Miny

W czerwcu 2023 roku świat zachodni z zapartym tchem obserwował pierwsze akty ukraińskiej kontrofensywy w obwodzie zaporoskim. W mediach co rusz pojawiały się obrazy nowoczesnych czołgów Leopard 2 i bojowych wozów Bradley, które – jak wierzono – przesądzą o sukcesie Ukrainy. Tymczasem „cudowna broń” nie zadziałała – natarcie szybko wytraciło impet na archaicznej zdawałoby się przeszkodzie – minach.

Nie chodziło o pojedyncze pola minowe, ale o wielowarstwowe pasy zapór inżynieryjnych, ciągnące się kilometrami. Zbudowano je wedle zasad rzekomo przebrzmiałej sztuki. Najpierw miny przeciwpancerne, za nimi przeciwpiechotne. Dalej rowy przeciwczołgowe, betonowe „zęby smoka”, kolejne pola minowe. A nad tym wszystkim czuwała artyleria, wzmocniona nowoczesnymi elementami, takimi jak drony i przeciwpancerne pociski kierowane, gotowe razić każdy pojazd, który zwolnił lub utknął.

To była brutalna lekcja: w wojnie pozycyjnej XXI wieku zapory inżynieryjne znów stały się jednym z najważniejszych narzędzi obrony. Jeśli ktoś po Zaporożu wciąż uważa, że miny to relikt, powinien jeszcze raz obejrzeć nagrania płonących wozów bojowych stojących w wąskim, rozminowanym korytarzu. I przyjrzeć się nagranym szturmom ukraińskiej piechoty, która po opuszczeniu transporterów co rusz natykała się na zakopane pułapki. Z tych dramatycznych relacji da się wywieść tylko jeden wniosek – miny nie były dodatkiem do rosyjskiej obrony, były jej fundamentem.

—–

W niektórych rejonach obwodu zaporoskiego gęstość rozstawionych przez rosjan min należała do najwyższych od czasów II wojny światowej. Pierwsza linia zapór nie miała zatrzymać „na zawsze” – jej zadaniem było zmuszenie Ukraińców do rozwinięcia pododdziałów inżynieryjnych, do użycia trałów, ładunków wydłużonych, do tworzenia wąskich przejść. Każdy taki korytarz stawał się automatycznie „lejkiem ognia” – przeciwnik rosjan wjeżdżał w przestrzeń doskonale rozpoznaną przez drony i pokrytą artylerią. I stawał się łatwym celem.

Co więcej, gdy Ukraińcy próbowali wykorzystać powstały wyłom, rosjanie sięgali po minowanie narzutowe – z artylerii lub systemów zdalnego stawiania zapór. Nowe miny spadały w rejon przełamania, zamykając korytarz, dezorganizując natarcie, zmuszając do ponownego rozminowywania pod ostrzałem. I tak „w kółko Macieju”. W efekcie nawet niewielkie przesunięcia linii frontu okupione były ciężkimi stratami – ludzi i sprzętu. Nie dlatego, że Zachód „nie dał dość broni”. Dlatego, że bez przełamania zapór inżynieryjnych żadna armia nie jest w stanie rozwinąć manewru.

I to właśnie jest istota pola minowego w nowoczesnej wojnie: ma ono odbierać przeciwnikowi tempo. A armia, która traci tempo, traci inicjatywę i z czasem przegrywa.

—–

W debacie publicznej miny – zwłaszcza przeciwpiechotne – przedstawia się często jako broń ślepą, prymitywną i wymykającą się spod kontroli. Problem polega na tym, że tak mówi się o minach w oderwaniu od kontekstu wojskowego. W rzeczywistości pole minowe to nie jest rozsypany chaotycznie materiał wybuchowy. To element systemu walki, sprzężony z rozpoznaniem, ogniem artylerii, bronią przeciwpancerną i odwodami manewrowymi.

W warunkach obrony własnego terytorium miny kupują czas – na mobilizację, na przerzut odwodów, na rozwinięcie artylerii dalekiego zasięgu, wreszcie czas na wejście do walki sojuszniczych sił wsparcia.

Bez zapór inżynieryjnych obrona zamienia się w ciągłe cofanie. Z zaporami – staje się walką o każdy kilometr, w której atakujący płaci za każdy metr postępu.

Dlatego miny nie są „bronią agresji”. Są klasycznym narzędziem obrony terytorium. Państwo, które rezygnuje z nich dobrowolnie, rezygnuje z jednej z najtańszych i najskuteczniejszych metod zatrzymania wroga.

I właśnie dlatego decyzja Polski o opuszczeniu Konwencji Ottawskiej – zakazującej użycia min przeciwpiechotnych – nie jest politycznym kaprysem. Jest dostosowaniem się do realiów wojny z przeciwnikiem, który będzie chciał nas zalać masą sprzętu i ludzi.

(…).

—–

A co z argumentami humanitarnymi? Przecież miny przeciwpiechotne zabijają także po wojnie, głównie cywilów. Dość spojrzeć na doświadczenia Afganistanu czy Bałkanów, by zrozumieć skalę problemu.

To prawda. Klasyczne miny z lat 70. i 80. pozostawały aktywne przez dekady. Były tanie, masowe i często stawiane bez dokładnej ewidencji. Po zakończeniu konfliktu stawały się cichym zagrożeniem dla ludności cywilnej.

Ale z tego nie wynika, że każde użycie min jest moralnie i strategicznie równoważne.

Po pierwsze – Polska nie planuje minować cudzych terytoriów ani prowadzić wojny ekspedycyjnej. Mowa o obronie własnego państwa, na własnym obszarze, w warunkach pełnej kontroli nad systemem minowania.

Po drugie – współczesne systemy minowe różnią się od konstrukcji sprzed pół wieku. Miny mogą być wyposażone w mechanizmy autodestrukcji lub autodezaktywacji po określonym czasie. Mogą być stawiane w sposób ewidencjonowany, z cyfrowym rejestrem lokalizacji. Mogą być integrowane z systemami zdalnego stawiania zapór, co pozwala kontrolować czas i miejsce ich aktywności.

To nie jest „rozsypywanie” materiałów wybuchowych. To element zarządzania przestrzenią walki.

Po trzecie – warto postawić pytanie, które rzadko pada w debacie publicznej: jaka jest alternatywa?

Brak zapór oznacza szybsze przełamanie obrony, czyli walki w gęsto zaludnionych obszarach. A wojna w miastach generuje wielokrotnie większe straty cywilne niż kontrolowane pole minowe na przedpolu. Widzieliśmy to w Mariupolu, Bachmucie, Awdijiwce. Zniszczone kwartały, tysiące zabitych, infrastruktura obrócona w ruinę. Jeśli miny mają zatrzymać przeciwnika kilkanaście czy kilkadziesiąt kilometrów od dużych ośrodków miejskich, to paradoksalnie mogą ograniczyć skalę zniszczeń.

Humanitaryzm nie polega na rozbrajaniu się jednostronnie wobec agresora. Polega na takim przygotowaniu obrony, by wojna – jeśli przyjdzie – była jak najkrótsza i toczyła się jak najdalej od cywilnych centrów życia.

(…).

I owszem, miny nie są bronią „ładną”. Ale wojna obronna nie jest konkursem estetyki, a walką o przetrwanie państwa. Zaś państwo, które rezygnuje z narzędzi realnie zwiększających jego szanse na przetrwanie, nie jest bardziej moralne. Jest bardziej bezbronne…

Ten tekst, w obszerniejszej wersji, opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do całości materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Oznakowane pole minowe w Ukrainie, w okolicach miasta Izjum. To pozostałość po rosjanach, która latem 2024 roku czekała na uprzątnięcie/fot. własne

Cel?

Gdy zastanawiamy się nad powodami klęski ukraińskiej kontrofensywy z lata 2023 roku, pierwsze, co przychodzi do głowy, to linia surowikina. System umocnień i pól minowych, wybudowanych na Zaporożu z inicjatywy gen. siergieja surowikina, przez kilka miesięcy głównodowodzącego wojskami rosyjskimi w Ukrainie. Faktem jest, że miny i bunkry miały niebagatelny wkład w zatrzymanie ukraińskich ataków, ale nie mniej istotna była rola, jaką odegrał gen. iwan popow, stojący na czele 58. Armii.

Ten młody, obdarzony charyzmą i niebojący się podejmować decyzji oficer zręcznie dowodził rosyjską obroną na kluczowym odcinku. Radził sobie mimo niedostatków ludzi, wyposażenia, amunicji, prowiantu, a nawet wody. Dopóki nie został zdymisjonowany.

Teraz wraca na front, choć w zupełnie innej roli…

—–

O powrocie popowa donosi rosyjski Kommiersant. „Podejrzany o oszustwo na dużą skalę, były dowódca 58. Armii, podpisał kontrakt z Ministerstwem Obrony”, czytamy. Wedle źródeł redakcji, oficer ma wyjechać do Ukrainy nie jako dowódca dużego związku operacyjnego – popow poprowadzi jeden z oddziałów Szturm-Z, a te liczą zwykle po 100-150 żołnierzy. Dla generała, który dowodził kilkudziesięcioma tysiącami ludźmi, to degradacja i zniewaga. Ale też należy podkreślić, że popow gotów był wrócić na wojnę choćby w roli zwykłego żołnierza.

Generał został zatrzymany w maju 2024 roku pod zarzutem udziału w kradzieży 1700 ton metalu przeznaczonego do budowy fortyfikacji na Zaporożu – i od tego czasu siedział w areszcie. Tam domagał się zawieszenia postępowania i zwolnienia, podkreślając, że nie chce wracać na front. Tuż po osadzeniu wysłał otwarty list do putina, w którym stwierdził, że zawsze był „lojalnym żołnierzem” i poprosił o pozwolenie na powrót do służby wojskowej. Prezydent rosji najwyraźniej przychylił się do tej prośby – i uczynił to w iście stalinowski sposób. Oddziały Szturm-Z jak żywo bowiem przypominają karne kompanie i bataliony armii czerwonej z czasów II wojny światowej. Ich skład w dużej mierze tworzą wszelkiej maści skazańcy – od zwykłych kryminalistów, po mających problemy z dyscypliną (bądź za takich uważanych…) oficerów i żołnierzy.

W realiach rosyjsko-ukraińskiej wojny oddziały Szturm-Z operują na najniebezpieczniejszych odcinkach frontu, są niedostatecznie wyposażone, a ich podstawowym zadaniem jest skupianie ognia przeciwnika. Skupianie na sobie, podkreślmy, w trakcie mało wyrafinowanych manewrów, nazywanych „mięsnymi szturmami”. Z dostępnych i szczątkowych statystyk wynika, że jednostki Szturm-Z mają straty kilkukrotnie wyższe od innych formacji regularnej armii. Nikt się tym jednak nie przejmuje, wszak ich członkowie uważani są za żołnierzy o niższej wartości. Identycznie było ze „sztrafnikami”, służącymi w stalinowskich batalionach karnych. Gdzie często trafiali zupełnie przyzwoicie ludzie i żołnierze, na których wcześniej „znaleziono paragraf”.

—–

Zdaje się, że iwan popow, własną historią, i w tym zakresie powiela stare schematy. Zwolniono go ze stanowiska w lipcu 2023 roku po tym, jak ominął szefa sztabu generalnego sił zbrojnych rosji gen. walerija gierasimowa i próbował bezpośrednio odwołać się do Kremla w sprawie złych warunków na polu bitwy. Wskazywał m.in. na pilną konieczność zluzowania walczących od początku czerwca (od momentu rozpoczęcia ukraińskiej kontrofensywy), i już wcześniej przez wiele miesięcy nierotowanych, żołnierzy 58. Armii. W tamtym czasie Ukraińcy raportowali, że jakkolwiek rosjanie wykazują się w walce ogromną determinacją, duża część pojmanych na Zaporożu jeńców była wycieńczona. Głodna, spragniona i schorowana (ukraińskie służby medyczne odnotowały pośród nich liczne przypadki cholery i czerwonki).

Z takim wojskiem nawet najbardziej utalentowany dowódca długo nie powalczy, co popow sygnalizował najpierw bezpośrednim przełożonym. Gdy ci go wielokrotnie zbyli, generał „uderzył” do putina.

– Nie miałem prawa kłamać – mówił w oświadczeniu udostępnionym na Telegramie przez  andrieja gurulowa, wpływowego rosyjskiego parlamentarzystę. Wydanym, gdy dymisja ze stanowiska dowódcy 58. Armii stała się faktem. Generał oskarżył wówczas o zdradę państwa ówczesnego ministra obrony rosji siergieja szojgu. Zapewniał, że nakreślił najwyższemu dowództwu wszystkie problematyczne kwestie w rosyjskiej armii „dotyczące pracy bojowej i zaopatrzenia” podczas inwazji na Ukrainę i walk w obwodzie zaporoskim. Twierdził, że zwracał uwagę sztabowi generalnemu na brak zdolności przeciwpancernych, brak stanowisk rozpoznania artyleryjskiego oraz na masowe zgony i obrażenia „naszych braci od artylerii wroga”. – W związku z tym co przekazałem, wyżsi dowódcy najwyraźniej wyczuli we mnie jakieś niebezpieczeństwo i szybko, w ciągu jednego dnia, wymyślili rozkaz; minister obrony go podpisał i się mnie pozbył – żalił się popow. I dodał: – Nasza armia powstrzymała frontalne ataki Sił Zbrojnych Ukrainy, ale zostaliśmy uderzeni od tyłu przez wyższe kierownictwo. Zdradziecko i podstępnie dekapitujące armię w najtrudniejszym i najbardziej napiętym momencie – mówił, sugerując, że taką ocenę sytuacji podziela „wielu dowódców pułków i dywizji”.

—–

W takich okolicznościach popow wrócił do rosji, a niespełna rok później „przyklepano” mu zarzut kradzieży. Czy rzeczywiście się jej dopuścił? Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego. Cały sektor zbrojeniowy i obronny rosji to prawdziwe przestępcze królestwo. Rozległe działania wojenne w Ukrainie szybko to unaoczniły. Skalę fikcyjnych modernizacji i remontów dało się jakoś ukryć przy okazji konfliktu z maleńką Gruzją czy islamskimi fundamentalistami w Syrii – ale nie w obliczu starcia z dużą europejską armią. Nie czas i miejsce na rozważania o tym, skąd bierze się status rosji jako jednego z najbardziej skorumpowanych krajów świata. Na potrzeby tego tekstu wystarczy stwierdzenie, że zjawisko to wprost przełożyło się na obniżoną wartość bojową armii. Kradli generałowie, kradli właściciele i dyrektorzy fabryk, w mniejszym zakresie, ale za to liczniej okradali armię niżsi rangą wojskowi oraz pracownicy przemysłu. Zdaniem Ilji Szumanowa, szefa Transparency International Russia (organizacji uznanej za wrogą przez putina), premie korupcyjne w sektorze wojskowym przed inwazją na Ukrainę sięgały nawet 80 proc. wartości kontraktów.

Dlaczego nikt z tym nic nie robił? Bo kradli „wszyscy”, a udział w zyskach był nagrodą za wierność. Karano co najwyżej „kozły ofiarne” – pod publikę, by tworzyć pozór praworządności – lub „niepokornych”, którzy tej „brudnej wspólnocie” podpadli. Piszę w czasie przeszłym, ale ten mechanizm sprawowania władzy funkcjonuje w rosji do dziś. Niewykluczone, że zupełnie niewinny, a „gadatliwy”, iwan popow padł jego ofiarą.

Co na wczesny etapie tej sprawy mogło mu uratować życie. Generał został zdjęty ze stanowiska 11 lipca 2023 roku. Wcześniej regularnie krążył między zasadniczym a zapasowym stanowiskiem dowodzenia 58. Armii. Te ostatnie zlokalizowane było w hotelu Diuna pod Berdiańskiem – tego właśnie dnia trafionym przez co najmniej trzy rakiety Storm Shadow. Ukraińcy wiedzieli, w co strzelają. Nie dopadli popowa (choć zginął wtedy wyznaczony na jego następcę gen. oleg cokow oraz wielu innych oficerów), a bardzo chcieli, bo dał im się we znaki. Czy jako dowódca „kompanii samobójców” również będzie dla nich wysokowartościowym celem?

—–

Szanowni, by móc kontynuować swój ukraiński raport, potrzebuję także Waszego wsparcia. Okresowo bywa z tym krucho, marzec był właśnie takim miesiącem. Pomożecie w kwietniu? Polecam uwadze przyciski poniżej i nisko się kłaniam wszystkim „Kawoszom” i Subskrybentom!

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. iwan popo/fot. MOFR

Ten tekst, w nieco obszerniejszym wydaniu, opublikowałem w portalu TVP.Info.

Rozgrywka

Co dalej z ukraińską operacją wojskową w rosyjskim obwodzie kurskim? „Nie potrzebujemy tej ziemi. Nie chcemy tam wprowadzać naszego stylu życia”, mówił kilka dni temu w wywiadzie dla amerykańskiej telewizji NBC Wołodymyr Zełenski. Zarazem ze słów prezydenta Ukrainy wynikało, że Kijów planuje utrzymać okupowane obszary bezterminowo, jako kartę przetargową w negocjacjach z Moskwą. Zełenski nie odpowiedział na pytanie, czy Ukraina zamierza zajmować kolejne terytoria rosji. Stwierdził za to, że „kluczem do zwycięstwa jest zaskoczenie przeciwnika”. Tylko czy ktoś tu kogoś może jeszcze zaskoczyć? I jak?

Po sześciu tygodniach operacji Siły Zbrojne Ukrainy (ZSU) kontrolują 1,5 tys. kilometrów kwadratowych obwodu kurskiego. Największe postępy notowano przez pierwsze dziesięć dni działań, później tempo ukraińskiego natarcia zdecydowanie osłabło. A od początku września właściwie mówimy już o symbolicznych zdobyczach, ba, rosjanom udało się w weekend odbić fragment jednej z osad.

W międzyczasie rosyjski kontyngent na zagrożonym kierunku wzrósł z niemal 10 do ponad 40 tys. ludzi, znacząco zwiększyła się również liczba sprzętu ciężkiego. I wciąż do przygranicznego regionu docierają kolejni żołnierze i uzbrojenie. Można by zatem uznać, że to reakcje armii putina wyhamowały ukraińskie postępy, lecz taka konkluzja to tylko część prawdy.

—–

Dziś bowiem widać już wyraźnie samoograniczający się charakter ukraińskiej kontrofensywy. Pozwólcie, że ujmę rzecz obrazowo: pyton może połknąć świnię, ale słonia już nie. Ukraińcy mogliby wyszarpać większe zdobycze, lecz najpewniej nie byliby w stanie ich „strawić” (lub wiązałoby się to ze zbyt dużymi kosztami). Gdy piszę o „trawieniu”, mam na myśli całe spektrum działań: od skutecznej obrony zajętego terytorium, w tym przestrzeni powietrznej, po zapewnienie sobie (ale i miejscowej ludności) wydolnej logistyki i zaopatrzenia. Obecnie wszystkie te aktywności i wymogi są realizowane: wojsko ukraińskie w rosji trzyma pozycje, bez większych problemów rotuje oddziały, ewakuuje rannych i uszkodzony sprzęt. Obok dostaw jedzenia, paliw i amunicji na miejsce docierają także konwoje humanitarne, które zaspakajają podstawowe potrzeby cywilów.

A teraz spójrzmy szerzej – rosyjska ofensywa na Pokrowsk w Donbasie, wywołująca wielkie zaniepokojenie u sojuszników i sympatyków Ukrainy, wyraźnie straciła impet. W tym rejonie rosjanie od kilku dni nie notują większych awansów – zgromadzone oddziały są zbyt wyczerpane walką, prośby, by je zluzować, spotykają się z odmową naczelnego dowództwa.

Definitywnie „przysechł” front na Zaporożu; nie dalej jak w lipcu część analityków wieszczyła, że rosjanie przejdą tam do ofensywy nim upłynie lato. Dziś jasnym jest, że atakować nie byłoby czym – na Zaporożu nie ma znaczących rosyjskich rezerw. Kierunkowi najwyraźniej przypisano pomocniczą rolę, jako tej części teatru działań, która absorbuje spore zgrupowanie ukraińskiej armii.

Jednocześnie dochodzą wieści, że w miniony weekend z Białorusi wyjechały ostatnie liniowe formacje rosyjskiego wojska i na miejscu pozostali tylko logistycy. Czyli Kreml zgarnia i zabezpiecza odwody skąd i gdzie się da; niektóre nadal są w Ukrainie, inne trafiają pod Kursk. Nie trzeba wielkiej wnikliwości, by przewidzieć, że rosjanie szykują się do rekonkwisty.

—–

Warto w tym miejscu odnieść się do rzekomo „przestrzelonych” ukraińskich założeń, jakie stały za operacją kurską. Wiemy już, że nade wszystko chodziło o czynnik polityczny – wspomnianą przez Zełenskiego kartę przetargową. Nadal trudno przesądzać o (nie)trafności koncepcji „ziemia za ziemię”; wszystko zależy od tego, czy Ukraińcy zdołają się w obwodzie kurskim utrzymać („dowiozą” tę zdobycz do zawieszenia broni).

Nie można jednak mieć wątpliwości, że utrata kontroli nad własnym terytorium jest dla Kremla nie do zaakceptowania. W oczach obywateli odbiera władzy atut sprawczości, obnaża jej słabość, niszczy wizerunek imperialnej siły państwa – wszystko, na czym osadza się legitymizacja reżimu. Zatem putin zrobi wiele, by Ukraińców wyrzucić z rosji. Zapewne sięgnąłby po broń jądrową, ale wtedy skazałby się na wściekłość Chin, które dały do zrozumienia, że nie życzą sobie takich rozwiązań. Tymczasem bez chińskiej kroplówki rosyjskiej gospodarki nie ma. Kreml skazany jest więc na rozstrzygnięcia konwencjonalne – stąd wspomniana koncentracja, której efektem będą działania cechujące się ogromną determinacją.

Krytycy operacji kurskiej podkreślali, że nie spowodowała ona znaczącego odpływu rosyjskich wojsk z innych odcinków frontu – na co zapewne liczono w ukraińskim dowództwie. Istotnie, na początku mieliśmy do czynienia z niewielką rotacją, która objęła głównie jednostki odwodowe i to gorszej jakości. Elitarnych formacji zrotowano niewiele, po prawdzie, nadal nie stanowią one istoty zgrupowania kurskiego. Jako się rzekło, większego niż przed miesiącem, lecz wciąż w dużej mierze byle jakiego. Ale taki stan rzeczy nie oznacza, że rosjanie nie zamierzają w najbliższym czasie uderzać pod Kurskiem.

—–

By wyjaśnić ów pozorny paradoks sięgnijmy do przeszłości. Armia sowiecka nie słynęła z kunsztu – cele osiągała masą. W ataku sprowadzało się to do uporczywego zmiękczania przeciwnika co rusz następującymi szturmami. „Mięsnymi”, jak zwykło się o nich mówić. Dopiero po takim przygotowaniu do akcji wchodziły lepsze, gwardyjskie jednostki – i idąc po stosach własnych trupów przełamywały pozycje wyczerpanego wroga.

Kilkadziesiąt lat później nic się nie zmieniło – armia rosyjska nadal stosuje synergię masy i brutalności. Dwie trzecie jej stanu to jednostki „na przemiał”, pozbawione przyzwoitego wyszkolenia, zgrania, a często i podstawowego wyposażenia. Obiektywnie patrząc, niegotowe do walki, ale dowodzone przez ludzi gotowych je pod ogień wysłać. Ta „mięsna pulpa” to nieodzowny element rosyjskich działań ofensywnych. To ona rusza pierwsza, to jej rotacje, nie zaś elitarnych spadochroniarzy, znamionują rosyjskie przygotowania. To tej „pulpy” właśnie zaczyna brakować pod Pokrowskiem, a przybywa pod Kurskiem.

Przyrównując ich działania do zabiegów kulturysty, rosjanie najpierw budują masę, a potem siłę. Jak tych atutów użyją? Możliwe są dwa scenariusze: po pierwsze, potężnego ataku z jednoczesnym wykorzystaniem możliwie największej części kurskiego zgrupowania, by załatwić sprawę jak najszybciej, po drugie, operacji rozłożonej w czasie, jednorazowo prowadzonej mniejszymi siłami. W obu przypadkach bez liczenia się ze stratami własnymi. Przypomnijmy, putin wyznaczył armii termin do 1 października, zostało więc raptem kilkanaście dni. Z drugiej strony, nawet „rozdrobniona” operacja nie musi być długotrwała, wszak mówimy o relatywnie niewielkim obszarze.

Jednak inicjatywa wcale nie musi należeć do rosjan (nawet gdy ci już ruszą). Pisałem o samoograniczającym się charakterze ukraińskiej operacji i zakładam, że nic się tu nie zmieni, że Ukraińcy nie będą próbowali rozszerzać przyczółku. Ale może uderzą gdzie indziej? Może w całym tym „kurskim przedsięwzięciu” nie chodzi o ziemię na wymianę, a o odciągnięcie uwagi rosjan? Raz już – latem 2022 roku – taki manewr Ukraińcom się powiódł. Markując uderzenia na Chersońszczyźnie (które dopiero później przybrały postać zasadniczej kontrofensywy) zmusili Moskwę do przerzucenia wielu jednostek z północy na południe. A potem weszli w „próżnię” i wyzwolili Charkowszczyznę.

Brzmi jak „war-fiction”? A jak przed 6 sierpnia brzmiały rozważania o „przeniesieniu wojny na terytorium rosji”?

Ps. W ostatnich godzinach pojawiły się pierwsze doniesienia o poważnych rosyjskich kontratakach w obwodzie kurskim.

—–

Dziękuję za lekturę! Jeśli tekst Wam się spodobał, udostępniajcie go proszę.

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Skalskiemu, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Jakubowi Wojtakajtisowi i Joannie Marciniak. A także: Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Pawłowi Krawczykowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Rucińskiemu, Annie Sierańskiej, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie, Grzegorzowi Dąbrowskiemu i Arturowi Żakowi.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatnich ośmiu dni: Czytelniczce Julce i Grzegorzowi Lenzkowskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Ukraińska artyleria, zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Tekst, w nieco innej formie, ukazał się w portalu Interia.pl

Jesień

Operacja Sił Zbrojnych Ukrainy (ZSU) w obwodzie kurskim zaskoczyła nie tylko rosjan, ale też analityków militarnych. Do 6 sierpnia wydawało się, że armia ukraińska nie jest zdolna do przeprowadzenia nawet ograniczonych działań zaczepnych na lądzie (co innego w powietrzu; tu dronowa ofensywa Ukraińców trwa od miesięcy i, mam wrażenie, dopiero się rozkręca…). Tymczasem ZSU nie dość, że uderzyły, to jeszcze przeniosły konflikt na terytorium rosyjskie – jak na razie odnosząc spore sukcesy. Ta sytuacja dobrze ilustruje podstawowy problem w zakresie prognozowania przebiegu wojny: fakt, iż pewnych rzeczy nie da się przewidzieć, jako obserwatorzy mamy bowiem dostęp do ograniczonej ilości informacji. Stąd też wariantowy charakter i umowność rozważań podjętych w tekście, w którym staram się odpowiedzieć na pytanie: co przyniesie jesień na rosyjsko-ukraińskim  froncie?

Z konieczności pozwolę sobie na skrótowość, a dla zachowania porządku wywodu podzielę scenariusze na trzy kategorie. Zacznę od wariantu optymistycznego, by przejść do umiarkowanego, a na końcu pesymistycznego, patrząc z ukraińskiej perspektywy.

I jeszcze jedna uwaga odnosząca się do skutków „mgły wojny”. Gdybym ten tekst przygotowywał przed 6 sierpnia, wyglądałby on zupełnie inaczej. Przeniesienie wojny do rosji zmieniło punkt wyjścia do rozważań. To na terenie obwodu kurskiego – jakkolwiek wciąż mamy tam do czynienia z ograniczoną operacją ZSU – dzieją się dziś najważniejsze wydarzenia. Trzy tygodnie temu nikomu nie przyszłoby to do głowy…

—–

Dziś wiemy już, że Ukraińcy „schomikowali” niemałe rezerwy, z których część użyto w operacji kurskiej. Nie możemy wykluczyć, że ten potencjał jest istotnie większy – i że zostanie użyty w czymś, o czym pisałem w minionym tygodniu, mianowicie w „operacji kurskiej na sterydach”. Prowadzonej większymi siłami i na rozleglejszym obszarze (na przykład w sąsiednich obwodach briańskim i biełgorodzkim).

Otwartym pozostaje pytanie, jak na przeniesienie i kontunuowanie wojny na terytorium rosji zapatruje się Zachód. Zdaje się, że jednym z efektów działań na kierunku kurskim jest rosnące przekonanie o rosyjskich blefach dotyczących „nieprzekraczalnych czerwonych linii”. Innymi słowy, sojusznicy Kijowa coraz mniej obawiają się „eskalacji”. Na razie nic z tego nie wynika, ale skoro jesteśmy na gruncie scenariusza optymistycznego, załóżmy, że wkrótce nastąpi intensyfikacja pomocy zbrojnej. I Kijów uzyska zgodę na korzystanie z dostarczonego sprzętu bez żadnych ograniczeń.

Co by to oznaczało (i dlaczego), pisałem w piątek. Dla zwieńczenia wątku poprzestanę na stwierdzeniu, że dla gnijącego państwa rosyjskiego, z jego biernym społeczeństwem, zapewne byłby to nokautujący cios, skutkujący kaskadowym zawaleniem się putinowskiego reżimu. Ukraińcy mogliby odnieść upragnione zwycięstwo i dogadać pokój z następcami putina – jeszcze przed nastaniem zimy.

—–

Wróćmy na grunt teraźniejszości i znanych nam realiów, czyli ograniczonego ukraińskiego zaangażowania w rosji.

Natarcie ZSU w obwodzie kurskim zwolniło, ale Ukraińcy nadal odnoszą sukcesy i nie będzie nadużyciem założenie, że ich skala w końcu zmusi Kreml do radykalnych cięć kontyngentu stacjonującego w Ukrainie. Przypomnijmy, obecnie jest to 540 tys. żołnierzy, niemal połowa całej putinowskiej armii i ponad 80 proc. wojsk lądowych federacji. Z tych ponad pół miliona ludzi około 300 tys. stanowią żołnierze formacji bojowych. Co trzeci z nich wróci do rosji, jeśli w ciągu najbliższych dwóch-trzech tygodni Ukraińcy w obwodzie kurskim nie zostaną zatrzymani i zmuszeni do przejścia do obrony. Jak donosi w swym najnowszym raporcie amerykański Instytut Studiów nad Wojną, proces przerzucania jednostek z priorytetowych odcinków frontu pod Kursk właśnie zaczął się na dobre.

Istotny odpływ sił i środków dałby ZSU sposobność do przeprowadzenia działań zaczepnych, których celem byłoby wyzwolenie rdzennych ukraińskich terytoriów. Pamiętajmy jednak, że rosjanie bardzo mocno „wgryźli się w ziemię” na okupowanych terenach – skutki tego widzieliśmy podczas zeszłorocznej, nieudanej ukraińskiej kontrofensywy na Zaporożu. Dziś fortyfikacji jest więcej, są bardziej rozbudowane, głębiej urzutowane; zarazem konstruowane w taki sposób, by ich utrzymanie nie wiązało zbyt dużych sił. Mówiąc wprost, warto założyć, że rosjanie mogliby relatywnie długo realizować dwa zadania na raz – bronić zdobyczy w Ukrainie i wojskami wycofanymi znad Dniepru próbować odzyskiwać utracone terytoria w rosji.

Zwłaszcza ten drugi rodzaj zaangażowania sił zbrojnych federacji byłby istotą scenariusza umiarkowanego. Nawet jeśli przeniesieniu ciężaru wojny do kraju agresora na okres wielu tygodni, może miesięcy, nie towarzyszyłyby działania zaczepne Ukraińców „u siebie” (bo armia ukraińska może nie mieć odpowiednich zasobów), sumarycznie byłaby to sytuacja dla Kijowa korzystna. Przejście rosjan na całym ukraińskim froncie w tryb obrony dałoby oddech ZSU, pozwoliło lepiej przygotować własne fortyfikacje na Zaporożu i w Donbasie. Miałoby to kluczowe znacznie, gdyby zdarzenia zaczęłyby układać się po myśli rosjan i ci byliby w stanie zrobić to, co robili do tej pory – zimą przejść do ofensywy.

—–

Jej skutki zależałyby od wielu zmiennych, także geopolitycznych, jak na przykład wynik wyborów prezydenckich w USA. Ewentualna wolta Ameryki z pewnością wpłynęłaby na kondycję armii ukraińskiej, która istotną część swojej technicznej przewagi nad wojskami putina buduje w oparciu o sprzęt zza oceanu. Nie wybiegajmy jednak tak daleko w przyszłość (wybory w Stanach są co prawda w listopadzie, ale nowy prezydent obejmie urząd dopiero w styczniu przyszłego roku) – niekorzystne dla Ukrainy wydarzenia mogą zdarzyć się wcześniej. To one składają się na scenariusz pesymistyczny.

Załóżmy, że rosjanie najpierw wyhamowują, a następnie w szybkim tempie (kilku tygodni) wyrzucają Ukraińców z obwodu kurskiego. Zarazem udaje im się przełamać ukraińską obronę w Donbasie i podchodzą pod ostatnie w obwodzie donieckim, symbolicznie niezwykle ważne rubieże w Kramatorsku i Słowiańsku. Przystępują do prób zajęcia metropolii, czemu towarzyszy wzmożona kampania lotniczo-rakietowa, podjęta z intencją „dobicia” ukraińskiej energetyki przed zimą. Dzisiejszy poranny atak dronowo-rakietowy – wymierzony przede wszystkim w podstacje energetyczne na obrzeżach kilku dużych miast – można chyba uznać za wstęp do takich działań.

Nietrudno sobie wyobrazić, że i bez zabiegów rosyjskiej propagandy (jej dezinformujących i demotywujących „wrzutek” do ukraińskiego obiegu informacyjnego), nad Dnieprem siadłyby nastroje. Zapewne bardziej niż po klęsce na Zaporożu. Objawiliby się „mądrzy”, którzy „od początku wiedzieli”, że operacja kurska to „błąd, marnowanie potencjału, osłabianie kluczowych linii obronnych” – i że „oto mamy teraz skutki”. Sądząc po kondycji ukraińskiej klasy politycznej, znów pojawiłaby się presja na czystki w armii. Gdyby do nich doszło, personalny chaos dodatkowo osłabiłby ZSU.

Pogoda – chłodna jesień – w obliczu dramatycznych niedostatków energii przyniosłaby kolejny uchodźczy exodus. Nie sądzę, by to wszystko przełożyło się na spektakularne załamanie ukraińskiej operacji obronnej, ale przestrzeń dla zgniłych kompromisów z pewnością by się powiększyła. „Po co nam to wszystko?”, pytaliby samych siebie Ukraińcy, wątpiąc w sens dalszej walki. „Po co wam to wszystko?”, takie głosy dałoby się też słyszeć z ust sojuszników. No i rzecz jasna z Moskwy…

—–

Dziękuję za lekturę! Jeśli tekst Wam się spodobał, udostępniajcie go proszę.

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Jakubowi Wojtakajtisowi i Joannie Marciniak. A także: Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Pawłowi Krawczykowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Rucińskiemu, Annie Sierańskiej, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie, Grzegorzowi Dąbrowskiemu i Arturowi Żakowi.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Czytelniczce Piotrowi Słojewskiemu, Adamowi Andrzejowi Jaworskiemu i Czytelnikowi o pseudonimie Malagowy.

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Zdjęcie ilustracyjne, ukraińska wyrzutnia Grad ostrzeliwująca rosyjskie pozycje…/fot. SzG ZSU

Tekst, w nieco innej formie, ukazał się w portalu Interia.pl

Kontra?

Ukraińcy zrobili dziś rano rosyjskiej OPL na Krymie „jesień średniowiecza”. Sami rosjanie przyznają, że stracili kilka wyrzutni S-300 i S-400 oraz radar. Ucierpiała również infrastruktura lotniska w Dżankoj. Mocny cios, który czyni poniższe rozważania bardzo a propos – tym bardziej więc zachęcam do lektury. I jako się rzekło w poprzednim wpisie – uciekam na kilkudniowy urlop.

„Ukraińcy nie mają już czym strzelać!” – dramatyczny ton takich doniesień coraz częściej definiuje całościowe postrzeganie sytuacji Ukrainy. Tak opisują ją nie tylko zewnętrzne źródła – podobne głosy co rusz płyną z Kijowa, także z ust najważniejszych osób w państwie. A zarazem – nieczęsto, ale jednak – czołowi politycy i generałowie zapowiadają… ukraińską kontrofensywę. Taki stan rzeczy wywołuje poznawczy dysonans. No bo niby czym słabnące państwo i armia miałyby przeprowadzić operację zaczepną?

Historycznie patrząc, mieliśmy już do czynienia z (kontr)ofensywami podejmowanymi przez znacząco osłabionych przeciwników. Dość wspomnieć niemieckie próby przełamania na froncie zachodnim z 1918 roku czy, przede wszystkim, uderzenie w Ardenach wyprowadzone w grudniu 1944 roku. Nie porównuję sytuacji Ukrainy ze stanem, w jakim znajdowały się cesarskie i hitlerowskie Niemcy w końcowych etapach swojego istnienia. Nie chcę też sugerować, że w Kijowie rozważają jakieś desperackie, z góry skazane na niepowodzenie działania. Pragnę jedynie podkreślić naukę płynącą z historii współczesnych konfliktów, z której jednoznacznie wynika, że zdeterminowany i zmotywowany przeciwnik nawet w najtrudniejszej sytuacji będzie szukał możliwości zadania mocnego ciosu.

Co do Ukrainy – musimy mieć świadomość istoty jej „głodu amunicyjnego”. Nawet w najczarniejszych godzinach kryzysu – kiedy artyleria ZSU miała do dyspozycji po kilka pocisków na lufę/na dobę – nie oznaczało to wyczyszczonych magazynów. Ba, w składach zaległy setki tysięcy pocisków. Rezerwa strategiczna, do ruszenia w naprawdę krytycznej sytuacji. A takiej – wbrew medialnym doniesieniom – na przełomie ostatniej jesieni i mijającej zimy nie mieliśmy. Było poważnie, zwłaszcza na finale walk o Awdijiwkę, ale nigdy krytycznie. Było źle z dostępem do amunicji, ale gdyby frontowi groziło załamanie, naruszono by strategiczne rezerwy. Tak się prowadzi wojnę – która w ostatecznym rozrachunku jest domeną księgowych i logistyków. Zwłaszcza wojnę materiałową o wysokiej intensywności, już długą i w perspektywie co najmniej wielomiesięczną.

Mimo wysokich strat i kryzysu rekrutacyjnego, naczelny dowódca armii ukraińskiej wciąż ma do dyspozycji swój żelazny odwód – dziesięć dobrze wyposażonych, wyszkolonych i doświadczonych brygad. To znacząca siła.

Fiksując się na udokumentowanych stratach pojedynczych zachodnich czołgów, bewupów, armat czy wyrzutni, nie dostrzegamy, że większość tych systemów (spośród przekazanych) – znacząco lepszych od posowieckich odpowiedników – nadal stanowi część arsenału ukraińskiej armii. Która teraz ma już znacznie większe doświadczenie w ich używaniu, zbudowane także w oparciu o świadomość popełnionych błędów (takich jak niewłaściwe użycie czołgów Leopard na Zaporożu).

Do czego zmierzam? Ano do tego, by uzmysłowić Czytelnikom, że ZSU ma jeszcze całkiem spory potencjał, w mojej ocenie wystarczający do przeprowadzenia ograniczonej operacji zaczepnej.

Lecz nie sądzę, by do niej doszło, bo wobec rozmaitych rosyjskich przewag, priorytetem armii ukraińskiej na najbliższe miesiące pozostanie operacja obronna. A „pięść” przyda się do działań w charakterze straży pożarnej.

Jeśli USA wrócą do gry, a Europa zintensyfikuje pomoc, możliwe będzie odbudowywanie potencjału ZSU do poziomu sprzed roku. Wówczas z większym prawdopodobieństwem będzie można założyć, że Ukraińcy podejmą kolejną próbę poważnego kontrataku. Lecz to perspektywa na wiele miesięcy wprzód, nie tylko z uwagi na niezbędne dostawy sprzętu, ale też konieczność wyszkolenia ludzi. Rekruci, którzy trafią do armii w oparciu o właśnie uchwalone przepisy mobilizacyjne, w większości są wojskowo „zieloni”. By ich odpowiednio przysposobić trzeba półrocznego szkolenia.

Realnie zatem moglibyśmy mówić o kontrofensywie w 2025 roku, ale wspomniane zapowiedzi są skonstruowane w taki sposób, że sugerują działania jeszcze w tym roku. Zełenski i Budanow kłamią dla podtrzymania woli oporu w społeczeństwie?

Odpowiedź znajdziecie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu Polska Zbrojna – oto link.

Nz. Zniszczone rosyjskie systemy OPL/fot. anonimowe rosyjskie źródło