Pięćdziesiątka…

Rozdziera mnie sprzeczność, jeśli idzie o stosunek do broni. Z jednej strony czuję głęboki spokój i pewność, trzymając w ręku narzędzie, które daje mi poczucie kontroli nad własnym bezpieczeństwem i pozwala obronić to, co dla mnie najcenniejsze. Fascynuje mnie jego mechanika, czysta inżynieria i skupienie, jakiego wymaga celny strzał – to niemal medytacyjny stan.

Z drugiej strony, ten sam ciężar w dłoni napawa mnie autentycznym przerażeniem. Nie potrafię odciąć się od myśli, że to przedmiot stworzony wyłącznie do odbierania życia, a sekunda nieuwagi lub nagły impuls mogą doprowadzić do tragedii, której nigdy – NIGDY – nie cofnę. To potworna odpowiedzialność, która sprawia, że jednocześnie czuję do broni ogromny pociąg i głęboką odrazę.

Po prawdzie boję się jej. Przez lata oswajałem ten lęk, całkiem nieźle – kiedyś wygrałem zawody strzeleckie dla dziennikarzy, organizowane przez byłych żołnierzy jednostki wojskowej GROM (a więc, jeśli idzie o broń, fachowców nie od parady). Przy czym nie było w tym jakiejś chłopięcej fascynacji „szczelaniem”, a raczej pragmatyczne podejście. Chciałem, gdy już naprawdę „się zesra”, móc liczyć na siebie. Gdy na dobre wszedłem na ścieżkę wojennej reporterki, fakt, że karabin czy pistolet nie były mi obce, niósł egzystencjalny wręcz spokój.

Ale nigdy nie użyłem broni przeciw innym ludziom.

Przez lata jednak, gdy tylko nadarzała się okazja, strzelałem ćwiczebnie.

W Iraku i Afganistanie niemal każdy z patroli zaczynał się od tzw. fire testu. Przestrzeliwania broni, by w razie kontaktu z przeciwnikiem, ta nie odmówiła posłuszeństwa. Uwielbiałem te procedury, wszak zwykle kończyły się sakramentalnym: „a masz, pierdolnij sobie”. Mój boziu, z czego ja nie strzelałem przy tej okazji… Lecz mniejsza o to, najważniejsze i tak było to, że człek miał okazję poprawiać umiejętności strzeleckie. „Bo wiesz, jak już wszystko pójdzie źle, musisz liczyć tylko na siebie”. Strach nie strach, odraza nie odraza – wolałem wiedzieć, że w razie W jakoś sprawy ogarnę.

Kiedyś, w Afganistanie, dostałem granatnik. „Pewnie z tego nie strzelałeś”, orzekł wręczający mi broń podoficer. „Chcesz spróbować?”. Chciałem. Strzelaliśmy w oddalone o kilkaset metrów wzgórza. Z broni ręcznej, pokładowej, z granatników; napierdalanka odchodziła po całości. Czasem w „fajertestach” chodziło o zużycie nadmiarowej amunicji, wtedy robiły się z tego niezgorsze kanonady.

Wziąłem granatnik, strzeliłem. Granat leciał, i leciał.

„O chuj”, zaklął żołnierz obok mnie. „Będzie przeciągnięty”, dodał.

W mig zrozumiałem, o co mu chodzi. Uniosłem lufę pod zbyt niskim kątem, pocisk poleciał dalej niż powinien. „Jezu, przefrunie nad wzniesieniem, a tam bóg wie, co jest…!”, pomyślałem. I wyobraźnia odpaliła już obrazek granatu wlatującego w środek afgańskiej wioski. Parę lat wcześniej wydarzyło się Nangar Khel – nie trzeba było szczególnie fantazjować, by głowę zaprzątnęły tragiczne scenariusze. Ekstrapolowałem już te nagłówki „Śmierć afgańskich cywili”, wyobrażałem sobie siebie cywilnie uśmierconego na skutek durnej akcji, medialną nagonkę na ludzi, którzy dali mi broń i wreszcie widok zrozpaczonych kobiet i dzieci, których bliskich zabił zbłąkany granat.

To wszystko trwało sekundy, ale szarpnęło mną jak nic nigdy wcześniej.

„Mój” granat eksplodował w połowie wysokości wzgórza, nikomu nie wyrządził krzywdy.

Oddałem broń i przysiągłem sobie, że już nigdy – KURWA przenigdy – z niczego nie strzelę. Chyba że NAPRAWDĘ będzie wymagała tego s y t u a c j a.

Wytrwałem w tym postanowieniu do dziś. Górę wzięła odraza wobec broni. Nie unikam jej – w mojej pracy to niemożliwe. Po 2013 roku miałem w ręku niejeden pistolet czy karabin. Raz, w Ukrainie, trzymałem w dłoni kałasza, przekonany, że lada chwila będę musiał go użyć. Nie użyłem – i dobrze mi ze świadomością, że nie musiałem.

I obym nigdy nie musiał.

Dlaczego o tym piszę? Ano kończę dziś 50 lat. A skoro mam urodziny, mogę sobie czegoś życzyć. No więc życzę sobie, by ta symboliczna „druga połowa życia” upłynęła tak, bym nigdy nie poczuł potrzeby sięgnięcia po broń. Ni mniej, ni więcej, oznacza to tyle, że chciałbym, by mój kraj nie musiał się mierzyć z ruSSką zarazą. Tylko ona bowiem mogłaby mnie zwolnić z danego sobie słowa.

To życzenie ode mnie dla mnie, lecz zarazem uniwersalne, wszak miażdżąca większość z nas nie chcę tu intruzów ze Wschodu. „Sto lat, sto lat, niech żyją, żyją nam” – bez dzikusów za oknem.

Amen.

PS. Generalnie czuję się dobrze, momentami świetnie; wydolnościowo jestem chyba u szczytu formy. Lecz czasem dopada mnie potworna chandra, zmęczenie, zużycie; wtedy mam wrażenie, że już dobiłem do tej mitycznej setki. W takich chwilach marzę o tym, by już nikt, nic ode mnie nie chciał. Bym miał święty spokój. Lecz zaraz przychodzi refleksja, że kurde, ja bardzo chcę być potrzebny. Użyteczny. „Pisz gamoniu, pisz!”, wydziera się wewnętrzny głos. Ulegam mu i pewnie długo jeszcze będę. Tym dłużej, im więcej fidbeku z Waszej strony. Pięknie dziękuję za Wasze komentarze, udostępnienia, za subskrypcje i „kawy”; dla mnie to dowód, że to, co robię, ma sens. Korzystając z dzisiejszej okazji – inauguruję akcję „Pięćdziesiąt kaw na pięćdziesiąte urodziny” – podejmiecie wyzwanie? Stosowny link znajdziecie poniżej, tu zaś mogę obiecać, że każdą z tych „kaw” odrobię solidną dziennikarską robotą. Jako 50-latek z 26-letnim zawodowym stażem słów na wiatr nie rzucam…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zdjęcie stosowne do okazji, pozowane podczas męskiego, klasowego i urodzinowego wyjazdu. Oj, działo się w tej Albanii…/fot. Roman

Saltówka

A szczur bunkrowy obchodzi dziś urodziny (71.). Niechby to był jego ostatni „dzień-razdzienia” – tak w ogóle, albo przynajmniej na wolności. Srogie życzenia? A jakie mają być, gdy chodzi o zbrodniarza wojennego, odpowiedzialnego za śmierć setek tysięcy ludzi i niewyobrażalne zniszczenia…?

Zerknijcie na załączone zdjęcia. Zrobiłem je w Charkowie, w północnej części miasta, zaledwie kilka dni temu. Saltówka to specyficzne miejsce – domy są tam brzydkie, byle jak wykonane, dominuje sowiecka wielka płyta. A zarazem w dzielnicy jest mnóstwo zieleni, była cała niezbędna do życia infrastruktura, co w połączeniu z relatywnie niskimi cenami mieszkań od lat przyciągało do Saltówki młodych ludzi.

„Dzielnia” tętniła życiem, aż zjawiło się u jej progu putinowskie żołdactwo.

W „Kompanii Braci” jest scena, w której amerykański żołnierz ostrzega brytyjskiego dowódcę czołgu przed zamaskowanym w zabudowaniach niemieckim stanowiskiem ogniowym. Radzi, by Brytole nie zwlekali i strzelali od razu, nim rozpoznają wizualnie cel. W końcu sam właśnie Niemców zobaczył. „Nie mogę niszczyć własności prywatnej bez uzasadnienia”, odpowiada czołgista. Maszyna rusza i z miejsca zostaje trafiona. „Kompania…” to serial, ale oparty o autentyczne wydarzenia – opisana sytuacja nie jest zatem wymysłem na użytek fabuły. I rzeczywiście brytyjskie RoE (zasady użycia siły) takie restrykcyjne wtedy były. Nadal są…

Armia rosyjska ma takie reguły w dupie. Gdy jej czołgi dotarły na rogatki Charkowa, przywitały je ukraińskie javeliny. Agresorzy – którzy spodziewali się zajęcia „ruskiego miasta” z marszu – byli w szoku. Ale szok szybko ustąpił wściekłości i determinacji – i zaczęło się walenie na rympał, po pozycjach obrońców i po domach bogu ducha winnych ludzi. Na „wszelki wypadek” i z zemsty, że nie było kwiatów, chleba i wódki.

Odepchnięcie moskali od miasta niewiele w sytuacji Saltówki zmieniło. Dzielnica dalej była ostrzeliwana z artylerii, także z niesławnych gradów, spadały na nią bomby i rakiety. Wyczuwalną ulgę przyniosło dopiero wyrzucenie rosjan za państwową granicę, poza zasięg dział i wyrzutni.

Lecz i tak dzielnica pozostaje wyludniona – są wieżowce, w których mieszka zaledwie po kilka osób. Lokalne władze zaczęły odbudowę kilku budynków, idzie to jednak niemrawo. Saltówka pełni funkcję „tarczy miasta”, a w mieście nie ma pewności, czy rosjanie znów nie spróbują. Bo ich firer wciąż roi sobie we łbie, że może Ukrainę pokonać.

Więc niechby to był jego ostatni „dzień-razdzienia” – tak w ogóle, albo przynajmniej na wolności.

Niechby się rosjanie wreszcie opamiętali. Dość tych wszystkich „rozbambionych” Saltówek…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -