„Sukcesy”

Dziś w nocy rosjanie przeprowadzili kolejny atak rakietowy na Ukrainę. Było to pierwsze tak poważne uderzenie od 9 marca, z drugiej strony i tak relatywnie ograniczone. Agresorzy użyli 23 pocisków manewrujących Ch-101 i Ch-555, „klejnotów” w swoim rakietowym arsenale. Wystrzeliły je bombowce Tu-95 operujące znad Morza Kaspijskiego. Dla porównania, w najliczniejszym jak dotąd ataku – z 15 listopada ub.r. – rosjanie wykorzystali 96 Ch-101 i Ch-555, w czasie zimowego nasilenia kampanii rakietowej (której nadrzędnym celem była próba zniszczenia ukraińskiej infrastruktury krytycznej), zużywali średnio po 50-60 skrzydlatych pocisków w pojedynczym uderzeniu.

Czyżby naprawdę zaczynało im brakować rakiet? Być może to kwestia kurczących się zapasów, z uzupełnianiem których nie nadąża bieżąca produkcja. Ale może to też być konsekwencja spadającej efektywności nośników – wspomnianych bombowców. To wiekowe konstrukcje, w istotnym stopniu zużyte, w niedostatecznym zakresie remontowane i modernizowane. Tylko część Tu-95 nadaje się do operacyjnego użycia, ale i tak nie sposób podwiesić pod nie rakiet o maksymalnej przewidzianej w projekcie samolotu masie – płatowiec mógłby takich obciążeń nie wytrzymać i sam stać się spadającym pociskiem. Jest znamienne, że rosjanie wykorzystują w kampanii lotniczej nie więcej niż 25 proc. oficjalnie dostępnych bombowców.

Których załogi nie mogą się dziś poszczycić wielkimi sukcesami. Ukraińskiej obronie przeciwlotniczej udało się zdjąć 21 pocisków. Skuteczność na poziomie 90 proc. to doskonały wynik, wyższy niż przeciętna z ostatnich tygodni rosyjskiej kampanii rakietowej. Gors rakiet poleciało w stronę Kijowa, a tam dyżury operacyjne pełnią już Patrioty; niewykluczone zatem, że to one odpowiadają za pogrom raszystowskich rakiet. Ukraińska OPL jak dotąd nieźle sobie radziła z rosyjskim zagrożeniem z powietrza, ale jasnym było, że wraz ze zużywaniem nieodnawialnych zasobów poradzieckiej techniki, wydajność zacznie spadać. W lutym i marcu oscylowała już w granicach 40-50 proc., także dlatego, że z braku amunicji strzelano wyłącznie „na pewniaka”, w cele obarczone niższym ryzykiem niestrącenia. Stąd konieczność wdrażania zachodnich systemów, które – nie mam co do tego wątpliwości – zapewnią ukraińskiej armii skokowy wzrost skuteczności.

Ale i tak zawsze coś się przebije – jak dziś. Jedna z rosyjskich rakiet spadła na budynek mieszkalny w Humaniu (w środkowej Ukrainie, w obwodzie czerkaskim). Gdy zaczynałem pisać ten tekst, mowa była o siedmiu zabitych, 30 minut później okazało się, że ratownicy wydobyli spod gruzów trzy kolejne ciała.

Jakkolwiek mamy tu do czynienia z kolejnym przykładem rosyjskiego bestialstwa, nie sądzę, by rosjanie zamierzali atakować wieżowiec. Agresorzy wykazali się w tej wojnie wielką bezdusznością i rażącą niekompetencją, ale aż tacy niemądrzy i nonszalanccy nie są, by koszmarnie drogimi rakietami – których nie mają za wiele – napierniczać po cywilnych obiektach. Ch-101/Ch-555, który wylądował w Humaniu, miał zapewne trafić w jakiś cenniejszy z militarnego punktu widzenia cel. Do siania terroru wśród cywilów rosjanom służą dużo tańsze drony-kamikadze oraz przystosowane do użycia w trybie ziemia-ziemia rakiety S-300.

Dlaczego więc doszło do wspomnianej tragedii? Po pierwsze, nie wiadomo, czy mieliśmy do czynienia z bezpośrednim trafieniem. Możliwe, że na budynek spadły szczątki zestrzelonej wcześniej rakiety. Inna opcja to przypadkowe uderzenie, będące skutkiem wad rakiety – rosjanie „od zawsze” mieli problem z systemami celowniczymi/z naprowadzaniem swojej precyzyjnej amunicji. Przed sankcjami ratowali się zachodnimi komponentami, teraz jest z tym kłopot. Sporo do życzenia pozostawiała też jakość wykonania, niewykluczone, że w realiach wojennej produkcji jeszcze niższa (historycznie patrząc, taki reżim w rosji zawsze generował niższą jakość). Oczywiście, to ruskich nie usprawiedliwia, ba, nawet nie znosi zarzutu działania z premedytacją, bo rosyjscy generałowie doskonale znają wady i zalety swojej broni, dobrze wiedzą, z jakim ryzykiem „przypadkowych ofiar” wiąże się jej użycie.

I na koniec jedna uwaga. W rosyjskim internecie roi się od filmików ukazujących kolejna trafienia – zwykle przy użyciu amunicji krążącej – ukraińskich systemów obrony przeciwlotniczej. Duża część materiałów nie nosi śladów manipulacji, ukraińskie zasoby są ograniczone, dostawy z Zachodu tak naprawdę dopiero się rozkręcają (jeśli idzie o ten rodzaj broni). A mimo to OPL Ukrainy wciąż „robi robotę”. Jak to możliwe? Spójrzcie na załączone zdjęcie, wykonane na bocznicy kolejowej w… Ohio w USA. Co widzimy na lawetach? Zestawy OPL Tor i S-300 sowieckiej produkcji, będące na wyposażeniu ukraińskiej armii. Wyglądają „jak żywe”, czyż nie? Nawet z bliska (zapewne także okiem kamery drona-samobójcy). Tymczasem to doskonale wykonane atrapy, żadne tam dmuchane balony. Nie wiem, ile takich „systemów” trafiło do Ukrainy, ale być może to one stoją za „sukcesami” rosyjskich dronów…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Fot. Joseph Zadeh/aboveaverage.joe

Gruchotanie

Naloty dywanowe miały złamać Niemców. W różnym zakresie dotknęły jedną trzecią obywateli III Rzeszy. Ale czy ich złamały?

Kategoryzacje konfliktów zbrojnych mogą przybrać różne postaci, jedną z nich jest podział wedle kryteriów dewastacji. I tak mamy wojny na zniszczenie i na wyniszczenie. Różnica, jakkolwiek wydaje się nieostra, jest zasadnicza: w pierwszym rodzaju wojen chodzi o pokonanie armii przeciwnika, pozbawienie jej potencjału bojowego, skutkujące kapitulacją. To konflikt o ograniczonym zakresie, oparty o zasoby zgromadzone przed jego wybuchem. W ujęciu drugim celem jest wykrwawienie już nie tylko wrogiego wojska, ale całego stojącego za nim społeczeństwa i wspierającej wysiłek wojenny gospodarki. To wojna totalna, zwykle będąca skutkiem sytuacji, w której po serii bitew jednej ze stron nie udało się zrealizować zakładanych planów (np. okupacji danego terytorium). W najnowszej historii świata najdonioślejszym przykładem konfliktu na wyniszczenie jest II wojna światowa. Jednym z praktycznych wymiarów totalnej dewastacji była lotnicza kampania bombowa zachodnich aliantów, prowadzona nad III Rzeszą, w ramach której doszło m.in. do zagłady Drezna.

Masowe zabijanie

Wydarzenia z lutego 1945 roku stały się ikonicznym przykładem wojennego bestialstwa, trwale obecnym w publicznej debacie inspirowanej przez ruchy antywojenne. Zakorzeniły się również w kulturze popularnej, głównie za sprawą Kurta Vonneguta – amerykańskiego jeńca, naocznego świadka, po wojnie wziętego pisarza. Jego bestsellerową „Rzeźnię numer pięć”, wydaną w 1969 roku, trzy lata później przeniesiono na wielki ekran. I choć fabuła jedynie nawiązuje do bombardowania Drezna, książka i film istotnie przyczyniły się do rozpowszechnienia wiedzy na temat dramatu.

Dla porządku przypomnijmy najważniejsze fakty. W nocy z 13 na 14 lutego nad miasto nadleciało 770 bombowców Lancaster należących do RAF-u. W drugiej fali zaś ponad 300 latających fortec B-17, pilotowanych przez załogi USAAF. W brytyjsko-amerykańskich nalotach zginęło co najmniej 18 tys. drezdeńczyków, uciekających przed armią czerwoną uchodźców, robotników przymusowych i jeńców – do takiego wniosku doszła w 2011 roku komisja powołana przez władze Saksonii. Zdaniem jej przedstawicieli, wszystkich ofiar mogło być nawet 25 tys., gdyż części ciał nie udało się odnaleźć i zidentyfikować. Tuż po nalotach propaganda nazistowska podawała straty rzędu 200 tys. Przez kolejne lata po wojnie różne źródła szacowały liczbę zabitych na 35-50 tys. Tak czy inaczej, było to masowe zabijanie.

– Niemcy nie postrzegali Drezna jako celu nalotów dywanowych, bo nie było tam fabryk i innych obiektów ważnych ze strategicznego punktu widzenia – twierdzi dr Alicja Bartnicka z Wydziału Nauk Historycznych UMK w Toruniu, specjalistka w zakresie dziejów III Rzeszy. – Po co bombardować miasto słynące głównie z pięknej zabudowy? Nikt w to wówczas nie wierzył. Tymczasem alianci Drezno nie tylko zbombardowali, ale wręcz zrównali z ziemią. Użyli ponad 500 ton bomb burzących i 370 ton zapalających, dokonując prawdziwej masakry.

Przekroczenie progu

Pomysł nalotu na Drezno wyszedł od Winstona Churchilla, który w ten sposób zamierzał odpłacić Niemcom za bombardowanie Warszawy, Rotterdamu czy Londynu. W tygodniu poprzedzającym nalot, na miasta Wielkiej Brytanii spadło niemal 200 pocisków V1 i rakiet V2 – żądza odwetu była wówczas wśród Brytyjczyków powszechna. Ale „prawo do zemsty” to jeden z kilku argumentów „za”. W tym konkretnym przypadku chodziło też o wywołanie paniki wśród ludności cywilnej w pobliżu frontu, co było elementem szerszej strategii gruchotania morale niemieckiego społeczeństwa. Poparcie dla nazistowskiego reżimu chciano Niemcom „wybombardować z głów” – to właśnie temu, obok fizycznego niszczenia infrastruktury niezbędnej do prowadzenia wojny, służyła aliancka kampania lotnicza na dobre uruchomiona w 1942 roku. W jej trakcie na Niemcy zrzucono aż 1,3 mln ton bomb (drugie tyle na kraje satelickie i okupowane), biorąc za cel 41 dużych i 158 średnich miast. W nalotach zniszczono 650 tys. budynków, a ponad 4 mln uszkodzono. Zginęło – wedle różnych szacunków – od 305 do 600 tys. osób. 14 mln obywateli III Rzeszy straciło majątek, 7,5 mln pozbawiono dachu nad głową. Ponad 20 mln zostało na jakiś czas odciętych od prądu, gazu lub wody, a 5 mln zmuszono do ewakuacji.

Zimą 1945 roku miażdżącą większość tych szkód już wyrządzono.

– Moment przeprowadzenia nalotów na Drezno budzi wątpliwości – mówi dr Bartnicka. – W lutym 1945 roku wiadomym już było, że Niemcy tej wojny nie wygrają. Kapitulacja pozostawała kwestią czasu. I owszem, alianci obawiali się, że wojna może potrwać do jesieni. Ale czy akurat zniszczenie nieistotnego strategicznie miasta mogło to zmienić?

Tak, uznano w alianckim dowództwie. Bombardowanie Drezna należy rozpatrywać także jako kolejny akt celowego przesuwania granicy moralnej. Był to atak wymierzony tylko i wyłącznie w ludność cywilną, o wybitnie terrorystycznym charakterze. Dość wspomnieć, że stacja kolejowa – rzekomy cel, o którym wspomina się przy okazji usprawiedliwiania decyzji o nalotach – ledwo została draśnięta.

– Alianci przekroczyli pewien próg – przekonuje Bartnicka. – Najpierw zrobili to w Berlinie, potem w Dreźnie, a za miesiąc w Tokio. Wszystko, co wydarzyło się później, włącznie z użyciem bomby atomowej, było „łatwiejsze”.

Najbardziej niszczycielski atak lotniczy w historii miał miejsce nocą z 9 na 10 marca 1945 roku. Nad Tokio nadleciało wówczas 329 samolotów B-29, które zrzuciły blisko 2 tys. ton bomb, w większości zapalających. Intensywne pożary przekształciły się w burzę ogniową, doprowadzając do śmierci 100 tys. osób. Hekatomba cywilów nie złamała Japonii i dopiero dwa uderzenia jądrowe z sierpnia 1945 roku zmusiły Tokio do kapitulacji.

Nie ma sensu walczyć

Ograniczoną skuteczność masowych nalotów obserwowano także w Europie.

– Działania aliantów nie miały wpływu ani na niemieckie morale, ani na produkcję – mówi Alicja Bartnicka. Reżim do samego końca cieszył się szerokim poparciem społecznym, a produkcję wojenną rozdrobniono i przeniesiono w bezpieczniejsze miejsca. W listopadzie 1944 roku – w szczycie alianckiej kampanii bombowej – osiągnęła ona najwyższy poziom w historii III Rzeszy.

Wysokie były też koszty ponoszone przez aliantów. W brytyjskim Bomber Command odsetek strat sięgał 41 proc., zbliżając się do krwawych rezultatów pierwszowojennych jatek. W praktyce oznaczało to, że ponad 47 tys. lotników poległo podczas misji bojowych lub zmarło w niewoli, a 8,2 tys. zginęło w następstwie rozmaitych wypadków.

Z drugiej strony należy pamiętać, że obrona przeciwlotnicza pochłaniała olbrzymie siły i środki hitlerowskiej gospodarki. Z relacji Alberta Speera, ministra uzbrojenia III Rzeszy, wynika, że w 1944 roku 30 proc. produkowanych dział było przeznaczonych do ochrony niemieckiego nieba. I że zużywały one 20 proc. wytwarzanej ciężkiej amunicji. Z pewnością skutkowało to niższymi możliwościami Wehrmachtu na froncie, co w jakiejś mierze przyczyniło się do skrócenia wojny. Ale czy zyski równoważyły straty?

Z biegiem czasu po II wojnie światowej w myśli wojskowej zaczął dominować pogląd, że wojna z cywilami nie ma sensu. Refleksji moralnej sprzyjał rozwój technologiczny – za sprawą coraz wyższej precyzji broni zniknęła konieczność równania z ziemią całych kwartałów, by porazić pojedynczy obiekt. Ostatnim konfliktem, podczas którego jedna ze stron sięgnęła po masowe naloty, była wojna w Wietnamie. W trwającej od 1965 do 1968 roku operacji „Rolling Thunder”, Amerykanie zrzucili na Wietnam Północny (oraz na bazy i szlaki przerzutowe partyzantów na Południu) 1,6 mln ton bomb. Wielokrotnie atakowano cele cywilne, pozbawiając życia 90 tys. Wietnamczyków. Te śmierci tylko ugruntowały twardą postawę Azjatów, co skończyło się kompromitującą porażką USA w 1975 roku. W takich okolicznościach imperatyw „nie ma sensu walczyć z cywilami” stał się wiodącym w zachodniej strategii wojskowej. Do zeszłego roku wydawało się, że podzielają go też rosjanie. Nadzieje prysły ostatecznie, gdy jesienią 2022 roku Moskwa rozpoczęła terrorystyczną kampanię nalotów rakietowych na ukraińską infrastrukturę krytyczną. Jej celem było pozbawienie Ukraińców wody, prądu i ogrzewania w najtrudniejszym zimowym okresie. Tak chciano złamać opór obrońców. Tymczasem wiosna za progiem, Ukraina walczy, a 90 proc. jej społeczeństwa ani myśli ustępować agresorom. „Było zimno, było ciemno, ale tak nas nie złamiecie. Tak nas tylko zmotywujecie” – słowa Dmytro Kułeby, szefa MSZ Ukrainy, dobrze oddają istotę rzeczy.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu i Bożenie Bolechale.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Annie Podlaskiej, Czytelniczce/Czytelnikowi używającemu nicka Sizna, Danielowi Więcławskiemu, Przemkowi Szafrańskiemu (tu to było „wiadro kawy”), Marcinowi Wasilewiczowi i Marcie Przestrzelskiej.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Ruiny Drezna/fot. Bundesarchiv/domena publiczna