Porażka?

„Po klęsce ukraińskiej ofensywy na Zaporożu…”, tak już kilka razy zaczął swoje teksty jeden z obecnych w polskiej infosferze (pro)rosyjskich aktywistów medialnych. Chłop zasięgi ma marne, kompetencje analityczne niskie, zaś wiedzę z zakresu wojskowości na poziomie Wikipedii i folderów reklamowych rosyjskich firm zbrojeniowych (gdzie jak wiemy „anałoga-w-miru-niet”). Tym niemniej suma działań wielu takich „żuczków” – sączących jad kremlowskiej propagandy do naszego „krwiobiegu” – nade wszystko zaś nierealistyczne oczekiwania opinii publicznych (tak w Polsce, jak i w innych proukraińskich krajach), przekładają się na powszechność percepcji, zgodnie z którą na Zaporożu Ukraińcy ponieśli porażkę.

Tylko czy takie postrzeganie spraw wytrzymuje konfrontację z rzeczywistością?

Wraz z początkiem tego tygodnia ZSU ponowiły natarcia w rejonie Robotyne, gdzie utworzono największy wyłom w rosyjskich pozycjach obronnych. Po raz pierwszy od kilku tygodni w atakach użyto sprzętu ciężkiego – czołgów i wozów opancerzonych (m.in. niemieckich leopardów i amerykańskich strykerów). Natarcie nie zyskało powodzenia, rosjanom udało się zniszczyć kilka pojazdów. Gdy piszę te słowa, walki na tym odcinku frontu znów mają ograniczony charakter, ale koncentracja ukraińskich oddziałów każe zakładać, że relatywny spokój nie potrwa długo. Do czego zmierzam? Ano do tego, że bitwa wciąż trwa, odtrąbienia końca kampanii nie było, trudno zatem o całościową jej ocenę.

„No ale minęło już tyle czasu …”, może powiedzieć ktoś. Zgadza się, pięć miesięcy to w realiach wojny błyskawicznej cała wieczność. Tyle że w Ukrainie nie toczy się blitzkrieg! Taką formułę konfliktu usiłowali narzucić rosjanie na początku inwazji. I owszem, łatwo zajęli ponad jedną czwartą kraju, ale równie błyskawicznie odpuścili znaczną część zdobyczy, wiejąc spod Kijowa i Charkowa. Później tempo narzucili Ukraińcy – błyskotliwą ofensywą na charkowszczyźnie i wymęczoną, jednak relatywnie krótką kampanią na chersońszczyźnie. To z tamtego okresu – z pierwszych faz wojny – pochodzi przekonanie, że w bojach o niepodległość i granice Ukrainy możliwe są szybkie, spektakularne rozstrzygnięcia. Problem w tym, że po drodze sporo się zmieniło – rosjanie podwoili liczebność kontyngentu stacjonującego w Ukrainie (dziś to 400 tys. ludzi „na teatrze”), wysiłek wojska koncentrując na obronie dotychczasowych zdobyczy. Dobrze się do tego zadania przygotowując, zwłaszcza na odcinkach, gdzie ukraińskie natarcia były łatwe do przewidzenia. Jak na Zaporożu.

Nierealistyczne oczekiwania napędza(ła) również wiara w możliwości zachodniego sprzętu. Fetyszyzowany, w oczach wielu stał się wunderwaffe, pewną gwarancją szybkiego sukcesu. Wojna w Ukrainie jasno potwierdziła, że zachodnia technologia wojskowa jest lepsza od rosyjskiej (i sowieckiej), ale przecież i ona czasoprzestrzeni nie zakrzywia. Jednym wystrzałem tysięcy moskali nie zabija. Ba, użyta w ograniczonym zakresie (kłania się ilość i asortyment dostaw, na jakie mogła i może liczyć Ukraina…), po pośpiesznym przeszkoleniu dla załóg i obsługi, traci część swoich atutów. Ukraińcy walczą na Zaporożu (i nie tylko) bez przewagi w powietrzu, tymczasem to w kompletnym ekosystemie – obejmującym wszystkie niezbędne rodzaje broni – poszczególne typy uzbrojenia ujawniają pełnię swych możliwości. Decyzja o przekazaniu Ukrainie samolotów wielozadaniowych F-16 zapadała już po rozpoczęciu ofensywy, a samo przekazanie to proces, który potrwa jeszcze wiele miesięcy. Prędko więc zachodnich maszyn nad południową Ukrainą nie zobaczymy.

„Po co więc w ogóle zaczynali?”, można by zapytać. „Tak szewc kraje, jak mu materii staje”, brzmi popularne powiedzenie. A rzeczony szewc kroić musiał, bo czas działał wyłącznie na korzyść rosjan – mając go więcej, moskale jeszcze bardziej zabetonowaliby się na Zaporożu (co ostatecznie i tak próbują robić, ale w zakresie mniejszym niż byłoby to możliwe, gdyby nie konieczność angażowania ludzi i zasobów do utrzymania pozycji obronnych). I teraz oddzielmy medialny szum – opinie (pseudo)ekspertów i wypowiedzi polityków – od tego, co tak naprawdę wiemy o zamiarach ukraińskiego dowództwa. Nie ukrywało ono, jaki jest cel operacji na południu – że jest nim rozcięcie rosyjskiego korytarza lądowego łączącego okupowany Donbas z Krymem – ale nikt publicznie nie definiował ram czasowych operacji. Nie ma żadnych wiarygodnych informacji, które rzucałyby światło na dokładne kalkulacje ukraińskich sztabowców. Nie wiemy, kiedy chcieli dojść do morza. Czy zakładali blitzkrieg czy mozolną szarpaninę, w efekcie której rosyjska obrona się posypie. Pamiętam mapki z pierwszych dni ofensywy, ilustrujące rzekome zamiary ZSU; branżowy internet „jarał się” nimi niczym świętym Graalem, tymczasem okazały się fejkiem. Bez dostępu do danych planistycznych nie sposób przesądzać, czy mamy do czynienia z klęską. Bo może wszystko idzie zgodnie z planem? Ukraińska generalicja ma sporo wad, ale jej „kwiat” jak dotąd realistycznie oceniał możliwości własnych wojsk i wojsk wroga. Może nam się to podobać lub nie, ale w ramach tego osądu mieści się przekonanie, że angażowanie rosjan w ciężkie boje bez konkretnych zdobyczy terytorialnych ma sens (bo w którymś momencie nastąpi „kumulacja” i przeciwnik pęknie). A zauważmy, że efektem działań na Zaporożu jest „zmielenie” kilku rosyjskich dywizji, w tym istotnych elementów elitarnych formacji WDW.

I już na koniec – ulubioną analogią (pro)rosyjskich aktywistów medialnych, stosowaną wobec zmagań na Zaporożu, jest bitwa na Łuku Kurskim. To porównanie godne historyków-dyletantów, niemniej warto o nim wspomnieć z jednego powodu. Zmagania z 1943 roku zakończyły się dla Niemców sromotną porażką – nie tylko nie przełamali sowieckich pozycji, ale na skutek kontrnatarć armii czerwonej utracili gros wcześniejszych zdobyczy. I szerzej, inicjatywę strategiczną. Taki jest realny wymiar klęski. Tymczasem na Zaporożu – mimo usilnych starań rosjan (ich wściekłych kontrataków) – nie ma mowy o „korektach terytorialnych” na niekorzyść Ukraińców. Zaś jedyne, na co rosjan stać – patrząc z perspektywy całego frontu – to dwie lokalne operacje zaczepne. Spooooro za mało, by mówić, że inicjatywa strategiczna jest teraz po ich stronie.

O czym więcej w kolejnym poście.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Zdjęcie ilustracyjne/fot. Sztab Generalny ZSU

„Kursk”

O ukraińskiej kontrofensywie mówi się nie tylko po naszej stronie frontu, ale również w rosji. Doniesienia rosyjskich mediów i cyfrowych aktywistów (także rodzimych wielbicieli ruskiego miru i użytecznych idiotów) wyczerpują całe spektrum możliwych reakcji – od lekceważenia po panikę. Tej ostatniej trudno uświadczyć w oficjalnym przekazie – o potencjalnie dramatyczne skutki ukraińskiego ataku troszczą się nieliczni rosyjscy „wyklęci” z Girkinem-Striełkowem na czele. Miażdżąca większość komentatorów dalej uprawia hurra-optymistyczną opowieść (jakby wojna nie trwała czternastu miesięcy i nie kosztowała niemal ćwierć miliona zabitych i rannych rosyjskich żołnierzy). Wspólnym elementem wielu materiałów poświęconych rychłej kontrofensywie jest odwołanie się do zmagań na łuku kurskim z lipca 1943 roku. Analogia łącząca niemiecko-sowiecką bitwę pod Kurskiem z przyszłym ukraińskim uderzeniem jest bowiem dla kremlowskiej propagandy niezwykle atrakcyjna – i to z kilku powodów.

Pierwszy jest oczywisty – „największa bitwa pancerna w dziejach” zakończyła się sowieckim zwycięstwem. Niemcy ostatecznie utraciły inicjatywę strategiczną na froncie wschodnim, armia czerwona rozpoczęła zwycięski marsz na Berlin. „Tu będzie podobnie” – sugerują kremliny. Ukraińcy uderzą, może nawet uda im się osiągnąć kilka taktycznych sukcesów, ale rosjanie uruchomią rezerwy i tak przyłożą przeciwnikowi, że ten się już nie pozbiera. Tak, w rosji nadal mnóstwo osób wierzy, że wojna w Ukrainie może skończyć się triumfalnym przemarszem „drugiej armii świata” przez kijowski Chreszczatyk.

Inna istotna atrakcyjność kurskiej analogii wynika z faktu, że atakującymi w 1943 roku byli Niemcy. A więc naziści, a taka łatka ma w rosyjskiej propagandzie niebagatelne znacznie. Jest to wręcz perwersyjna przewrotność, że kraj-agresor, wiedziony ideologią wyższości kulturowej, mający w planach eksterminację części ukraińskiego narodu, sięga po argumenty natury etycznej. Nie czas i miejsce się na to zżymać. Dość zauważyć, że ów zabieg socjotechniczny ma uzasadnić napad na sąsiada, ale wymaga stałych wzmocnień. „Kursk” nadaje się idealnie także dlatego, że w niemieckiej operacji „Cytadela” gros najważniejszych zadań powierzono elitarnym jednostkom SS, a więc „jądru nazistowskiego zła”. A nie ma nic lepszego dla propagandy moskali jak dobry pretekst, by skleić wizerunek ukraińskiego żołnierza z postacią SS-mana.

Użyteczności „Kurska” sprzyja wyposażenie ukraińskiej armii. Mimo iż zachodni sprzęt przekazany Ukraińcom pochodzi z wielu krajów (głównie tych, w czasach II wojny światowej będących w sojuszu z ZSRR…), to Leopardy 2 urastają do miana symbolu. „Znów przyjdzie nam mierzyć się z niemieckimi czołgami” – zauważają kremliny, sowiecki sentyment mieszając z poczuciem moralnej wyższości. Oczywiście wiemy, jak to się skończy. Trudno skrywany rosyjski kompleks niższości wobec wrażej technologii czerpie z historii kojące treści. „Dziadkowie” Leopardów – niemieckie Tygrysy i Pantery – nie sprostały wyzwaniu, jakie przed nimi postawiono pod Kurskiem. Nie przełamały sowieckich linii obronnych, co pozwoliłoby na oskrzydlenie znajdujących się w kurskim wybrzuszeniu oddziałów armii czerwonej. Oblały pierwszy poważny bojowy test, choć teoretycznie, jako lepsze od sowieckich odpowiedników, winny umożliwić Niemcom zwycięstwo.

„Ale było ich za mało” – uśmiechnie się jeden z drugim sowieciarzem. Tak jak Leopardów (i brytyjskich Challengerów) dzisiaj. Zgoda – w Ukrainie podaż nowoczesnych (czy w miarę nowoczesnych) zachodnich czołgów daleko odbiega od popytu. Trudno mi wyobrazić sobie, by w ciągu najbliższych kilku miesięcy Ukraińcy mieli do dyspozycji więcej niż 150-200 takich maszyn. Drugie tyle stanowić będą niemieckie wozy wcześniejszej generacji (Leopardy 1). Zatem, jak mawia klasyk, bez szału. Ale idźmy dalej tropem ulubionej przez rosjan analogii i wyciągnijmy z niej także nieprzyjemne dla nich wnioski.

Bitwa pod Prochorowką, stanowiąca część kurskich zmagań (to ona przedstawiana jest jako największe starcie pancerne w historii), po prawdzie była masakrą sowieckich czołgów, do których niemieckie załogi strzelały niczym do kaczek. Generalnie w całej serii starć na łuku kurskim z lipca i sierpnia 1943 roku, armia czerwona utraciła pięć razy więcej czołgów niż Wehrmacht i SS (ponad 6 tys., gdy straty niemieckie wedle najsurowszych szacunków nie przekroczyły 1,3 tys. maszyn). Co istotne, duża część niemieckich wozów – w przeciwieństwie do sowieckich wraków – nadawała się do remontu; wyrządzone szkody nie miały charakteru ostatecznych (gwoli rzetelności dodać należy, że wielu takich wozów nie udało się Niemcom ewakuować). O sowieckim zwycięstwie nie zadecydował kunszt dowódców i czołgistów czy wyższa jakość broni, a masa. W połowie 1943 roku przemysł zbrojeniowy ZSRR produkował miesięcznie 2,4 tys. czołgów (niemiecki cztery razy mniej); innymi słowy, było czym kompensować straty. I kim, wszak sowiecki system mobilizacyjny nie załamał się aż do końca wojny.

A dziś? „Rosyjski przemysł wyprodukuje do końca 2023 roku 1500 czołgów!” – chwali się dymtrij miedwiediew. Relatywnie – porównując skale obu wojen – to byłoby naprawdę sporo, tyle że deklaracje „wiecznie naprutego dimona” nijak się mają do rzeczywistości. Wedle wiarygodnych źródeł, rosjanie nie są w stanie wyprodukować miesięcznie więcej niż 25 czołgów. Biorąc pod uwagę okresy o najniższej (!) intensywności walk, wystarczy to zaledwie na pokrycie połowy strat. Utrzymywanie ilościowej przewagi w zakresie broni pancernej nadal pozostaje rosyjskim atutem, ale coraz częściej osiąganym rozpaczliwymi metodami. Kilka dni temu na froncie pojawiły się pierwsze ponad 60-letnie T-55, wyciągnięte z głębokich magazynów. Załogi Leopardów i Challengerów będą je rozstrzeliwać, popijając przy tym kakao i zajadając drożdżowe babki.

Nie trywializuję, nie mam w zwyczaju nie doceniać rosjan. Wiem, że poza starociami dysponują też dużo nowocześniejszymi czołgami oraz sporą ilością przyzwoitej broni przeciwpancernej, tym niemniej nie są już sowietami z 1943 roku i nigdy nimi nie będą. Nie wygenerują pancernej masy o właściwościach walca, ta ludzka również jest poza ich zasięgiem. Jesienią z sukcesem przeprowadzili mobilizację, ale kolejne miesiące udowodniły, że 350-tysięczny kontyngent w Ukrainie to kres możliwości ich logistyki. Przy takich uwarunkowaniach, na miejscu rosjan nie przywiązywałbym się więc do kurskiej analogii. A na miejscu Ukraińców wyciągnąłbym z niej jedną zasadniczą lekcję. Na klęskę Niemców większy wpływ niż sowieckie czołgi miał fakt, że armia czerwona w miesiącach poprzedzających „Cytadelę” rozbudowała linie obronne w kurskim wybrzuszeniu. Trudno w najnowszej historii wojskowości o lepszy przykład tak głęboko urzutowanej obrony – pas za pasem, pas za pasem, na których rozbijali sobie zęby Niemcy. W Ukrainie rosjanie od miesięcy skupiają się przede wszystkim na budowaniu pozycji obronnych. Im głębiej się wryją, tym trudniej będzie ich wytrzebić…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Marcinowi Pędziorowi, Michałowi Wielickiemu i Monice Rani.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich ośmiu dni: Danielowi Alankiewiczowi, Michałowi Nowakowi, Tomaszowi Pawełkowi, Bartkowi Wrońskiemu i Maciejowi Żukowskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Niemiecki Tygrys podczas walk na łuku kurskim/fot. domena publiczna