Archiwa tagu: Mariupol

Skaza?

Etniczni Polacy w odniesieniu do Żydów mają mnóstwo za uszami – nigdy więc nie stanę po stronie bezkrytycznych apologetów, usiłujących wmówić nam, jak to wspaniałomyślnie zachowywaliśmy się podczas okupacji. Gówno prawda.

Ale…

Ale wspominam dziś jeden z wyjazdów na wschód Ukrainy, do Doniecka. Była piękna wiosna, po zajęciu przez separatystów i Rosjan portu lotniczego, miasto poczuło wyraźną ulgę. Linia frontu odsunęła się nieco od przedmieść, walki wyraźnie zelżały. Artyleria owszem, huczała, obie strony dokuczały sobie moździerzami, ostrzałami z broni maszynowej, snajperzy również nie próżnowali. Ale to działo się kilka kilometrów od centrum miasta, które właściwie pozostawało nietknięte i bezpieczne. Pociski spadały gdzieś na obrzeżach, wciąż ginęli ludzie, ale dało się żyć.

Dało na tyle, że lokalne kluby piłkarskie przeprowadzały rozgrywki (młodzików), a dzieci w jednej z podstawówek chodziły na zajęcia z baletu. Działa się też masa innych sytuacji, ale wspominam akurat te, które widziałem na własne oczy. Widziałem też ogródki piwne i ludzi przy stolikach spożywających trunek z pianką. Rozmawiających, śmiejących się, kłócących; byłem świadkiem całego spektrum zwyczajnych zachowań. Niezwyczajne były tylko dochodzące gdzieś z oddali wystrzały i wybuchy. Którymi nikt się już specjalnie nie przejmował.

Kilka miesięcy później, w samym środku lata, byłem w Mariupolu. Przyjechaliśmy z kolegami akurat w sobotę i poszliśmy na tamtejszą promenadę. Knajpy i dyskoteki działały w najlepsze, alkohol lał się strumieniami. Wypindrzone laski i odsztafirowani kolesie konsumowali młodość jakby kilkanaście kilometrów dalej, na wschód, nie rozciągała się linia frontu. Widoczne stamtąd rozbłyski traktowano niczym fajerwerki, świetlną oprawę gorączki sobotniej nocy.

A w Szyrokino ginęli ludzie.

Wspominam o tym dziś, w rocznicę wybuchu pierwszego z warszawskich Powstań – tego w getcie. Wspominam, bo znów tu i ówdzie pojawiają się oburzone głosy, że Polacy po „aryjskiej” stronie przychodzili pod mur getta, obserwować pożary. A potem wracali do swojego życia, jakby nic się nie stało. I że z czasem po prostu przywykli do dymów nad pacyfikowaną częścią miasta.

Otóż moi drodzy, nie ma w tym nic nadzwyczajnego, nic, co oznaczałoby jakąś etniczną/kulturową skazę, nic, co byłoby dowodem na odstępstwo od normy. Ludzie tak mają – widziałem to nie tylko na Ukrainie. Przyzwyczajamy się do otaczającego nas zła, ignorujemy je, trywializujemy, niekiedy wręcz zaprzeczamy jego istnieniu („pandemii nie ma” – brzmi znajomo, prawda?). Z czasem nawet staramy się dostrzec w nim jakieś dobre strony. Cieszymy się, że nas nie dotyczy, ba, potrafimy dać się ponieść fascynacji, widząc zło w działaniu. Gdy mnie ktoś pyta o wrażenia z wojen, opowiadam przede wszystkim o dramacie, lecz mówię też o złowieszczym pięknie. Pożar fascynuje nie tylko piromanów.

Mamy tak, bo to zupełnie naturalny mechanizm adaptacyjny. Coś, co pozwala nam przeżyć graniczne sytuacje. Nawet jeśli towarzyszy temu świadomość, że najpewniej będziemy następni. Ale jeszcze nie dziś, jeszcze nie teraz. Dziś mogę pójść na piwo, wstąpić do cukierni, urżnąć się do nieprzytomności. Bądź zrobić cokolwiek innego, co jest apoteozą normalnego życia, wyrazem tęsknoty do czasów, kiedy śmierć nie czyhała za rogiem.

W kwietniu 1943 roku ta potrzeba była nad wyraz silna.

—–

Fot. Plaża w Szyrokino, lato 2015 roku. Nawet w takim miejscu, kilkaset metrów od linii nieprzyjaciela, nie sposób oprzeć się potrzebie „chwilowej normalności”/Darek Prosiński

Rocznica

Trzy lata temu na Ukrainie zaczęło się zabijanie. Ówczesna władza postanowiła przy użyciu broni palnej rozprawić się z protestującymi na Majdanie. Padli pierwsi zabici.

Z czasem konflikt przeniósł się na wschód Ukrainy, z zamieszek przekształcając się w krwawą wojnę domową, inspirowaną przez rosyjskiego sąsiada.

Jakkolwiek mocno „wyhamowała”, ta wojna wciąż trwa. Wciąż giną na niej ludzie.

Przyglądam się jej od początku. Najpierw za pośrednictwem mediów i relacji moich kolegów po fachu. Mieliśmy w redakcji człowieka, który specjalizował się w postradzieckim wschodzie, nie był to więc „mój” temat. A i czas był taki, że musiałem odpocząć po Afganistanie, który naprawdę dał mi w kość. Jednak od początku 2015 roku Ukraina stała się i moim osobistym doświadczeniem. Chyba ważniejszym niż Afganistan, choć nie czas i miejsce, by o tym pisać.

Chcę bowiem zwrócić uwagę na co innego.

To zdjęcie zrobiłem latem 2015 roku, w zrujnowanym domu na linii frontu pod Mariupolem. Nie wiem, kto splądrował domostwo, ale nie zostało w nim nic cennego w materialnym tego słowa znaczeniu. Za to wszędzie walały się osobiste rzeczy właścicieli – ciuchy, zabawki i fotografie.

Popołudnie było spokojne – walki rozgorzały dopiero wieczorem. Zebrałem więc zdjęcia z podłogi i zacząłem je oglądać. Nie było na nich nic szczególnego – ot, zwyczajne życie nieco lepiej sytuowanych Ukraińców.

Nie znam losów kobiety z fotografii, nie mam pojęcia czy przeżyła wojenną zawieruchę. Ale patrząc na jej uśmiechniętą buzię, poczułem ściskający gardło żal. To było zdjęcie ze „starych, dobrych czasów”, sprzed dramatu, po którym nic już nie może być takie samo.

Daleki jestem od skrajnie złowróżebnych scenariuszy, tyczących się nas, Polaków. Jednak od wielu miesięcy patrzę w przyszłość z niepokojem, widząc w niej zagrożenie. Nie dla pozycji „lemingów”, „gorszego sortu”, „bydła oderwanego od koryta”, lecz dla wszystkich. I nie tylko w materialnym wymiarze. Dawno nie byliśmy tak podzieleni, a w geopolitycznym układzie sił tak osamotnieni. Świat zaś dawno nie był tak nieobliczalny.

Mówiąc wprost, boję się trochę, że za jakiś czas, ktoś, na gruzach mojego domu, będzie oglądał moje zdjęcia ze „starych, dobrych czasów”. Nie mogąc w żaden sposób ustalić, gdzie podziałem się ja i moi bliscy.

Takie myśli łażą mi po głowie w rocznicę ukraińskiego Majdanu.

Pokój

Lokalne władze dogadały się z armią i transporty ludzi oraz sprzętu odbywają się tylko nocą. Za dnia wojskowych na ulicach prawie nie widać. Nie zmienia to faktu, że Mariupol to przyfrontowe miasto. Gdy kilkanaście kilometrów dalej, na wschodzie, zaczyna bić artyleria, odgłosy wystrzałów i wybuchów niosą się pośród budynków. I choć na nikim nie robią już większego wrażenia, wojnę czuć tutaj bardziej niż atmosferę zbliżających się świąt.

Miasto w większości zamieszkują wierni obrządków wschodnich, którzy Boże Narodzenie obchodzą w styczniu, lecz w sklepach i miejscach publicznych już od kilku tygodni stoją choinki i świąteczne ozdoby. A z głośników sączą się, głównie anglosaskie okolicznościowe przeboje. Ich radosne rytmy mają się nijak do nastrojów mariupolan. Nie jest co prawda tak źle, jak zimą 2014 roku. Wtedy z miasta uciekło wielu mieszkańców, w tym lokalny biznes – w wyniku czego brakowało nawet podstawowych produktów. Zaś przedmieścia znajdowały się pod ostrzałem.

Modlitwy o pokój

Dziś ten półmilionowy portowy ośrodek nad Morzem Azowskim funkcjonuje w miarę normalnie. Wciąż jednak istnieje ryzyko, że separatyści przełamią ukraińskie linie i wojna wróci na ulice Mariupola.

– To już trzecie święta ze świadomością takiego zagrożenia – mówi paulin, ksiądz Leonard Aduszkiewicz z parafii pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej. – Ludzie są naprawdę zmęczeni.

Wśród nich Polacy oraz osoby polskiego pochodzenia, których zostało w mieście około tysiąca. Tak przynajmniej wynika z oficjalnych danych – te nieoficjalne mówią o pięciu tysiącach rodaków i ich potomków. Dwa dni przed wigilią spotykam się z kilkoma z nich w niewielkiej kaplicy, prowadzonej przez księdza Aduszkiewicza.

Nabożeństwo odprawiane przez księdza Leonarda Aduszkiewicza/fot. Marcin Ogdowski
Nabożeństwo odprawiane przez księdza Leonarda Aduszkiewicza/fot. Marcin Ogdowski

– Podczas mszy kilka razy modliliście się o pokój – zauważam.

– Nie byłoby dla nas lepszego prezentu – zapewnia Tetiana Mirnaja, jedna z kobiet, które po nabożeństwie zostały w kaplicy, by przyozdobić choinkę. – Dla miejscowych, ale i dla całej Ukrainy.

Ekumenizm w okopach

Ów scenariusz wydaje się mało prawdopodobny. Formalne zawieszenie broni znów przestaje być przestrzegane. Od kilku dni na wschodnioukraińskim froncie dochodzi do coraz liczniejszych potyczek. Podczas jednej z nich, w okolicach miasta Debalcewe, zginęło pięciu ukraińskich żołnierzy (druga strona miała mieć aż dwudziestu zabitych bojowników). To największe jednorazowe straty rządowej armii od lipca bieżącego roku.

– Tu słyszymy strzały, tam słyszmy strzały – kobieta wzdycha głośno. – Szkoda tych chłopców, którzy siedzą w okopach…

– Naszą, katolicką wigilię, obchodzimy 24 grudnia, a wojskowi to głównie grekokatolicy i prawosławni – mówi ksiądz Aduszkiewicz. – Ale i tak pojedziemy na pozycje z poczęstunkiem, pomodlić się, podzielić opłatkiem. Mamy tu w Mariupolu taki zwyczaj, że razem celebrujemy swoje święta. Katolicy, protestanci, prawosławni – wszyscy jesteśmy równo narażeni na śmierć. To nas zjednoczyło, to sprawia, że nasze uroczystości mają ekumeniczny charakter. 24 grudnia będzie mi towarzyszył pop, 6 stycznia to ja pojadę z nim w okopy.

– A wasze święta jak będą wyglądać? – pytam pani Tetiany.

– No jak każdego roku – moja rozmówczyni uśmiecha się lekko. – Będzie dwanaście potraw, dzielenie się opłatkiem i śpiewanie kolęd. Da bóg, a będzie to radosny czas.

Święto w święta

Powodów do radości zapewne nie zabraknie 24-letniej Sofii, lwowianki z urodzenia, od pół roku mieszkającej w Mariupolu.

– Jaki masz związek z Polską? – pytam, gdy zaczynamy rozmowę.

– Mama jest Polką – słyszę w odpowiedzi.

– Przejechałaś całą Ukrainę i zamieszkałaś w miejscu, z którego wciąż więcej ludzi ucieka, niż do niego przyjeżdża. Musiałaś mieć ważny powód – stwierdzam.

– O tak – na twarzy młodej kobiety pojawia się szeroki uśmiech. – Mój mąż jest żołnierzem, wysłali go właśnie tu, do Mariupola. Przyjechałam za nim.

– Odważna decyzja – wskazuje palcem na brzuch mojej rozmówczyni, nie pozostawiający wątpliwości, że Sofia jest w zaawansowanej ciąży. Dziewczyna wzrusza ramionami.

Sofia, lwowianka w Mariupolu/fot. Marcin Ogdowski
Sofia, lwowianka w Mariupolu/fot. Marcin Ogdowski

– Chłopak czy dziewczynka? – dopytuję.

– Chłopiec, będzie miał na imię Ihor – przyszła mama uśmiecha się jeszcze szerzej. – Ma przyjść na świat w Boże Narodzenie – dodaje. – Takie będę miała święta.

—–

Strojenie choinki w kaplicy, na zdjęciu od lewej Tetiana Mirnaja/fot. Marcin Ogdowski

 

Strategie

Czym jest normalność? Niby oczywista sprawa, ale spróbujmy odpowiedzieć sobie na to pytanie w kontekście wojennej codzienności. No właśnie… Przed laty przeczytałem w jednym z tygodników artykuł poświęcony ostatnim dniom przed wybuchem Powstania Warszawskiego. I była tam mowa o restauracyjnych ogródkach nad Wisłą. Nie dla Niemców, dla Polaków. Wychowany w kulturze martyrologii, przeżyłem poznawczy szok. Ogródki restauracyjne dla mieszkańców najbardziej umęczonego przez hitlerowców miasta?! A jednak…

Z biegiem czasu wojna stała się moim zawodowym doświadczeniem. Szukałem więc tej normalności w nienormalności w Iraku, Afganistanie, a ostatnio na Ukrainie. I o tym będzie ta krótka opowieść.

Plac przed dworcem kolejowym w Doniecku, kwiecień 2015/fot. Michał Zieliński
Plac przed dworcem kolejowym w Doniecku, kwiecień 2015/fot. Michał Zieliński

Ważne, że nie strzelają

Pod koniec stycznia ubiegłego roku dotarłem z ekipą pod Debalcewe. Cudem znaleźliśmy transport – cywilne auto, a w nim straszą panią z synem za kółkiem. Kobieta była elegancko ubrana, miała pełen makijaż. Tego dnia, rano, wywiozła z Debelacewe do oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów Artiomowska swoje wnuki (kierowca był ich ojcem). Ale państwo ci ewakuowali dzieci w pośpiechu i już w drodze uświadomili sobie, że nie zamknęli drzwi od mieszkania na klucz. Więc pod odstawieniu pociech znów wsiedli w samochód, by wrócić do siebie. Miasto było już pod ciężkim ostrzałem, a oni jechali do domu, by zamknąć drzwi na klucz. „Bo przecież wojna się skończy, a człowiek musi mieć gdzie mieszkać”.

Kilkanaście dni później rebelianci – przy wsparciu armii rosyjskiej – zajęli Debalcewe. Zjawiłem się w nim dwa miesiące po tym fakcie, będąc już na terytorium Donieckiej Republiki Ludowej. W wyniku niedawnych walk ucierpiało prawie 70 procent zabudowy miasta. Niektóre fragmenty wyglądały naprawdę fatalnie – mówiło się wręcz o „małym Stalingradzie”. Ale mieszkańcy – ci, którzy wcześniej uciekli – wracali do siebie. „Ważne, że już nie strzelają” – mówili i w skrzykniętych z własnej inicjatywy grupach sprzątali gruzowiska.

Ten argument – że już nie strzelają – jest zresztą bardzo charakterystyczny. Po zachodniej stronie linii frontu, na Ukrainie, często ze wzgardą mówi się o ludziach, którzy zostali po „tamtej” stronie. Słyszałem określenie „zombie”, popularna jest też nazwa „wata” – od waty, którą wypełnia się kufajki, uchodzące za symbol radzieckości, czy teraz rosyjskości. Przy czym wata odnosi się też do dyspozycji intelektualnej – „oni mają watę zamiast mózgu”, mówi się. To reakcje między innymi na informacje rozpowszechniane przez liderów DRL – że większość mieszkańców nowej republiki popiera działania jej władz. Oczywiście można mieć zastrzeżenia do prawdziwości takich twierdzeń, ale w Doniecku wielokrotnie stykałem się ze zjawiskami, które w jakiejś mierze potwierdzały legitymizację nowego ustroju. Dla mnie to zupełnie zrozumiałe postawy – oto po miesiącach zawieruchy i ciężkich ostrzałach, jakie towarzyszyły początkom DRL, nastał względy spokój i stabilizacja. „Najważniejsze, że nie spadają na nas grady” – mówiła doniecka ulica. I cieszyła się z każdego przejawu normalności – kursujących autobusów, otwartych kin i szkół. To, kto rządził, miało drugorzędne znaczenie. To, że na przedmieściach wciąż toczyły się walki – również.

Zajęcia z baletu w jednej z donieckich szkół, kwiecień 2015/fot. Michał Zieliński
Zajęcia z baletu w jednej z donieckich szkół, kwiecień 2015/fot. Michał Zieliński

Zabawa do białego rana

Do tego, że wojna jest gdzieś tam, ale da się z nią, w niej, przy niej funkcjonować, przyzwyczajają się też dzieci. Wiosną zeszłego roku oglądałem eliminacje do lokalnych mistrzostw w piłce nożnej. Chłopcy z różnych dzielnic Doniecka rozgrywali mecze nie na powietrzu, a pod dachem – co było jedynym novum w odniesieniu do poprzednich lat. W innej szkole, na południowych obrzeżach miasta, byłem świadkiem zajęć z baletu – kilku-kilkunastoletnie dzieciaki nawet nie zwracały uwagi na pomruki artylerii, które niosły się pomiędzy blokami i powodowały drżenie szyb. Nauczyciele, z którymi wówczas rozmawiałem, tłumaczyli mi, że szkoła – jak większość w Doniecku – nie działała tylko przez trzy miesiące jesienią 2014 roku, kiedy o miasto toczyły się najcięższe walki. Lecz nawet wtedy nie przerwano edukacji – większość uczniów miała dostęp do internetu i za jego pośrednictwem przesyłano dzieciom zadania. Oczywiście, w piwnicach każdej ze szkół zorganizowano schrony, ale w kwietniu 2015 roku już z nich nie korzystano. Coś, co na Ukrainie odebrano jako narodową tragedię – wyparcie obrońców, tak zwanych cyborgów, z ruin donieckiego lotniska – w samym mieście, jego mieszkańcom, przyniosło ulgę; pozwoliło na odepchnięcie frontu o kilka kilometrów od centrum metropolii.

Schron pod jedną ze szkół w Doniecku, kwiecień 2015/fot. Michał Zieliński
Schron pod jedną ze szkół w Doniecku, kwiecień 2015/fot. Michał Zieliński

Analogiczna sytuacja miała miejsce na południu, w Mariupolu – tyle że tam odepchnięci zostali separatyści. Zaledwie kilkunastokilometrowy bufor sprawił, że dziś niemal nie ma stamtąd uchodźców – a jeszcze latem zeszłego roku władze Mariupola nie mogły się doliczyć 40 procent mieszkańców. Lecz nawet wówczas mariupolanie organizowali swoje życie na przekór wojnie. Któregoś lipcowego wieczoru poszliśmy z kolegami nad morze, piękne Morze Azowskie. Był weekend, knajpy i dyskoteki pękały w szwach. Alkohol, głośna muzyka, tańce, odstawione dziewczyny, eleganccy chłopcy – i zabawa do białego rana. Czasem tylko, patrząc wzdłuż wybrzeża, można było dostrzec oddalone wybuchy.

Piwnica dawnego kompleksu kolonijnego Majak w Szyrokino. Na górze trwa artyleryjski ostrzał/fot. Darek Prosiński
Piwnica dawnego kompleksu kolonijnego Majak w Szyrokino. Na górze trwa artyleryjski ostrzał/fot. Darek Prosiński

Żywy dowód

Rano wsiedliśmy w samochód i po niespełna 15 kilometrach znaleźliśmy się w zupełnie innym świecie. Okopy, zrujnowane budynki, przekształcone w małe twierdze; cały ten frontowy sztafaż, charakterystyczny dla znanego niegdyś kurortu w Szyrokino. Lecz i ta sytuacja daję okazję do rozważań o normalności w nienormalności. Do czasu wojny na Ukrainie miałem specyficzne doświadczenia wojenne. Dotyczyły one konfliktów asymetrycznych, partyzanckich czy antypartyzanckich, biorąc pod uwagę stronę, z jakiej je relacjonowałem. By nie wchodzić w zbędne szczegóły, iraccy bojownicy czy afgańscy talibowie nie mieli do dyspozycji ciężkiej artylerii. Nie w zakresie, który umożliwiałby nawały ogniowe. Z lektur, z filmów, wiedziałem zaś, że zmasowany ogień jest przyczyną wielu załamań nerwowych u żołnierzy, ale wiedziałem też, że ludzie się do niego przyzwyczajają. Co mimo wszystko wydawało mi się niewyobrażalne. Aż trafiłem na całonocną kanonadę. Separatyści i Rosjanie okładali pozycje, na których byłem, z najcięższych dział i haubic. Zmusili nas – mnie, kolegę i przede wszystkim ukraińskich żołnierzy – do zagrzebania się w piwnicach i jamach. Na początku było strasznie – każda kolejna eksplozja rodziła obawy, że za chwilę strop zwali mi się na głowę. Dość szybko jednak dałem sobie z tym spokój – idąc śladem Ukraińców, skupiłem się na oglądaniu jakiegoś bzdurnego filmu. Zdaje się, że był to „Seks w wielkim mieście”, z zabawnym rosyjskim dubbingiem. A gdy skończyło się paliwo w generatorze i telewizor zgasł, po prostu poszedłem spać.

Rano okolica wyglądała jak po kataklizmie, ale żołnierze – jak gdyby nigdy nic – wykonywali swoje rutynowe działania. Czyszczenie broni, parzenie kawy, przygotowanie śniadania. Tam, gdzie było jedzenie, pojawiły się psy – nieodzowny „element” frontowej rzeczywistości. Uchodźcy z terenów objętych działaniami zbrojnymi często zostawiają czworonogi, nie mając możliwości, by zabrać je ze sobą; natura ma też swoje prawa – zwierzęta parzą się bez względu na okoliczności, które zafundował im człowiek. Psy (ale i koty) ciągną do ludzi, żołnierz wiele z nich obdarza opieką. Bo zwierzak to substytut normalności, domu, przedwojennego życia, a zarazem żywy dowód na potrzebę zachowania oczywistego w normalnych czasach człowieczeństwa. Te ludzko-zwierzęce więzi potrafią być bardzo silne – piszę to z perspektywy człowieka, który pomagał kiedyś żołnierzowi WP przemycić 30-kilogramowego psa z Iraku do Polski.

Zwierzęta jako substytut normalności. Szyrokino, lipiec 2015/fot. Darek Prosiński
Zwierzęta jako substytut normalności. Szyrokino, lipiec 2015/fot. Darek Prosiński

Front

Pisałem już o Kijowie, który ma dość wojny, który chce po prostu żyć. I owszem, ukraińska stolica może sobie pozwolić na ten luksus – lecz 800 kilometrów dalej konflikt trwa w najlepsze.

Jest inny, mniej śmiercionośny, mniej bezwzględny. „Dziwny” – w takich kategoriach, w jakich znamy to określenie z frontu zachodniego sprzed niemieckiej inwazji na Francję w 1940 roku. Tak jak wówczas, tak i teraz obie strony okopały się na swoich pozycjach, niezdolne – z braku politycznej woli – ani pójść do przodu, ani oddać pola.

Posiłek w okopach - pozycje wojsk rządowych, południowy odcinek wschodnio-ukraińskiego frontu/fot. Darek Prosiński
Posiłek w okopach – pozycje wojsk rządowych, południowy odcinek wschodnio-ukraińskiego frontu/fot. Darek Prosiński

Podpisane w białoruskim Mińsku zawieszenie broni respektowane jest wybiórczo. Bo owszem, ciężki sprzęt został w większości wycofany w głąb obu terytoriów, ale pojedyncze działa i moździerze wciąż wykonują swoją morderczą robotę.

– Prowokują nas – przekonywał mnie starszy porucznik Aleksander Lahutenko, zastępca dowódcy jednego z rządowych batalionów, rozlokowanych w pobliżu Mariupola. – Liczą, że odpowiemy, i wtedy zwalą winę za wymianę ognia na nas.

Tymczasem rozkaz dla ukraińskich oddziałów brzmi jasno: odpowiadać wyłącznie w razie bezpośredniego ataku.

Alarm na pozycjach wojsk ukraińskich w okolicach wsi Nowosiliewka, na północ od Mariupola/fot. Darek Prosiński
Alarm na pozycjach wojsk ukraińskich w okolicach wsi Nowosiliewka, na północ od Mariupola/fot. Darek Prosiński

„Profesjonalna robota”

Te także się zdarzają, choć nie są to masowe operacje – zwykle biorą w nich udział niewielkie grupy. Celem tych działań jest raczej dywersja i rozpoznanie słabych punktów ukraińskiej obrony niż przełamanie. Tak czy inaczej, gdy już dochodzi do kontaktu, obie strony nie szczędzą sobie amunicji.

Generalnie jednak frontowa codzienność sprowadza się do sporadycznych ostrzałów artyleryjskich i nieco częstszych z broni ręcznej. Motywowanych chęcią zademonstrowania swojej obecności i uprzykrzenia życia przeciwnikowi.

Przodują w tym separatyści – taka narracja obowiązuje po ukraińskiej stronie frontu.

– Słońce zachodzi, tamci zaczynają strzelać – opowiadał mi Witalij, żołnierz stacjonujący w okolicach wsi Nowosiliewka. Szliśmy właśnie wzdłuż pozycji, kilkanaście metrów za najdalej wysuniętą linią ukraińskich okopów. Mijaliśmy karłowate drzewka – w większości mocno okaleczone, ze śladami wielokrotnych trafień kulami. – Patrz – wojskowy wskazał ręką na sporej wielkości lej. – To z haubicy. Przywaliło dziś w nocy.

– Blisko okopów – zauważyłem.

Ukrainiec uśmiechnął się lekko.

– Gdy strzelają separy, pociski lądują gdzie popadnie. Ten niemal wszedł w cel, co oznacza, że to robota profesjonalna. Ruskich.

Skończyły się czasy solidnych dachów. Nz. Każdy wystrzelony pocisk, każda seria z broni automatycznej, skutkowała telefonami z dowództwa odcinka. "Wszystko u was w porządku?" - pytał oficer dyżurny. "Tak, jemy" - usłyszał w odpowiedzi /fot. Darek Prosiński
Skończyły się czasy solidnych dachów. Nz. Każdy wystrzelony pocisk, każda seria z broni automatycznej, skutkowała telefonami z dowództwa odcinka. „Wszystko u was w porządku?” – pytał oficer dyżurny. „Tak, jemy” – usłyszał w odpowiedzi /fot. Darek Prosiński

Po co ryć w ziemi?

Zmiana charakteru wojny widoczna jest też we frontowej infrastrukturze. Przynajmniej na południowym odcinku, gdzie jeszcze latem zeszłego roku Ukraińcy budowali głębokie okopy, a ziemianki nakrywali żelbetowymi bądź pancernymi płytami. Dziś transzeje są znacznie płytsze, a na dachach legowisk króluje blacha falista, przymocowana do drewnianego stelaża.

– Byle na łeb nie kapało – usłyszałem jakże racjonalne wyjaśnienie.

Czasem frontowe życie toczy się wręcz w zaimprowizowanych szopach obleczonych folią oraz namiotach, dla których jedyną osłonę stanowią kępy roślin i drzew.

A pozycje obu stron oddalone są od siebie o kilkaset metrów, maksymalnie o półtora kilometra.

Ta nonszalancja wynika z przekonania, że nie ma już zagrożenia nawałami artyleryjskimi. Zwłaszcza ostrzałami z budzących przerażenie wyrzutni rakietowych Grad. Pojedyncze ataki i uaktywniający się co jakiś czas snajperzy nie są w stanie zmienić tej postawy. Ostatecznie ginie „tylko” kilku żołnierzy tygodniowo, a parunastu zostaje rannych. I to w skali całego frontu. Po co się więc trudzić ryciem w ziemi?

Okopowa codzienność - trzeba wyjść po wodę i jedzenie/fot. Darek Prosiński
Okopowa codzienność – trzeba wyjść po wodę i jedzenie/fot. Darek Prosiński