Przebitki

Dziś piszę do papieru, więc nie będzie obszernego komentarza. Będą za to zdjęcia w trybie „bez komentarza” – z mojego styczniowego wyjazdu do Bachmutu.

Pierwsze trzy fotografie to przebitki spod Izjumu, reszta – bachmuckie krajobrazy. Wszystkie stanowią ilustrację praktycznego wymiaru ruskiego miru…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Zarwany most i tymczasowa przeprawa/fot. Marcin Ogdowski

Nadzabijanie

Gdy zapada zmrok, Ukraina wręcz tonie w ciemności. To wojenna profilaktyka, mająca utrudnić działania agresorom, ale i efekt rosyjskich ataków na infrastrukturę energetyczną. W miastach odrobinę światła dają uliczne sygnalizatory, da się więc bezpiecznie podróżować. Ale wraz z rogatkami – w tym przypadku mającymi postać obsadzonych przez wojsko lub policję blok-postów – zaczyna się inny poziom wyzwań. Ukraina jest ogromna, między miastami można przejechać dziesiątki kilometrów i nie natknąć się na żadną osadę. Nawet w czasach pokoju oznaczało to brak choćby minimalnej poświaty. Dobry wzrok i solidne reflektory auta były zatem pożądane już wcześniej, w realiach wojny bez nich ani rusz.

We wtorek późnym popołudniem wyruszyłem z Bachmutu wraz z trzema kolegami – tak kończył się nasz udział w konwoju humanitarnym, który zorganizowała Fundacja Otwarty Dialog. Było już ciemno, gdy znaleźliśmy się w okolicach Izjumu. Nasz terenowy nissan dobrze sobie radził z kiepską nawierzchnią drogi, ale ta nagle się skończyła. Stanęliśmy przed betonową barierą, ustawioną – jak się wkrótce przekonaliśmy – przed wjazdem na most. Zarwany, najprawdopodobniej celowo wysadzony przez wycofujących się rosjan. Jechaliśmy tędy rano, w drugą stronę, szybko więc doszliśmy do wniosku, że gdzieś w pobliżu musi być objazd prowadzący na tymczasową przeprawę. Tylko nijak nie mogliśmy go znaleźć.

Popędzany pęcherzem, ruszyłem na zwiady. Byliśmy w centrum jakiegoś przysiółku, po obu stronach rozoranej drogi stały typowo ukraińskie niewielkie chatki. I bez wojny wyglądające jak sto nieszczęść. Nissan dawał trochę światła, a i ja przyzwyczaiłem wzrok do ciemności. Widziałem już nie tylko kontury, ale całe, pokaleczone bryły. Zarwane dachy, wybite okna, przestrzelone ściany. Powalone płoty, wrak auta – sowieckiej jeszcze łady kopiejki. I śladu żywej istotny, choćby zdziczałego psa, których na Donbasie kręcą się całe hordy.

Osada była martwa i upiornie cicha.

Nie zamierzałem wchodzić między domy; za dnia naoglądałem się tabliczek „niebezpieczeństwo – miny”. Obróciłem się, strumień światła z latarki przeczesał ścianę jednego z budynków.

– Skurwysyny – zakląłem mimowolnie na widok litery „Z” wymalowanej między oknami zrujnowanego domostwa.

Wróciłem do auta, znaleźliśmy drogę, ruszyliśmy dalej. A mnie ta „zetka” chodziła po głowie przez kolejne godziny. Żołnierze putina w ten sposób pieczętowali „powrót” przysiółków i wiosek do „rosyjskiej macierzy”. „Z” znaczyło tyle co „to nasze”. Tyle że ta naszość zwykle wiązała się z destrukcją. Ruski mir przyniósł zagładę wielu wschodnio-ukraińskim wioskom. Totalną, sprowadzającą się do stwierdzenia: byli ludzie-nie ma ludzi. Między Izjumem a Bachmutem widziałem co najmniej cztery tak potraktowane miejscowości.

Śmierć i zniszczenie, jakie niesie ze sobą rosyjska armia, są ponadnormatywne. W języku angielskim istnieje termin „overkilling”, używany w kryminalistyce, ale i będący częścią wojskowej nomenklatury. Stosuje się go do opisania działań wojennych charakteryzujących się zbytnią przesadą, nieadekwatną projekcją siły. „Nadzabijanie”, bo tak dosłownie tłumaczy się to słowo na polski, też dobrze oddaje istotę rzeczy. rosjanie w Ukrainie nadzabijają, zabijają po wielokroć – ludzi, zwierzęta, przyrodę, a wraz z nimi całą materialną osnowę stworzoną przez człowieka, służącą mu w codziennym życiu. Armia rosyjska nie walczy jak zachodnie siły zbrojnie, wyczulone, by nie niszczyć bez wyraźnej potrzeby infrastruktury niezbędnej do przeżycia cywilów. Ten imperatyw – możliwy do realizacji dzięki coraz bardziej precyzyjnej broni – jest rosjanom obcy. Obcy nie tylko dlatego, że nie mają precyzyjnych narzędzi. To konsekwencja pogardy dla życia jednostki, mocno zakorzenionej w rosyjskiej kulturze. Co na wojnie tak stawia priorytety, że nie liczą się ludzie i ich dobytek, a zdobyty teren. A choćby i za cenę totalnej destrukcji. rosja może być w ruinie, może być byle jaka – grunt, że będzie wielka, rozległa.

Nieludzka, jak to kiedyś napisał Józef Czapski.

Nie potrafię inaczej skomentować tych zdjęć. A mam ich dużo, dużo więcej…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Wzmożenie

Dziś będzie trochę inaczej – bardziej osobiście, a zarazem porządkowo. Nie wszyscy obserwujący towarzyszą mi od początku inwazji i nie dla wszystkich oczywiste są moje intencje. Efekt jest taki, że co jakiś czas pojawia się Czytelnik, pytający o powody mojego emocjonalnego zaangażowania, często zaniepokojony sposobem, w jaki je wyrażam. Niekiedy stawiany jest mi zarzut szerzenia nienawiści wobec rosjan. Ta mała litera, te niepochlebne rzeczowniki używane zamiast nazwisk rosyjskich przywódców i dowódców. Zdarzają się też trolle (tych tępię, ale czasem ich treści wiszą na stronie po kilka-kilkanaście godzin – nim zdołam zareagować), twierdzący, że piszę nieprawdę. Bywa, że przybiera to postać zawodowej przygany, bo przecież „nie wypada panu być nieobiektywnym”.

Do rzeczy. Obowiązkiem dziennikarza jest dochowanie rzetelności – pisanie/mówienie o rzeczach znajdujących oparcie w faktach, zaś gdy materiał przybiera formę publicystyczną, wyraźne zaznaczenie, gdzie mamy do czynienia z faktem, a gdzie z opinią. Nigdy tej reguły nie nadużyłem. W natłoku informacji nie wszystko i nie zawsze da się zweryfikować – w takich sytuacjach trzeba się zdać na własne wyczucie i doświadczenie. Gdy mam wątpliwości, to o tym informuję. Nikt nie jest alfą i omegą, padam więc i ja czasami ofiarą dezinformacji czy nieintencjonalnych przeinaczeń, niedomówień; gdy się w tej kwestii orientuję, uczciwie o tym wspominam. Tak pojmuję rzetelność.

Obiektywizm – owo „zachowajmy chłodny umysł i dajmy dojść do słowa wszystkim stronom” – to taka bajeczka dla adeptów szkół dziennikarskich; zawodowa legenda bez pokrycia w realnych działaniach. Pomijam skandaliczne praktyki niektórych mediów bazujących na kłamstwie jako metodzie – to patologia. Jednakże standardem jest nawet w tych warsztatowo najlepszych redakcjach odpowiedni dobór tematów, komentatorów, technicznych trików i takie żonglowanie opiniami, by wpisać się w redakcyjną linię definiowaną przez ideologiczny profil czy zobowiązania biznesowe. Dziennikarstwo to misja, ale i sposób na zarabianie pieniędzy – w tej dychotomii funkcjonują media na całym świecie, nie tylko w Polsce. I absolutnie nie wyklucza to faktu, że tekstem (materiałem) można czynić dobro. Po prostu, trzeba się pogodzić ze świadomością, że nie wszystkim.

Nie wszyscy bowiem mają prawo, by ich głos wybrzmiał na równi z innymi. Zwłaszcza w sytuacji wojny, koszmaru sprowadzanego przez jednych na drugich. W tym konkretnym przypadku (konfliktu w Ukrainie) nie ma czegoś takiego jak uzasadnione racje rosjan. Ich bełkotliwe, rasistowskie i imperialne tłumaczenia nie stanowią żadnej przeciwwagi dla głosów Ukraińców. Co zaś się tyczy obiektywizmu rozumianego jako dyspozycja emocjonalna – oczywiście z perspektywy wygodnego fotela, zza klawiatury, można sobie pozwolić na dysputy o tym, co wypada, a czego nie (mówić/pisać). Ale w zetknięciu z żywym tematem (albo i martwym…) ten balonik pryncypialności zwykle uchodzi. Przez lata oglądałem wojnę na własne oczy i jest dla mnie oczywistą oczywistością emocjonalna reakcja, także w wymiarze werbalnym. Dziennikarz nie jest maszyną do pisania.

Znam ryzyka płynące ze stosowania języka dehumanizacji, ale wiem też, jakie strategie za tym stoją. To przede wszystkim sposób na zagospodarowanie własnego lęku przed tymi, których opisujemy (jako orki, kacapy, rosjanie itp.). Znam bardzo prosty sposób na eliminację tego strachu – wystarczy nie straszyć. Nie zabijać, nie mordować, nie rabować, nie gwałcić, nie stwarzać egzystencjalnego zagrożenia dla sąsiadów. W tym konkretnym przypadku – zabrać dupy w troki, opuścić Ukrainę. Potem jeszcze przeprosić i zadośćuczynić. W takich okolicznościach można znów myśleć i mówić o Rosjanach, nie rosjanach.

Szlag mnie trafia, gdy stykam się z próbami przeniesienia odpowiedzialności, jakbym to ja – i generalnie miażdżąca większość Polaków, którzy wykazują proukraińskie sympatie – stał za tym, co dzieje się w Ukrainie. Nie ja, nie my, rozpoczęliśmy tę wojnę, a rosjanie – i żadne retoryczne sztuczki nie zdejmą z nich winy. Za którą muszą zapłacić także w wymiarze symbolicznym. Tego wymaga elementarne poczucie sprawiedliwości.

Zapłacić jako cała wspólnota. Wiem, że istnieje w rosji opozycja. Ktoś wychodził na ulice po kolejnych wyborach, ktoś gnije w gułagu za poglądy i „działalność antysystemową”. Ktoś na początku inwazji protestował. Z jakiegoś powodu niemal pół miliona osób opuściło kraj po 24 lutego (a przed mobilizacją). Postawy obywatelskiego oporu godne są podziwu. Tym niemniej jako naród rosjanie zawiedli. Od czasów Borowskiego i Nałkowskiej nie ma w Polsce dyskusji o domniemanej niewinności zwykłych Niemców w kontekście Zagłady i innych okupacyjnych zbrodni. Konformizm i obojętność to świadomy wybór, przemyślane postawy. A więc i współodpowiedzialność. Tak jak wszyscy Niemcy winni byli hitlerowskim bestialstwom – bo nie powiedzieli „nie” – tak wszyscy rosjanie odpowiadają za ekscesy raszyzmu. Odpowiedzialność zbiorowa? Owszem. Ale nie twierdzę przecież, że ma być równomiernie rozłożona. Jedni zasługują na dotkliwe kary, inni „tylko” na ostracyzm.

Tak, niesie mnie fala moralnego oburzenia. Nie wszystko, co się przy tej okazji dzieje, mi się podoba. Pod koniec wojenno-reporterskiej aktywności włączyła mi się „opcja nieśmiertelności”. Z coraz większą nonszalancją zacząłem traktować reporterskie BHP. Bo przecież „tyle razy się udało”. Było to niebezpieczne dla mnie, było zagrożeniem dla ludzi, z którymi pracowałem. Jako zagrażającą uznałem też rosnącą obojętność wobec cielesnych aspektów wojennej codzienności – nieboszczyków czy urazów żywych jeszcze ludzi. To m.in. z tych powodów podjąłem decyzję, że pasuję. Że koniec z wojennymi wyjazdami. Wizja samego siebie szwendającego się niczym psychiczny zombiak pośród ogromu ludzkich nieszczęść była nie do zaakceptowania. Dziś mierzę się z podobnym wyzwaniem – nie podobają mi się emocje, jakie wyzwalają we mnie rosjanie. Wolałbym ich nie mieć, nie odczuwać. Ratuje mnie refleksja dotycząca istoty moralnych wzmożeń. Świadomość, że mijają. Po koszmarze wojny i okupacji pojednaliśmy się z Niemcami (Kaczyński niczego tu nie zakłamie). Trzymam się nadziei, że i w przypadku rosjan będzie to możliwe.

—–

Nz. Krzyż w lesie pod Izjumem, gdzie rosjanie pochowali w masowych grobach ofiary rozpoczętej przez siebie wojny. Wrzucam, by podkreślić, o co „w tym wszystkim kaman”/Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Izjum

Gdzie rosja, tam cierpienie.

W wyzwolonym Izjumie odkryto kilkaset grobów, w tym kilka masowych, z ciałami mieszkańców miasta i ukraińskich żołnierzy. Trwają właśnie ekshumacje i badania kryminalistyczne, ale już teraz wiadomo, że część ciał nosi ślady tortur. Tak upada rosyjska narracja na temat okoliczności powstania cmentarzy, wedle której pochowano tam ofiary walk, jakie toczyły się o Izjum wiosną. Dlaczego pod miastem, dlaczego w lesie – nad takimi szczegółami orkowe tuby propagandowe już się nie rozwodzą.

„A co mieli zrobić? Zostawić zabitych w miejscach, gdzie dopadła ich śmierć?”, pyta mnie, w zamyśle retorycznie, jeden z rodzimych prorosyjskich medialnych aktywistów. „Wtedy dopiero byłby raban, że ruskie to dzikusy…”.

Co mieli zrobić? K…! Nie zaczynać tej wojny. Siedzieć na dupach u siebie. Nawet przyjmując na chwilę optykę orkowych krzykaczy – że nie było mordów, a ludzie zginęli przypadkiem i w walce – każda z tych śmierci idzie na konto ruSSkich. Każda.

—–

Nz. Prace ekshumacyjne/fot. Sztab Generalny Ukraińskich Sił Zbrojnych.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Ból

Ależ ich to boli – ta porażka w charkowszczyźnie. Mam na myśli naszych użytecznych idiotów – cyfrowych aktywistów, usiłujących rozpowszechnić (pro)rosyjską narrację w mediach społecznościowych. Tłumaczę gamoniom, że to ból fantomowy, po czymś, czego dawno już nie ma – po potędze „anałoga-w-miru-niet” ruSSarmii.

Zjawisko jest oczywiście szersze, w największym natężeniu występuje w rosyjskiej info-sferze. Widać, że minął już pierwszy szok, przyszła trudna akceptacja dla faktów, której towarzyszy szukanie wyjaśnień (co oznacza również typowanie winnych). Są pytania „co teraz?” i odpowiedzi, z których zwykle wynika, że rosjanie nadal wierzą w możliwości swojej armii („klęski spadają na wszystkich, my potrafimy się z nich podnosić”). W związku z tym sporo jest nawoływań do zemsty, „zmiecenia Ukrainy z powierzchni Ziemi”. Głosów rozsądku próżno szukać w ilościach, które mogłyby się przełożyć na jakąś istotną jakość – zdaje się, że większość rosjan, przynajmniej tych aktywnych cyfrowo, nadal pragnie wojny.

Wracając do racjonalizacji – „walczymy z całym NATO”, to jedna z najpopularniejszych. Jest w tym mocny rys rosyjskiego rasizmu i ksenofobii, bo przecież armia wielkiej rosji nie może przegrać z „chochołami”, wieśniakami ze stepów. Sojusz zatem wydaje się godniejszym przeciwnikiem – w końcu to mnóstwo państw (domyślnie, rozwiniętych i bogatych – ale takie słowa „porządnemu” rosjaninowi nie zejdą z klawiatury). Jest w tym myśleniu logiczna pułapka – a może zwykła niekonsekwencja? – bo przecież „my jesteśmy w stanie pokonać wszystkich!”, przekonywali nie tak dawno ci sami propagandyści, blogerzy, lokalne i regionalne „autorytety opinii”. Ale pal licho, nie o tym chcę pisać.

„Walczymy z całym NATO”, to takie nasze „gloria victis”/chwała pokonanym, z tą różnicą, że myśmy naprawdę przyjmowali łupnia (gdy popularyzowano to hasło) od dużo silniejszych. A rosja pod Charkowem?

Prawdą jest, że ukraińskie dowództwo na bieżąco otrzymywało informacje ze zwiadu satelitarnego, co najpierw pomogło wytypować słabsze punkty rosyjskiej obrony, a później – niemal w czasie rzeczywistym – pozwalało obserwować reakcje wroga;
Prawdą jest, że działania ofensywne poprzedziły gry wojenne, prowadzone z udziałem natowskiej generalicji, przy użyciu natowskich narzędzi cyfrowych. Że na etapie przygotowania Ukraińcy mogli „walić jak w dym” z prośbami o rady, sugestie czy krytykę – przede wszystkim do Amerykanów, ale i Europejczycy nie pozostali obojętni;
Prawdą jest, że na froncie znalazło się sporo pochodzącego z natowskich krajów sprzętu i uzbrojenia, w tym eks-polskie czołgi;

Ale też prawdą jest:
… że Ukraińcy użyli do ataku zaledwie czterech, wedle innych źródeł pięciu brygad, czyli nie więcej niż 20 tys. ludzi;
… że wsparcie lotnicze, jakim dysponowali, było skromne;
… że w ostatecznym rozrachunku okazało się, iż w obszarze ich działań (rozszerzanym w miarę postępów) przebywało niemal 40 tys. rosjan i separatystów;
… że (o czym pisałem już wczoraj) nie były to tylko II-rzutowe i tyłowe jednostki, ale także istotne elementy gwardyjskiej armii pancernej.

Idźmy dalej. W kontrofensywie owszem, użyto oddziałów Legionu Międzynarodowego, ale miażdżąca większość kontyngentu to rdzenni Ukraińcy (swoją drogą, ciekaw jestem, ilu wśród nich było obywateli Ukrainy rosyjskiego pochodzenia. Dostępny materiał filmowy pozwala stwierdzić, że rosyjskojęzyczni żołnierze to oczywista-oczywistość ukraińskiej armii – wspominam o tym także dlatego, że dobrze pamiętam początki wojny w Donbasie, kiedy w rejon „operacji antyterrorystycznej” Kijów wysyłał przede wszystkim wojskowych ze środkowej i zachodniej Ukrainy). Jest to zatem nade wszystko ukraińskie zwycięstwo, osiągnięte relatywnie niedużym nakładem sił, przy nieznacznym wsparciu NATO. Informacja jest diabelnie ważna na wojnie, to fakt, ale ostatecznie największy wysiłek i tak pozostaje udziałem tych z pierwszej linii. To oni sprawili, że 20 tys. rosjan uciekło aż za granicę, do matuszki, oddając w kilka dni teren wcześniej wywalczony w krwawych dwumiesięcznych bojach. O niebotycznych ilościach porzuconego przy tej okazji sprzętu już tu pisałem.

Co znamienne, to głównie sprzętu żałują rosyjscy „racjonalizatorzy”. I nie chodzi tylko o najnowszą technikę – a trzeba przyznać, że Ukraińcy zdobyli kilka ciekawych gadżetów do walki radio-elektronicznej – ale też o czołgi, wozy bojowe i wszelkiej maści pojazdy logistyczne. W rosyjskiej narracji nie ma tego tak dużo, ale na tyle dużo, by złościć się na „dozbrajanie NATO”. Skądinąd śmieszne jest to złorzeczenie, gdy patrzy człowiek na zdjęcie zdobycznego, 50-letniego T-62, który wygląda tak, jakby zaraz miał się rozlecieć. O czym zresztą napisałem jednemu gamoniowi, dodając z dziką satysfakcją – w nawiązaniu do słów putina – że NATO tak naprawdę jeszcze nie zaczęło i pewnie nigdy nie będzie musiało. Bo sami Ukraińcy – wsparci ułamkiem potencjału Sojuszu (ułamek podkreśliłem) – najpewniej załatwią sprawę.

A skoro o putlerze mowa. Dziś – jak zapewne wielu z Was – oglądałem też zdjęcia prezydenta Zełenskiego z jego wizyty w Izjumie, a więc w strefie przyfrontowej. Nie pierwszy to raz, gdy ukraińska głowa państwa wizytuje żołnierzy. A co w tym czasie robi rosyjska? Zaszyła się w Soczi, z dala od Moskwy, czyżby przed czymś/kimś uciekając? Tak czy inaczej, putin swych żołnierzy na froncie nie odwiedzi, tchórze takich rzeczy nie robią.

—–

Nz. Wołodymyr Zełenski w Izjumie/fot. Офіс Президента України

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to