Supremacja?

Amerykańska potęga militarna pozostaje bezdyskusyjna, jednak wojna z Iranem pokazuje, że sama przewaga nie gwarantuje szybkiego rozstrzygnięcia. Model oparty na dominacji powietrznej i precyzyjnych uderzeniach, sprawdzony w konfliktach z przeciwnikami słabszymi i mniej elastycznymi, w starciu z państwem przygotowanym na długotrwałą konfrontację traci swoją „automatyczną” skuteczność.

Kampanie powietrzne nadal pozwalają niszczyć kluczowe cele, ale coraz rzadziej przynoszą trwały efekt. Przeciwnik zdolny do rozproszenia zasobów, ukrycia infrastruktury i jej szybkiego odtwarzania jest w stanie utrzymywać ciągłość działań mimo ponoszonych strat. W praktyce oznacza to konieczność powtarzania uderzeń i prowadzenia stałej presji zamiast jednorazowego przełamania. Współczesna wojna coraz częściej polega nie na „wyłączeniu” przeciwnika, lecz na długotrwałym ograniczaniu jego zdolności – procesie kosztownym i rozciągniętym w czasie. Doświadczenia wojny w Ukrainie pokazują, że nawet intensywne kampanie uderzeń mogą nie przynieść szybkiego efektu i wymuszają działania rozpisane na lata.

Jednocześnie rośnie znaczenie ekonomiki działań. Amerykańska przewaga opiera się na systemach zaawansowanych i kosztownych, podczas gdy przeciwnik wykorzystuje środki tanie i masowe – drony, amunicję krążącą czy proste rakiety. Powstaje asymetria, w której utrzymanie przewagi generuje wysokie koszty, a szczególnie widoczne jest to w obronie powietrznej, gdzie neutralizacja tanich środków napadu wymaga użycia znacznie droższych systemów.

Dodatkowym wyzwaniem jest charakter samego systemu operacyjnego USA. Jego siłą pozostaje integracja – zdolność do działania jako spójna całość obejmująca rozpoznanie, dowodzenie i logistykę. Ta sama cecha staje się jednak źródłem podatności. Zakłócenie pojedynczych, kluczowych elementów – takich jak systemy wczesnego ostrzegania czy komponenty wsparcia – może wyraźnie obniżyć efektywność całego systemu i wymuszać dodatkowe zaangażowanie zasobów w ich ochronę.

W efekcie przewaga technologiczna nie znika, ale coraz rzadziej ma charakter rozstrzygający. Coraz większe znaczenie mają odporność systemu, zdolność do działania w warunkach długotrwałej presji oraz relacja koszt–efekt.

—–

Wnioski z tej wojny są dla USA dość oczywiste – pytanie brzmi, czy zostaną przełożone na praktykę.

Po pierwsze, konieczna jest budowa najniższego piętra obrony powietrznej, zdolnego do zwalczania tanich i licznych środków napadu. Oznacza to rozwój systemów działających masowo i przy zachowaniu korzystnej relacji koszt–efekt – od tanich interceptorów po broń energetyczną.

Po drugie, zmiany wymaga sama ekonomika prowadzenia działań. Amerykański model opiera się dziś w dużej mierze na niewielkiej liczbie bardzo zaawansowanych, a więc kosztownych platform i systemów uzbrojenia. W warunkach konfliktu o wysokiej intensywności i dużej skali oznacza to ograniczoną „gęstość” siły oraz wysoką wrażliwość na straty.

Coraz wyraźniej widać, że konieczne jest uzupełnienie tego modelu o komponent masowy – większą liczbę prostszych, tańszych środków, które mogą być używane w sposób ciągły i odtwarzane bez istotnego wpływu na całość potencjału. Dotyczy to zarówno bezzałogowców, jak i amunicji precyzyjnej czy systemów obronnych.

Nie oznacza to rezygnacji z przewagi technologicznej, lecz jej uzupełnienie. Przyszłe pole walki będzie premiowało nie tylko jakość, ale również skalę – zdolność do działania w sposób długotrwały i odporny na zużycie.

Po trzecie, konieczne jest zmniejszenie zależności od pojedynczych, kluczowych elementów systemu. Dziś utrata jednego samolotu wczesnego ostrzegania może wyraźnie ograniczyć możliwości prowadzenia operacji.

Rozwiązaniem jest większe rozproszenie zdolności – więcej platform, większa liczba sensorów i alternatywnych kanałów dowodzenia. Chodzi o to, by utrata jednego elementu nie przekładała się na spadek efektywności całego systemu.

Wreszcie, zmiany wymaga także sposób myślenia o wojnie. Model oparty na szybkim przełamaniu i decydującym uderzeniu coraz rzadziej znajduje zastosowanie. W jego miejsce pojawia się potrzeba prowadzenia działań długotrwałych, rozproszonych i nastawionych na stopniowe ograniczanie zdolności przeciwnika.

Oznacza to konieczność przygotowania państwa i sił zbrojnych na konflikt o innym charakterze: zdolność do utrzymania wysokiego tempa operacji przez długi czas, większe zapasy uzbrojenia i amunicji, sprawnie działający przemysł zdolny do ich szybkiego uzupełniania oraz system dowodzenia przystosowany do działania w warunkach ciągłych zakłóceń. Innymi słowy, wojna przestaje być krótkim wysiłkiem ekspedycyjnym, a staje się testem trwałości całego systemu państwa.

To jest lekcja z Iranu, którą muszą odrobić w Waszyngtonie.

USA nie stoją wobec wyzwania bez precedensu – podobnej transformacji dokonały już w czasie II wojny światowej, gdy o wyniku konfliktu decydowała nie tylko bieżąca siła armii, lecz zdolność państwa do jej długotrwałego utrzymania.

Rozważania na ten temat, w bardziej rozbudowanej formie, opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego tekstu.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Amerykański bombowiec strategiczny B-52, symbol militarnej potęgi USA/fot. USAF, domena publiczna

Pośmiewisko

Amerykanie znów robią to samo. Wchodzą w konflikt, po czym zaczynają opowiadać, kiedy z niego wyjdą. Dla własnych obywateli (i wyborców!) to uspokajający komunikat, ale dla przeciwnika – cenna wskazówka operacyjna.

W 2009 roku Barack Obama podjął decyzję o znaczącym zwiększeniu liczby amerykańskich żołnierzy w Afganistanie – o około 30 tysięcy. Chodziło o przełamanie impasu i uderzenie w talibów z większą siłą. Ale tej projekcji siły towarzyszyło coś jeszcze – deklaracja, że po kilkunastu miesiącach – od lipca 2011 roku – rozpocznie się wycofywanie wojsk. A cała operacja bojowa w Afganistanie ma swój horyzont czasowy, przewidziany na kilka lat (w 2014 roku zamierzano oddać kwestie bezpieczeństwa władzom afgańskim).

Nie trzeba było być strategiem, żeby zrozumieć przekaz – Amerykanie zwiększają presję, ale tylko na chwilę. Talibowie wyciągnęli z tego prosty wniosek: nie musimy wygrywać, wystarczy, że przetrwamy.

I tak też się stało, a finał wszyscy znamy.

Mijają lata i na tronie w Waszyngtonie zasiada geniusz szachów 5D. Wielokrotnie deklarujący, że nie będzie popełniał błędów swoich poprzedników. I tyle z tego gadania…

Wczoraj Donald Trump powiedział dziennikarzom w Białym Domu, że wojna z Iranem potrwa jeszcze „dwa tygodnie, może kilka dni dłużej”. Oczywiście, można argumentować, że to typowy chaos komunikacyjny w stylu Trumpa, który często plecie, co mu ślina na język przyniesie. Problem w tym, że nawet największe brednie tego zidiociałego staruszka należy traktować poważne, bo często „słowo staje się ciałem”; posłuszna administracja realizuje wytyczne „wodza”.

Więc Teheran słucha i ma powody, by dojść do wniosku – trzeba wytrzymać jeszcze chwilę.

Bo wiadomo, że przez dwa tygodnie Amerykanie żadnego przełomu nie osiągną. Nie z tym, co mają na miejscu i co byliby w stanie na szybko dosłać.

Ehhh…

USA mają najpotężniejszą armię świata. I przywódcę, który czyni z niej pośmiewisko…

Mem z geniuszem biznesu i geopolityki tak bardzo a propos…