Samowystarczalni?

W 2026 roku Ukraina produkuje więcej uzbrojenia niż kiedykolwiek wcześniej. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że kraj stopniowo uniezależnia się od zagranicznych dostaw. Rzeczywistość jest jednak bardziej skomplikowana.

Weźmy armatohaubicę Bogdana, jeden z największych sukcesów ukraińskiego przemysłu zbrojeniowego. To konstrukcja opracowana przez ukraińskich inżynierów i produkowana przez ukraińskie przedsiębiorstwa. Nie oznacza to jednak, że wszystkie elementy niezbędne do jej złożenia powstają nad Dnieprem.

Pierwszy prototyp osadzono na ukraińskim podwoziu KrAZ, ale kolejne serie wykorzystują podwozia zachodnie, przede wszystkim czeskie Tatry. Dotyczy to również części materiałów, komponentów oraz wyposażenia przemysłowego używanego w produkcji.

Armatohaubica to nie tylko lufa (też częściowo zachodnia…) i podwozie. O jej skuteczności decydują m.in. system kierowania ogniem, środki łączności i komputery balistyczne. Ukraina rozwija własne rozwiązania w tym zakresie, ale nadal pozostaje uzależniona od importu wielu zaawansowanych podzespołów elektronicznych i optoelektronicznych. Dotyczy to choćby układów scalonych, modułów komunikacyjnych, odbiorników nawigacji satelitarnej, kamer czy elementów termowizji.

Do tego dochodzi kwestia amunicji. Bogdana wykorzystuje standardowe dla NATO pociski kalibru 155 mm. Ukraina uruchomiła ich własną produkcję, jednak nadal nie jest w stanie samodzielnie zaspokoić potrzeb frontu. Innymi słowy, udana ukraińska konstrukcja artyleryjska pozostaje częścią znacznie większego, międzynarodowego systemu produkcji i zaopatrzenia.

Jeszcze wyraźniej widać to w przypadku dronów, które stały się symbolem tej wojny. Ukraina projektuje własne konstrukcje, rozwija oprogramowanie i organizuje produkcję seryjną, jednak znaczna część wykorzystywanych podzespołów pochodzi spoza kraju. Dotyczy to silników elektrycznych, kontrolerów lotu, kamer, modułów transmisji danych, baterii czy elementów optoelektroniki.

Większość z tych produktów powstaje w Chinach. Wraz z zaostrzaniem przez Pekin kontroli eksportowych dotyczących technologii mogących znaleźć zastosowanie wojskowe, bezpośredni zakup komponentów przez ukraińskie firmy stał się znacznie trudniejszy niż na początku wojny. W efekcie kluczową rolę odgrywają pośrednicy, centra logistyczne i magazyny zlokalizowane poza Ukrainą.

Komponenty trafiają najpierw do państw Unii Europejskiej lub innych krajów trzecich, gdzie są kompletowane, magazynowane i kierowane do ukraińskich producentów. A więc i dron – zaprojektowany, zmontowany i używany przez Ukraińców – pozostaje produktem międzynarodowego łańcucha dostaw rozciągającego się od Azji po Europę Środkową.

W tym systemie szczególną rolę odgrywa Polska. To przez polską infrastrukturę logistyczną i przez polskie firmy przechodzi znaczna część towarów wykorzystywanych przez ukraiński przemysł obronny. Polska pomaga nie tylko dostarczać Ukrainie broń. Pomaga również tworzyć broń powstającą w Ukrainie. Ukraińska samowystarczalność w tym zakresie to mit.

—–

Mitem jest też opowieść o wtórnym znaczeniu innych systemów uzbrojenia. Wojna w Ukrainie jest wojną dronów, ale same bezzałogowce jej nie rozstrzygną. Owszem, kontrolują strefę śmierci, utrudniając przeciwnikowi manewr, ale pozycje obronne wciąż obsadzane są przez ludzi. Tych zresztą – po obu stronach – jest obecnie na froncie najwięcej w historii pełnoskalowego konfliktu – mimo postępującej dronizacji. A ludzie potrzebują m.in. amunicji strzeleckiej, kamizelek kuloodpornych, hełmów, środków łączności, noktowizorów, termowizorów i całej masy innego wyposażenia. Ukraina zaspokaja tylko część tych potrzeb we własnym zakresie.

Co więcej, dron nie tylko nie zajmie i nie utrzyma terenu. Nie przejmie też wszystkich zadań artylerii dalekiego zasięgu. Ukraińcy rozwijają własne konstrukcje, lecz nadal nie są w stanie zastąpić amerykańskich pocisków GMLRS wykorzystywanych do precyzyjnych uderzeń na głębokość 80 km. Kijów może produkować tysiące dronów, ale nie produkuje pocisków Patriot, IRIS-T czy NASAMS, które zestrzeliwują rosyjskie rakiety i pociski manewrujące. Nie wytwarza wyrzutni do tych systemów oraz radarów, które decydują o ich skuteczności. Bez tej broni ukraińskie miasta, infrastruktura energetyczna i zaplecze przemysłowe byłyby znacznie bardziej narażone na rosyjskie ataki.

Podobnie rzecz się ma w przypadku lotnictwa, które nie tylko pełni niebagatelną rolę w osłonie ukraińskiego zaplecza, ale realizuje też misje uderzeniowe na cele lądowe, w tym zadania porażenia rosyjskiej obrony przeciwlotniczej. Nie byłoby ostatnich spektakularnych akcji na Krymie, gdyby wcześniej ukraińskiemu lotnictwu nie udało się wyeliminować rosyjskich systemów radiolokacyjnych. To samoloty załogowe wyrąbały ukraińskim dronom wolną drogę na półwysep. Ukraina może remontować i modernizować ocalałe posowieckie maszyny – których ma coraz mniej – ale nie produkuje F-16 i Miraży, pocisków powietrze-powietrze czy bomb kierowanych.

Tych przykładów można by wymienić znaczenie więcej, dość powiedzieć, że o skuteczności ZSU wciąż w znacznym stopniu decydują „klasyczne” rodzaje uzbrojenia, a te najbardziej efektywne pochodzą z Zachodu. Podobnie jak istotna część wojskowej drobnicy. Wszystko to, w zdecydowanej większości, nim trafi do Ukrainy idzie przez Polskę. O czym wspominam w kontekście rozpalającego emocje orderowego sporu, mam bowiem wrażenie, że Ukraińcy zapominają o wkładzie Polski. W reakcji na decyzję prezydenta Nawrockiego podkreślają rolę Ukrainy, która w ich percepcji urasta do rangi obrońcy Polski. Polski jako obrońcy Ukrainy w tej opowieści nie ma.

I nie chodzi mi o ukraińską wdzięczność i podkreślanie polskich zasług. Mnie osobiście wystarczy, że Ukraińcy łoją ruskich. Nie zmienia to faktu, że jako chłodny analityk nie potrafię przejść do porządku dziennego nad krótkowzrocznością Wołodymyra Zełenskiego. Wszak ukraiński prezydent i jego otoczenie doskonale wiedzą, jak wygląda geografia wojny. Że Polska pozostaje najważniejszym lądowym łącznikiem Ukrainy z zachodnim zapleczem wojskowym i gospodarczym – i że szybkiej i funkcjonalnej alternatywy dla tego układu nie ma. Trudno mi zrozumieć gotowość do podejmowania działań, które w oczywisty sposób bolą polską opinię publiczną i wzmacniają środowiska opowiadające się za ograniczeniem wsparcia dla Kijowa.

Nie chodzi o to, że Polska nagle odwróci się od Ukrainy. Nie chodzi nawet o to, że Warszawa dysponuje jakimś politycznym „wyłącznikiem” ukraińskiego wysiłku wojennego. Chodzi o coś znacznie prostszego. Prowadząc wojnę o przetrwanie, nie warto igrać z państwem, przez które prowadzi najważniejsza droga łącząca front z jego zapleczem. Zwłaszcza gdy alternatywy istnieją głównie na mapie.

Ten tekst, w rozszerzonej wersji, opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto link do oryginalnego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Szczęście

Walę spotkałem w Zahorianiwce, osadzie położonej 10 km od Chersonia. Wieś to rodzinna miejscowość kobiety, ale przed inwazją Wala mieszkała w Chersoniu, skąd uciekła po wejściu rosjan. Dwie dorosłe córki powędrowały dalej i dziś żyją w Polsce, starsza pani postanowiła trzymać się bliżej domu. Bała się okupacji w mieście, wieś – gdzie wciąż mieszkają jej krewni – wydawała się lepszym wyborem. Wyzwolenie Chersonia niczego w nastawieniu Wali nie zmieniło. Nadal boi się wracać, bo rosjanie – schowani za szerokim korytem Dniepru – regularnie ostrzeliwują miasto z armat i rakiet.

– Za co, dlaczego to robią? Co złego im zrobiliśmy? – pytała kobieta. – Nie ma dnia, żebym się nie zastanawiała, czy moje mieszkanie jeszcze stoi – przyznała. A potem ścisnęła mnie mocno. – Dziękuję, że nam pomagacie – mówiła.

Z tym nieco krępującym gestem zetknąłem się jeszcze kilka razy – w sąsiednim Schidne czy w zrujnowanym przez rosjan Posad-Pokrowskie. Wala – podobnie jak kilkudziesięciu innych mieszkańców Zahorianiwki – tuż przed naszą rozmową odebrała paczki z żywnością i chemią gospodarczą. „Humanitarkę” sfinansowała Fundacja Biedronki, dary dowieźli wolontariusze z ukraińskiej organizacji Wieża i Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej.

– To nie tylko pomoc, ale też wyraz naszej wdzięczności za waszą walkę i poświęcenie – literalnie Anna Radecka z PCPM wypowiadała te słowa w imieniu organizacji i partnerów, ale dla wszystkich zebranych było jasne, że to „mówi Polska”. Zatem i ja, Polak, stałem się obiektem wyrażonej za wdzięczność wdzięczności. W czym – jestem pewien – nie chodziło tylko o paczki, a o „całokształt”. By to wyjaśnić, oddam głos Wiktorowi, mężczyźnie po sześćdziesiątce, mieszkańcowi Posad-Pokrowskie. Spotkałem go w ruinach zbombardowanej przez rosjan szkoły podstawowej – tuż obok znajdował się dom Wiktora, także zdemolowany przez najeźdźców. Jak się okazało, dzieci i wnuki Ukraińca mieszkają w Krakowie.

– Wielu innych bliższych i dalszych znajomych znalazło u was schronienie. Są bezpieczni, nie musimy się o nich martwić. Pomagają im zwykli Polacy, wasz rząd, pomagają organizacje. Przyjeżdżacie tutaj z humanitarką, posyłacie nam broń, wasi ochotnicy walczą u boku naszych chłopców. Jesteście szczęściem w wojennym nieszczęściu, jakie spotkało Ukrainę. Obyśmy nigdy wam tego nie zapomnieli.

„To nie tylko pomoc, ale też wyraz naszej wdzięczności za waszą walkę i poświęcenie”/fot. Marcin Ogdowski

– Bez Polaków i bez Ameryki Ukrainy by już nie było – przekonywała mnie babuszka ze Schidne. Jej dwie sąsiadki kiwały głowami.

– Oglądałam w telewizji relację ze Lwowa, jak był tam wasz prezydent – opowiadała jedna z nich. – Ale to było wzruszające – kobieta miała na myśli owacyjne przyjęcie Andrzeja Dudy przez mieszkańców miasta. – Jak on dobrze się dogaduje z naszym Zełenskim… – dodała.

– Młode chłopaki, wiadomo – skwitowała kolejna z pań. – Ile lat ma Duda?

– Pięćdziesiąt. A Zełenski czterdzieści pięć – odpowiedziałem z intencją skorygowania rozmówczyń. Nie uważam panów po czterdziestce za szczególnie młodych.

– No właśnie – usłyszałem. – A ty ile masz lat?

– Czterdzieści sześć.

– Też młody – jedna z babuszek poklepała mnie po ramieniu.

Uśmiechnąłem się serdecznie.

Wieś Schidne, kadr ilustrujący wydawanie pomocy humanitarnej. W centralnym planie moje rozmówczynie/fot. Marcin Ogdowski

Uśmiecham się w ten sposób i dziś – oglądając krótką filmową relację z wręczenia Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego. Do ceremonii doszło podczas spotkania z Andrzejem Dudą, tuż po oficjalnym rozpoczęciu wizyty ukraińskiego prezydenta w Polsce. Nasze najwyższe odznaczenie cywilne przyznano ukraińskiej głowie państwa w dowód uznania za pogłębianie stosunków między Polską a Ukrainą, działalność na rzecz bezpieczeństwa w regionie oraz niezłomność w obronie praw człowieka. Jako obywatel Rzeczpospolitej w pełni akceptuję ów gest Andrzeja Dudy. Prawdę powiedziawszy, trudno obecnie znaleźć kogokolwiek, kto bardziej zasługiwałby na Orła Białego. Bo – podsumowując kwestie szczęścia w wojennym nieszczęściu oraz wdzięczności – Ukraińcy owszem, sporo nam zawdzięczają. Ale my im również niemało (nie podejmę się ważyć/zestawiać ze sobą tych powodów). Dość napisać, że Ukraina walczy też w naszym imieniu, w naszym interesie gruchocze kręgosłup raszystowskiej armii, znacząco i na lata (może dekady) redukując ryzyko wizyty rosyjskich czołgów nad Wisłą.

PS. Wizyta Zełenskiego w Polsce mocno uaktywniła (pro)rosyjskich trolli – ich skowyt niesie się przez cały Internet. Nie dajmy się zwieść natężeniu impulsów – tych kanalii nie ma wcale aż tak dużo.

Aha, i jeszcze jedna istotna uwaga, wszak mamy już kwiecień. Spędziłem ostatnie dni w drodze i nie było okazji o tym wspomnieć – a idzie o sprawę, która nie powinna uciec Waszej uwadze. Otóż wraz z końcem marca minął czas, jaki putin wyznaczył swoim wojskom na „ostateczne” zajęcie obwodów ługańskiego i donieckiego. Taki był cel zapowiadanej z przytupem „rosyjskiej ofensywy zimowej”. No więc skończyło się na zajęciu 70 km kwadratowych terenu (ułamka pożądanych obszarów), co kosztowało rosyjską armię i grupę Wagnera 70 tys. zabitych i rannych. Tysiąc ofiar na każdy kilometr kwadratowy…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Wieś Schidne w obwodzie chersońskim. Ponad półroczna rosyjska okupacja zubożyła mieszkańców do tego stopnia, że dziś potrzebują pomocy humanitarnej/fot. Marcin Ogdowski

Order

Andrzej Duda odznaczył Orderem Orła Białego (najwyższym cywilnym medalem) Antoniego Macierewicza.

Czuję, jakby mi ktoś strzelił w pysk.

Rozumiem powody tego działania. Obóz władzy ulega przyśpieszonej erozji, widoki na wygranie wyborów z każdym tygodniem maleją. Należy zatem cementować twardy elektorat, którego Macierewicz jest twarzą. Bo „może rzeczywiście nie wygramy, ale jako silna opozycja mamy szansę przetrwać”.

Czyli znów logika partyjnego interesu zwycięża nad racją stanu.

Bo Macierewicz jest zaprzeczeniem wartości, które leżą u podstaw interesu narodowego. Cała jego aktywność polityczna z ostatnich kilkunastu lat – przede wszystkim rozpieprzenie armii – lokuje go w gronie największych szkodników w dziejach RP. I użytecznych idiotów Moskwy. Co zwłaszcza dziś – w dobie okrutnej wojny toczonej za naszą wschodnią granicą – nabiera dodatkowych znaczeń. Macierewicz zrobił więcej dla osłabienia polskiej obronności, niż zrobiłyby tabuny ruskich szpiegów, agentów wpływu czy wreszcie pokaźna część rosyjskiej armii, gdyby pchnięto ją nad Wisłę.

No ale pomógł PiS zdobyć władzę, rozkręcając smoleńską histerię.

Miast zamknąć trupa w szafie, władza funduje nam cyrkowy występ z wolnym dostępem dla gawiedzi. Wstydu nie macie…

Ja zaś mam dwa państwowe odznaczenia (nadane zresztą przez obie strony politycznego sporu). Dumą napawają mnie przede wszystkim okoliczności, jakie stały za decyzjami o ich przyznaniu. Ale skłamałbym mówiąc, że krążki się nie liczą. Tyle że dziś skarlały w moich oczach.

Trudno kocha się tę naszą ojczyznę…

—–

Nz. Skrin z komentarza, który idealnie oddaje sytuację…

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to