Terror

Najnowsze dane z ukraińskiej stolicy są porażające: w efekcie rosyjskich ataków na infrastrukturę energetyczną ponad milion odbiorców pozostaje bez prądu, a około 4–5 tys. budynków mieszkalnych nie ma centralnego ogrzewania. W nocy wskazówki termometrów spadają do –15/–18 stopni Celsjusza, co oznacza, że bloki stają się lodówkami. „Już nawet nie mierzę temperatury w mieszkaniu”, pisze mi koleżanka z Kijowa. „Śpię w bieliźnie termicznej i dresie, pod grubą kołdrą i dwoma kocami, a dzieciom rozstawiliśmy w pokoju namiot”.

Według ostatnich raportów Reutersa, prawie 60 proc. Kijowa jest pozbawione prądu, co przekłada się nie tylko na brak światła, ale też na przerwy w dostawach wody, komunikacji, a nawet łączności komórkowej. Taki stan trwa już od wielu dni i – jak ostrzegają mieszkańcy oraz władze miejskie – może wpędzić społeczność w katastrofę humanitarną.

Ale system energetyczny ledwo zipie w całej Ukrainie. Z powodu ciągłych ostrzałów infrastruktury, w tym linii przesyłowych i elektrowni, wprowadzono harmonogramy awaryjnych wyłączeń, które w niektórych regionach oznaczają brak prądu nawet przez 16-20 godzin na dobę. Ten mechanizm ma zapobiec całkowitej awarii sieci, ale jednocześnie oznacza, że miliony ludzi żyją w permanentnym półmroku i zimnie.

Rosyjskie ataki na sieć energetyczną to strategia militarna z jasno określonym celem: osłabić ukraiński system energetyczny, zdestabilizować społeczeństwo i wymusić polityczne ustępstwa w toczącej się wojnie. Intensywność tych działań znacznie wzrosła w sezonie zimowym 2025/2026. Siły Moskwy wykorzystują drony, pociski balistyczne i manewrujące, aby trafić w krytyczne instalacje energetyczne.

Ukraińskie władze nie pozostają bierne. Już w połowie stycznia prezydent Wołodymyr Zełenski ogłosił stan wyjątkowy w sektorze energetycznym i powołał krajowe centrum koordynacji działań kryzysowych. W Kijowie mer Witalij Kliczko organizuje punkty ogrzewania i „punkty niezłomności”, gdzie ludzie mogą się ogrzać, naładować telefony i uzyskać pomoc. Zarządzono także częściową ewakuację – od 9 stycznia z Kijowa wyjechało już około 600 tys. osób (jedna piąta mieszkańców), które zdecydowały się szukać ciepła poza stolicą.

Równolegle rząd koordynuje przywracanie dostaw energii, pozyskiwanie awaryjnych generatorów i przesuwa zasoby energetyczne tam, gdzie są najbardziej potrzebne. Wiele szpitali i ośrodków krytycznych zostało wyposażonych w agregaty, a firmy energetyczne pracują w trybie ciągłym nad naprawami zniszczonego sprzętu.

Technicy, monterzy i operatorzy dźwigów harują po 48–72 godziny bez porządnego snu, przemieszczając się z punktu do punktu, by przywrócić prąd i ogrzewanie w mieszkaniach, szpitalach i szkołach. Ich praca odbywa się w warunkach skrajnego ryzyka – w nocy, w mrozie, pod ostrzałem dronów i pocisków – a mimo to wracają na kolejne dyżury, bo wiedzą, że każdy naprawiony transformator to uratowane życie. Kilka dni temu jeden z pracowników Ukrenergo zasłabł z wyczerpania podczas działań przy uszkodzonym obiekcie i zginął porażony prądem. „Zima Putina”, jak mówi się o kryzysie w Ukrainie, zbiera i takie ofiary.

Świat nie pozostaje bezczynny. Polska przekazuje właśnie Kijowowi 400 generatorów prądu z rezerw państwowych, które mają pomóc w stabilizacji podstawowych potrzeb energetycznych mieszkańców. Niemcy przeznaczyły 60 mln euro na dostawy generatorów, paliwa i innych środków wsparcia energetycznego dla ukraińskich gospodarstw, szpitali i szkół. Również Wielka Brytania zadeklarowała wsparcie ratunkowe. Poza oficjalnymi działaniami pojawiają się też inicjatywy społeczne. Akcja „Ciepło z Polski dla Kijowa” zebrała już 5,5 mln złotych na zakup generatorów, dzięki wpłatom od ponad 40 tys. darczyńców. Oto link do tej zrzutki, ale pamiętajcie o tym, że marzną też żołnierze. I z myślą o nich udostępniam kolejną zbiórkę – „Razem dla życia”. Wracając zaś do tekstu, który opublikowałem w portalu Polska Zbrojna – jego dalszą część, w której mowa jest m.in. o reakcjach rosyjskiej propagandy, znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. technik naprawiający uszkodzoną przez rosjan linię energetyczną/fot. własne

Martwi

Komendant, którego odwiedziliśmy, był postawnym jak na afgańskie warunki mężczyzną. Wyprostowany niczym struna, miał czyściutki mundur i starannie przystrzyżoną brodę. Gdy śmiał się – a uśmiech właściwie nie schodził mu z twarzy – obnażał garnitur równiusieńkich białych zębów. Chłop mógłby robić za reklamę swojej formacji – Afgańskiej Policji Narodowej – tak dobrze się prezentował.

Ale nie za wygląd mu płacono, a za utrzymanie porządku w jednym z sektorów miasta Ghazni. Był 2013 rok, talibska rebelia rozkręciła się już na dobre, więc nie o zwykłą policyjną robotę tu chodziło. ANP de facto pełniła rolę lekkiej piechoty i brała udział w antypartyzanckich akcjach. Jej przeciwnikiem byli bojownicy, nie złodzieje czy inni pospolici przestępcy. Policjanci regularnie się z nimi strzelali, regularnie ginęli i zostawali ranni.

Robota niebezpieczna, lecz przyzwoicie płatna, rzecz jasna jak na realia ówczesnego Afganistanu (szeregowy funkcjonariusz dostawał jakieś 150 dolarów za miesiąc).

Niech Was jednak nie zwiedzie ton tych akapitów – ANP to nie byli dobrzy chłopcy, a łobuzy. Najbardziej skorumpowana i inwigilowana przez talibów struktura w Afganistanie. Nasze wojsko współpracowało z nią – tak jak z afgańską armią – z konieczności. Przy czym współpraca to duże słowo, wszak wszelkie wspólne działania regulowała zasada bardzo ograniczonego zaufania. W praktyce wyglądało to tak, że afgańscy dowódcy dowiadywali się o zadaniach w ostatniej chwili. I nawet wówczas ich wiedza była szczątkowa. Kablowali bowiem ile wlezie…

No ale mimo wszystko to byli swoi i to im, my – NATO, ISAF, Zachód – płaciliśmy. Walizkami żywej gotówki, którą odbierali lokalni komendanci, po to, by rozprowadzić hajs pośród podwładnych. Tak to powinno było wyglądać.

A jak wyglądało? Gość, którego wizytowałem w towarzystwie wysokich rangą oficerów WP, miał pod sobą 120 chłopa; tak przynajmniej deklarował. Lecz z jakiegoś powodu, mimo tego ludzkiego dostatku, nie potrafił upilnować swojego kurnika, co zrodziło wątpliwości naszych sztabowców. Jednym z celów wizyty było policzenie oddziału, na co ów komendant z ochotą przystał. A potem wystawił na dziedzińcu posterunku trzydziestu paru ludzi. Część nieobecnych miała być na mieście (choć wszystkie wozy stały na parkingu), a część – no cóż, pojechała do domów w innych prowincjach, wykonywała jakieś tajne zadania, pochorowała się i wylądowała w szpitalu; jakich tam nieszczęść, dramatów i nieoczekiwanych historii nie było… „Ju-noł mister, jak przyjedziecie następnym razem, będą miał ich wszystkich pod ręką”.

Taaaaa…

W afgańskiej armii i policji przez lata funkcjonował system tzw. „martwych dusz” – fikcyjnych żołnierzy i funkcjonariuszy, których nazwiska widniały w dokumentach, ale którzy nie istnieli, dawno zginęli, zdezerterowali albo zostali odesłani do domów. Dowódcy pobierali za nich pensje, premie i racje żywnościowe.

Według raportu SIGAR (Special Inspector General for Afghanistan Reconstruction) z 2023 roku, system „ghost soldiers” funkcjonował przez całą misję NATO w Afganistanie, a jego istnienie było znane zarówno afgańskim władzom, jak i zachodnim doradcom.

W sierpniu 2021 roku, gdy talibowie rozpoczęli ofensywę, okazało się, że wiele jednostek ANA i ANP nie istnieje. Dowództwo w Kabulu operowało na danych, które były fikcyjne – liczba żołnierzy, dostępnego sprzętu i amunicji była zawyżona nawet o 30–50 proc. W efekcie fronty się załamały, a talibowie zajmowali kolejne miasta niemal bez walki.

Tak się ten pic na wodę skończył.

Zostawmy Afganistan i zerknijmy na armię rosyjską w Ukrainie.

Wojna obnażyła nie tylko jej brutalność wobec przeciwnika. Z coraz częstszych doniesień wynika, że rosyjscy oficerowie dopuszczają się morderstw na własnych żołnierzach – nie z powodów dyscyplinarnych, lecz dla pieniędzy. Żołd, który frontowcy otrzymują za udział w walkach, stał się łakomym kąskiem dla dowódców, którzy w warunkach chaosu i bezkarności traktują podwładnych jako źródło dochodu.

Według danych niezależnego rosyjskiego portalu Mediazona, od początku pełnoskalowej inwazji na Ukrainę prawie tysiąc rosyjskich żołnierzy zostało oskarżonych o morderstwo lub umyślne spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu ze skutkiem śmiertelnym. Rosyjskie sądy wojskowe notują stały wzrost takich spraw, a rok 2025 wskazuje na dalsze przyspieszenie tego trendu. Choć wiele z tych zbrodni dotyczy przemocy wobec cywilów lub jeńców, coraz częściej pojawiają się przypadki wewnętrznych egzekucji – dokonywanych przez oficerów na własnych żołnierzach.

Rosyjscy żołnierze w Ukrainie zarabiają co najmniej sześciokrotność średniej pensji w kraju. Pozorny dostatek, bo żołnierze płacą oficerom za urlopy, za przeniesienie do bezpieczniejszych sektorów, za dostęp do narkotyków i alkoholu. Albo po prostu płacą – za to, że oddychają. Ci, którzy nie płacą, znikają. W niektórych przypadkach ich śmierć jest tuszowana jako „polegli w boju”, choć nie ma żadnych dowodów na udział w walkach.

Wiosną 2025 roku ukraiński wywiad wojskowy HUR opublikował przechwycone rozmowy rosyjskich żołnierzy z jednostki stacjonującej pod Bachmutem. Jeden z rozmówców opowiadał, że dwóch młodych rekrutów zostało zastrzelonych przez oficera po tym, jak odmówili oddania premii bojowej. Ich ciała miały zostać wrzucone do leja po bombie, a oni zgłoszeni jako „zaginieni w akcji”.

W rosyjskiej armii nie istnieje realny system kontroli wewnętrznej. Oficerowie są chronieni przez hierarchię, a żołnierze – często rekrutowani z biednych regionów – nie mają żadnych narzędzi, by dochodzić sprawiedliwości. System martwych dusz ma się więc dobrze.

Nie bez powodu zacząłem od Afganistanu – i nie chodziło mi tylko o ilustrację pt. nihil novi. Znając rosyjską pogardę dla „dzikich ludów” chciałbym podkreślić różnicę między ANP/ANA a armią putina. Afgańscy komendanci nie robili krzywdy swoim ludziom – po prostu kazali im spierdalać do domów. Albo ich wymyślali, co w kraju analfabetów i szczątkowej biurokracji gwarantowało bezkarność. „Cywilizowani” rosyjscy oficerowie łasi na kasę podwładnych sięgają po przemoc i śmierć. Co kraj, to obyczaj…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewick, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Tomaszowi Krajewskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Bognie Gałek, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Habeli i Annie Sierańskiej.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Julii Dubno i osobie o nicku Mar bli.

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Funkcjonariusze ANP z prowincji Ghazni, zdjęcie ilustracyjne/fot. własne

Skojarzenia

15-letnia Anastazja Hryciw zginęła razem z czterema innymi członkami swojej rodziny. Ich dom w podlwowskiej wiosce został bezpośrednio trafiony rosyjską rakietą. Do tragedii doszło wczoraj, podczas zmasowanego ataku dronowo-rakietowego na Lwowszczyznę. Wczoraj też załączona przeze mnie fotografia – udostępniona przez szkołę, której uczennicą była Anastazja – znalazła się na wielu profilach relacjonujących wojnę w Ukrainie. Coś w tym zdjęciu od razu przykuło moją uwagę.

Można by pomyśleć, że chodzi o wizerunek ślicznej, młodej dziewczyny. Śmierć kogoś takiego wywołuje przecież większe zainteresowanie, u mnie w takich sytuacjach odpala się jeszcze „ojcowska nuta” – bolesne wyobrażenie żalu, który dopadłby mnie po utracie własnej córki. Moja jest starsza, ale przecież jej bycie nastolatką to dla mnie historia jakby z wczoraj, świeżutkie wspomnienie, tym świeższe, że wciąż starannie pielęgnowane (kto ma dzieci, które niedawno uleciały z domu, ten wie, o czym piszę).

No więc przyglądałem się temu zdjęciu poruszony, a zarazem mierzący się z poczuciem deja vu. „Ta dziewczynka stoi tam, gdzie sam kiedyś stałem; mam bardzo podobną fotkę”, dotarło do mnie wreszcie.

Przypadek, ale nic w nim wyjątkowego. Kamienica królewska, będąca częścią Lwowskiego Muzeum Historycznego, to bardzo popularne miejsce, odwiedzane przez wielu turystów. Arkadowy dziedziniec zaś to wdzięczne tło dla pamiątkowych fotografii. Nie wiem, kiedy wykonano zdjęcie Anastazji – zapewne niedawno, chyba w te wakacje. Moje – załączam je poniżej – postało sześć lat temu, podczas koleżeńskiego wypadu do Lwowa.

Choć połączyły mi się kropki, nadal nie mogłem przestać myśleć o fotografii z Anastazją. Teraz wiem już dlaczego. Nie istnieje żaden związek przyczynowo-skutkowy, nie ma nic poza powierzchownym podobieństwem, ale to ono uświadamia mi, skąd się bierze – przynajmniej po części – mój osobisty stosunek do dramatu, który spotyka Ukrainę. Ta wojna toczy się w miejscu, które znam, jej ofiary żyją lub żyły w oswojonej przeze mnie (w wymiarze, który znosi egzotyczność) czasoprzestrzeni. Tu jest „tylko” – bogu dzięki nienaruszone – muzeum, gdzie byłem ja i była ofiara, ale przecież rosjanie spalili już „mój” blok w Mariupolu, zgruzowali „moją” restaurację w Siewierodoniecku, zrujnowali „mój” hotel w Izjumie. Zdjęcia i filmy ilustrujące te zniszczenia, wizyta w jednym z takich miejsc, były jak trampolina do rozważań o tym, co by było gdyby wojna przyszła do nas, do moich-moich miejscówek. Nade wszystko jednak były zamachem na moje wspomnienia, brutalnie wieńczącym je niechcianą klamrą. Wyjazd do Lwowa był wariacką przygodą, poza na natchnionego artystę, którą przybrałem do fotografii, brała się właśnie z tego nastroju – radosnej głupawki.

Bardzo bym chciał, by ów przepiękny dziedziniec Kamienicy królewskiej wywoływał we mnie takie skojarzenia. Ale od wczoraj to niemożliwe, bo rosjanie zespawali mi to wspomnienie z wizerunkiem zabitej przez nich 15-letniej dziewczynki. I już choćby za to moskale będę was… wy już wiecie co.

„ISIS”

Wspominałem wczoraj o kolejnym „hicie” runetu – zdjęciach opublikowanych przez rosyjskich wojskowych, przedstawiających odciętą głowę ukraińskiego jeńca. To kolejny taki przypadek – brutalnej egzekucji pojmanego przeciwnika oraz publicznej prezentacji dowodów zbrodni.

Również wczoraj ukazał się raport ONZ poświęcony zbrodniom popełnianym na jeńcach. Przedstawiciele misji obserwacyjnej w Ukrainie doliczyli się 79 egzekucji w 24 odrębnych incydentach. Wydarzenia te miały miejsce od sierpnia 2024 roku. Poza jednym przypadkiem dobicia rannego i niezdolnego do walki rosyjskiego żołnierza, wszystkie zbrodnie pozostają dziełem rosjan.

W poprzednim raporcie Wysokiego Komisarza ONZ (ds. praw człowieka), z 1 października 2023 roku, mowa była o 42 zastrzelonych jeńcach. Ukraińcach.

Przedstawiciele ONZ analizowali filmy i zdjęcia opublikowane przez źródła po obu stronach, pokazujące egzekucje lub ciała zamordowanych żołnierzy. Przeprowadzili także szczegółowe wywiady ze świadkami.

„Geolokalizacja i chronolokalizacja incydentów wskazują, że zgłoszone egzekucje miały miejsce na obszarach, na których trwały rosyjskie operacje ofensywne”, napisali przedstawiciele misji.

Ich szefowa, Danielle Bell, podkreśliła, że „incydenty te nie wydarzyły się w próżni”. Do nieludzkiego traktowania i egzekucji schwytanych ukraińskich wojskowych wzywały osoby publiczne w rosji. ONZ odnotowała co najmniej trzy takie wezwania ze strony rosyjskich urzędników w ubiegłym roku. „W połączeniu z szerokimi przepisami dotyczącymi amnestii, takie oświadczenia mogą potencjalnie podżegać lub zachęcać do bezprawnych zachowań”,  stwierdziła Bell.

Mordowanie jeńców (i generalnie ich podłe traktowanie) przez rosjan ma głębokie podłoże kulturowe – zainteresowanych odsyłam do lektury rozdziałów „Bestialstwo” i „Rasizm”, będących częścią mojej ostatniej książki „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”. W połączeniu z publikacją dowodów zbrodni ma też specyficznie pragmatyczny wymiar. Upublicznianie filmów z prześladowań i zabójstw Ukraińców służy postawieniu „swoich” w sytuacji bez wyjścia. „Lepiej się nie poddawaj, walcz do końca, bo oni zrobią ci to samo…”, tak jedni żołnierze putina dyscyplinują drugich.

Armia zwyroli, niczym niegdyś ISIS…

—–

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – osoby zainteresowane nabyciem wspomnianej w tekście pozycji pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku innych wcześniejszych książek (również z bonusem), zapraszam tu.

„Utylizacja”

Leciałem kiedyś „wesołym śmigłowcem” z Ghazni do Bagram. Wesołym, bo jakkolwiek na pokładzie ulokowano istne siedem nieszczęść, nastroje towarzystwu dopisywały. Kontuzjowanych żołnierzy, których rotowano z wysuniętej bazy do wielkiej logistycznej placówki, czekało kilkanaście dni oddechu od wojny.

Jeden z chłopaków miał mikroodłamki w oku; oczodół wymagał specjalistycznej interwencji w bagramskim szpitalu, ale w gruncie rzeczy nie było to nic poważnego. Podobnie jak urazy rąk dwóch innych żołnierzy. Tylko jeden z wojskowych miał większy problem – skomplikowanie złamane ramię, wymagające wielotygodniowej rekonwalescencji. Ten pechowiec leciał do Bagram na chwilę – stamtąd wkrótce wywieziono go do Polski. Po prawdzie on jeden nie był wesoły – nie chciał wracać, ale wojsko nie potrzebowało go „na teatrze” w sytuacji tak długiej niedyspozycji. „Kalekami patroli opędzić się nie da”, ten argument dowódcy połamańca nie był do podważenia.

Jakiś czas później wracałem do kraju amerykańskim samolotem ewakuacji medycznej (droga wiodła zatem przez niemieckie Ramstein, gdzie znajdował się wielki kompleks szpitalny; obsłużył on i „Irak” i „Afganistan”, z obu wojen łącznie trafiło tam około 80 tys. rannych żołnierzy koalicji). Tu już wesoło nie było, leciałem bowiem w towarzystwie solidnie poszkodowanych żołnierzy. Pośród których znalazło się kilkunastu chłopaków z połamanymi czy w inny sposób uszkodzonymi kończynami dolnymi. Żaden nie był w ciężkim stanie, ale jak wspomniany wcześniej Polak, wielotygodniowa niezdolność do służby wykluczała ich dalszy udział w misji. Niektórzy zapewne zdołali później wrócić do Afganistanu – Amerykanie uskuteczniali roczne tury, 3-4 miesiące na tyłach/w domu, oznaczało na tyle krótką przerwę, że dało się wrócić do swoich pododdziałów.

Tak robiły to, robią, cywilizowane armie.

Ale jest jeszcze coś takiego, jak siły zbrojne federacji rosyjskiej, które funkcjonują wedle odmiennego schematu.

Pierwsze doniesienia o tym, że poszkodowanym żołnierzom nie pozwala się wrócić na tyły, pochodzą z pierwszych tygodni wojny. „Póki dychasz, póty masz walczyć”, wyrokowali rosyjscy lekarze i nawet solidnie kontuzjowanych odsyłali z punktów medycznych na pierwszą linię.

Dziś ten proceder jeszcze się nasilił. Filmik przedstawiający „selekcję” rannych rosjan – który wypłynął kilka dni temu – szokuje niewprawnych obserwatorów konfliktu. Ilustruje aberrację? Z pewnością, ale zarazem nie o incydentalnym charakterze. Dość poczytać rosyjskie fora i opinie uczestników spec-operacji oraz członków ich rodzin, gdzie mowa jest o powszechnym „utylizowaniu kalek” (dosłowny cytat).

Na wspomnianym filmie mężczyźni o kulach i w temblakach, jako wystarczająco sprawni, kierowani są ponownie na front. A tam czeka ich los jak żołnierza ze zdjęcia (oryginalną fotografię wykonaną z drona – jako że naruszałaby moje własne standardy – przerobiłem na komiks; i zdjęcie, i film, o którym piszę, bez trudu można znaleźć w otwartym źródłach).

Dlaczego tak się dzieje? Kontekst kulturowy (brak poszanowania dla ludzkiego życia), to raz. Dwa, jest to też efekt zużywania się zasobów finansowych rosyjskiej machiny wojennej. Ochotnicy, poza relatywnie wysokim żołdem, otrzymują jednorazowe premie za wstąpienie do armii. Każdy kolejny wojskowy to wydatek, a państwo ma coraz mniej pieniędzy. Z dostępnych informacji wynika, że akcja rekrutacyjna dramatycznie wyhamowała – w niektórych regionach rosji powołuje się o dwie trzecie mniej mężczyzn, nie dlatego, że ich brakuje, ale dlatego, że nie ma im z czego wypłacić premii („kasa misiu, kasa”; z patriotycznego obowiązku rosjanin do wojska nie idzie). Taki stan rzeczy powoduje konieczność maksymalnego wykorzystania już dostępnych zasobów ludzkich. A że mówimy o armii opartej o zwyrodniałe reguły, której dowódcy są przekonani, że wojna musi się rozstrzygnąć w ciągu najbliższych kilkunastu tygodni, mamy to co mamy.

Kaleka nie pójdzie do szturmu. Ale wciąż ma karabin i stanowi dla przeciwnika potencjalne zagrożenie. I doczłapie się do strefy operowania ukraińskich dronów. I tam zginie, zużywając wrogowi amunicję. Której na zdrowych rosjan może Ukraińcom zabraknie.

Darwin przewraca się w grobie…

—–

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – osoby zainteresowane nabyciem mojej ostatniej pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.

Fot. ZSU