Samowystarczalni?

W 2026 roku Ukraina produkuje więcej uzbrojenia niż kiedykolwiek wcześniej. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że kraj stopniowo uniezależnia się od zagranicznych dostaw. Rzeczywistość jest jednak bardziej skomplikowana.

Weźmy armatohaubicę Bogdana, jeden z największych sukcesów ukraińskiego przemysłu zbrojeniowego. To konstrukcja opracowana przez ukraińskich inżynierów i produkowana przez ukraińskie przedsiębiorstwa. Nie oznacza to jednak, że wszystkie elementy niezbędne do jej złożenia powstają nad Dnieprem.

Pierwszy prototyp osadzono na ukraińskim podwoziu KrAZ, ale kolejne serie wykorzystują podwozia zachodnie, przede wszystkim czeskie Tatry. Dotyczy to również części materiałów, komponentów oraz wyposażenia przemysłowego używanego w produkcji.

Armatohaubica to nie tylko lufa (też częściowo zachodnia…) i podwozie. O jej skuteczności decydują m.in. system kierowania ogniem, środki łączności i komputery balistyczne. Ukraina rozwija własne rozwiązania w tym zakresie, ale nadal pozostaje uzależniona od importu wielu zaawansowanych podzespołów elektronicznych i optoelektronicznych. Dotyczy to choćby układów scalonych, modułów komunikacyjnych, odbiorników nawigacji satelitarnej, kamer czy elementów termowizji.

Do tego dochodzi kwestia amunicji. Bogdana wykorzystuje standardowe dla NATO pociski kalibru 155 mm. Ukraina uruchomiła ich własną produkcję, jednak nadal nie jest w stanie samodzielnie zaspokoić potrzeb frontu. Innymi słowy, udana ukraińska konstrukcja artyleryjska pozostaje częścią znacznie większego, międzynarodowego systemu produkcji i zaopatrzenia.

Jeszcze wyraźniej widać to w przypadku dronów, które stały się symbolem tej wojny. Ukraina projektuje własne konstrukcje, rozwija oprogramowanie i organizuje produkcję seryjną, jednak znaczna część wykorzystywanych podzespołów pochodzi spoza kraju. Dotyczy to silników elektrycznych, kontrolerów lotu, kamer, modułów transmisji danych, baterii czy elementów optoelektroniki.

Większość z tych produktów powstaje w Chinach. Wraz z zaostrzaniem przez Pekin kontroli eksportowych dotyczących technologii mogących znaleźć zastosowanie wojskowe, bezpośredni zakup komponentów przez ukraińskie firmy stał się znacznie trudniejszy niż na początku wojny. W efekcie kluczową rolę odgrywają pośrednicy, centra logistyczne i magazyny zlokalizowane poza Ukrainą.

Komponenty trafiają najpierw do państw Unii Europejskiej lub innych krajów trzecich, gdzie są kompletowane, magazynowane i kierowane do ukraińskich producentów. A więc i dron – zaprojektowany, zmontowany i używany przez Ukraińców – pozostaje produktem międzynarodowego łańcucha dostaw rozciągającego się od Azji po Europę Środkową.

W tym systemie szczególną rolę odgrywa Polska. To przez polską infrastrukturę logistyczną i przez polskie firmy przechodzi znaczna część towarów wykorzystywanych przez ukraiński przemysł obronny. Polska pomaga nie tylko dostarczać Ukrainie broń. Pomaga również tworzyć broń powstającą w Ukrainie. Ukraińska samowystarczalność w tym zakresie to mit.

—–

Mitem jest też opowieść o wtórnym znaczeniu innych systemów uzbrojenia. Wojna w Ukrainie jest wojną dronów, ale same bezzałogowce jej nie rozstrzygną. Owszem, kontrolują strefę śmierci, utrudniając przeciwnikowi manewr, ale pozycje obronne wciąż obsadzane są przez ludzi. Tych zresztą – po obu stronach – jest obecnie na froncie najwięcej w historii pełnoskalowego konfliktu – mimo postępującej dronizacji. A ludzie potrzebują m.in. amunicji strzeleckiej, kamizelek kuloodpornych, hełmów, środków łączności, noktowizorów, termowizorów i całej masy innego wyposażenia. Ukraina zaspokaja tylko część tych potrzeb we własnym zakresie.

Co więcej, dron nie tylko nie zajmie i nie utrzyma terenu. Nie przejmie też wszystkich zadań artylerii dalekiego zasięgu. Ukraińcy rozwijają własne konstrukcje, lecz nadal nie są w stanie zastąpić amerykańskich pocisków GMLRS wykorzystywanych do precyzyjnych uderzeń na głębokość 80 km. Kijów może produkować tysiące dronów, ale nie produkuje pocisków Patriot, IRIS-T czy NASAMS, które zestrzeliwują rosyjskie rakiety i pociski manewrujące. Nie wytwarza wyrzutni do tych systemów oraz radarów, które decydują o ich skuteczności. Bez tej broni ukraińskie miasta, infrastruktura energetyczna i zaplecze przemysłowe byłyby znacznie bardziej narażone na rosyjskie ataki.

Podobnie rzecz się ma w przypadku lotnictwa, które nie tylko pełni niebagatelną rolę w osłonie ukraińskiego zaplecza, ale realizuje też misje uderzeniowe na cele lądowe, w tym zadania porażenia rosyjskiej obrony przeciwlotniczej. Nie byłoby ostatnich spektakularnych akcji na Krymie, gdyby wcześniej ukraińskiemu lotnictwu nie udało się wyeliminować rosyjskich systemów radiolokacyjnych. To samoloty załogowe wyrąbały ukraińskim dronom wolną drogę na półwysep. Ukraina może remontować i modernizować ocalałe posowieckie maszyny – których ma coraz mniej – ale nie produkuje F-16 i Miraży, pocisków powietrze-powietrze czy bomb kierowanych.

Tych przykładów można by wymienić znaczenie więcej, dość powiedzieć, że o skuteczności ZSU wciąż w znacznym stopniu decydują „klasyczne” rodzaje uzbrojenia, a te najbardziej efektywne pochodzą z Zachodu. Podobnie jak istotna część wojskowej drobnicy. Wszystko to, w zdecydowanej większości, nim trafi do Ukrainy idzie przez Polskę. O czym wspominam w kontekście rozpalającego emocje orderowego sporu, mam bowiem wrażenie, że Ukraińcy zapominają o wkładzie Polski. W reakcji na decyzję prezydenta Nawrockiego podkreślają rolę Ukrainy, która w ich percepcji urasta do rangi obrońcy Polski. Polski jako obrońcy Ukrainy w tej opowieści nie ma.

I nie chodzi mi o ukraińską wdzięczność i podkreślanie polskich zasług. Mnie osobiście wystarczy, że Ukraińcy łoją ruskich. Nie zmienia to faktu, że jako chłodny analityk nie potrafię przejść do porządku dziennego nad krótkowzrocznością Wołodymyra Zełenskiego. Wszak ukraiński prezydent i jego otoczenie doskonale wiedzą, jak wygląda geografia wojny. Że Polska pozostaje najważniejszym lądowym łącznikiem Ukrainy z zachodnim zapleczem wojskowym i gospodarczym – i że szybkiej i funkcjonalnej alternatywy dla tego układu nie ma. Trudno mi zrozumieć gotowość do podejmowania działań, które w oczywisty sposób bolą polską opinię publiczną i wzmacniają środowiska opowiadające się za ograniczeniem wsparcia dla Kijowa.

Nie chodzi o to, że Polska nagle odwróci się od Ukrainy. Nie chodzi nawet o to, że Warszawa dysponuje jakimś politycznym „wyłącznikiem” ukraińskiego wysiłku wojennego. Chodzi o coś znacznie prostszego. Prowadząc wojnę o przetrwanie, nie warto igrać z państwem, przez które prowadzi najważniejsza droga łącząca front z jego zapleczem. Zwłaszcza gdy alternatywy istnieją głównie na mapie.

Ten tekst, w rozszerzonej wersji, opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto link do oryginalnego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Order…

20 czerwca 2026 roku

Co pan sądzi na temat zamieszania z Orderem Orła Białego? – pytają mnie Czytelnicy.

Cóż, jest mi zwyczajnie smutno. Oto bowiem zamiast dojrzałego realizmu, obie strony – ukraińska poprzez prowokacje historyczne, a polska poprzez widowiskowe gesty odwetowe – postawiły na emocje.

Nie zmienia to faktu, że imperatywem dla Polski pozostaje przetrwanie ukraińskiej państwowości – ze względu na nasze bezpieczeństwo – a owo przetrwanie z oczywistych powodów jest również imperatywem samej Ukrainy. Dlatego obie strony muszą jak najszybciej „schować szable” i wytrwać w twardej, pragmatycznej współpracy – militarnej i gospodarczej – odcinając się od wizerunkowych wojen.

Ufam, że zwycięży ów rozsądek.

A emocje? Cóż, pozostaję lojalnie zakochany w swojej ojczyźnie, jaka by ona nie była (Polskę pisowską też kochałem). Ale nie zapominam, kto w wojnie z rosją jest tym dobrym, a kto tym złym. Nie wyprę się zachwytu ukraińskim hartem, determinacją, oddaniem, odwagą. Ta opowieść o umiłowaniu wolności – niepozbawiona brzydkich epizodów (wszelkich posowieckich i porosyjskich kulturowych złogów) – nieodmiennie angażuje moje serce. Jestem więc z Tobą, Ukraino. Rozumem – bo tego wymaga mój polski patriotyzm – i sercem. Trwaǰ i grom ruSSkich – ja na froncie medialnym dalej będę robił swoje.

21 czerwca 2026 roku

Kto jest tu ze mną dłużej, ten wie, co sądzę o prezydencie Nawrockim. Kto nie wie, temu pokrótce wyjaśnię – zmartwił mnie jego wybór i martwi jego prezydentura.

Ale nie o tym chciałbym dziś pisać – wspominam Nawrockiego, by zastrzec, że nie przyłączę się do chóru krytyków jego decyzji o odebraniu Orderu Orła Białego Zełenskiemu. Uważam ją za złą, ale wieszanie psów TYLKO na prezydencie RP, to fatalna postawa. Przysłania nam bowiem coś istotniejszego, mianowicie nieodpowiedzialność Wołodymyra Zełenskiego, który sprawę z Polską pokpił dokumentnie.

To nie jest randomowy Ukrainiec, który nie ma pojęcia o zbrodniach UPA, a gość, który słyszał o tym wielokrotnie. I co ważniejsze – dobrze wiedział, że wynoszenie na piedestał upowskich bandytów wybuchnie w Polsce niczym granat w szambie. On tymczasem olał to i dramatycznie naraził Ukrainę – i tego nie potrafię mu wybaczyć.

Przez Polskę idzie 90 proc. pomocy wojskowej, Rumunia jako alternatywa to wolne żarty – mają tam 30 proc. naszej przepustowości (a po ukraińskiej stronie jest jeszcze gorzej). Tego stanu nie da się zmienić z tygodnia na tydzień czy nawet z miesiąca na miesiąc; na to trzeba lat – czasu, którego Ukraina nie ma. Słowacja, Węgry? Jeszcze mniejsze możliwości i, nade wszystko, brak społecznej zgody na uczynienie tych krajów hubami.

Idźmy dalej. Wszyscy się zafiksowali na dronach i na tym, że Ukraina większość z nich wytwarza sama (co też nie jest prawdą…), ale fakty są takie, że bez wsparcia wojskowego z zewnątrz ZSU by się nie utrzymały. Broń, amunicja, mundury, smary, paliwo – to wszystko niemal w całości idzie przez Polskę. Zaraz putin przypierdzieli w odwecie za Moskwę, z jednej strony wyżywając się na cywilach, z drugiej atakując wrażliwe ukraińskie cele. Na przykład infrastrukturę paliwową. W efekcie sprowadzanie paliwa stanie się jeszcze większym wyzwaniem i koniecznością. Skąd Ukraina je ściągnie – z Białorusi?

Zełenski to wszystko wie i dramatycznie ryzykuje. Nie będę teraz szedł w autokrytykę, poprzestanę na stwierdzeniu, że Polacy mają skłonność do unoszenia się honorem. Kto nas zatrzyma, gdy wypiszemy się z roli hubu? Trump? Ten baran przyklaśnie. Europa? Obecny rząd jeszcze jej słucha, ale za progiem wybory, a języczkiem u wagi będzie elektorat nacjonalistyczny, antyukraiński; jak długo Tusk wytrwa w ignorowaniu tej siły?

I Zełenski też to wie, a przynajmniej powinien wiedzieć – jak nie on, to jego doradcy. I co? I nic; ukraiński prezydent wybrał igranie z naszymi słabościami i traumami. Nieodpowiedzialną zabawę z ogniem, bo przecież bez nas Ukraina zginie.

Jezu, jakbym chciał, by to był jakiś plac zabaw, by przyszedł starszy pan i zabrał gówniarzom (z obu stron) krzesiwo…

Weto

Nie wierzcie tym, którzy piszą, że na Kremlu strzelają dziś korki szampanów, bo prezydent RP zawetował ustawę o SAFE. W Moskwie dobrze wiedzą, że unijne pieniądze i tak do Polski trafią. Później i na nieco gorszych warunkach, ale będzie z czego wzmacniać potencjał obronny. Więc – patrząc z perspektywy putinoidów – nie ma się z czego cieszyć.

To znaczy jest – ale nim rozwinę tę myśl, pozwólcie na krótkie wprowadzenie. Moskwę strasznie bolą te nasze zbrojenia. Im ich więcej, im szybciej i efektywniej się toczą, tym bardziej zamyka się rosji okienko strategiczne do ataku na Polskę. W perspektywie kilku lat może się zamknąć całkowicie – w tym sensie, że atak na nas będzie dla nich kompletnie nieopłacalny.

Zgrzyta więc Moskwa zębami na wszelkie „turbodoładowania”, które w szybszym tempie mnożą nasz potencjał. Z ich perspektywy SAFE to czyste zło.

Ale złem było to, co działo się już wcześniej – militarne przebudzenie sprzed kilku lat. Stał za tym ówczesnym pisowski rząd – chwała mu za to – ale stała też niemal cała opozycja. Remilitaryzacja była wynikiem politycznego konsensusu, porozumienia ponad podziałami. Które, co istotne, przetrwało zmianę władzy i zamianę politycznych ról. Zbrojenia kontynuowano – jeszcze bardziej spektakularnie – przedkładając dobro państwa ponad partyjne interesy.

Mieli więc rosjanie dwa powody do zmartwień – nie tylko ów rosnący potencjał, ale też ową zgodę; fakt, iż Polacy potrafili wyjąć kwestię bezpieczeństwa z bieżącej politycznej napierdalanki.

Ale w ostatnich tygodniach coś się zmieniło. PiS wykonało woltę, n a g l e stając się zdecydowanym wrogiem programu, który mógłby w krótkim czasie zmultiplikować nasze możliwości obronne. Pisowski prezydent nie wyszedł z szeregu, czego zwieńczeniem jest dzisiejsze weto.

Nawrocki mówi, że ma kontrpropozycję. Bzdura; cała ta idea zerowego SAFE to ekonomiczne mrzonki; jeśli chcecie, mogę w innym wpisie rozłożyć to na czynniki pierwsze. Na potrzeby tego postu poprzestańmy na stwierdzeniu, że duet Nawrocki-Glapiński wymyślił pretekst dla weta, nic więcej. A samo weto potrzebne jest wyłącznie po to, by rząd nie miał sukcesu, jakim byłyby zdobyte tanim kosztem miliardy dla naszej zbrojeniówki. Zwłaszcza że duża część tych pieniędzy zostałaby wydatkowana przed kolejnymi wyborami. Oto cała tajemnica pisowskiej SAFE-histerii i dzisiejszego weta.

Gdzie tu rosjanie? Ano właśnie daliśmy im dowód, że nie ma już dla nas żadnej świętości, że bezpieczeństwo też może być zakładnikiem polityki wewnętrznej. Że logika interesu partyjnego jest ważniejsza niż racja stanu. Byleby „nasi znów rządzili”.

I właśnie z tego powodu na Kremlu strzelają dziś korki; putinoidy mogą mieć nadzieję, że „polaczki same się załatwią”.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Strach

Wczoraj do Polski przyleciał Wołodymyr Zełenski, dziś trwa jego oficjalna wizyta w naszym kraju. To, z kim się spotyka i o czym rozmawia ukraińska głowa państwa, to temat na odrębny wpis. W tym chciałbym zająć się nieco inną sprawą – wzmożeniem, które obserwujemy w naszych mediach społecznościowych. Zełenski nad Wisłą to jak płachta na byka dla wszelkiej maści skarpetkosceptycznych, antyukraińskich aktywistów medialnych. Więc działają – szczują, rozsyłają fejki, także takie nie-wprost związane z dzisiejszymi wydarzeniami. Jeden z nich dotarł do mnie nad ranem – to opis rzekomego zabójstwa, jakiego miało się dopuścić ukraińskie dziecko na swoim polskim rówieśniku. Zajrzałem w sieć – to jeden z najpopularniejszych, „trendujacych” od wczoraj fejurów. Zbieżność z wizytą Zełenskiego nieprzypadkowa – idzie bowiem o to, by utrwalić antyukraińskość jako postawę części polskiego społeczeństwa. Na tym gruncie wyrośnie, już rośnie, krytyka działań polskich władz, które nie tylko „przyjmują z honorami przywódcę banderowców”, ale też znów podejmą/podejmują konkretne zobowiązania wobec Ukrainy. A przecież oni „mordują nasze dzieci”…

I tak się to kręci – także w oparciu o mechanizm, który odsłania mój rozmówca, dr hab. Grzegorz Ptaszek, prof. AGH, badacz mediów. Rozmawialiśmy kilka tygodni temu, wywiad z Grzegorzem ukazał się na łamach listopadowej „Polski Zbrojnej”. Odsyłam Was do lektury całości (kto nie załapał się na „papier”, wciąż może kupić cyfrowe wydanie „Pezetki” – oto link do e-sklepu), a na potrzeby tego postu – i tytułem zachęty – publikuję poniższy fragment.

—–

Wraz z wybuchem pełnoskalowego konfliktu w Ukrainie w sieci zaroiło się od pseudoekspertów od wojny i wojskowości.

Najpierw istotne zastrzeżenie ogólne – w mediach społecznościowych funkcjonuje wielu wartościowych i rzetelnych twórców. Ale mamy też kompletne pomieszanie z poplątaniem, gdzie specjaliści od zdrowego żywienia czy treningów siłowych wypowiadają się na każdy temat. Na przykład o obronności, o której nie mają pojęcia. Mają za to ogromne zasięgi i dla wielu są autorytetami. Od wszystkiego, choć tak naprawdę od niczego konkretnego…

Jak tacy ludzie budują zaufanie odbiorców?

Jeśli media głównego nurtu są spolaryzowane i przez to oceniane jako niewiarygodne, to eksperci i „eksperci” z mediów społecznościowych są ponad to. Podkreślają swoją niezależność, intelektualną niepokorność, racjonalne spojrzenie. Nie bez znaczenia jest też aspekt wizualny, to, jak ci twórcy wyglądają, gdzie nagrywają swoje materiały.

…na kanapie, w salonie.

No właśnie. A jeśli jesteś postrzegany jako „swój, ziomal”, ktoś, kogo można spotkać w siłowni czy na ulicy, to łatwiej budujesz więź. A więź to zaufanie. A ufający odbiorca nie weryfikuje informacji, zwłaszcza jeśli wpisuje się ona w jego poglądy. No i są jeszcze emocje, bardzo obecne w społecznościówkach. Strach, zniesmaczenie, wstręt.

Wstręt się sprzedaje?

Popularność patostreamingu to najlepszy na to dowód. Jest grupa odbiorców, która łaknie mieszanki zaskoczenia, sprzeczności, naruszenia granic obyczajowych. Teoria emocjonalnych nadawców Kenta Harbera i Dova Cohena mówi, że zderzenie dwóch perspektyw wywołuje napięcie, które chcemy rozładować – dzieląc się treścią, komentując, reagując. To jeden z powodów, dla których ludzie bezrefleksyjnie udostępniają często szokujące materiały.

Jaka emocja jest wiodąca w społecznościówkch?

Strach.

Znam ludzi, których ta nieustanna ekspozycja na strach skłoniła do porzucenia mediów społecznościowych czy mediów w ogóle.

Całkowite odcięcie nie jest dobrym rozwiązaniem. Skądś musimy czerpać informacje. Ale rozumiem potrzebę ograniczenia negatywnych bodźców.

Jak walczyć z informacyjną patologią?

Częściowo już się to dzieje – są aktywiści, którzy tropią fałszywych ekspertów, obnażają braki wiedzy, prostują bzdury i pokazują manipulacje.

Może to jednak za mało i trzeba to uregulować systemowo? Czy influencerów powinny obowiązywać zasady odpowiedzialności za słowo, tak jak przedstawicieli tradycyjnych mediów?

Na razie influencerzy zostali zobligowani do oznaczania współpracy reklamowej. To krok w dobrym kierunku, ale wciąż niewystarczający. Oczywiście, można obalić ich tezy badaniami, ale to wymaga czasu i zaangażowania. A przeciętny odbiorca często nie ma na to ani siły, ani chęci. W pewien sposób influenserów czy twórców treści cyfrowych obowiązują zasady odpowiedzialności za słowo, ponieważ działają oni w ramach platform internetowych, a te posiadają własne regulaminy. Jednak, jak pokazuje praktyka, z czym często i ja się zetknąłem, w niektórych przypadkach to, co dla jednego użytkownika może być naruszeniem regulaminu, dla platformy niekoniecznie. I wówczas odbijamy się od ściany. Dlatego też uważam, że platformy społecznościowe powinny jeszcze bardziej ponosić odpowiedzialność za dopuszczanie do publikowania treści patologicznych, nawołujących do nienawiści czy wprost manipulacyjnych.

Dlaczego ów przeciętny odbiorca „kupuje” pewne treści, jest podatny na dezinformację?

Podatność na dezinformację wiąże się głównie z cechami indywidualnymi – osobowością, predyspozycjami poznawczymi, zdolnością do analizy i przetwarzania informacji. Dużą rolę odgrywa też poziom wykształcenia. To pierwsza grupa czynników – indywidualna. Druga to czynniki społeczne: ogólny niepokój, zmiany kulturowe, życie w pośpiechu, napięciu. One wpływają na naszą emocjonalną reakcję na przekazy medialne.

Czy są jakieś cechy charakterystyczne dla Polaków jako odbiorców takich treści?

Nie przypominam sobie badań porównawczych, które uwzględniałyby kulturowe różnice w podatności na dezinformację. Próbowaliśmy coś takiego robić – nie w kontekście dezinformacji, ale treści generowanych przez AI – z moją koleżanką ze Stanów Zjednoczonych. Różnice kulturowe się pojawiły, ale były statystycznie nieistotne. Zatem to sposób przetwarzania informacji – ta sfera kognitywna – jest kluczowy. Im bardziej dostrzegamy złożoność świata, tym mniej jesteśmy podatni na manipulację. Im bardziej upraszczamy rzeczywistość, tym łatwiej nami sterować.

Czyli rozwiązaniem jest edukacja?

Zdecydowanie edukacja, a zwłaszcza nauka krytycznego myślenia. Ale to znowu wymaga czasu i systemowych rozwiązań, a nie doraźnych politycznych i chwilowych działań. Od ponad dwóch dekad w środowisku medioznawców i pedagogów walczyliśmy o edukację medialną jako szkolny przedmiot, gdzie ważnym elementem jest krytyczny odbiór mediów. I co? I nic, nie doczekaliśmy się tego. A teraz utyskujemy, że młodzież spędza zbyt dużo czasu ze smartfonem w ręku i bezrefleksyjnie wierzy w fałszywe treści publikowane w Internecie.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. kadr z relacji na żywo, udostępnionej na oficjalnym profilu Wołodymyra Zełenskiego

Klaskanie

Pociąg, którym jechałem dziś z Krakowa do Warszawy, miał 110 minut spóźnienia (to niewiele mniej niż wynosi cała podróż na tym odcinku składem klasy IC). Nie będę dworował sobie z PKP, z jej legendarnej niegdyś niepunktualności. Bardzo dużo podróżuję pociągami i w ostatnich latach kolej przyzwyczaiła mnie do dobrego standardu obsługi. Obejmuje on nie tylko świetne pociągi, wyszykowane dworce, ale także przyzwoitą punktualność.

No więc szit hepens, jak mawiał Forrest Gump. W tym przypadku miała to być awaria systemu sterowania siecią. Jakaś grubsza, wnioskując po informacjach, które ukazały się na dużych portalach.

O czym podróżni dyskutowali, a w zasięgu mojego ucha dominowała opinia, że to wina ruskich. „Kolejny atak hackerski”, zgodnie uznano, złorzecząc na skarpetkosceptycznych.

Czy rzeczywiście stali za tym rosjanie – nie wiem. Wspominam o tych reakcjach, bo to nie pierwszy raz, kiedy za jakieś problemy obwiniamy ruSSkich; regularnie spotykam się z takim podejściem do sprawy. Sądzę, że jest ono powszechne, a bierze się ze świadomości relacji polsko-rosyjskich. Najogólniej rzecz ujmując wiemy, że neosowiet to nasz wróg, że prowadzi wobec nas wojnę hybrydową, której częścią są ataki na cyfrową infrastrukturę.

„Tyle wygrać”, pomyślałem sobie, wszak od lat robię co w mojej mocy, by Polaków w zakresie zagrożeń ze Wschodu uświadamiać.

Ale szybko przyszła gorzka konstatacja. Bo niezależnie od tego, co myślimy i mówimy o rosji i rosjanach, jako społeczeństwo coraz powszechniej wspieramy działania, które docelowo służą skarpetkosceptykom. Nawet jeśli w krótkim planie mogą się wydawać korzystne dla nas, Polaków. Gdyby nie społeczne przyzwolenie dla takich działań, żaden mentzen, żaden nawrocki czy jakikolwiek inny polityk (także rządzącej koalicji), nie miałby przestrzeni na inicjatywy i opinie, które rujnują nasze relacje z Ukrainą. I osłabiają ukraiński wysiłek obronny. To, co zrobił wczoraj prezydent – komplikując finansowanie ukraińskich starlinków – jest sabotowaniem działań ZSU (o kwestiach społecznych nie wspominam, bo to temat na odrębny wpis). I co? I nic; nawrocki ma obowiązek dbać o „polski portfel”, czytam. Jakby wspieranie Ukrainy nie było dbaniem nie tylko o finanse, ale nade wszystko o egzystencjalne podstawy trwania Polski i Polaków.

Kurwa, niby widzimy zagrożenie, ale jak trzeba podjąć nieznaczny w sumie wysiłek, to udajemy, że ta maczuga nie wisi nad nami.

Durnie kopią nam grób, a my przyklaskujemy, ciesząc się, że będziemy mieli nowy, wygodny kompostownik. Będziemy, tyle że sami w nim zgnijemy…

Zdjęcie luźne, z pociągu. Jak to ja – złość i rozczarowanie zapiłem kawą…

Ps. Parafrazując hasło z serwetki: bycie Polakiem bywa podróżą z niesmakiem. Ehhh…