Precedensy

A gdyby tak zaplecze dla ukraińskich F-16 – lotniska, warsztaty i zbrojownie – wynieść poza Ukrainę? Kijów – na czas działań wojennych – uniknąłby konieczności adaptacji własnej infrastruktury, co nie jest niewykonalne, ale czemu towarzyszyłoby ogromne ryzyko rosyjskich ataków i będących ich skutkiem zniszczeń. A ze „świeżutkiego”, ale dziurawego pasa „szesnastka” nie wystartuje. Tymczasem pod obcym niebem samoloty byłyby bezpieczne, ich obsługa odbywałaby się w komfortowych warunkach. Na przykład w Polsce, Słowacji czy w Rumunii. Brzmi jak war/political-fiction? Owszem, ale precedensy już są.

W czymś, co od biedy można nazwać polską doktryną obronną, przewidziano czasową dyslokację naszych F-16 na lotniska we wschodnich Niemczech. Chodzi rzecz jasna o potencjalny konflikt z rosją, odbywający się przy założeniu (nad prawomocnością którego nie będę się teraz rozwodził), że Moskwa nie odważy się atakować celów rozmieszczonych na terytorium RFN. Tak zachowano by uderzeniowy potencjał naszego lotnictwa, niezbędny do operacji obronnej i planowanej po przybyciu sił sojuszniczych kontrofensywy. Kogo bardziej taki scenariusz interesuje, zapraszam do lektury „Międzyrzecza”, powieści, którą wydałem przed czterema laty.

Wracając zaś na grunt „tu i teraz” – nade wszystko jednak precedens stworzyli sami rosjanie. Chodzi o sposób, w jaki wykorzystują Białoruś. Relacje między Moskwą a Mińskiem są inne niż w przypadku Kijowa i Warszawy czy Bukaresztu, nie mielibyśmy więc do czynienia z sytuacją jeden do jednego, niemniej skutki prawno-międzynarodowe byłyby podobne. Armia rosyjska regularnie korzysta z białoruskiego zaplecza militarnego. Z terytorium północnego sąsiada Ukrainy startują rosyjskie samoloty, wystrzeliwane są rakiety, w początkowej fazie „spec-operacji” na Białorusi znajdowały się pozycje wyjściowe wojsk lądowych federacji. A mimo to Mińsk formalnie pozostaje neutralny, armia łukaszenki nawet niejawnie nie angażuje się w działania bojowe, Ukraina zaś – pomijając warstwę retoryczną/zmagania propagandowe – nie przeprowadza uderzeń odwetowych – ani w miejsca koncentracji rosjan, ani tym bardziej w białoruskie instalacje wojskowe. Jeśli współcześnie coś zasługuje na miano „dziwnej wojny”, to są to właśnie relacje ukraińsko-białoruskie.

Czy rosjanie pozostaliby równie powściągliwi? A czy atakują hub logistyczny w rzeszowskiej Jasionce, przejścia graniczne, przez które nieprzerwanie płynie pomoc wojskowa dla Ukrainy? Wiosną zeszłego roku zupełnie poważnie rozważałem scenariusz prewencyjnego ataku moskali na lotnisko w Malborku czy Mińsku Mazowieckim, gdzie stały nasze MiG-i-29. Wtedy po raz pierwszy zaczęto mówić o ich przekazaniu, kilka iskanderów – kalkulowałem – załatwiłoby sprawę, patrząc z perspektywy Moskwy. Wojny pewnie by z tego nie było – przewidywałem – przeszacowując rosyjskie skłonności do gry va banque. Rok później MiG-i poleciały do Ukrainy (część z nich; część przekazanych maszyn dotarła na wschód rozebrana, transportem kołowym), startując z lotniska w Krakowie. Za sterami siedzieli, a jakże, ukraińscy piloci. Podobny scenariusz zrealizowano w przypadku dostaw słowackich „dwudziestek-dziewiątek”. Nikt się reakcjami Moskwy nie przejmował, Kreml nabrał wody w usta. Dostawy samolotów miały być kolejną „czerwoną linią”, po przekroczeniu której rosja – straszyli jej przedstawiciele – podejmie dramatyczne kroki. Tych linii przekroczono do dziś tak wiele, że nie jestem w stanie ich zliczyć. Mam za to pewność, że federacja, obecnie – z tak dramatycznie osłabioną armią konwencjonalną – nie odważyłaby się ryzykować otwartego konfliktu z NATO.

Pytanie czy NATO byłoby gotowe mimo wszystko podbijać stawkę?

Na potrzeby tego tekstu – by móc rozważyć opisany scenariusz wsparcia dla wojennej eksploatacji ukraińskich „efów” – załóżmy, że tak. I co mamy? Ano brutalny realizm.

Pamiętacie (z lektur), co się działo z niemieckimi pilotami myśliwców, którzy w czasie bitwy o Anglię, w ferworze walki, za daleko bądź na za długo zapuścili się nad terytorium wroga? Kończyli w morzu (w Kanale) i często był to koniec oznaczający śmierć. Niewystarczający zasięg messerschmittów był jedną z przyczyn porażki flotylli Hermana Goeringa w zmaganiach z brytyjskim RAF-em. Dlaczego o tym wspominam? W potocznych wyobrażeniach umyka nam fakt, że Ukraina to naprawdę rozległy kraj (dwa razy większy od Polski), co ma istotny wpływ na sposób prowadzenia działań wojennych, także operacji lotniczych. F-16 może dużo, ale ma ograniczenia. Patrząc na nominalny zasięg – wynoszący ponad trzy tysiące kilometrów – możemy tego nie dostrzegać. Tyle że to maszyna bojowa, przenosząca uzbrojenie, w warunkach wojennych nielecąca „po sznurku”, a manewrująca, zaś jej pilot po wykonaniu zadania musi jeszcze wrócić do bazy. Nie sposób znieść zależności między masą amunicji a masą paliwa; tu zawsze bierze się jedno kosztem drugiego. W efekcie promień działania „efów” jest znacząco niższy niż zasięg – i wynosi 550 km. „Szesnastki” startujące z Polski mogłyby realizować zadania nad zachodnią i centralną Ukrainą, samoloty bazujące w Rumunii „ogarniać” częściowo południe. A co z resztą terytorium, zwłaszcza z obszarem działań bojowych na wschodzie kraju?

Co więcej, „efy” są szybkie, ale czaso-przestrzeni nie zaginają. Rutynowe patrole z pewnością by nie wystarczyły, samoloty musiałyby działać w reżimie QRF, sił szybkiego reagowania. Realnie rzecz ujmując – albo mieć blisko, albo cały czas „wisieć w powietrzu”. Oczywiście, w takim scenariuszu można myśleć o użyciu powietrznych tankowców, ale: Kijów ich nie posiada, NATO nie planuje transferu, własnych maszyn w rejon walk nie wyśle, powietrzne tankowanie to już „wyższa szkoła jazdy” (co kłóci się z pomysłem uczenia ukraińskich pilotów „na szybkości”), no i koniec końców, nie da się nad Ukrainą zabezpieczyć procesu podejmowania paliwa.

Idźmy dalej. F-16 to samolot amerykański, przewidziany do użycia zgodnie z zachodnią filozofią prowadzenia operacji lotniczych. By nie wchodzić w zbędne szczegóły, skupmy się na kwestii wsparcia misji „efów” przez samoloty AWACS. To te maszyny z radarami na grzbietach, służące do nadzoru przestrzeni powietrznej. AWACS-y „widzą” dalej niż pozwalają na to radary maszyn myśliwskich – w sprzyjających warunkach nawet na odległość do 600 km i mogą śledzić równocześnie wiele celów (od kilkudziesięciu do kilkuset). Służą zatem poszerzaniu świadomości sytuacyjnej pilotów maszyn bojowych, do których na bieżąco kierowane są informacje pozyskane z obserwacji. W takich warunkach można działać z wyprzedzeniem, możliwa jest też koordynacja pracy całych ugrupowań lotniczych. Ukraińcy takim sprzętem nie dysponują, natowskie AWACS-y latające wzdłuż dostępnych granic lądowych i morskich Ukrainy nie dałyby pełnego rozwiązania. No i znów mielibyśmy problem aktywnego wspierania operacji bojowych ukraińskiego lotnictwa. I w tym przypadku precedens już jest: podczas tropienia, zakończonego zatopieniem krążownika „Moskwa”, misję rozpoznawczą na rzecz Ukraińców prowadził amerykański bezzałogowiec. Tym niemniej najbardziej korzystną sytuację wypracowałby klasyczny AWACS operujący nad centralną Ukrainą – na co Sojusz sobie nie pozwoli.

To wszystko skłania mnie do opinii, że transfer F-16 do Ukrainy to raczej opcja na powojnie. Pierwszy poważny krok w kierunku westernizacji ukraińskich sił powietrznych i budowania ich potencjału odstraszania. Ukraina za kilka lat – dysponująca dwoma setkami zachodnich maszyn (nie tylko „szesnastkami”), zapleczem i dobrze wyszkolonym personelem – będzie dla rosji zbyt wymagającym przeciwnikiem, by Moskwa zaryzykowała kolejną próbę inwazji. Nie znaczy to, że „efy” nie zdążą powalczyć w tej wojnie. Zapewne stanie się to udziałem kilku maszyn i pilotów. Misje, które zostaną przeprowadzone, nie wykorzystają pełnego spektrum możliwości F-16, obciążone też będą znacznie większym ryzykiem. Pouczające w tym zakresie mogą być doświadczenia z czołgami Leopard – wykorzystane po krótkim szkoleniu i w uboższym ekosystemie wojskowym niż natowski, tanki wcale nie okazały się super-bronią. Udowodniły wyższość nad rosyjskimi odpowiednikami, ale i tak płonęły. „Efy” też będą płonąć i spadać, czego warto mieć świadomość już dziś. Lepszy bowiem realizm niż karmienie nierealistycznych oczekiwań…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Polskie „efy” podczas misji Air Policing w krajach nadbałtyckich/fot. Bartek Bera

Napięcia

Historia armii rosyjskiej to pasmo przemocy stosowanej także przez jednych żołnierzy wobec innych. Problem dobrze ilustruje historia Andrieja Syczewa, w grudniu 2005 roku 18-letniego szeregowca. Syczew trafił do jednostki przy szkole wojsk pancernych w Czelabińsku, gdzie jako „młody” szybko zetknął się z prześladowaniem ze strony starszych stażem kolegów. W sylwestrową noc kilku z nich postanowiło się zabawić, w wyniku czego ośmiu poborowych zostało dotkliwie pobitych. Najbardziej oberwało się Syczewowi, któremu poza „standardowym” laniem zafundowano również gwałt, a następnie wielogodzinne siedzenie w kucki na mrozie. Efekt? Żołnierz dostał gangreny, ale do szpitala trafił dopiero po kilku dniach, już w stanie krytycznym. Amputowano mu obie nogi oraz genitalia. W doniesieniach prasowych z tamtego okresu pojawia się relacja matki skatowanego wojskowego, Galiny. „Syn nie jest w stanie mówić, napisał nazwisko najokrutniejszego ze swych katów na kartce”, zrelacjonowała pierwszą wizytę w szpitalu kobieta.

rosja przed kilkunastu laty była nieco inna niż obecnie. Sprawę Syczewa nagłośniono, główny oprawca został skazany. Wyrok był co prawda symboliczny (4 lata), lecz i tak oznaczał wyłom w dotychczasowych praktykach. Dość powiedzieć, że ówczesny szef MON, Siergiej Iwanow, początkowo przekonywał dziennikarzy, że przecież nic poważnego się nie stało. Ot, jeden poturbowany żołnierz. Oficjalnie w podobnych incydentach w 2005 roku zmarło 16 poborowych, co przy ponad milionowym wojsku miało nie być jakimś strasznym wynikiem. Iwanow zapomniał przy tym dodać, że ministerstwo obrony doliczyło się w tym samym roku 276 samobójstw w armii, z których większość poprzedzały praktyki dręczenia młodszych żołnierzy.

Human Rights Watch szacowała wówczas, że problem prowadzi co roku do śmierci kilkudziesięciu poborowych, a w tysiącach innych przypadków przynosi poważne i trwałe uszkodzenia zdrowia psychicznego oraz fizycznego. Corocznie setki żołnierzy popełniają lub próbują popełnić samobójstwo, a tysiące uciekają z jednostek. Komitet Matek Żołnierzy szacował wtedy, że rocznie ginie około dwóch tysięcy poborowych. Z dostępnych danych wynikało, że tylko w pierwszej połowie 2004 roku oficjalna liczba „strat niewojennych” wyniosła 420 żołnierzy.

Po 2006 roku dane na ten temat objęto klauzulą „ściśle tajne”.

Andriej Syczew został oczywiście zwolniony z wojska, prezydent putin zadekretował przekazanie mu 3-pokojowego mieszkania w ramach rekompensaty. Kaleki mężczyzna otrzymał również rentę. O historii pisały media na całym świecie, stąd hojne jak na rosyjskie warunki zadośćuczynienie.

Diedowszczina – odpowiednik naszej „fali” z czasów zasadniczej służby wojskowej – na dobre rozkręciła się w czasach sowieckich. Koszarowa przemoc – jakkolwiek często brutalna – miała także funkcjonalny wymiar: wojsko pilnowało się samo. Nie zwalczano go zatem jakoś nadmiernie entuzjastycznie, choć po rozpadzie ZSRR stało się jasne, że przynosi więcej szkód niż korzyści. Oficerowie danych jednostek mogli mieć spokój, ale armii jako całości zaczęło brakować przyzwoitego rekruta. Kto mógł, wykupywał się od poboru – skala korupcji w wojenkomitetach była tak wysoka, że w połowie lat 90. w niektórych regionach od służby migało się 80-90 proc. młodych mężczyzn. Dotyczyło to przede wszystkim bardziej zasobnych miast, z europejskiej części rosji, zamieszkałej przez Słowian – generalnie lepiej wykształconych, o lepszych parametrach zdrowotnych niż mieszkańcy zabiedzonej Azji. Deficyt „białych” potęgowały zmiany polityczne – wybicie się na niepodległość Białorusi i Ukrainy (zwłaszcza ta druga dostarczała armii sowieckiej najwartościowszego rekruta) oraz ruchawki secesjonistyczne na Kaukazie. O ile Moskwa nie bardzo mogła zmusić Mińsk i Kijów do powrotu „do macierzy”, o tyle Czeczenii czy Dagestanowi nie odpuściła. Karne operacje wojskowe – niezwykle brutalne wobec ludności cywilnej – obnażyły też masę słabości posowieckiej armii rosyjskiej. Ich skutkiem były wysokie straty, o których wówczas media informowały jeszcze opinię publiczną. Ba, nie bano się pokazywać zwyrodniałych praktyk zakorzenionych w armii, jak choćby stosunku do ciał poległych żołnierzy. Obrazy gnijących trupów zebranych w wagonach-kostnicach, porzuconych następnie gdzieś na odległych stacjach, działały na wyobraźnie nie tylko potencjalnych poborowych, ale i ich rodzin. Deklaratywna duma z armii nie zmieniała faktu, że miażdżąca większość młodych rosjan ani myślała w niej służyć.

I stan ten trwa do dziś.

Po drodze jednak doszło do poważnej jakościowej zmiany. Związek Sowiecki był państwem rasistowskim, rosja odziedziczyła ten kulturowy rys. Narody Kaukazu, środkowej i dalekiej Azji nawet wcześniej, w czasach carskich, postrzegano jako gorsze. W rosyjskiej myśli politycznej pisano o nich jako o pozbawionych mocy państwowotwórczych. Skazanych zatem na rosyjską misję cywilizacyjną, co w praktyce oznaczało kolejne inkorporacje terenów, rusyfikację elit i brutalne rugowanie lokalnych elementów tradycji i kultury. W relacjach międzyludzkich zaś skutkowało poczuciem wyższości, okazywanym przez „białych” śniadolicej czy żółtoskórej mniejszości. W armii przekładało się to na utrudniony dostęp mniejszości etnicznych do wyższych stanowisk dowódczych (średnich zresztą też) oraz nagminną praktyką wykorzystywania Kaukaskich i Azjatów do najcięższych prac – poprzez kierowanie ich do wszelkiej maści jednostek pomocniczych. W latach 60. ów instytucjonalny rasizm ugruntował też praktykę nieprzyjmowania do służby w siłach strategicznych (jądrowych) żołnierzy o „niewłaściwym” pochodzeniu, przede wszystkim muzułmanów z Kaukazu.

Diedowszczina w czasach ZSRR miała – można by rzec nawiązując do sowieckiej retoryki – internacjonalistyczny charakter. Bito młodych bez względu na pochodzenie czy religię, ze statystycznej konieczności, gdy „białych” była miażdżąca większość, przede wszystkim Słowian. Motyw rasistowski w tych prześladowaniach nie był dominujący. Ale przyszły lata 90., w których obok wspomnianych powodów niedostatku „białego” rekruta, pojawiły się też inne ważne zjawiska. Europejskie rosjanki przestały rodzić, wskaźniki reprodukcji spadły do poziomu niegwarantującego już prostej zastępowalności. Kaukaz i część azjatyckich republik – mimo postępującej pauperyzacji – nie przeszły załamania demograficznego, a z czasem dzietność zaczęła tam nawet rosnąć. Górę wzięły czynniki kulturowe (w islamie posiadanie licznego potomstwa to etyczny imperatyw), nie bez znaczenia były również transfery socjalne kierowane do biednej prowincji wraz z nastaniem ery putinowskiej stabilizacji, finansowanej ze sprzedaży ropy i gazu (dalej było biednie, ale jakoś stabilniej…). W następstwie tych procesów w armii doszło do etnicznego przemodelowania. Tuż przed inwazją na Ukrainę jedną trzecią armii putina stanowili muzułmanie oraz wyznawcy innej religii niż prawosławie. Nie znajduje to odzwierciedlenia w strukturze etnicznej rosji, gdzie „biali” stanowią 75 proc. populacji. Co więcej, z konieczności „czarni” zajęli dużą część stanowisk podoficerskich (nawet 40 proc.) oraz specjalistycznych. Pogardzani obywatele drugiej kategorii otrzymali instytucjonalną władzę, ale też w wielu jednostkach przestali być mniejszością. No i się zaczęło – odgrywanie za bycie tymi gorszymi, w cywilu, w armii. Diedowszczina zmieniła się w ziemlaczestwo, dyskryminację na tle rasowym. Rosyjskie media o tym nie piszą, bo nie mogą, armia zachowuje urzędowy optymizm, ale informacje z koszar i tak wyciekały, wzmagając determinację etnicznych rosjan, którzy jeszcze bardziej zaczęli unikać wcielania w kamasze. A że jednocześnie wojsko, mniej więcej dekadę temu, zaczęło przyzwoicie płacić, biedna nierosyjska prowincja zyskała kolejny pretekst, by się zaciągnąć.

O czym wspominam, byście mieli lepszą świadomość tego, co wydarzyło się w minioną sobotę w jednostce wojskowej pod Biełgorodem. Zginęło wówczas 11 osób, a kilkanaście zostało rannych (według ukraińskiej agencji Unian, ofiar śmiertelnych było więcej – aż 22 rekrutów). Podczas zajęć na poligonie doszło do strzelaniny, sprowokowanej niepochlebnymi komentarzami jednego z rosyjskich oficerów. Miał się on naśmiewać z tadżyckich ochotników, drwić z allaha i islamu. Obrażona dwójka (trójka?) otworzyła ogień…

W mojej ocenie nie był to przypadkowy incydent/wypadek, czy akt terroru, jak chcą tego rosyjscy śledczy – a standardowe zachowanie wpisujące się w powszechne zjawisko etnicznych napięć w armii rosyjskiej, które w tym przypadku zakończyło się spektakularną tragedią.

—–

Nz. Zabici rosjanie i tak trafiliby na front, gdzie spotkałby ich taki sam los…/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

PS. A pod tym linkiem znajdziecie wywiad, który przeprowadził ze mną dziennikarz serwisu Milmag. Jest trochę o wojnie, o dziennikarstwie, ale przede wszystkim o moich książkach. Zapraszam do lektury!

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to