Analogie

23 lutego 1945 roku sześciu żołnierzy Korpusu Piechoty Morskiej zatknęło amerykańską flagę na górze Suribachi, co zarejestrował fotograf Joe Rosenthal. Zdjęcie szybko stało się ikoną, a sam akt symbolem amerykańskiego zwycięstwa w bitwie o Iwo Jimę. Tymczasem walki o wyspę trwały jeszcze ponad miesiąc, stając się jedną z najkrwawszych kampanii w historii sił zbrojnych USA.

Wspominam o tym, bo wczoraj przyszła mi do głowy historyczna analogia z Iwo Jimą w roli głównej. A stało się tak po doniesieniach o wejściu Rosjan na teren Azowstalu. Fakt, iż przy tej okazji dowództwo ukraińskiej armii straciło kontakt z obrońcami, wymuszał przypuszczenie, że lada chwila rosyjska flaga zacznie powiewać nad kombinatem. Co w warstwie propagandowej równałoby się komunikatowi o pokonaniu przeciwnika, a w rzeczywistości wcale by tego nie oznaczało. Jest bowiem najsłynniejsza dziś huta świata rosyjską Iwo Jimą – miejscem piekielnie skutecznie przygotowanym do długotrwałej obrony, niedostępnym bez konieczności wejścia w śmiertelnie niebezpieczne labirynty. W 1945 roku Japończycy wykorzystali naturalne tunele góry Suribachi i uzupełnili je o dziesiątki kilometrów kanałów, zmieniając groty w bunkry i składy amunicji. W 2022 roku obrońcy Azowstalu używają ciągów komunikacyjnych, tuneli i pomieszczeń technicznych zlokalizowanych pod solidnymi budynkami zakładu oraz zbudowanych po 2014 roku (przewidzianych do uporczywej obrony) schronów i punktów ogniowych. Może nie jest to system fortyfikacyjny o odporności i skomplikowaniu tego z Iwo Jimy, ale – jak widać – psuje Rosjanom krwi co niemiara.

I będzie psuł nawet po oficjalnym zadekretowaniu końca walk. Wczoraj obrońców zdradzono – Rosjan na teren kombinatu wprowadził elektryk obeznany w topografii stanowisk obronnych. Napastników jednak wyparto, połączenie z dowództwem odzyskano, oblężenie trwa. Niestety, za długo nie potrwa, bo siły obrońców stopniały, kończą się zapasy i amunicja. Nie podejmę się wieszczenia dokładnego terminu upadku, ale jestem pewien, że nadejdzie niebawem. Ale, jak na Iwo Jimie, boje nie wygasną, zmniejszy się tylko ich intensywność. W 1945 roku amerykańskie dowództwo uznało 26 marca za dzień zakończenia zorganizowanego japońskiego oporu. Ten niezorganizowany trwał do końca czerwca – tak długo opierały się Amerykanom małe grupki czy wręcz pojedynczy japońscy żołnierze, korzystający z zaplecza Suribachi. Ostatni wojskowi armii cesarskiej z garnizonu Iwo Jimy – cekaemiści Yamakage Kufuku i Matsudo Linsoki – złożyli broń… w styczniu 1949 roku (a niektóre źródła podają, że dwa lata (!) później). Nie sądzę, by Rosjanie wytrwali w Mariupolu do 2026 roku – Ukraińcy odzyskają miasto wcześniej. Jestem jednak pewien, że tak długo, jak pozostaną w Mariupolu oddziały najeźdźczej armii, tak długo w podziemiach Azowstalu będą się ukrywać niedobitki obrońców. Na tyle zdeterminowane, by co jakiś czas przypomnieć okupantom o swoim istnieniu.

*          *          *

Pewnie powiecie, że grzeszę dziś nadmiernym optymizmem. Czy ja wiem? Sami spójrzcie na zestawienie, ujawnione rano przez amerykański wywiad. Służby specjalne USA wyodrębniły siedem strategicznych lokalizacji Rosjan w Ukrainie, wskazując jednocześnie liczbę zgromadzonych tam batalionowych grup bojowych (BGB; jedna taka grupa to mniej więcej 800 żołnierzy, wraz ze sprzętem zapewniającym względną niezależność). I tak na odcinku charkowskim Rosjanie mają 5 BGB na 100 km frontu (1 BGB na 20 km). Na odcinku izjumskim – 22 BGB na 60 km (odpowiednio 1 na 2,7). Na odcinku siewiernodonieckim – 19 BGB na 100 km (1 na 5,3). Na odcinku Popasna-okolice – 7 BGB na 20 km (1 na 2,9). Na odcinku donieckim – 20 BGB na 140 km (1 na 7). Na odcinku zaporoskim – 13 BGB na 130 km (1 na 10). I wreszcie na odcinku chersońskim – 7 BGB na 160 km (1 na 22,8). Zgodnie ze standardami rosyjskich sił lądowych, działania ofensywne wymagają zgromadzenia potencjału, który pozwoli pojedynczej BGB operować na odcinku o szerokości 2 km. W przypadku skutecznych działań defensywnych jest to pas o szerokości do 5 km. A zatem tylko na dwóch kierunkach orkowie dysponują potencjałem zdolnym do ataku, z kolei na trzech mają zbyt rozciągniętą obronę. Zaś widoki na uzupełnienia wcale nie są różowe. Ludzi pewnie wyzbierają, nawet bez konieczności ogłaszania powszechnej mobilizacji. Tylko w co ich uzbroić, by stanowili odpowiednią przeciwwagę (ba!, utrzymali inicjatywę strategiczną)? Ukraińcy palą nawet najnowocześniejszy rosyjski sprzęt – wczoraj opublikowano zdjęcia zniszczonego przez obrońców najlepszego w służbie czołgu T-90M Proryw. Starsze typy i modele – a tylko tych Federacja ma jeszcze sporo w zapasie – przemieniane są w złom hurtowo. A ukraińskie zdolności w tym zakresie nie będą spadać, a rosnąc wraz z kolejnymi dostawami zachodniego sprzętu.

Idźmy dalej. Ukraińcy uwolnili właśnie Charków od niebezpieczeństwa ostrzału artyleryjskiego. Taki jest praktyczny skutek odepchnięcia najeźdźców na odległość 40 km od miasta. Z informacji docierających ze wschodu wynika, że wyprowadzili również kontruderzenie w rejonie Izjumu (ukraińskie media piszą o tym jako o dużej kontrofensywie, ale na dziś nie potrafię zweryfikować prawdziwości tych doniesień), gdzie dotąd w największym stopniu skupiała się rosyjska ofensywa. Jeśli te dane się potwierdzą, stanę przed pokusą użycia kolejnej analogii, także z czasów II wojny światowej. Dotychczasowe rosyjskie boje na odcinku izjumskim jak żywo przypominały niemieckie natarcie pod Kurskiem z lipca 1943 roku. W obu przypadkach chodziło o likwidację układającego się w łuk wyłomu – wówczas radzieckiego, dziś ukraińskiego. Tak jak w 1943 roku, tak i dziś nacierający rzucili do walki swoje elitarne oddziały pancerne (Niemcy po raz pierwszy użyli wówczas bojowo, w większej liczbie,  czołgów Tygrys i Pantera). Działania rosyjskiej 1 Gwardyjskiej Armii Pancernej w ubiegłym tygodniu dopingował nawet szef sztabu generalnego gen. Gierasimow – czyżby nadaremno? Rosjanie jeszcze wczoraj szli do przodu, powoli, płacąc za to ogromną cenę. Niemcy, po kilku dniach takiej orki na ugorze, stanęli, potem zaczęli się cofać, a jeszcze potem…

Operacja „Cytadela”, która w ocenie hitlerowskiego dowództwa miała przełamać impas na froncie wschodnim, dała początek wielkiego odwrotu Wehrmachtu, zakończonego wiosną 1945 roku w Berlinie.

—–

Nz. Centrum wioski Nowosiliewka, wiosna 2016 roku. Dariusz Prosiński, autor zdjęcia, fotoreporter, z którym wówczas pracowałem, już wtedy wiedział, że ukraińskie ciągniki odegrają niebagatelną rolę w wojnie z Rosją…

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Warto?

Ukraińcy po raz pierwszy od wielu dni podali informację na temat własnych strat. Uczynił to sam prezydent Zełenski, w wywiadzie udzielonym CNN. „Zginęło trzy tysiące naszych żołnierzy”, przyznaje głowa ukraińskiego państwa. Aż 10 tys. wojskowych zostało rannych, wielu ciężko, więc – jak mówi prezydent – „trudno powiedzieć, ilu z nich przeżyje”. Władze kraju nie są w stanie podać dokładnej liczby ofiar wśród ludności cywilnej. „Nie wiemy, ile osób poniosło śmierć na obszarach zajętych przez okupanta”, przyznaje Wołodymyr Zełenski, wymieniając nazwy takich miejscowości jak Chersoń, Berdiańsk, Mariupol czy Wołnowacha. Z innych rozproszonych źródeł wyłania się dramatyczny obraz, zgodnie z którym do tej pory mogło zginąć od 30 do 50 tys. cywilnych Ukraińców (w samym Mariupolu co najmniej 20 tys.).

Ale Rosjanie również ponoszą straty – te osobowe przekroczyły już pułap 20 tys. (z których 12 tys. to polegli, reszta: ranni i wzięci do niewoli). Wojska najeźdźcze są wyraźnie osłabione, także z uwagi na gigantyczne ilości utraconego sprzętu. Szukając jakiegoś efektownego porównania, szybko doszedłem do wniosku, że w ciągu 50 dni inwazji Rosjanie wytracili tyle wyposażenia, ile posiada całe Wojsko Polskie (plus/minus rzecz jasna). Spora cena, jak za zyski terytorialne wielkości dwóch naszych województw.

I właśnie te straty – oraz widmo kolejnych – odpowiadają za wyraźne spowolnienie rosyjskich działań. Agresor się przyczaił, zbiera siły, ale wcale nie jest przesądzone, że będzie w stanie mocno uderzyć. Wywiady amerykański i ukraiński, powołując się na źródła w rosyjskiej armii, podają, że Rosjanie spodziewają się kolejnych 10 tys. zabitych żołnierzy oraz 30 do 50 tysięcy rannych w trakcie bitwy o Donbas – tylko w ciągu pierwszego miesiąca (w założeniu, ma on być rozstrzygający). Co do techniki, straty w przyszłej bitwie szacowane są na co najmniej dwa tysiące jednostek sprzętu w ciągu czterech tygodni aktywnych działań bojowych. Wśród nich wymienia się około 300 czołgów, co najmniej tysiąc bojowych wozów piechoty, 500 ciężarówek i do 200 sztuk różnego rodzaju artylerii. Rosyjskie lotnictwo może stracić nawet 50 samolotów i setkę śmigłowców. Ale nie to najbardziej martwi dowódców, a brak pewności, czy uda się utrzymać zdobyte w tak trudnych okolicznościach tereny. I nie chodzi tylko o resztę Donbasu – która byłaby celem ofensywy – ale przede wszystkim tereny już okupowane, zajęte po 24 lutego, głównie obwód chersoński. Mówiąc wprost, Rosjanom najwyraźniej brakuje sił do jednoczesnego uderzenia i takiego nasycenia zajętych terenów własnymi jednostkami, by nie wpadły na powrót w ręce Ukraińców.

Na końcu jak zawsze jest twarda kalkulacja, a z tej wynika, że suma dotychczasowych i przyszłych strat sprawi, iż Rosja pozbędzie się… połowy swojego parku czołgów (chodzi o maszyny zmodernizowane i utrzymywane w stanie gotowości; stojący pod chmurką, rzekomo głęboko zakonserwowany szmelc nie liczy się w tym zestawieniu). A ponieważ możliwości rosyjskiej zbrojeniówki zostały na skutek sankcji mocno ograniczone (w zasadzie nie ma już mowy, „do odwołania”, o produkcji nowych czołgów), w głowach tamtejszych generałów coraz częściej gości myśl „czy warto?”.

Władimir Putin pewnie takich dylematów nie ma. Dla niego, zwłaszcza po utracie „Moskwy”, sprawa nabiera bardziej osobistego wymiaru. Putin upodobał sobie ów krążownik. Ponoć widział w nim emanację własnej osoby – niemłodej już, ale silnej postaci, zdolnej do hurtowego zastraszania „mniejszych zawodników”. Okręt zaś jak na złość spoczął na dnie, o czym rosyjskie media donosiły w tonie przerażenia i niedowierzania. „To wymaga zemsty!”, nawołują macherzy kremlowskiej propagandy. Żaden przy tym nie pochyla się nad losem załogi krążownika – mając ją gdzieś, bądź przyjmując za dobrą monetę zapewnienia dowództwa marynarki, że personel „Moskwy” został niemal w komplecie ewakuowany. Tymczasem rodziny marynarzy od trzech dni nie mają z nimi kontaktu. Przypomina Wam to coś? Bo ja wracam wspomnieniami do gorącego lata 2000 roku, gdy na dnie morza spoczął okręt podwodny „Kursk”, ówczesna duma rosyjskiej marynarki. Spoczął i choć część załogi można było uratować, Rosjanie nie zdecydowali się na odpowiednio szybkie przyjęcie zachodniej pomocy – a sami wydobyć żywych ludzi z wraku nie byli w stanie. Świadomość własnej niemocy nie stanęła na przeszkodzie, by przez kilka dób zwodzić żony i matki podwodniaków. Zapewniać je, że admiralicja robi wszystko, by wyciągnąć „naszych chłopców” na powierzchnię. Coś tam zrobiła, a potem uznała, że się nie da, i że prestiż Rosji, który ucierpiałby na skutek prośby o międzynarodową pomoc, jest ważniejszy niż życie marynarzy. Pamiętam relacje telewizyjne przedstawiające wyjące na spotkaniach z admirałami matki. Mój boże, jakie to było straszne…

Dziś znów duma Rosji ucierpiała. Ktoś uznał, że publicznej zniewagi byłoby za dużo, gdyby ujawnić, że większość załogi podzieliła los okrętu. Sączą więc władze informacje, a bliscy marynarzy żyją w niepewności. 22 lata temu decyzję w sprawie okłamywania marynarskich rodzin podjął Władimir Putin; takie były początki jego możnowładczej kariery. Dziś tylko on ma w Rosji tyle władzy, by w sprawie „Moskwy” decydować o tym, co ludziom mówić, a czego nie. Obyśmy mieli tu do czynienia z symboliczną klamrą, która zepnie dwa morskie dramaty wspólnym motywem kłamstwa, wyznaczając początek i koniec putinizmu.

I skoro o końcu mowa – dziś w Petersburgu pochowano gen. Władimira Florowa, zastępcę dowódcy 8 Armii. To ósmy rosyjski generał poległy w Ukrainie…

—–

Doceniasz moją pracę? Proszę zatem:

Postaw mi kawę na buycoffee.to