Skojarzenia

15-letnia Anastazja Hryciw zginęła razem z czterema innymi członkami swojej rodziny. Ich dom w podlwowskiej wiosce został bezpośrednio trafiony rosyjską rakietą. Do tragedii doszło wczoraj, podczas zmasowanego ataku dronowo-rakietowego na Lwowszczyznę. Wczoraj też załączona przeze mnie fotografia – udostępniona przez szkołę, której uczennicą była Anastazja – znalazła się na wielu profilach relacjonujących wojnę w Ukrainie. Coś w tym zdjęciu od razu przykuło moją uwagę.

Można by pomyśleć, że chodzi o wizerunek ślicznej, młodej dziewczyny. Śmierć kogoś takiego wywołuje przecież większe zainteresowanie, u mnie w takich sytuacjach odpala się jeszcze „ojcowska nuta” – bolesne wyobrażenie żalu, który dopadłby mnie po utracie własnej córki. Moja jest starsza, ale przecież jej bycie nastolatką to dla mnie historia jakby z wczoraj, świeżutkie wspomnienie, tym świeższe, że wciąż starannie pielęgnowane (kto ma dzieci, które niedawno uleciały z domu, ten wie, o czym piszę).

No więc przyglądałem się temu zdjęciu poruszony, a zarazem mierzący się z poczuciem deja vu. „Ta dziewczynka stoi tam, gdzie sam kiedyś stałem; mam bardzo podobną fotkę”, dotarło do mnie wreszcie.

Przypadek, ale nic w nim wyjątkowego. Kamienica królewska, będąca częścią Lwowskiego Muzeum Historycznego, to bardzo popularne miejsce, odwiedzane przez wielu turystów. Arkadowy dziedziniec zaś to wdzięczne tło dla pamiątkowych fotografii. Nie wiem, kiedy wykonano zdjęcie Anastazji – zapewne niedawno, chyba w te wakacje. Moje – załączam je poniżej – postało sześć lat temu, podczas koleżeńskiego wypadu do Lwowa.

Choć połączyły mi się kropki, nadal nie mogłem przestać myśleć o fotografii z Anastazją. Teraz wiem już dlaczego. Nie istnieje żaden związek przyczynowo-skutkowy, nie ma nic poza powierzchownym podobieństwem, ale to ono uświadamia mi, skąd się bierze – przynajmniej po części – mój osobisty stosunek do dramatu, który spotyka Ukrainę. Ta wojna toczy się w miejscu, które znam, jej ofiary żyją lub żyły w oswojonej przeze mnie (w wymiarze, który znosi egzotyczność) czasoprzestrzeni. Tu jest „tylko” – bogu dzięki nienaruszone – muzeum, gdzie byłem ja i była ofiara, ale przecież rosjanie spalili już „mój” blok w Mariupolu, zgruzowali „moją” restaurację w Siewierodoniecku, zrujnowali „mój” hotel w Izjumie. Zdjęcia i filmy ilustrujące te zniszczenia, wizyta w jednym z takich miejsc, były jak trampolina do rozważań o tym, co by było gdyby wojna przyszła do nas, do moich-moich miejscówek. Nade wszystko jednak były zamachem na moje wspomnienia, brutalnie wieńczącym je niechcianą klamrą. Wyjazd do Lwowa był wariacką przygodą, poza na natchnionego artystę, którą przybrałem do fotografii, brała się właśnie z tego nastroju – radosnej głupawki.

Bardzo bym chciał, by ów przepiękny dziedziniec Kamienicy królewskiej wywoływał we mnie takie skojarzenia. Ale od wczoraj to niemożliwe, bo rosjanie zespawali mi to wspomnienie z wizerunkiem zabitej przez nich 15-letniej dziewczynki. I już choćby za to moskale będę was… wy już wiecie co.

Dranie

A pamiętacie o Mariupolu, bestialsko zamordowanym mieście? Za chwilę miną dwa lata, kiedy rosjanie zatknęli swoją trójkolorową szmatę na ruinach Azowstalu, ostatniej reduty tej nadmorskiej metropolii.

Tyle się po drodze wydarzyło…

Sam niekiedy łapię się na wrażeniu, że los Mariupola to jakaś odległa prehistoria. Takie postrzeganie nie ujmuje skali dramatu, ale sprzyja przekonaniu o braku związków z teraźniejszością. A przecież one istnieją – ludzie, którzy wydostali się z palonego miasta nadal żyją, a rosyjska zbrodnia wciąż nie została osądzona i ukarana.

Mariupol to żywa rana. Źle, że się przytrafiła, ale skoro już tak się stało, niech pozostanie żywą z jednego prostego powodu – byśmy wiedzieli, po co to wszystko i dlaczego. Używam określenia „my”, mając na myśli nie tylko zachodnie społeczeństwa, ale i część Ukraińców; wszystkich, którzy coraz bardziej cierpią na brak motywacji do wspierania Ukrainy i walki z ruskim mirem.

Mariupol nie może się powtórzyć – w Ukrainie i gdziekolwiek indziej – a droga do tego wiedzie przez wykrwawienie rosyjskiego barbarzyńcy. Mogłaby wieść przez jego pokojową przemianę, tylko czy to w ogóle możliwe? Jak na razie nic na to nie wskazuje.

Pozostaje więc nieść pamięć o mariupolskiej zbrodni, gdzie się da i ile się da.

Kilka dni temu przeczytałem pamiętnik Nadii Suchorukowej, ukraińskiej dziennikarki, która spędziła w Mariupolu trzy pierwsze tygodnie oblężenia. Osoby mocno w tematyce ukraińskiej zakorzenione, zapewne kojarzą Nadię – z jej wpisów w mediach społecznościowych, gdzie póki mogła, i gdy znów mogła, relacjonowała codzienność mordowanego miasta.

Pamiętnik wysłał mi znajomy Nadii, również mariupolanin; Andrzej przetłumaczył tekst na polski i poprosił o opinię, czy rzecz nadaje się do wydania w Polsce. Mój boże, co za pytanie…

Lapidarny styl i perspektywa podwórka, mieszkania, a na końcu piwnicy; nie, to nie jest epickie dzieło, pełne strzelanin, walki wręcz, technikaliów i statystyk. To intymne świadectwo postępującej zagłady, spisane przez osobę pozbawioną sprawstwa i bezbronną wobec „wielkiej historii”. A zarazem obdarzoną darem obserwacji i wspaniałym literackim talentem. To SIĘ czyta.

Czyta wbitym w fotel. Lektura jak żywo przypomina relacje cywilnych mieszkańców powstańczej Warszawy; widać wspólnotę losu, widać, że nazistów zastąpili raszyści, że to jedno i to samo zło.

O którym nie wolno zapomnieć.

Zarekomendowałem tekst swojemu wydawcy, zobaczymy, co z tego wyjdzie.

A Wy rzućcie okiem na ten fragment – to jeden z wielu, który mnie wywalił z kapci.

„(…) Ta cisza jest jak czarna, lepka ciecz. Zalewa wszystko dookoła, głównie wieczorem i w nocy. Wokół jest beznadziejnie ciemno, wydaje się, że wszyscy gdzieś się zaczaili. Nie wierzę, że nasi sąsiedzi śpią w tym czasie. Cisza nie jest senna, jest zabójcza. Leżę w łóżku i bezmyślnie wpatruję się w ciemne okno naprzeciwko. Czekam, aż się zacznie, aż nadleci pocisk.

Pośród tej ciszy Angie ma atak epilepsji.

Najpierw słyszę dziwny dźwięk na dole, przy łóżku. Zapalam knot i widzę, że jej głowa jest odchylona do tyłu, a łapy drżą. Ósmy dzień wojny, komunikacja telefonicznej już nie ma. Nie mam też leków dla Angie, więc po prostu siedzę na podłodze obok, głaszczę ją po łbie, po brzuchu, mówię, że jest najlepsza, najpiękniejsza, że bardzo ją kochamy, namawiam, żeby się nie bała. I w myślach proszę strzelających: „Nie teraz, błagam. Jeszcze nie zaczynajcie”. Podczas każdego ostrzału wychodzimy z Angie do przedsionka, ale w tej chwili to niemożliwe. Psina wije się z bólu.

A jednak te bydlęta zaczynają strzelać jak zwykle. Planu raszystowskich ostrzałów już się nauczyliśmy. Nie pozwalają nam zasnąć ani jednej nocy! Dłubią niczym szalony dzięcioł, który chce przebić ściany naszego domu.

Razem z mamą wyciągamy Angie na kocu do wspólnego korytarza. Potem biegam po trzęsącym się mieszkaniu i łapię kota. Josik nie znosi wyjścia na korytarz. Chowa się pod łóżkiem, a ja wyciągam go stamtąd za łapy. (…).

Tej nocy siedzę przy Angie na korytarzu. Atak trwa u niej ponad półtorej godziny. Tamci cały czas strzelają, potem słychać huk samolotu. Mam to w nosie. Tulę psa i nie marzę o końcu bombardowania, ale o tym, żeby Angie poczuła się lepiej.

Wredni raszystowscy dranie, nie będę nikogo przeklinać, ale niech wasze piekło będzie takie, jak ta noc we wspólnym korytarzu przy Alei Pokoju (…)”.

Nz. inny, bardziej retrospektywny fragment. Mnóstwo grozy i gorzkiego dowcipu…

„Leningrad”

Wysocy rangą przedstawiciele rosyjskich władz uważają, że zajęcie Charkowa byłoby „realistycznym celem wojskowym”, w przeciwieństwie do dalszej ofensywy w głąb Ukrainy – napisał wczoraj niezależny rosyjski portal Meduza.

Anonimowi rozmówcy serwisu to urzędnicy administracji putina, a także inni członkowie rosyjskich „elit politycznych”. Meduza podkreśla przy tym, że konkretne decyzje prawdopodobnie jeszcze nie zapadły. Co ciekawe, po zdobyciu Charkowa inwazja na Ukrainę mogłaby się zakończyć, lecz ten proces byłby realizowany stopniowo – ocenił jeden z rozmówców portalu. Inny zaś stwierdził, że opanowanie Charkowa oznaczałoby zwycięstwo „w sensie symbolicznym”, bo chodzi o miasto z „milionem mieszkańców i liczną społecznością mówiącą po rosyjsku”.

Z kolei Wiorstka – inne opozycyjne medium – zacytowała przedstawiciela kremlowskiej administracji, który stwierdził, że zajęcie Charkowa możliwe jest tylko poprzez jego okrążenie. Bo „z Charkowa nikt nie chce robić drugiego Mariupola”. Kreml chciałby na przykładzie operacji charkowskiej pokazać, że rosjanie „potrafią walczyć w sposób cywilizowany”.

Taaaak…

Nie wiem, jak ocenić tę informację. Czy to klasyczna wrzutka, która ma zmylić przeciwników rosji co do jej intencji, czy rzeczywista niedyskrecja (bo zakładam, że obie redakcje nie wyssały tych doniesień z palca). Wiem za to, że próba realizacji takiego planu byłaby najgłupszym rosyjskim manewrem w historii tego konfliktu.

Charków liczył przed wojną 1,4 mln mieszkańców, dziś żyje tam mniej niż milion osób – reszta wyjechała w bezpieczniejsze rejony Ukrainy bądź uciekła za granicę. Miasto bowiem jest regularnie ostrzeliwane przez rosyjskie rakiety, a przez kilka pierwszych miesięcy „pełnoskalówki” było też celem raszystowskiej artylerii. Wyrzucenie moskali z charkowszczyzny pozwoliło zniwelować to ostatnie zagrożenie, tym niemniej bliskość rosji i tak działa odstraszająco.

Już raz – na początku inwazji – rosjanie próbowali miasto zdobyć. Z marszu, rajdem lekkozbrojnej zmechanizowanej piechoty, która wdarła się do centrum z zadaniem zajęcia budynków regionalnej administracji. Planiści putina liczyli na bierność mieszkańców i miejscowych struktur siłowych – no i srogo się przeliczyli. „Rajdowców” wystrzelano, ich wozy spalono. Spalono też mnóstwo czołgów rosyjskiej 1. Gwardyjskiej Armii Pancernej, która usiłowała przełamać rubieże obronne ustanowione przez Ukraińców pod Charkowem.

Mimo prób, nie udało się metropolii okrążyć.

Okrążyć próbowali rosjanie także znacznie większy od Charkowa Kijów – i ten zamysł im nie wypalił. Ostatecznie uciekli spod stolicy po kilku tygodniach, wcześniej tracąc kilkanaście tysięcy zabitych i co najmniej drugie tyle rannych.

W najnowszej historii wojen toczonych przez regularne armie brakuje przykładu zakończonego powodzeniem szturmu na wielomilionowe czy choćby „tylko” milionowe miasto. W 2003 roku Amerykanie zajęli Bagdad po nielicznych starciach z najbardziej sfanatyzowanymi bojówkarzami. Reżim Husajna właściwie już nie istniał, armia poszła w rozsypkę, obywatele Iraku nie przejawiali woli oporu. W kolejnym roku wojska USA stanęły przed koniecznością pacyfikacji Faludży, Nadżafu i Karbali, ale to znacznie mniejsze miejscowości, no i po drugiej stronie były bojówki, nie regularne wojsko.

W latach 90. Serbowie nie zdołali zająć ćwierćmilionowego Sarajewa. Stolicę Bośni i Hercegowiny otoczyli i przez kilka lat (!) ostrzeliwali – bez wymiernych sukcesów.

Podobnej wielkości Grozny – symbol czeczeńskiego oporu z lat 90. – padło dopiero po tym, jak zostało przez rosjan całkowicie zrujnowane (w 2003 roku ONZ uznała stolicę Czeczenii za najbardziej zniszczone miasto świata).

Co się stało w 2022 roku z 300-tysięcznym Mariupolem wiemy.

Wiemy, że zajęcie 70-tysięcznego przed wojną Bachmutu kosztowało rosjan 50-80 tys. zabitych i rannych oraz że zajęło im osiem miesięcy.

Więc teraz proszę wyobrazić sobie, co mogłoby się stać przy próbie zdobycia dwadzieścia razy większego Charkowa. Nawet jeśli rosjanie chcieliby udowodnić, że „potrafią walczyć w sposób cywilizowany”, najpewniej nic by z tego nie wyszło. Znacząco lepiej od nich wyszkoleni i wyposażeni Amerykanie – stosujący bardziej restrykcyjne zasady walki (w założeniu również bardziej humanitarne) – podczas pacyfikacji irackiej rebelii musieli sięgać po wsparcie ogniowe artylerii i lotnictwa, niektóre kwartały Faludży zmieniając w gruzowiska. A Ukraińcy to nie kiepsko uzbrojeni sadryści. Bo że Ukraina Charkowa bez walki by nie oddała, można uznać za pewnik. Miasto zapewne stałoby się miejscem uporczywej obrony – Bachmutem czy Siewierodonieckiem do potęgi.

Wówczas Charków mógłby okazać się dla rosjan tym, czym dla Niemców był Leningrad (oblegany przez hitlerowców od 1941 do 1944 roku). „Czarną dziurą”, która nie daje zwycięstwa, a wsysa ogromne zasoby. Bitwa o miasto wielkości Charkowa zaabsorbowałaby istotną większość rosyjskich sił inwazyjnych i byłaby głównym wyzwaniem rosyjskiej logistyki. Założenie, że szczelny kordon z czasem zdusiłby wolę oporu wydaje się prawidłowe. Tyle że Charków od dawna przygotowuje się na najgorsze scenariusze, w tym na długotrwałe oblężenie.

Tak naprawdę rosyjski plan mógłby się udać wyłącznie w sytuacji, w której Charków szybko by się poddał. Czy w ogóle nie walczył, przyjmując status miasta otwartego. Na to jednak się nie zanosi.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Charkowska Saltówka i zniszczenia wywołane rosyjskim ostrzałem/fot. własne

Najbrutalniejsi

Kiedyś, w Doniecku, pewien separatysta przekonywał mnie, że lada moment on i jego koledzy… przekroczą granice Rzeczpospolitej.

– Najpierw musielibyście pokonać ukraińską armię – zauważyłem.

Mundurowy obnażył zęby, a właściwie rząd złotych plomb.

– A co to za problem? – brzmiał niemal radośnie. – Niech nam tylko dadzą rozkaz. Co to jest niecałe osiemset kilometrów? Doba, i jesteśmy w Kijowie.

On naprawdę w to wierzył – w siłę stojącej za nim armii (choć właściwie powinienem napisać „milicji”). Służył w niej, znał możliwości, a mimo to pozostawał optymistą. Ot, przykład mocy propagandy.

Separatyści mieli wtedy relatywnie silne wojsko. Zwłaszcza ci donieccy, którym udało się stworzyć strukturę niemalże państwową (Ługańsk do końca pozostał wyłącznie bandyckim konglomeratem, choć również uzbrojonym po zęby). Ta siła przez lata pozwalała utrzymać na wschodzie status quo – Ukraina, bez zaangażowania całego potencjału swojego wojska, nie odzyskałaby utraconych obwodów. Świadomość, że taka akcja spotkałaby się z ripostą Moskwy, powstrzymywała Kijów przed ofensywą. Nie bez znaczenia byłyby także koszty takiej operacji – mówiąc wprost, Ukrainy nie było stać na taki wysiłek. Dlatego odzyskanie Ługańska i Doniecka (oraz Krymu), choć pozostawało w latach 2014-2022 postulatem politycznym obu prezydenckich administracji (Petra Poroszenki i Wołodymyra Zełenskiego), odkładano na niezdefiniowane „później”.

Wróćmy do „separów” – mimo relatywnej siły, nie była to armia zdolna do wielkoskalowych operacji zaczepnych. Udowodniła to w czasach największego nasilenia działań zbrojnych w latach 2014-15. Jej marsz na południu miał wówczas przebiegać wzdłuż brzegu Morza Azowskiego, później Czarnego, tak, by ostatecznie uczynić Ukrainę krajem bez morskiego okna na świat. Skończyło się na bezskutecznych próbach zajęcia Mariupola, czyli na przedbiegach.

Gdy zaczęła się wojna pełnoskalowa, rosyjskie uderzenie z Donbasu wyprowadzono w oparciu o jednostki „separów”. Choć wzmocnione regularnymi oddziałami armii federacji, również nie zanotowały one wielkich sukcesów. Po wielu miesiącach zmagań dopięto „wyzwolenie” całości obwodu ługańskiego, ale doniecki w połowie pozostał ukraiński. Z grubsza sytuacja wygląda w taki sposób po dziś dzień.

—–

Przytoczyłem tę historię z „separem” i poprowadziłem następujące po niej rozważania z trzech powodów. Po pierwsze w związku z wysypem czarnowidztw, jaki obserwujemy w polskiej/zachodniej sferze medialnej. Przepowiedni, z których wynika, że właściwie jest już po Ukrainie. W ostatnim czasie odnosiłem się do takich scenariuszy kilkukrotnie, dziś chciałbym więc jedynie podkreślić leżący u ich podstaw błąd logiczny. Tak jak wspomniany złotozębny bojownik, tak autorzy i kolporterzy narracji „już-po-ptakach” zdają się nie dostrzegać istnienia armii ukraińskiej. A obecnie jest ona prawie trzy razy większa niż w 2015 roku, dużo bardziej doświadczona, w wielu obszarach znacznie lepiej wyposażona i uzbrojona. Jest też mentalnie – za sprawą sięgnięcia po głębokie rezerwy – bardziej sowiecka niż w 2022 roku. To słabość (na poziomie praktycznym oznaczająca na przykład skłonność do „mięsnych szturmów”), ale będąca również udziałem armii rosyjskiej – i to w większym stopniu. Tak czy inaczej, nawet w sytuacji – moim zdaniem nierealistycznej – odcięcia od zachodniej „kroplówki”, wojsko to jeszcze przez wiele miesięcy zachowa zdolności do stawiania oporu przeważającym siłom wroga. A rosja w Ukrainie nie ma przeważających sił, nie będzie zatem żadnego „szybkiego marszu na Kijów” (Odesę czy Lwów). To rojenia i nie sprawiajmy, by były czymś więcej niż domeną (pro)rosyjskiej propagandy.

Drugi powód wiąże się z rozmową, jaką odbyłem kilka dni temu z moim najlepszym ukraińskim źródłem. Ów wysoki rangą wojskowy przyznał, że dowództwo ZSU straty w oddziałach dawnej DRL i ŁRL, poniesione po 24 lutego ub.r., szacuje na 100 tys. zabitych i rannych. A więc armii, którymi tak chełpił się rzeczony „separ”, właściwie już nie ma. Dawne jednostki separatystów nadal biorą udział w walkach, lecz odtwarzane są głównie poprzez sięganie po rekrutów z zajętych w 2022 roku ziem oraz rodowitych rosjan.

Ostatni powód wynika z mojej reakcji na wspomniane szacunki.

– Straszne – odparłem, mając z tyłu głowy świadomość, że mówimy o dawnych (a w sensie prawnym wciąż aktualnych) obywatelach Ukrainy.

– Nie, donieccy i ługańscy to nasz najgorszy przeciwnik – usłyszałem. – Najbrutalniejszy i najbardziej zdeterminowany. Nie ma czego żałować.

Westchnąłem, zdając sobie sprawę, jak gigantycznym wyzwaniem będzie dla Ukraińców powojenne pojednanie.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Jakubowi Wojtakajtisowi Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu i Michałowi Strzelcowi. A także: Adamowi Cybowiczowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Radosławowi Dębcowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi i Sławkowi Polakowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Krzysztofowi Pytrowi i Zbyszkowi Murawskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Walki pod Mariupolem latem 2015 roku. Pozycje wojsk ukraińskich/fot. Darek Prosiński

„Prosiak”

Dziś opowiem Wam o jednym z najodważniejszych spośród ludzi, których znam. A życie tak mi się ułożyło, że spotkałem mnóstwo naprawdę odważnych kobiet i mężczyzn.

Darka – dla znajomych „Prosiaka”, dla mnie od zawsze „Daro” – poznałem 10 lat temu, na premierze jednej ze swoich książek. Człowiek z aparatem, podesłany przez zaprzyjaźnioną redakcję, miał przygotować materiał ilustracyjny do rozmowy ze mną. Banał, który nieco ponad rok później przerodził się w „turbo-męską” przygodę, gdy pojechaliśmy do ogarniętej wojną wschodniej Ukrainy. W sumie pracowaliśmy razem podczas czterech reporterskich wypraw, w trakcie których Darek dał się poznać jako człowiek o stalowych nerwach, a zarazem bardzo wrażliwy i uważny fotoreporter. No i kumpel-jajcarz.

Któregoś razu, w Doniecku, zaczepił nas monumentalny Lenin sterczący na placu w centrum miasta. Zaczepił, bo prowokował samym swoim byciem. Człowiek mimo wieku miewa różne głupawki, mnie zamarzyło się wleźć na postument i naszczać na nogę Wodza Rewolucji. Problem w tym, że obok stał milicyjny samochód, którego załoga pilnowała spokoju Włodzimierza Ilicza. Wiosną 2015 roku w Donbasie ostro się tłukli, no a my byliśmy Polakami – trochę za dużo tych ryzyk, uznaliśmy zgodnie.

– No to chuja oplujemy – zaproponował Darek.

Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Siarczyście, z dużą zawartością gęstego (zresztą inaczej by się nie dało, bo chrochać trzeba było w górę). Pod nosem separskiej milicji. Chciałbym napisać, że ku chwale Ojczyzny, ale przecież to nieprawda. Wyczyn ów był dla jaj, choć niezbyt mądry, bo jakby nas sowieciarze obczaili, byłoby raczej krucho.

Krucho byłoby ze mną pewnego czerwcowego przedpołudnia tego samego roku, kiedy ogień separatystów lub rosjan dopadł nas na rumowisku domu wczasowego „Majak” w Szyrokino. W którymś momencie przez nieuwagę przystanąłem w świetle okna. Nagle poczułem silne uderzenie – nachylony „Prosiak” walnął mnie w bok aż się zatoczyłem. Niemal jednocześnie usłyszałem charakterystyczny dźwięk pocisków bijących po ścianie. Oberwałem odpryskami tynku, ale poza tym nic mi się nie stało. A mogło, gdyby nie gwałtowna i wymuszona zmiana pozycji.

Tego samego dnia wieczorem Darek zrobił zdjęcie żołnierza ostrzeliwującego rosyjskie pozycje z potężnego karabinu DSzK. Moim zdaniem, to jedno z najlepszych battle photos, jakie wyszło spod ręki polskiego fotoreportera w Ukrainie. Nie zastanawiałem się wcale, gdy „Prosiak” zaproponował użycie tej fotografii na okładce mojej ukraińskiej powieści („Uwikłani”).

Ale już wtedy Darkowi nie wystarczało samo dokumentowanie konfliktu; chciał czegoś więcej. Nie zdziwiłem się więc, gdy po wybuchu pełnoskalowej wojny oznajmił, że jedzie na wschód jako ratownik medyczny. Szkolił się w tym zakresie dużo wcześniej, jego apteczka i umiejętności z czasów naszych wspólnych eskapad były imponujące. Skądinąd to właśnie Darek namówił mnie na kurs medycyny pola walki.

Nie wiem, ilu ukraińskim żołnierzom „Prosiak” uratował życie – nie rozmawialiśmy zbyt często. Z tymi wojennymi przyjaźniami to w ogóle jest tak, że trudno je utrzymać w realiach codzienności. Znikł mi Daro z radaru, ale wiedziałem, że bywał tam, gdzie najgorzej. Gdzie rannych i poszkodowanych było najwięcej.

Ostatni raz rozmawialiśmy na początku tego roku (potem jeszcze kilka razy wysyłaliśmy sobie wiadomości) – przygotowywałem się wówczas do wyjazdu do Bachmutu.

– Marcinku, dobrze się zabezpiecz, bo tam lata tyle żelastwa, że nie da się tego porównać z niczym, co wcześniej przeżyliśmy – radził. – Mówię ci, zginąć tam jest strasznie łatwo.

A Darek nie zginął. I włos mu z głowy nie spadał. Szczęście opuściło go kilka tygodni temu, w Polsce. W domu. W środku nocy jego mieszkanie zajęło się ogniem, a „Prosiak” z poważnymi obrażeniami trafił do szpitala. Przeżył, ale przed nim długa i kosztowna rehabilitacja. A wypalone mieszkanie wymaga poważnego remontu. Przyjaciele Darka utworzyli zbiórkę, a ja proszę Was o jej wsparcie. Dla człowieka, który z narażeniem życia pomagał innym, a teraz sam potrzebuje pomocy. Dla jednego z najodważniejszych spośród ludzi, których znam. Darka Prosińskiego.

Oto link do zbiórki.

Nz. Darek w okopach pod Mariupolem, lato 2015 roku/fot. własne