwa też pokaźna flotylla podwodna, składająca się z 16 jednostek (niebawem będzie ich ponad 20).

Trend stały i rosnący

Japońskiego nieba chronią dwie setki ciężkich myśliwców F-15 i ponad 80 maszyn oznaczonych jako F-2. To lokalna odmiana F-16, nazywanego – z uwagi na lepsze parametry – „szesnastką na sterydach”. Tokio zamówiło również ponad 150 najnowocześniejszych F-35, z których kilkanaście pełni już służbę. A zakupów będzie więcej. Pod koniec kwietnia rząd premiera Fumio Kishidy przyjął dokument, na mocy którego w ciągu 5 lat Japonia dwukrotnie zwiększy wydatki na obronność. Do 2 proc. PKB, co oznacza docelowy budżet wojskowy w wysokości 111 mld dol. – trzeci najwyższy na świecie. Dodatkowe pieniądze mają pozwolić na zbudowanie „zdolności do kontrataku” – dać m.in. możliwość rażenia celów na dalekich dystansach, poprawić efektywność ochrony cyberprzestrzeni oraz pozyskać nowe systemy bezzałogowe. W lutym tego roku Shinzō Abe zaapelował nawet o zainicjowanie dyskusji na temat rozmieszczenia w Japonii amerykańskiej broni nuklearnej. Miałoby to odbyć się w taki sposób, jak w przypadku europejskich państw NATO (gdzie pieczę nad głowicami sprawują Amerykanie), jednak pomysł nie zyskał akceptacji obecnego premiera. „Jest na to za wcześnie”, usłyszał jego poprzednik. U podstaw tej opinii leży przekonanie, że zmiana nastawienia do pacyfistycznej formuły państwa jest trendem stałym i rosnącym. Badanie przeprowadzone przez naukowców z tokijskiego uniwersytetu tuż po rosyjskiej inwazji na Ukrainę pokazało, że 64% ankietowanych opowiada się za wzmacnianiem potencjału obronnego Japonii. To najwyższy wynik w historii sondażu, przeprowadzanego regularnie od 2003 r.

Fumio Kishida ostro sprzeciwił się rosyjskiej agresji na Ukrainę. Japonia objęła Federację Rosyjską sankcjami gospodarczymi, wydaliła dyplomatów i wspiera militarnie Kijów. W odpowiedzi Moskwa jeszcze w marcu zorganizowała morsko-lądowe manewry wojskowe w akwenie spornych Wysp Kurylskich, ale Tokio nieszczególnie się tą demonstracją siły przejęło. W czerwcu szef japońskiego rządu pojawił się na madryckim szczycie NATO – czego dotąd nie praktykowano. Ba, po serii kontrolowanych przecieków w mediach spekulowano nawet o możliwym przyjęciu Japonii (i Korei Południowej) do Sojuszu. Skąd taka reakcja na odległą wojnę i późniejsze kroki? Japoński rząd wychodzi z założenia, że agresywna polityka Rosji w Europie może zachęcić Chiny do podobnych działań w regionie Indo-Pacyfiku. Trzeba więc Chińczykom pokazać, że nie warto sięgać po rozwiązania siłowe. Czy presja na Pekin przybierze również postać częstszych patroli okrętów europejskich marynarek na Pacyfiku? Wspólnych japońsko-natowskich ćwiczeń? Czy Tokio przyłączy się do paktu AUKUS, zawartego we wrześniu 2021 r. przez USA, Wielką Brytanię i Australię? Twierdząca odpowiedź na wszystkie pytania nie podlega dyskusji. Japończycy są chętni i nie ustają w wysiłkach, by wnieść w te relacje jak największe wiano.

—–

Nz. Faktyczny lotniskowiec Izumo/fot. Morskie Siły Samoobrony

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 30/2022

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to