Stosy

Jeszcze kilka dni temu nie miałem jasności, czy ukraińską kontrofensywę na południu należy uznać za zakończoną. Ukraińcy atakowali rosyjskie pozycje w miejscu najbardziej obiecującego wyłomu – pod Robotyne – rzucając do walki dużą liczbę sprzętu ciężkiego, w tym zachodnie czołgi i transportery opancerzone. Broniący się rosjanie presję wytrzymali, po czym intensywność wymiany ognia znacząco spadła. Obecnie siły zbrojne Ukrainy nadal prowadzą na Zaporożu aktywne działania bojowe, ale w bardzo ograniczonym zakresie. Ich celem nie jest kontynuacja natarcia do wybrzeża Morza Azowskiego. Chodzi już „tylko” o nękanie przeciwnika, angażowanie jego potencjału i rezerw oraz drobne korekty w przebiegu linii frontu, tak, by mieć lepsze pozycje obronne i, ewentualnie, wyjściowe w perspektywie kolejnych operacji zaczepnych.

Ostatecznie wątpliwości co do zakończenia działań ofensywnych rozwiał dowódca ukraińskiej armii. W środowym wywiadzie dla brytyjskiego „The Economist” gen. Walery Załużny przyznał, że „wojna znalazła się w impasie”. Konflikt nabrał pozycyjnego charakteru i Ukraina nie ma teraz możliwości, by tę sytuację zmienić. Czy ZSU poniosły porażkę? Co ów iście pierwszowojenny sposób zmagań oznacza dla armii i państwa ukraińskiego?

W oparciu o publiczne deklaracje (głównie polityków) i analizę podjętych działań, zasadnym wydaje się wniosek, że zamiarem ofensywy na południu było rozcięcie rosyjskiego korytarza lądowego łączącego okupowany Donbas z Krymem. Razem z innymi operacjami – uderzeniami w infrastrukturę wojskową i flotę czarnomorską oraz przerwaniem krymskiej przeprawy – doprowadziłoby to do wyizolowania półwyspu, co w dalszym planie mogłoby zmusić rosjan do jego porzucenia. Przy tak ambitnych celach pięciomiesięczne wysiłki zakończone przesunięciem linii frontu o 17 km, i to na niewielkim odcinku styku wojsk, każą oceniać kontrofensywę jako nieudaną.

Wojska ukraińskie zgromadzone do ataku okazały się za małe/słabe, zaś rosyjskie pozycje zbyt silne i dobrze przygotowane. Takie postrzeganie sprawy jest zasadne, ale absolutnie niepełne. Zwróćmy bowiem uwagę na sposób, w jaki Ukraińcy prowadzili walki na południu. Nie wiem, w którym momencie generałowie ZSU uznali, że nie ma szansy na szybkie dojście do morza. Prawdopodobnie było to dla nich klarowne po kilkunastu dniach zmagań. Wiele wskazuje na to, że wybrano wówczas opcję „mozolnej szarpaniny” bez konkretnych zdobyczy terytorialnych, prowadzonej z nadzieją, że w którymś momencie rosyjska obrona się posypie. W tym celu Ukraińcy w nieobserwowanym dotąd zakresie wykorzystywali swój atut – celniejszą i dalej bijącą artylerię. Masakrowanie rosjan – oraz ich zaplecza – przybrało spektakularną postać. Na Zaporożu „zmielono” w sumie (rzecz jasna nie tylko ogniem artylerii) ekwiwalent kilku rosyjskich dywizji, ale Ukraińcy się przeliczyli, zakładając, że dramatyczne straty skłonią rosyjskie władze do ustępstw. „To był mój błąd” – przyznaje w wywiadzie dla „The Economist” Załużny. „Rosja ma co najmniej 150 tys. zabitych (w całej wojnie – dop. MO). W każdym innym kraju taka liczba ofiar zatrzymałaby działania zbrojne” – twierdzi generał.

I tu jest pies pogrzebany. Na Kremlu nie przejmują się stosami trupów. W ostatnich dniach widać to pod Awdijiwką, gdzie rosjanie ponoszą horrendalne straty, a generałowie i tak nie odpuszczają, pchając kolejne masy do krwawych szturmów. Zatem nawet „przemysłowe” zabijanie rosyjskich żołnierzy to za mało.

Pisałem niedawno, że rosyjskie dowództwo skoncentrowało się na obronie dotychczasowych zdobyczy i ograniczonych operacjach zaczepnych. Taki przebieg wojny ma się nijak do pierwotnych ambicji Kremla, który przed 24 lutego 2022 roku planował zdobyć całą Ukrainę. Lecz nie łudźmy się, że władze rosji porzuciły swoje plany. W dłuższej perspektywie wojna pozycyjna bardziej premiuje rosjan. Na ich korzyść działa demografia, a więc rezerwy mobilizacyjne (moskali jest ponad 140 mln, Ukrainę zamieszkuje obecnie około 30 mln ludzi). Rosyjska gospodarka nie jest fizycznie zniszczona, rosja nadal dysponuje pokaźnymi rezerwami walutowymi. Wciąż czerpie korzyści z renty po Związku Radzieckim i jego wielkiej armii. Co prawda magazyny pustoszeją w szybkim tempie, a jakość i wiek sprzętu pozostawiają coraz więcej do życzenia, ale masa robi swoje. By ją zniszczyć, Ukraińcy muszą poświęcać własne ograniczone zasoby. Gromadzone w ogromnej mierze dzięki zewnętrznej pomocy, bez której Ukraina – z jej pokiereszowaną gospodarką – nie przetrwałaby długo. W czym rosja upatruje swej największej szansy, licząc, że przedłużająca się wojna pozycyjna – wojna bez widocznych rozstrzygnięć – ostatecznie zniechęci Zachód do pomocy Kijowowi. A słaba Ukraina zgodzi się na daleko idące ustępstwa. Naiwne założenie? Tylko jeśli USA i reszta sojuszników wytrwają w postanowieniu wsparcia dla Kijowa. I zapewnią tego wsparcia tyle, i o takich parametrach, by armia ukraińska zyskała nad rosyjską wyraźną przewagę technologiczną. By jakością pokonała ilość.

I o tym właśnie mówi we wspomnianym wywiadzie gen. Załużny. Jego zdaniem, powolne dostarczanie broni przez Zachód jest frustrujące i pozwoliło rosji przegrupować się i przygotować obronę, nie to jednak stanowi główną przyczyną trudnej sytuacji Ukrainy. „Ważne jest, aby zrozumieć, że tej wojny nie można wygrać za pomocą broni minionej generacji i przestarzałych metod. Nieuchronnie doprowadzą one do zastoju, a w konsekwencji do porażki” – wieszczy generał. Jak zauważa, decydującym czynnikiem nie będzie żaden pojedynczy nowy wynalazek, ale połączenie wszystkich już istniejących rozwiązań technicznych: dronów, narzędzi wojny elektronicznej, zdolności przeciwartyleryjskich i sprzętu do rozminowywania. „Musimy wykorzystać moc drzemiącą w nowych technologiach” – mówi Załużny.

Czy usłyszą go za Zachodzie? Jeśli nie, będzie „ziemia za pokój”. Co z czysto humanitarnego punktu widzenia nie brzmi aż tak źle – dopóty, dopóki nie uświadomimy sobie, kim są rosjanie. I ile warte są ich gwarancje. Przestrzenna rozległość jest jednym ze strategicznych atutów Ukrainy – trudno ją zawojować, gdy do pokonania są tak wielkie dystanse. Okrojona, będzie celem łatwiejszym, a że rosja wykorzysta pokój do odbudowy armii i nie zrezygnuje z podboju – choćby z czysto rewanżystowskich pobudek – można uznać za pewnik. Co oznacza, że rosjan trzeba popędzić jak najdalej i sprawić, by odechciało im się wojować. Tu i teraz. Setki tysięcy trupów to za mało, żeby się sparzyli? Wartość państwowych aktywów rosji zamrożonych na Zachodzie to 300 mld dol. Z pieniędzmi oligarchów mówimy o bilionie dolarów. Przepadek istotnej części tego majątku mógłby wpływowym rosjanom uzmysłowić, że wojna się nie opłaca. No i byłoby za co finansować dozbrajanie, a potem odbudowę i dozbrajanie Ukrainy.

Piłka jest po stronie wpływowych ludzi na Zachodzie.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Zdjęcie ilustracyjne/fot. Sztab Generalny ZSU

Porażka?

„Po klęsce ukraińskiej ofensywy na Zaporożu…”, tak już kilka razy zaczął swoje teksty jeden z obecnych w polskiej infosferze (pro)rosyjskich aktywistów medialnych. Chłop zasięgi ma marne, kompetencje analityczne niskie, zaś wiedzę z zakresu wojskowości na poziomie Wikipedii i folderów reklamowych rosyjskich firm zbrojeniowych (gdzie jak wiemy „anałoga-w-miru-niet”). Tym niemniej suma działań wielu takich „żuczków” – sączących jad kremlowskiej propagandy do naszego „krwiobiegu” – nade wszystko zaś nierealistyczne oczekiwania opinii publicznych (tak w Polsce, jak i w innych proukraińskich krajach), przekładają się na powszechność percepcji, zgodnie z którą na Zaporożu Ukraińcy ponieśli porażkę.

Tylko czy takie postrzeganie spraw wytrzymuje konfrontację z rzeczywistością?

Wraz z początkiem tego tygodnia ZSU ponowiły natarcia w rejonie Robotyne, gdzie utworzono największy wyłom w rosyjskich pozycjach obronnych. Po raz pierwszy od kilku tygodni w atakach użyto sprzętu ciężkiego – czołgów i wozów opancerzonych (m.in. niemieckich leopardów i amerykańskich strykerów). Natarcie nie zyskało powodzenia, rosjanom udało się zniszczyć kilka pojazdów. Gdy piszę te słowa, walki na tym odcinku frontu znów mają ograniczony charakter, ale koncentracja ukraińskich oddziałów każe zakładać, że relatywny spokój nie potrwa długo. Do czego zmierzam? Ano do tego, że bitwa wciąż trwa, odtrąbienia końca kampanii nie było, trudno zatem o całościową jej ocenę.

„No ale minęło już tyle czasu …”, może powiedzieć ktoś. Zgadza się, pięć miesięcy to w realiach wojny błyskawicznej cała wieczność. Tyle że w Ukrainie nie toczy się blitzkrieg! Taką formułę konfliktu usiłowali narzucić rosjanie na początku inwazji. I owszem, łatwo zajęli ponad jedną czwartą kraju, ale równie błyskawicznie odpuścili znaczną część zdobyczy, wiejąc spod Kijowa i Charkowa. Później tempo narzucili Ukraińcy – błyskotliwą ofensywą na charkowszczyźnie i wymęczoną, jednak relatywnie krótką kampanią na chersońszczyźnie. To z tamtego okresu – z pierwszych faz wojny – pochodzi przekonanie, że w bojach o niepodległość i granice Ukrainy możliwe są szybkie, spektakularne rozstrzygnięcia. Problem w tym, że po drodze sporo się zmieniło – rosjanie podwoili liczebność kontyngentu stacjonującego w Ukrainie (dziś to 400 tys. ludzi „na teatrze”), wysiłek wojska koncentrując na obronie dotychczasowych zdobyczy. Dobrze się do tego zadania przygotowując, zwłaszcza na odcinkach, gdzie ukraińskie natarcia były łatwe do przewidzenia. Jak na Zaporożu.

Nierealistyczne oczekiwania napędza(ła) również wiara w możliwości zachodniego sprzętu. Fetyszyzowany, w oczach wielu stał się wunderwaffe, pewną gwarancją szybkiego sukcesu. Wojna w Ukrainie jasno potwierdziła, że zachodnia technologia wojskowa jest lepsza od rosyjskiej (i sowieckiej), ale przecież i ona czasoprzestrzeni nie zakrzywia. Jednym wystrzałem tysięcy moskali nie zabija. Ba, użyta w ograniczonym zakresie (kłania się ilość i asortyment dostaw, na jakie mogła i może liczyć Ukraina…), po pośpiesznym przeszkoleniu dla załóg i obsługi, traci część swoich atutów. Ukraińcy walczą na Zaporożu (i nie tylko) bez przewagi w powietrzu, tymczasem to w kompletnym ekosystemie – obejmującym wszystkie niezbędne rodzaje broni – poszczególne typy uzbrojenia ujawniają pełnię swych możliwości. Decyzja o przekazaniu Ukrainie samolotów wielozadaniowych F-16 zapadała już po rozpoczęciu ofensywy, a samo przekazanie to proces, który potrwa jeszcze wiele miesięcy. Prędko więc zachodnich maszyn nad południową Ukrainą nie zobaczymy.

„Po co więc w ogóle zaczynali?”, można by zapytać. „Tak szewc kraje, jak mu materii staje”, brzmi popularne powiedzenie. A rzeczony szewc kroić musiał, bo czas działał wyłącznie na korzyść rosjan – mając go więcej, moskale jeszcze bardziej zabetonowaliby się na Zaporożu (co ostatecznie i tak próbują robić, ale w zakresie mniejszym niż byłoby to możliwe, gdyby nie konieczność angażowania ludzi i zasobów do utrzymania pozycji obronnych). I teraz oddzielmy medialny szum – opinie (pseudo)ekspertów i wypowiedzi polityków – od tego, co tak naprawdę wiemy o zamiarach ukraińskiego dowództwa. Nie ukrywało ono, jaki jest cel operacji na południu – że jest nim rozcięcie rosyjskiego korytarza lądowego łączącego okupowany Donbas z Krymem – ale nikt publicznie nie definiował ram czasowych operacji. Nie ma żadnych wiarygodnych informacji, które rzucałyby światło na dokładne kalkulacje ukraińskich sztabowców. Nie wiemy, kiedy chcieli dojść do morza. Czy zakładali blitzkrieg czy mozolną szarpaninę, w efekcie której rosyjska obrona się posypie. Pamiętam mapki z pierwszych dni ofensywy, ilustrujące rzekome zamiary ZSU; branżowy internet „jarał się” nimi niczym świętym Graalem, tymczasem okazały się fejkiem. Bez dostępu do danych planistycznych nie sposób przesądzać, czy mamy do czynienia z klęską. Bo może wszystko idzie zgodnie z planem? Ukraińska generalicja ma sporo wad, ale jej „kwiat” jak dotąd realistycznie oceniał możliwości własnych wojsk i wojsk wroga. Może nam się to podobać lub nie, ale w ramach tego osądu mieści się przekonanie, że angażowanie rosjan w ciężkie boje bez konkretnych zdobyczy terytorialnych ma sens (bo w którymś momencie nastąpi „kumulacja” i przeciwnik pęknie). A zauważmy, że efektem działań na Zaporożu jest „zmielenie” kilku rosyjskich dywizji, w tym istotnych elementów elitarnych formacji WDW.

I już na koniec – ulubioną analogią (pro)rosyjskich aktywistów medialnych, stosowaną wobec zmagań na Zaporożu, jest bitwa na Łuku Kurskim. To porównanie godne historyków-dyletantów, niemniej warto o nim wspomnieć z jednego powodu. Zmagania z 1943 roku zakończyły się dla Niemców sromotną porażką – nie tylko nie przełamali sowieckich pozycji, ale na skutek kontrnatarć armii czerwonej utracili gros wcześniejszych zdobyczy. I szerzej, inicjatywę strategiczną. Taki jest realny wymiar klęski. Tymczasem na Zaporożu – mimo usilnych starań rosjan (ich wściekłych kontrataków) – nie ma mowy o „korektach terytorialnych” na niekorzyść Ukraińców. Zaś jedyne, na co rosjan stać – patrząc z perspektywy całego frontu – to dwie lokalne operacje zaczepne. Spooooro za mało, by mówić, że inicjatywa strategiczna jest teraz po ich stronie.

O czym więcej w kolejnym poście.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Zdjęcie ilustracyjne/fot. Sztab Generalny ZSU

Korek

„Na południu bez zmian”, przekonują nas (pro)rosyjscy aktywiści medialni, relacjonujący konflikt w Ukrainie. Co mają na myśli? Ano ukraińska kontrofensywa na Zaporożu wygasa, „utopiona w morzu krwi”, a rosjanie zasileni przez elitarne oddziały powietrznodesantowe w wielu miejscach odzyskują inicjatywę. Jest zatem „stabilnie”, co w tym przypadku oznacza, że „niczego już nie stracimy”, a słabnące, choć wciąż ponawiane ukraińskie ataki, „przybierają formę prób rozpaczliwego zdobycia czegokolwiek”. W tej narracji przydatne okazują się słowa gen. Marka Milley’a, dowódcy amerykańskiej armii, zdaniem którego Ukraińcy mogą jeszcze atakować przez 30-45 dni. Sformułowanie wyrwane z kontekstu sugeruje, że także w ocenie Pentagonu siłom zbrojnym Ukrainy kończą się zapasy oraz rezerwy niezbędne do prowadzenia operacji zaczepnych. Innymi słowy – przekonują agenci rosyjskiej propagandy – „wygrywamy!”. Jak kiedyś pod Kurskiem, gdzie armia radziecka wykrwawiła nacierających Niemców, ostatecznie odbierając im strategiczną inicjatywę – to jedna z popularniejszych analogii używanych przez polskich wielbicieli „ruskiego miru”. Tyleż nieprawdziwa, co idiotyczna, wszak w 1943 roku to nacierający byli agresorami, wiodły ich nazistowskie idee, a samą bitwę (serię bitew) zwieńczył potężny zwrot zaczepny w wykonaniu dotychczasowych obrońców. Na Zaporożu tymczasem atakują napadnięci, (neo)nazistowskie elementy pozostają istotną częścią ideologii broniących się rosjan, niezdolnych obecnie do jakichkolwiek poważniejszych ataków. Wszystko co najważniejsze jest zatem „na odwrót”, no ale – jak widać – medialnym szujom niespecjalnie to przeszkadza.

Pal ich licho, wracajmy do sedna. Jak wygląda sytuacja na ukraińskim froncie? Nim odpowiem na to pytanie, pozwólcie, że odniosę się do słów gen. Milley’a. Szef kolegium połączonych sztabów nie miał na myśli technicznych i ludzkich możliwości ZSU. Mówił o pogodzie, która za kilka tygodni może znacząco utrudnić prowadzenie działań ofensywnych. Może (sam nie raz pisałem o uciążliwościach rasputicy), ale wcale nie musi. Sięgnijmy pamięcią do zeszłego roku i tego, co działo się wówczas na południu Ukrainy. Działania zaczepne ZSU na chersońszczyźnie zaczęły się latem, na dobre rozkręcając się jesienią. Punkt kulminacyjny wypadł na przełomie października i listopada – to wtedy zmuszono rosjan do ucieczki na wschodni brzeg Dniepru. Chersoń wyzwolono 11 listopada, aktywne działania o dużym nasileniu trwały jeszcze kilka dni. Zatem patrząc od dziś, można przyjąć, że Ukraińcom zostały dobre dwa miesiące, zwłaszcza że długoterminowe prognozy nie przewidują gwałtownego załamania pogody. A na Zaporożu najgorsza i najtrudniejsza część roboty została przez ZSU wykonana.

Budowanie umocnionych linii granicznych to istotny element rosyjskiej myśli wojskowej, sięgający czasów wczesnego Księstwa Moskiewskiego. W odmianie uwzględniającej bardziej nowoczesne wyzwania pola walki, obecny w podręczniku autorstwa gen. Wasilija Nowickiego z 1915 roku oraz jego późniejszych, sowieckich odmianach. Do tego rezerwuaru wiedzy odwołali się budowniczy pozycji obronnych na Zaporożu. I owszem, możemy się śmiać z rosyjskiej bylejakości oraz złodziejstwa, które tworzeniu „linii surowikina” towarzyszyły, ale nie zmienia to faktu, że umocnienia przygotowano przyzwoicie. Co więcej, nasycając je polami minowymi w skali, która pięć do dziesięciu razy przekraczała radzieckie normy. Prawdą jest, że ukraińskie plany zakładały różne scenariusze, w tym szybkie przełamanie nieprzyjacielskich linii dzięki skoncentrowanemu, silnemu atakowi jednostek pancernych i zmechanizowanych na wybrane punkty. Prawdą jest, że nic z tego nie wyszło, że koniecznym okazało się zastosowanie metody stopniowego wykruszania rosyjskiej obrony poprzez systematycznie ponawiane ataki niedużych grup szturmowych, wspartych silnym, precyzyjnym ogniem artylerii. W takich uwarunkowaniach nie powinno dziwić, że dzienny „urobek” ukraińskich oddziałów nie przekraczał 100-200 metrów, co przy głębokości rosyjskiego lądowego korytarza na Krym mogłoby oznaczać nawet dwuletnie zmagania.

Ale 60 proc. posiadanych na południu sił i środków rosjanie skierowali na pierwszą linię, druga i trzecia są dużo wątlejsze i słabiej obsadzone. Tymczasem ukraiński postępy pod Werbowe i Nowokropopiwką mają wszelkie cechy klasycznych wyłomów. Rosyjskie próby ich flankowania poprzez wściekłe ataki oddziałów WDW hamują ukraińskie postępy – ZSU bardziej skupia się na ochronie skrzydeł niż pogłębianiu występu. Ale w działaniach wojennych nie ma żadnej magii i innych cudów (jak rzekomy nadwiślański) – jest twardy konkret sprowadzający się do m.in. jakości sprzętu, wydolności logistyki, wyszkolenia, dowodzenia, motywacji. To musi jebnąć – że tak pozwolę sobie na nieco knajacki komentarz. Ktoś musi pęknąć. Jeśli rosjanie, ukraińskie oddziały będą niczym gaz wypuszczony z otwartej butelki. Jeśli pierwsi osłabną Ukraińcy, rosjanom uda się utrzymać korek w buzującej butelce. Skumulowana energia nie wydostanie się na zewnątrz i nie spustoszy rosyjskiego zaplecza.

Jak się domyślacie, moim zdaniem spustoszy. Ukraińcy wyjdą na drugą i trzecią linię i jest to kwestia najbliższych kilkunastu dni. Nie musi to oznaczać posypania się rosyjskiej obrony na Zaporożu – takim optymistą nie jestem – ale kampania z pewnością przyśpieszy. Po czym wnioskuję? Przesłanek jest mnóstwo, podrzucę Wam kilka z nich.

W rosyjskim sztabie generalnym trwają gorączkowe analizy poświęcone temu, jak zreorganizować obronę na Zaporożu. Moskiewscy generałowie zdają się wierzyć, że pchnięte do walki oddziały powietrznodesantowe jeszcze jakiś czas powstrzymają Ukraińców, ale co dalej? Opcje są dwie – trwanie przy obronie liniowej, wzdłuż całego frontu lub skupienie się na utrzymaniu najważniejszych miast. W takim scenariuszu twierdzami stałyby się Melitopol oraz Berdiańsk. Nie wiadomo, co ostatecznie wymyśli rosyjska „stawka”, ale fakt, że na poważnie rozważa się uporczywą obronę dwóch punktów dowodzi kruchości rezerw. Sam pomysł głupi nie jest – Ukraińcy przećwiczyli go w Bachmucie, miesiącami angażując i skrwawiając nieproporcjonalnie duże rosyjskie siły. Problem w tym, że rozciągnięta w linii obrona, to jednocześnie bardziej rozproszona logistyka – upierdliwa, jednak bezpieczniejsza. Obrona punktowa zaś oznacza większą koncentrację wojska w jednym miejscu, czyli większe zapotrzebowanie przy mniejszej liczbie dostępnych szlaków komunikacyjnych. To pogodzenie się z realiami „wąskiego gardła”, i to w sytuacji, kiedy Ukraińcy już nie raz udowodnili, że potrafią na tej szyi – rosyjskiej logistyce – zadzierzgnąć pętlę. Jest jeszcze inna obawa pośród rosyjskiej generalicji, wynikająca z typowych dla niej doświadczeń. Założenie wokół miasta pierścienia okrążenia i pójście dalej, w głąb nieprzyjacielskiego terytorium, to „klasyk” sowieckiej sztuki operacyjnej. A co jeśli Ukraińcy postąpią w ten sposób z Melitopolem i Berdiańskiem? – martwią się oficerowie „stawki”. Moim zdaniem, trochę na wyrost, bo taka koncepcja użycia sił możliwa jest do realizacji, gdy posiada się miażdżącą przewagę liczebną (trzeba ludzi i sprzętu, by ustanowić odpowiednio skuteczne oblężenie i zarazem zachować zdolność do działań ofensywnych). Ukraińcy takiej przewagi na Zaporożu nie mają.

Idźmy dalej – dowództwu operującej na południu 42. Dywizji Zmechanizowanej przyporządkowano niedawno kilka dodatkowych pułków. Zwracają na to uwagę analitycy ze Stratpoints, pisząc o „wyczerpaniu możliwości struktur dowodzenia na poziomie operacyjnym”. Co się kryje za tym specjalistycznym językiem? Gorzka, dla rosjan, prawda. Dowództwo 42. DZ ma teraz pod sobą dwa razy więcej ludzi nie dlatego, że jest takie dobre. Po prostu zarządza zbieraniną, bo nikt inny tego zrobić nie może. Na froncie wciąż ginie nieadekwatnie wysoka liczba wyższych rangą oficerów rosyjskiej armii, co jest skutkiem ukraińskich „polowań” na punkty dowodzenia, nonszalancji samych oficerów, ale i obiektywnej potrzeby ich przebywania w rejonach walk, co z kolei wynika z niedoskonałości systemu łączności i niskiej motywacji podwładnych. W ostatecznym rozrachunku niedosyt oficerów wpływa na obniżenie efektywności całych jednostek (a choćby za sprawą wydłużonego procesu decyzyjnego). A ów czynnik – z którym Ukraińcy nie mają takich problemów jak rosjanie – jest nie do przecenienia w szybko zmieniającym się środowisku pola walki, gdzie wygrywa ten, kto szybciej wie, co robić.

Kolejna kwestia – udział jednostek powietrznodesantowych. Wbrew niektórym opiniom, to wciąż elita rosyjskiej armii. Owszem, odtworzona po zeszłorocznych krwawych bojach, ale w oparciu o najlepszy dostępny w rosji materiał ludzki i sprzęt. Na Zaporożu walczy w tej chwili połowa rosyjskich dywizji WDW (7., 76. i 104. DPD). Sam fakt sięgnięcia po najcenniejsze rezerwy (i popłoch, w jakim odbywał się ich przerzut), świadczy o trudnej sytuacji rosjan. Obiektywnie patrząc, spadochroniarze biją się dobrze, ale przełomu jak dotąd nie wywalczyli, za to solidnie się skrwawili. A gdy straż pożarna zdziesiątkowana, komu przyjdzie gasić ogień?

Oczywiście Ukraińcy też ponoszą straty – i to niemałe (choć między bajki można włożyć dzisiejsze wynurzenia putina o 71 tysiącach zabitych na Zaporożu od początku czerwca żołnierzach ZSU). Z piętnastu zaangażowanych dotąd w kontrofensywę brygad, żadna nie utraciła więcej niż 20 proc. personelu (Ukraińcy rotują oddziały co kilka-kilkanaście dni, stąd równomierność strat). Moje dobre źródło w ukraińskiej armii mówi o 13 tysiącach zabitych i rannych od momentu rozpoczęcia kontrofensywy – choć nie mogę się doprosić odpowiedzi na pytanie o relację między liczbą poległych a zranionych. Sporo, ale z drugiej strony pamiętajmy, że kilka tygodni temu padliśmy ofiarą rosyjskiej propagandy i popłochu pośród rodzimych analityków militarnych. Mówiło się wówczas o dziesiątkach utraconych czołgów i bojowych wozów piechoty. Otrzeźwienie przyszło kilkanaście dni temu, dzięki analizie dostępnych danych – wynika z nich, że Ukraińcy bezpowrotnie utracili mniej niż 10 proc. przekazanych im przez Zachód czołgów. Straty wśród BWP-ów były dwukrotnie wyższe, lecz zostały już dawno skompensowane poprzez dostawy kolejnych partii sprzętu. W efekcie, największe ukraińskie jednostki pancerne i zmechanizowane nadal posiadają odpowiednio duży potencjał do przeprowadzenia rajdów na rosyjskie tyły. Wystarczy wybić im korek.

Wybijanie korka to nie tylko pogłębianie wyłomów, to także robota na zapleczu, polegająca na niszczeniu rosyjskiej artylerii i środków transportu. W minionym tygodniu Ukraińcy puścili z dymem aż 250 systemów artyleryjskich rosjan (większość na Zaporożu) – najwięcej od wybuchu wojny. Zniszczono też niemal 300 ciężarówek i cystern – a to wyłącznie zweryfikowane straty. Osłabianie rosjan w tych obszarach trwa już od wielu tygodni, od kilku dni ZSU regularnie biją w najcenniejsze (obok pól minowych) aktywa rosjan. Tylko wczoraj i dziś Ukraińcy opublikowali trzy filmy przedstawiające uderzenia precyzyjnej artylerii rakietowej w stanowiska operatorów lancetów. Drony-kamikadze ostro dały się we znaki armii ukraińskiej, jeśli nagle są tak łatwo niszczone, Ukraińcy musieli zyskać większe możliwości w zakresie rozpoznania rosyjskich terenów przyfrontowych. Ich dronom obserwacyjnym łatwiej się zapuszczać na rosyjskie tyły, co może oznaczać przynajmniej częściowy paraliż wrogich systemów WRE, służących do zakłócania.

A walka trwa…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Ukraińska artyleria/fot. Sztab Generalny ZSU

Sztuka

Jedni orzekli już jej „krach” (tu dominują prorosyjscy aktywiści medialni), innych rozczarowuje jej „mozolny charakter” i „kiepskie perspektywy” (zwłaszcza rodzimych wojennych komentatorów, z których miażdżąca większość wojny na własne oczy nie widziała, ale jest – jak sądzi – „obcykana z teorii”), nieliczni, obstając na gruncie twardego realizmu, ani nie są zaskoczeni, ani nie tracą optymizmu co do dalszego przebiegu ukraińskiej kontrofensywy.

Należę do grupy trzeciej, co zaś się tyczy twardego realizmu – pozwólcie na garść faktów i opartych o nie opinii.

W potocznym wyobrażeniu wojsko ukraińskie postrzegamy już jako „nasze”, zachodnie, co jest skutkiem propagandy i pobożnożyczeniowych wizji. Tymczasem ZSU nie są armią natowską, nie spełniają wielu jej standardów. Ukraińscy dowódcy i żołnierze – wraz z napływem zagranicznego uzbrojenia – adaptują elementy zachodniej sztuki walki do swych „bazowych” umiejętności, których korzenie sięgają armii sowieckiej. W praktyce nie są ani zachodni, ani wschodni. Niedostatki sprzętowe (wciąż stosunkowo ubogi ekosystem militarny) oraz nawyki mentalne trzymają ich w przysłowiowej „połowie drogi”. Szczęśliwie obrońcom sprzyja ich własna kreatywność, dla której nie ma takich kulturowych ograniczeń jak w skostniałej, pionowo ustrukturyzowanej armii rosyjskiej. Brakuje nam przyzwoitej łączności? Korzystamy z satelitarnego internetu. Mamy słabiutkie lotnictwo i niedostatki w artylerii? Masowo korzystamy z komercyjnych dronów do misji rozpoznawczych i ataków samobójczych. Te praktyki kompensacyjne (a jest ich oczywiście dużo więcej), połączone z wyższą motywacją do walki, decydują o wartości ZSU, ale do standardu NATO ich nie przybliżają. De facto, na tym etapie wojny, możemy już śmiało mówić o hybrydowej (a może po prostu ukraińskiej?) sztuce wojowania. I jakkolwiek to poznawczo atrakcyjny wniosek, musi mu towarzyszyć świadomość ograniczeń tej sztuki.

Jest sporo różnic między zachodnim a wschodnim sposobem wojowania, między tym, jak walczy NATO, a jak wojuje armia rosyjska i jej klony. Wynika to z uwarunkowań kulturowych, technologicznych, finansowych – wzajemnie się przenikających i tworzących sieć, której opisanie wykraczałoby poza formułę i objętość tego tekstu. Na potrzeby artykułu wystarczy, byśmy skupili się na kwestii angażowania posiadanych sił, w tym rezerw, w operacje bojowe. W doktrynie wschodniej gros wysiłku skierowana jest na zrównoważenie potencjału przeciwnika wszędzie tam, gdzie istnieją linie styku. Front ma być „stabilny”, nawet jeśli dzieje się to kosztem angażowania kolejnych rezerw. Jeśli tych ostatnich jest wystarczająco dużo, by na którymś odcinku zbudować istotną przewagę (trzy-pięciokrotną), dopiero wówczas możliwe są operacje zaczepne. Ofensywna „ława”, idąca po całej szerokości frontu, możliwa jest zatem dopiero w sytuacji, gdy całość zaangażowanych na teatrze sił będzie odpowiednio liczniejsza od wojsk wroga. Dlatego dla sowieckich planów wojny z NATO tak ważne były masowe armie samego ZSRR, jak i demoludów (dość wspomnieć, że w 1989 roku wojska Układu Warszawskiego dysponowały… pięćdziesięcioma pięcioma tysiącami czołgów).

Przygotowując się do inwazji Ukrainy, rosja właściwego potencjału nie zebrała – brak odpowiednich środków szedł tu w parze z przekonaniem, że „specjalna operacja wojskowa” może mieć charakter interwencji policyjnej, że na Ukraińców to wystarczy. Nie wystarczyło.

Patrząc z perspektywy czasu, możliwości państwa rosyjskiego – które szczytowy zakres osiągnęły jesienią ubiegłego roku – wystarczyły na ustabilizowanie tysiąckilometrowej linii frontu oraz na kilka lokalnych operacji zaczepnych. Tylko jedna z nich, bachmucka, przyniosła sukces – nieistotny operacyjnie, choć ważny propagandowo. Taki obrót sprawy (sposób prowadzenia wojny) wynikał nie tylko z relatywnej słabość rosji, ale i faktu, że Ukraińcy „weszli w buty” rosjan. Wojowali tak jak oni, miażdżącą większość wysiłku wkładając w stabilizację frontu. W zrównoważenie potencjału rosyjskich wojsk na wszystkich liniach styku (co nie zawsze oznaczało wystawianie podobnych liczebnie sił; brygada w obronie to więcej niż brygada w ataku itp.).

Wiosną tego roku Ukraińcy część swoich rezerw wykorzystali do zbudowania lokalnej przewagi na Zaporożu, gdzie rozpoczęli kontrofensywę. Od początku skazaną na to, że nie będzie blitzkriegiem, a żmudną próbą przełamania rosyjskiej obrony na najbardziej obiecującym operacyjnie kierunku – niestety, także silnie bronionym, bo i rosjanie z tego obiecującego charakteru zdawali sobie sprawę. I teraz najważniejsze – mimo wykorzystania zachodniego sprzętu nie była i nie jest to operacja prowadzona w „zachodnim stylu”.

W zachodniej sztuce wojennej nie kładzie się nacisku na zrównoważenie potencjałów wojsk na wszystkich liniach styku. Kierunki nieperspektywiczne bądź uznane za niestwarzające zagrożenia obsadza się wyłącznie w niezbędnym zakresie, gros wojsk kierując na stosunkowo wąski odcinek, wytypowany do przeprowadzenia ofensywy i przełamania. Na wskazanym obszarze uzyskuje się znaczną przewagę, co zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ryzyka? Owszem, są. Pod koniec 1944 roku alianckie dowództwo uznało rejon Ardenów za niestwarzający zagrożenia, w związku z czym nie martwiono się zanadto jego słabym obsadzeniem. Ku zaskoczeniu Eisenhowera i spółki to właśnie stamtąd wyszła niemiecka kontrofensywa. Ale właśnie – było to wtedy, i za takie uznawane jest dziś, ryzyko akceptowalne. Nie z powodu zachodniej nonszalancji, a potencjału. Zachodnia doktryna wojenna zakłada uzyskanie przewagi powietrznej nad dowolnym teatrem działań. To warunek konieczny, nieusuwalny dla jakichkolwiek operacji ofensywnych na lądzie. Jednocześnie zachodnie siły zbrojne konstruowane są tak, by zachowały wysoki wskaźnik mobilności. W połączeniu z możliwościami zwiadowczymi i ściśle wywiadowczymi, znacząco redukuje to ryzyko narażenia się na zaskakujący atak przeciwnika i jego skutki. Bo wrogowi trudno będzie działać w warunkach „mgły wojny” (nieoczekiwanie się zebrać), gdy uderzy, natychmiast spotka się z ripostą lotnictwa i bardzo szybko zetknie z przerzuconymi do zagrożonego obszaru jednostkami aeromobilnymi (nie przypadkiem elitarnymi).

Z tak zabezpieczonymi flankami i tyłami można sobie pozwolić na ofensywny rozmach.

Ukraina takim komfortem nie dysponuje. Do działań na Zaporożu wykorzystano dodatkowe 50 tys. żołnierzy, co ze standardową obsadą tego odcinka frontu daje nie więcej niż 80 tys. ludzi. I nie pozwala nawet na zbudowanie pełnej dwukrotnej przewagi nad rosjanami.

O przewadze w powietrzu w ogóle nie ma mowy, choć na szczęście rosjanie – mimo posiadania odpowiednich aktywów – też nie potrafią jej wywalczyć. Obie strony szachują się „w zamian” ersatz-lotnictwem – dronami – w czym minimalną przewagę (dzięki lepszym możliwościom w zakresie zakłócania) zyskują moskale. Nominalnie Ukraina posiada kilka dużych jednostek aeromobilnych, ale powietrznodesantowe/desantowo-szturmowe są one z nazwy; z braku odpowiedniej floty śmigłowców i samolotów ich żołnierze walczą i przemieszczają się jak zwykła piechota.

Warunkowane w ten sposób pole bitwy wymusza również odpowiednie BHP. Opiniotwórcze media na Zachodzie od jakiegoś czasu powtarzają, że Ukraińcy nie potrafią walczyć z wykorzystaniem większych związków taktycznych. Że niespecjalnie idzie im koordynowanie działań na poziomie brygady, a już zwłaszcza kilku. Tezy te z upodobaniem powtarza (pro)rosyjska propaganda, pewnie dlatego, że rosyjscy generałowie rzeczywiście nie radzą sobie ze sprawnym dowodzeniem kilkoma-kilkunastoma tysiącami żołnierzy. Nie będę trwał przy bezwarunkowej obronie ukraińskiej kadry oficerskiej, gdyż znam wiele jej ograniczeń, tym niemniej na płaskim jak stół Zaporożu trudno działać w ugrupowaniach liczniejszych niż kompania czy batalion (setka-kilka setek ludzi). Bez odpowiednio silnego parasola w powietrzu niezwykle ryzykowne jest przemieszczanie licznych jednostek, a mniejszym oddziałom łatwiej wykorzystać terenowe „bonusy” (skrawek lasu, zabudowania itp.).

Zatem choć cała armia ukraińska jest dwukrotnie większa od rosyjskiej w Ukrainie, jej ubogość wyklucza działania w zachodnim stylu. Tak przynajmniej sądzą ukraińscy dowódcy. Ale to nie podważa sensu zaporoskiej kontrofensywy – i tu dochodzimy do ukraińskich możliwości adaptacyjnych. ZSU bardzo zręcznie – wykorzystując zachodnie środki dalekiego i precyzyjnego rażenia – paraliżuje rosyjską logistykę (w weekend 50 moskali z jednego pododdziału oddało się do niewoli, bo nie mieli co jeść…). Izolowaniu pola walki towarzyszy systematyczna obróbka – także przy udziale wspomnianej zachodniej broni – rosyjskiej artylerii, która na Zaporożu została już niemal zdziesiątkowana. Jednocześnie oddziały lądowe – działające w niewielkich ugrupowaniach szturmowych – powoli, ale systematycznie kruszą rosyjską obronę. Nie mam co do tego jasności, a nie chcę popadać w urzędowy optymizm części mediów, tym niemniej – zdaje się – chyba właśnie mamy do czynienia z przełamaniem pierwszej, najsilniejszej rosyjskiej linii oporu. Dalej nie pójdzie „z górki”, jednak powinno być łatwiej.

No i znów – raczej bez blitzkriegu, chyba że prawdziwe okażą się prasowe spekulacje, zgodnie z którymi gen. Załużny przystał na propozycje dowódców z USA i Wielkiej Brytanii. I przesunął na Zaporoże znacznie większe siły, dotąd trzymane jako straż pożarna, bądź wykorzystywane do pilnowania innych odcinków frontu. W oparciu o dostępne dane nie widzę takiego ruchu jednostek ZSU, ale kampania na Zaporożu ma to do siebie, że jest dobrze zabezpieczona kontrwywiadowczo. I mnóstwo spraw – w tym przemarsze wojsk – dzieją się pod zasłoną „mgły wojny”.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Jakubowi Wojtakajtisowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu i Michałowi Strzelcowi. A także: Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu, Radosławowi Dębcowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Mateuszowi Borysewiczowi, Marcinowi Pędziorowi i Sławkowi Polakowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Kazimierzowi Mitlenerowi, Tomaszowi Jakubowskiemu, Magdalenie Płonce i Kamilowi Zemlakowi.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Nawet po przełamaniu pierwszej linii może nie pójść „z górki”, rosjanie wszak zostawiają po sobie „spaloną ziemię”/fot. własne

Narada

Nie ma to jak dobre wieści – zwłaszcza dwie naraz. Tyle bowiem śmigłowców Ka-52 – jednej z najgroźniejszych broni będącej w dyspozycji rosjan – zestrzelili dziś nad ranem ukraińscy obrońcy. Pierwsza „pięć-dwójka” spadła około godz. 6.00 w okolicach Bachmutu, druga o 7.40 w rejonie Robotyne na Zaporożu. Wartość mienia armii rosyjskiej uszczupliła się tym samym o ponad 30 mln dolarów.

Czy jak kto woli – o 3 mld rubli. Zapewne Wam to nie umknęło, ale na wszelki wypadek odnotuję – rosyjska waluta, mimo rozpaczliwych prób jej obrony, na dobre zakotwiczyła w gronie „śmieciowych pieniędzy”. Rubel jest dziś duuużo słabszy od florina arubiańskiego, azerskiego manata, gruzińskiego lari i bułgarskiego lewa. Ba, bije go na łeb rubel białoruski, ukraińska hrywna czy tadżyckie somoni. Dla porządku dodajmy – gdyby rosjanin chciał kupić złotówkę, zapłaciłby za nią dwadzieścia kilka rubli, kurs franka szwajcarskiego utrzymuje się powyżej 100 rubli, a dolara – po drastycznej interwencji banku centralnego rosji – spadł nieco poniżej 100 rubli. Ot, kolejny dowód glinianych nóg rosyjskiego „niedźwiedzia” i „niedziałających” sankcji.

Ale ja nie o tym.

Załączone zdjęcie powstało przed dwoma dniami, podczas spotkania, do jakiego doszło w sztabie generalnym ukraińskiej armii. Obok gospodarza, gen. Walerego Załużnego, wzięli w nim udział m.in. gen. Christopher Cavoli, Amerykanin, naczelny dowódca sił NATO w Europie, oraz adm. Tony Radakin, szef brytyjskiej armii. Wojskowym towarzyszyli oficerowie niższego szczebla, po stronie ukraińskiej zebrano wszystkich dowódców rodzajów sił zbrojnych (był tam także szef wywiadu wojskowego, gen. Budanow).

A zatem spotkanie na szczycie. Nie pierwsze i pewnie nie ostatnie, ale i tak wyjątkowe. Kijów gościł dotąd wielu najwyższych rangą wojskowych z Zachodu, zwykle jednak byli to przedstawiciele pojedynczych państw. Mnóstwo spotkań odbyło się w formie telekonferencji, publiczne informacje na ich temat sprowadzały się do lakonicznych, wytartych formułek. I tym razem niewiele wiemy o przedmiocie spotkania. Sam gen. Załużny na oficjalnym profilu Sztabu Generalnego ZSU ujmuje to tak: Współpraca wojskowa to kluczowy temat, który został poruszony. Opowiedziałem gościom o sytuacji na linii frontu, o przebiegu naszych operacji ofensywnych i obronnych. Zapoznałem z planami ZSU na najbliższą przyszłość i na dłuższą metę. Rozmawialiśmy o działaniach wroga. (…)”.

Nihil novi i czysta wojskowa dyplomacja, ale czy rzeczywiście (tylko to)? Staram się nie rozbudzać niepotrzebnych nadziei, zwłaszcza gdy nie mogę ujawnić źródeł własnych informacji. Tym razem jednak postąpię inaczej, choć z konieczności bez podawania szczegółów. Coś się szykuje, coś poważniejszego. Uzgodnionego z NATO, dopiętego w ostatnich dniach. „Myślę, że będziesz zaskoczony” – pisał mi kilka dni temu jeden z ukraińskich analityków militarnych. Świetnie poinformowany, o czym nie raz już się przekonałem. Podobne słowa padły z jego ust podczas rozmowy sprzed mniej więcej roku. Kilkanaście dni później – gdy uwaga obserwatorów skupiona była na południu kraju – ruszyła ukraińska kontrofensywa w charkowszczyźnie…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Wspomniane spotkanie na szczycie/fot. Sztab Generalny ZSU