(Nie)uległa

Kilka dni temu „New York Times” wyliczył, że przy obecnym tempie działań rosyjska armia potrzebowałaby około 30 lat, by zająć całość Donbasu. Niezależni rosyjscy analitycy z Mediazony i Meduzy ustalili z kolei liczbę potwierdzonych rosyjskich zabitych na ponad 350 tys. ludzi.

Obie liczby są oczywiście symboliczne – nie mówią, jak długo potrwa wojna ani kiedy rosja wyczerpie swoje możliwości. Pokazują jednak coś znacznie ważniejszego: skalę narastającego rozdźwięku między propagandową wizją nieuchronnego triumfu a realiami wojny, która coraz bardziej przypomina kosztowny strategiczny impas.

Bo choć rosja nadal naciera, linia walk od miesięcy w zasadzie stoi, gdzieniegdzie tylko przesuwa się powoli, wręcz symbolicznie, a kolejne zdobywane miejscowości mają znaczenie co najwyżej taktyczne. Nawet tam, gdzie rosyjskie wojska osiągają postępy, nie przekładają się one na załamanie ukraińskiej obrony ani zmianę ogólnej sytuacji operacyjnej.

Nie oznacza to oczywiście, że rosja stoi dziś na progu militarnego załamania. Państwo putina nadal dysponuje znacznymi zasobami ludzkimi, rozbudowanym przemysłem zbrojeniowym i gospodarką coraz mocniej podporządkowaną logice wojennej mobilizacji. Kreml wciąż jest zdolny do kontynuowania działań przez długi czas, szczególnie jeśli będzie utrzymywał obecny model stopniowego, wyniszczającego nacisku. Problem polega na tym, że coraz trudniej dostrzec drogę do zwycięstwa, które można byłoby przedstawić rosjanom jako historyczny triumf. Zdobywanie kolejnych zrujnowanych miejscowości w Donbasie nie rozwiązuje podstawowego dylematu strategicznego: Ukraina nadal walczy, jej państwo funkcjonuje, a Zachód – mimo zmęczenia wojną – nie wycofał wsparcia.

Po ponad czterech latach pełnoskalowych walk rosja nadal potrafi prowadzić wojnę. Coraz trudniej jednak ukryć fakt, że konflikt, który miał być demonstracją rosyjskiej siły, stał się demonstracją jej wyraźnych ograniczeń. Dlatego coraz bardziej prawdopodobny wydaje się scenariusz, w którym Kreml będzie próbował przedstawić samo utrzymanie okupowanych terytoriów jako sukces wystarczający do zamrożenia konfliktu. Innymi słowy, Moskwa może być zainteresowana nie tyle spektakularnym triumfem, ile takim zakończeniem wojny, które da się politycznie sprzedać jako dowód rosyjskiej odporności i skuteczności.

I może właśnie dlatego coraz częściej słychać w rosyjskiej narracji nie tyle zapowiedzi wielkiego przełomu, ile ostrożne sugestie, że najważniejsze cele zostały już w praktyce osiągnięte. Jeszcze na początku inwazji Kreml mówił o „denazyfikacji”, zmianie władz w Kijowie i podporządkowaniu Ukrainy rosyjskiej strefie wpływów. Dziś retoryka jest znacznie bardziej defensywna. Coraz częściej akcent pada właśnie na „obronę zdobytych terytoriów”, na „powstrzymanie NATO” czy „historyczne przetrwanie rosji pod zachodnią presją”. To nie jest przypadek. Im trudniej o wyraźne sukcesy militarne, tym bardziej definicja zwycięstwa staje się płynna i politycznie elastyczna. Kreml próbuje obniżać społeczne oczekiwania, jednocześnie utrzymując atmosferę mobilizacji i oblężonej twierdzy. Byle tylko zachować podstawowy element putinowskiego systemu: obraz rosji jako państwa, które nie uległo presji silniejszego przeciwnika.

Ten komentarz – w bardziej rozbudowanej wersji – opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – znajdziecie go pod tym linkiem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Grafika ilustracyjna, wygenerowana przez AI

Popłuczyna

rosyjska propaganda uwielbia budowanie analogii między specjalną operacją wojskową a wielką wojną ojczyźnianą. Prawdę powiedziawszy, robiła to już wcześniej, na etapie donbaskiej rebelii. Pamiętam przekazy radiowe i telewizyjne, których słuchałem i które oglądałem podczas wyjazdu do tzw. donieckiej republiki ludowej. Był przełom kwietnia i maja 2015 roku, zbliżała się rocznica wielkiej pobiedy – w kontrolowanych przez rosjan mediach dominował przekaz, zgodnie z którym współcześni rosjanie i prorosyjscy Ukraińcy, niczym ich dziadkowie w latach 1941-45, walczyli z faszyzmem. Tamten był niemiecki, ten ukraiński, ale jeden czort, przekonywano.

Wojenno-ojczyźniana narracja przybrała na sile wraz z przedłużaniem się obecnej wojny. Należało ją zsakralizować, zwłaszcza po upokarzających klęskach armii rosyjskiej w 2022 roku. „Popełniliśmy błędy, ale się otrząsnęliśmy – i teraz już tylko na Zachód”, przekonują propagandyści Kremla. By rzecz się spinała z faktami, do rangi wielkich sukcesów wywyższane są walki o nieznane nikomu przed wojną miejscowości. Zresztą fakty i tak przegrywają w tej konfrontacji, bo rosjanie zwyczajnie kłamią na temat swoich sukcesów. Kłamią świat, okłamują samych siebie – i jakoś się to kręci.

Tyle że nieuchronnie zbliża się 1418. dzień „specjalnej operacji wojskowej” putina. A dokładnie tyle trwała wielka wojna ojczyźniana. To moment, w którym symbol może rosjanom zaciążyć. Dlaczego? Wystarczy spojrzeć na mapę. Armia czerwona w ciągu 1418 dni przeszła drogę od katastrofy 1941 roku do Berlina. Armia rosyjska po ponad 1400 dniach wojny z Ukrainą wciąż walczy o kolejne wsie i miasteczka, płacąc za nie tysiącami ludzi. Dynamika? Skala? Efekt strategiczny? To są zupełnie różne światy. Propaganda może rysować strzałki, ale rzeczywistości nie da się domalować.

I dlatego w rosji czuć dziś napięcie. Bo rocznica sprowokuje – po prawdzie to już prowokuje – niewygodne pytania. Skoro wtedy się udało, a dziś nie, to gdzie tkwi problem? W dowództwie? W państwie? W samej armii? Władza bardzo nie lubi takich pytań.

Bo a nuż ktoś wreszcie zwróci uwagę, że skuteczność armii czerwonej nie była wyłącznie „rosyjska”. Walczyli w niej Ukraińcy – dziś stojący po drugiej stronie frontu. Walczyli Białorusini – obecnie formalnie neutralni, a ich ochotnicy biją się po stronie Ukrainy. Walczyły narody Azji Centralnej – Uzbekowie, Kirgizi, Kazachowie – które dziś mają własne państwa i własne interesy, niekoniecznie zbieżne z interesami Moskwy. Imperium wygrywało, bo było imperium: demograficznym, etnicznym, mobilizacyjnym i kulturowym.

Dziś ten zasób już nie istnieje. Owszem, w szeregach armii rosyjskiej wciąż walczą mniejsze etnosy z Syberii i Kaukazu. Ale to nie one decydują. Są rekrutowane, wysyłane na front i giną pod dowództwem rosjan, w ramach struktury, która pozostała rosyjskocentryczna do bólu.

I tu dochodzimy do sedna problemu. Niska efektywność rosyjskiej armii w Ukrainie uderza w jeden z fundamentów rosyjskiej państwowości: mit o cywilizacyjnej wyższości rosjan. Mit, który głosił, że rusyfikacja to nie przemoc, lecz „ulepszanie”; że rosyjskie państwo, rosyjska kultura i rosyjska armia są narzędziami porządku, rozwoju i sensu. Od czasów carskich wojsko było kluczowym instrumentem tej narracji – kuźnią lojalności i fabryką „lepszych poddanych”.

No i co? I gówno. Emanacja rosyjskiej wyższości kręci się niczym smród po gaciach, od czterech lat próbując pokonać sąsiada – mniejszego, słabszego, pozornie skazanego na klęskę. Trudno nie wywieść z tego wniosku, że rosja bez wartościowych mniejszości to popłuczyna po imperium. 12 stycznia 2026 roku będzie 1418. dowodem tej tezy…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. parada w Moskwie z okazji 9 maja. 1418. dzień spec-operacji raczej takich fajerwerków nie przyniesie…/fot. kremlin.ru

Bicz

Ćwiczenia „Zapad 2025” powoli dobiegają końca. Propaganda Moskwy i Mińska usiłuje nadać im poważny wymiar, użyć ich do zastraszania Europy, zwłaszcza wschodniej flanki, ale fakty są takie, że mamy do czynienia z niemrawym „show of force”. Tegoroczny „Zapad” jest cieniem wcześniejszych edycji manewrów i potwierdza poważne problemy rosyjskich sił zbrojnych oraz to, jak gigantycznym wyzwaniem dla rosji jest toczona przez nią wojna w Ukrainie.

Pisałem o tym przedwczoraj, więc nie będę rozwijał wątku (zainteresowanych odsyłam do sobotniego wpisu). Chciałbym jednak odnieść się do zdarzeń, które wydarzyły się już po publikacji mojego postu. W miniony weekend burzą przez nasze media – głównie społecznościowe – przetoczył się krótki film zarejestrowany w obwodzie królewieckim. Była to klasyczna „wrzutka” rosyjskiej propagandy – materiał prezentujący okazały sprzęt wojskowy, w tym przypadku wyrzutnię Iskander ze spionizowanym (bliższym momentowi wystrzelania) pociskiem. Co istotne, pojazd pojawił się w pobliżu granicy z Polską, a rosyjskie źródła przekonywały, że ta dyslokacja jest elementem „Zapadu”.

W ramach manewrów zrealizowano również w zamyśle bardziej spektakularny epizod. Jako podało ministerstwo obrony rosji, fregata floty północnej „Admirał Gołowko” wystrzeliła pocisk hipersoniczny Cyrkon. Oczywiście cel znajdujący się na Morzu Barentsa „został zniszczony bezpośrednim trafieniem”. Działaniom na odległym akwenie towarzyszyła operacja lotnicza, w trakcie której użyto czterech samolotów bombowych Tu-22M3. Wykonały one czterogodzinny patrol oraz symulację uderzenia rakietowego na cele naziemne. Brzmi to wszystko poważnie? Na pierwszy rzut oka i ucha owszem.

A na drugi? Cóż, skoro nie można grać spektakularnymi obrazkami wielkich manewrów na Białorusi – bo ich nie ma (przypomnę, w tegorocznym „Zapadzie” udział wzięło 10 tys. żołnierzy) – można (a patrząc z rosyjskiej perspektywy trzeba) potrząsać szabelką w inny sposób. Z czym jednak realnie mamy do czynienia? Loty patrolowe samolotów bombowych to nic nadzwyczajnego, a miotane przez nie pociski nie są wielkim wyzwaniem dla natowskich systemów przeciwlotniczych. Wizerunek cudownej broni, jaki usiłuje budować rosyjska propaganda w odniesieniu do Cyrkona, ma z kolei niewiele wspólnego z rzeczywistością. To  ulepszona wersja pocisku Oniks, opracowanego jeszcze w czasach Związku Sowieckiego. Diabelnie szybkiego, to prawda, ale niespecjalnie celnego i już z pewnością nie „niestrącalnego”. Ukraińcy potrafią sobie z nim radzić, używając w tym celu amerykańskich Patriotów. A warto podkreślić, że nie dostali najnowszych wytworów zbrojeniówki zza oceanu (przekazane im systemy prezentują poziom z przełomu wieków).

Skądinąd to znamienne, że epizod „Zapadu” ćwiczyła flota północna, a nie bałtycka. Ta druga, trzymana w szachu na „wewnętrznym morzu NATO”, niespecjalnie miałaby się czym pochwalić (czym nam pogrozić). Takie są fakty.

Co zaś się tyczy nieszczęsnego Iskandera blisko granicy – w gruncie rzeczy była to żałosna próba zwrócenia uwagi polskiej opinii publicznej. Wyrzutnia nie musi wyjeżdżać niemal pod przejście, by mogła być użyta – te rakiety mają zasięg kilkuset kilometrów. To niebezpieczna broń, w Ukrainie siejąca niemałe spustoszenia w miastach na północy kraju. Lecz miejmy świadomość kontekstu – w obwodzie królewieckim jest raptem kilka wyrzutni, które już w pierwszych minutach wojny nie przetrwałyby konfrontacji z naszym lotnictwem (i siłami specjalnymi). A uzupełnić tych strat rosjanie nie mieliby czym i jak. Generalnie, cała królewiecka eksklawa jest – z ich perspektywy – nie do obrony przy wykorzystaniu dostępnych, konwencjonalnych środków. Niegdyś potężnie uzbrojony obwód – na skutek działań wojennych w Ukrainie – został ogołocony z niemal wszystkiego, co miało jakąkolwiek militarną wartość. Mówiąc wprost i dosadnie, dziś to rosjanie winni się bardziej obawiać naszego „wjazdu” niż my ich.

Co warto podkreślić, by odbić piłeczkę rosyjskiej narracji. Nie dla satysfakcji i potrzeby poprawienia sobie nastroju. Jest rzeczą niepokojącą, jak łatwo „obrabia nas” kremlowska propaganda. „Zapad”, gdzie z „niczego” kręci się przysłowiowy bicz – a my to kupujemy (część mediów i opinii publicznej) – jest kolejnym na to dowodem. Dojrzyjmy owo „nic”, i generalnie dostrzeżmy realne możliwości rosyjskiej armii, brutalnie weryfikowane w Ukrainie. I przestańmy u licha panicznie się bać. Ten diabeł wcale nie jest taki straszny…

—–

Całość swoich rozważań na temat „Zapadu” zawarłem w tekście dla portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Kadr ze wspomnianego w tekście filmu.

Spopielenie

Lęk przed atomową zagładą towarzyszy ludzkości od niemal ośmiu dekad. Apogeum powszechnego strachu miało miejsce w latach 80., ale i dziś da się zauważyć wzmożone napięcia wywoływane przede wszystkim szantażami Moskwy. Kreml regularnie grozi światu „niekontrolowaną eskalacją” jako skutkiem zachodniej pomocy dla Ukrainy. Ile w tym blefu, który ma przykryć słabość i niekompetencje rosyjskiej armii, a ile realnego ryzyka? Spróbujmy to ocenić w oparciu o dostępne informacje.

Gdy kończyła się zimna wojna, w arsenałach jądrowych USA i ZSRR znajdowało się 55 tys. głowic (plus kilkaset ładunków u sojuszników obu stron). Co najmniej jedna trzecia z nich była w pełni gotowa do użycia; taka masa amunicji, w połączeniu z niedoskonałością ówczesnych systemów przeciwlotniczych, w razie wybuchu konfliktu oznaczała kilkanaście tysięcy skutecznie porażonych celów. Po kilka tysięcy eksplozji jądrowych na szeroko rozumianym terytorium przeciwnika. Co istotne, następujących w krótki interwale czasowym.

Nie było to zagrożenie nowe: drastyczny wzrost liczby głowic nastąpił w latach 60. Już wtedy wielkość nuklearnych potencjałów dawała gwarancję wzajemnego zniszczenia (ang. mutual assured destruction, MAD), czego pozytywnym efektem była redukcja ryzyka wymiany atomowych ciosów. Ryzyka, ale nie związanych z nim obawy – podkreślę dla porządku.

Po 1991 roku, mimo poważnego zmniejszenia arsenałów, doktryna MAD („szalona” w języku oryginału, co nadaje jej dodatkowego znaczenia), wciąż miała się dobrze. Nadal zakładano, że najlepszym sposobem na zachowanie pokoju jest wzajemne odstraszanie.

A czy dziś takie rozumowanie ma jeszcze sens?

—–

Oficjalnie rosja dysponuje niemal 6 tys. głowic jądrowych, spośród których jedna czwarta jest gotowa do użycia (a większość pozostałych przeznaczona do utylizacji). USA mają nieco mniejszy arsenał, z podobną liczbą „aktywnych” ładunków. Te trzy tysiące głowic to dość, by obawiać się wzajemnego zniszczenia (a są jeszcze ładunki sojuszników).

Wiedzmy jednak, że na Ziemi wykonano dotąd… ponad dwa tysiące prób jądrowych. Większość przeprowadziły Stany Zjednoczone i Związek Radziecki; od 1992 roku Waszyngton i Moskwa utrzymują moratorium na dalsze testy. W latach 2006-2016 doszło do pięciu podziemnych prób w Korei Północnej – i były to ostatnie zarejestrowane eksplozje.

Tak czy inaczej, potoczne, apokaliptyczne wyobrażenia o skutkach tysięcy eksplozji nie są do końca realistyczne. Jak widać, planeta ma się nieźle mimo tylu wybuchów (trapiący ją klimatyczny kryzys nie ma z nimi związku). Oczywiście, jednoczesna detonacja setek ładunków to „inna historia”, ale wcale nie musi do niej dojść.

—–

Kilka dni temu Moskwa planowała zafundować światu pokazówkę i kolejny akt atomowego szantażu. Z poligonu w Plesiecku miała wystartować rakieta balistyczna Sarmat, cud rosyjskiej inżynierii, przeznaczony do przenoszenia ładunków jądrowych na dystanse międzykontynentalne. Skończyło się na blamażu, pocisk bowiem eksplodował w silosie, podczas wypełniania zbiorników paliwem. Nie był uzbrojony, doszło więc „tylko” do poważnych zniszczeń poligonowej infrastruktury, dobrze uchwyconych przez obiektywy satelitów.

RS-28 Sarmat to ulubieniec propagandy i osobiście władimira putina, wielokrotnie opiewany jako „ostateczny argument na Amerykanów”. Wedle samych rosjan, unikalne właściwości pozwalają mu „wykiwać” satelitarne czujniki podczerwieni (podstawowe narzędzie do wykrywania pocisków balistycznych), dają sposobność przelotu na orbicie szczątkowej (czyli szybkiego osiągnięcia celów w USA), ma też Sarmat mieć niezwykle skuteczny system aktywnej obrony. Innymi słowy, to „anałoga w miru niet” (niemający odpowiednika w świecie), z zastrzeżeniem że… niespecjalnie „chce mu się” latać. Dość napisać, że z pięciu ostatnich próbnych wystrzeleń, aż cztery zakończyły się niepowodzeniem.

A mowa o systemie oficjalnie przyjętym do uzbrojenia!

—–

Kłopoty Sarmata ilustrują niemoce w dziedzinie zaawansowanych technologii, a jego pośpieszne wdrożenie prymat propagandy nad realnymi działaniami. Bolączki rosyjskiej armii i przemysłu, które – w połączeniu z innymi słabościami i niekompetencjami – bezlitośnie i po całości obnażyła wojna w Ukrainie. Jej kompromitujący rosjan przebieg rodzi wątpliwości co do kondycji sił strategicznych federacji; one wszak, jak wojska konwencjonalne, również mogą być niczym potiomkinowska wioska.

Jest całkiem możliwe, że spośród półtora tysiąca głowic, część do niczego się nie nadaje. Tak było z wieloma rosyjskimi czołgami, samolotami czy systemami przeciwlotniczymi, które „na papierze” uchodziły za nowe lub zmodernizowane, a już z pewnością za sprawne. A potem okazywało się, że to złom niebezpieczny głównie dla użytkowników.

Te same wątpliwości można odnieść do rakiet-nośników (rosjanie mają ich kilkaset) i samolotów bombowych. Jeśli idzie o te ostatnie – połowa flotylli (maszyny Tu-95) była przez ostatnie 2,5 roku nadmiernie eksploatowana. W efekcie ledwie jedna trzecia bombowców tego typu (kilkanaście sztuk) nadaje się obecnie do długotrwałych lotów bojowych. Niewiadomą pozostaje kondycja okrętów podwodnych przeznaczonych do nuklearnych uderzeń, tak zwanych „boomerów”. Ogłaszane z pompą kolejne modernizacje i budowy nowych oceanicznych jednostek mogą niepokoić, ale przypomnijmy sobie, że wedle tych samych rosyjskich źródeł, zatopiony w 2022 roku flagowy krążownik „Moskwa” także przeszedł gruntowny remont i unowocześnienie.

—–

Do czego zmierzam? Ano do tego, że realne rosyjskie możliwości mogą być mniejsze, niż się zakłada. Że w ewentualnym ataku Moskwa mogłaby użyć nie półtora tysiąca, a „tylko” kilkuset głowic. To wciąż dużo, ale sowieckie symulacje z czasów zimnej wojny przewidywały konieczność porażenia od 300 do 1300 celów, przy czym jako cel rozumiano obiekty wojskowe i miasta (a po prawdzie to przede wszystkim miasta i dotyczyło to zamiarów obydwu stron). Dopiero wówczas – sądzono – udałoby się zrealizować scenariusz unicestwienia przeciwnika.

Dodajmy do tego wiedzę wyniesioną z konfliktu w Ukrainie oraz jego skutki. Najbardziej zaawansowane rosyjskie systemy przeciwlotnicze i przeciwrakietowe znacząco ustępują zachodnim odpowiednikom. A część zestawów – trafiona przez Ukraińców – fizycznie przestała istnieć. Tarcza rosji jest więc wybrakowana, a rosyjscy wojskowi dobrze wiedzą, że wiele z wysłanych na wroga rakiet nie osiągnęłoby celu. I tak z „dużych” kilkuset mogłoby się zrobić „małe” kilkaset skutecznych porażeń, co dla zaatakowanych byłoby wielką katastrofą, ale nie końcem ich świata.

A odpowiedź byłaby miażdżąca. I łatwa do przeprowadzenia, bo rosja to Moskwa, Petersburg i kilkanaście innych dużych miast, a reszta kraju w wymiarze kulturowym się nie liczy.

Tymczasem utrata centrów cywilizacyjnych, bez wcześniejszego zadania wrogowi nokautującego ciosu, podważa sensowność nuklearnej eskalacji. I czyni ją bardzo mało prawdopodobną.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, „Międzyrzecze. Cena przetrwania” i „(Dez)informacji” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Jedna z ponad tysiąca amerykańskich prób jądrowych – eksplozja bomby „Baker” w lipcu 1946 roku na atolu Bikini/fot. Departament Obrony USA/domena publiczna

Tekst pierwotnie ukazał się w portalu Interia.pl

(Nie)wypłacanie

Kremlowska propaganda chwali się, że przez cały 2023 i pierwszy kwartał tego roku do wojska zgłosiło się ponad 600 tys. ochotników. Tymczasem za ten okres wypłacono nieco ponad 400 tys. jednorazowych wynagrodzeń, przyznawanych świeżo upieczonym kontraktorom. Czyżby ochotników było mniej, niż sugeruje ministerstwo obrony?

Taka odpowiedź wydaje się oczywista, wziąwszy pod uwagę rosyjskie realia. Pompowanie statystyk – tak, by dobrze ilustrowały kolejny „sukces” – to codzienność reżimu. Na miano nadzwyczajnego zasługuje fakt, że ujawniające sprzeczność dane można było do niedawna wygrzebać ze sprawozdań dotyczący realizacji budżetu federacji. Sabotaż, wpadka czy celowe działanie, u podłoża którego leży przekonanie, że i tak nikt nie będzie kopał i się czepiał? Nie wiem i nie ma to znaczenia; skupmy się na wskazanej różnicy.

Owe 200 tys. nie musi być wymysłem propagandystów. Mogą to być mężczyźni, którzy kontrakty podpisali, do koszar dotarli, ale obiecane premie do nich już nie. Wystarczy powierzchowna lektura rosyjskich forów poświęconych „specjalnej operacji wojskowej”, by zorientować się, że ochotnicy są przez urzędników MON regularnie oszukiwani. Jednorazowe dodatki nie są im wypłacane, bądź trafiają na konta z istotną zwłoką czy tylko częściowo (dotyczy to również pensji i odszkodowań, ale to temat na oddzielny wpis).

Nie mam na myśli kradzieży, rozumianej jako przejęcie pieniędzy ze świadczenia przez nieuczciwych urzędników (a i takie sytuacje mają miejsce), ale praktykę administracyjną, nastawioną na redukowanie kosztów ponoszonych przez MON.

Na co narzekają głównie żony i matki wojskowych, oni sami bowiem często już nie żyją. Najłatwiej wyrolować rodzinę, gdy wcześniej doszło do śmierci żołnierza, zwłaszcza w pierwszym miesiącu służby – co nie jest niczym nadzwyczajny, bo tylko jedna trzecia rosyjskich rekrutów trafia na dłuższe przeszkolenie, reszta przewidziana jest do roli armatniego mięsa. Chłop nie tylko nie dożywa pierwszej wypłaty, ale też traci prawo do premii za angaż, bo „armia nie miała z niego większego pożytku” – przekonują oszuści. Niektórzy są na tyle bezczelni, by podważać sam akt podpisania kontraktu. „Tego towarzysza u nas nie było i żadnej umowy nie zawierał”. A że „dobrowolec” przepadł? No przepadł, niech się rodzina martwi.

Na jednorazowe wypłaty za zawarcie kontraktu z ministerstwem obrony składają się władze federalne, regionalne i lokalne. Po ostatnich podwyżkach może to być nawet 2,3 mln rubli – nieco ponad 100 tys. zł – ale przeciętnie jest to kwota miliona rubli (46 tys. zł). Gdy zaczynała się „spec-operacja” za podpisanie kontraktu z wojskiem płacono 200 tys. rubli.

—–

Wybaczcie, że dziś tak skrótowo, ale usiadłem do pisania kolejnej książki.

By rzecz nie umknęła Waszej uwadze, zamieszczam skrina z FIRMS-a, globalnego systemu nadzoru satelitarnego rejestrującego pożary na Ziemi. Odczyt z 17.00 ujawnia rozległe ogniska w rosyjskim mieście Sudża i jego okolicy. Co się tam dzieje? Ano rano do obwodu kurskiego weszły regularne odziały armii ukraińskiej (żaden tam rosyjski korpus ochotniczy i inna zbieranina), wsparte artylerią, czołgami i… (!) lotnictwem. Ukraińcy wyizolowali obszar informacyjnie, niewiele wiadomo o tym, co się dzieje, jaka jest skala działań i zamiary atakujących. W rusnecie w każdym razie panika, jakby Ukraińcy rzeczywiście wyprawiali się na Kursk – o czym donoszę z satysfakcją i obiecuję pilotować sytuację.

—–

A dziś dziękuję za lekturę! Pamiętajcie proszę wesprzeć mój raport – subskrypcją lub „kawą”. Bez Was – jako się rzekło – nie znajdę dość czasu na regularne pisanie. Stosowne przyciski znajdziecie poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.