Dyplomacja

– W miejscu takim jak to, czas odmierza się nie godzinami, ale kilometrami – mówi Swietłana Dworkina, szefowa wydziału edukacji w powiecie izjumskim na wschodzie Ukrainy. – Zimą dzieci z najdalszych wiosek, oddalonych od Małej Kamaszywachy o dwadzieścia kilka kilometrów, wstają o piątej rano, by zdążyć na zajęcia o ósmej. Takie parszywe drogi mamy w okolicy. Ale w samej szkole też nie jest dobrze. Mróz wciska się przez dziurawe okna i drzwi, dzieciaki marzną w klasach. Tak wygląda u nas edukacja w XXI wieku…

Mała Kamaszywacha to królestwo eternitu, okrywającego maleńkie szare domki, otoczone walącymi się płotami bądź ogrodzeniami wykonanymi z byle czego. Wioskę przecina potwornie dziurawa droga, która zdaje się przywodzić znikąd i donikąd prowadzić. Co jakiś czas przemyka nią zdezelowany samochód, trąbiąc na wałęsające się bezpańskie psy.

Trudno o lepszy przykład materialnej destrukcji i biedy niż wschód Ukrainy. Ów region wygląda jak postapokaliptyczne terytorium, w którym państwo już dawno przestało pełnić swoje funkcje, porzucając obywateli na pastwę losu. Paradoksalnie, wojna w tym krajobrazie niewiele zmieniła.

Szkoła w Małej Kawaszywasze. Dach z eternitu, nieocieplona zagrzybiona ściana.../fot. Paweł Krawczyk
Szkoła w Małej Kawaszywasze. Dach z eternitu, nieocieplona zagrzybiona ściana…/fot. Paweł Krawczyk

Szkoły bez bieżącej wody

Powiat izjumski, gdzie leży Mała Kamaszywacha, to część województwa charkowskiego. Za miedzą zaczyna się Donbas, a tam tocząca się od ponad dwóch lat brutalna wojna.

– W jej wyniku do obwodu charkowskiego trafiło 120 tysięcy uchodźców – wylicza Wojciech Wilk, prezes Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM). – Dwie trzecie z nich próbuje ułożyć sobie życie w Charkowie, pozostali wyjechali na wieś. Z tych ostatnich aż 30 tysięcy znalazło schronienie w powiecie izjumskim.

W tym gronie jest kilkanaście tysięcy dzieci, które mimo wojennej zawieruchy muszą kontynuować edukację. Recz w tym, że znalazły się w regionie, który nawet jak na ukraińskie standardy jest wyjątkowo ubogi.

– Brakuje nam właściwie wszystkiego – Swietłana Dworkina załamuje ręce. – Dajcie mi godzinę, to spiszę nasze potrzeby.

I tak jak w Małej Kamaszywasze, tak w przypadku innych placówek w okolicy, nie chodzi jedynie o rachityczne dachy, nieocieplone ściany czy rozpadające się okna. Szkoły w powiecie izjumskim to także zniszczone łazienki, zużyte meble, pomoce naukowe i sprzęty pamiętające jeszcze czasy świetności Związku Radzieckiego. To sale komputerowe z urządzeniami z lat 90., niepodłączone do Internetu. Niektóre z placówek pozbawione są nawet dostępu do bieżącej wody. Mimo to nie ma w nich brudu czy bałaganu, jest za to wszechobecna, kładziona warstwami, jaskrawa farba – przy użyciu której przez lata „modernizowano” wnętrza szkół.

– Jak w takich warunkach uczyć dzieci? – pytanie Dworkiny ma wymiar retoryczny.

Zimą temperatura na charkowszczyźnie dochodzi do -30 stopni. Już w listopadzie może spaść do -22 stopni. Okna ze szparami na palec oznaczają, że wewnątrz panuje niemal mróz – tym bardziej prawdopodobny, że ceny gazu, używanego do ogrzewania szkół, wzrosły na Ukrainie kilkukrotnie na przestrzeni ostatnich dwóch lat.../fot. Paweł Krawczyk
Zimą temperatura na charkowszczyźnie dochodzi do -30 stopni. Już w listopadzie może spaść do -22 stopni. Okna ze szparami na palec oznaczają, że wewnątrz panuje niemal mróz – tym bardziej prawdopodobny, że ceny gazu, używanego do ogrzewania szkół, wzrosły na Ukrainie kilkukrotnie na przestrzeni ostatnich dwóch lat…/fot. Paweł Krawczyk

Polityka… zdobywania wdzięczności

Na szczęście idzie lepsze. Ponieważ w Małej Kamaszywasze uczą się również uciekinierzy z Donbasu, szkołę zakwalifikowano do specjalnego programu. Niebawem wymienione w niej zostaną wszystkie okna. Podobne remonty przeprowadzone będą także w dziewięciu innych szkołach w powiecie. Te, i dziesięć kolejnych placówek, otrzymają też dodatkowe wyposażenie – na przykład rzutniki multimedialne. Za ów projekt odpowiada Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej oraz Fundacja Solidarności Międzynarodowej. Pieniądze pochodzą z naszego MSZ – można zatem te działania traktować jako rodzaj polityki zagranicznej.

A nawet warto myśleć o nich w ten sposób. Dlaczego? Przez ostatnich kilkanaście lat przekonywano nas, że delegowanie armii na odległe misje jest efektywnym elementem polskiej polityki zagranicznej. Wciąż nie brakuje głosów, że tak samo jak w przypadku Iraku i Afganistanu, winniśmy działać na Ukrainie. Bo przecież toczy ona wojnę z wrogą nam Rosją. To niebezpieczne myślenie, które na szczęście nie ma zbyt wielu stronników.

Jedno z już wymienionych okien. Mało efektowny, ale efektywny sposób na dyplomację/fot. Paweł Krawczyk
Jedno z już wymienionych okien. Mało efektowny, ale efektywny sposób na dyplomację/fot. Paweł Krawczyk

Ale pomagać trzeba – abstrahując od powodów natury humanitarnej, stabilizacja sytuacji na Ukrainie leży w interesie Rzeczpospolitej. Sposobem na jej osiągniecie jest – pośród szeregu innych działań – zapewnienie dobrych warunków do edukacji kolejnym rocznikom Ukraińców. Wymiana okien czy drzwi nie brzmi zbyt efektownie, póki nie uświadomimy sobie, że daje możliwość nauki niezależnie od warunków atmosferycznych. I tym samym zostawia co najmniej kilkaset ukraińskich rodzin w przekonaniu, że „to Polacy nam pomogli”. Wdzięczność, która za tym idzie, ma już konkretny wymiar w relacjach między naszymi narodami.

—–

Trudno o lepszy przykład materialnej destrukcji i biedy niż wschód Ukrainy/fot. Paweł Krawczyk

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Strategie

Czym jest normalność? Niby oczywista sprawa, ale spróbujmy odpowiedzieć sobie na to pytanie w kontekście wojennej codzienności. No właśnie… Przed laty przeczytałem w jednym z tygodników artykuł poświęcony ostatnim dniom przed wybuchem Powstania Warszawskiego. I była tam mowa o restauracyjnych ogródkach nad Wisłą. Nie dla Niemców, dla Polaków. Wychowany w kulturze martyrologii, przeżyłem poznawczy szok. Ogródki restauracyjne dla mieszkańców najbardziej umęczonego przez hitlerowców miasta?! A jednak…

Z biegiem czasu wojna stała się moim zawodowym doświadczeniem. Szukałem więc tej normalności w nienormalności w Iraku, Afganistanie, a ostatnio na Ukrainie. I o tym będzie ta krótka opowieść.

Plac przed dworcem kolejowym w Doniecku, kwiecień 2015/fot. Michał Zieliński
Plac przed dworcem kolejowym w Doniecku, kwiecień 2015/fot. Michał Zieliński

Ważne, że nie strzelają

Pod koniec stycznia ubiegłego roku dotarłem z ekipą pod Debalcewe. Cudem znaleźliśmy transport – cywilne auto, a w nim straszą panią z synem za kółkiem. Kobieta była elegancko ubrana, miała pełen makijaż. Tego dnia, rano, wywiozła z Debelacewe do oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów Artiomowska swoje wnuki (kierowca był ich ojcem). Ale państwo ci ewakuowali dzieci w pośpiechu i już w drodze uświadomili sobie, że nie zamknęli drzwi od mieszkania na klucz. Więc pod odstawieniu pociech znów wsiedli w samochód, by wrócić do siebie. Miasto było już pod ciężkim ostrzałem, a oni jechali do domu, by zamknąć drzwi na klucz. „Bo przecież wojna się skończy, a człowiek musi mieć gdzie mieszkać”.

Kilkanaście dni później rebelianci – przy wsparciu armii rosyjskiej – zajęli Debalcewe. Zjawiłem się w nim dwa miesiące po tym fakcie, będąc już na terytorium Donieckiej Republiki Ludowej. W wyniku niedawnych walk ucierpiało prawie 70 procent zabudowy miasta. Niektóre fragmenty wyglądały naprawdę fatalnie – mówiło się wręcz o „małym Stalingradzie”. Ale mieszkańcy – ci, którzy wcześniej uciekli – wracali do siebie. „Ważne, że już nie strzelają” – mówili i w skrzykniętych z własnej inicjatywy grupach sprzątali gruzowiska.

Ten argument – że już nie strzelają – jest zresztą bardzo charakterystyczny. Po zachodniej stronie linii frontu, na Ukrainie, często ze wzgardą mówi się o ludziach, którzy zostali po „tamtej” stronie. Słyszałem określenie „zombie”, popularna jest też nazwa „wata” – od waty, którą wypełnia się kufajki, uchodzące za symbol radzieckości, czy teraz rosyjskości. Przy czym wata odnosi się też do dyspozycji intelektualnej – „oni mają watę zamiast mózgu”, mówi się. To reakcje między innymi na informacje rozpowszechniane przez liderów DRL – że większość mieszkańców nowej republiki popiera działania jej władz. Oczywiście można mieć zastrzeżenia do prawdziwości takich twierdzeń, ale w Doniecku wielokrotnie stykałem się ze zjawiskami, które w jakiejś mierze potwierdzały legitymizację nowego ustroju. Dla mnie to zupełnie zrozumiałe postawy – oto po miesiącach zawieruchy i ciężkich ostrzałach, jakie towarzyszyły początkom DRL, nastał względy spokój i stabilizacja. „Najważniejsze, że nie spadają na nas grady” – mówiła doniecka ulica. I cieszyła się z każdego przejawu normalności – kursujących autobusów, otwartych kin i szkół. To, kto rządził, miało drugorzędne znaczenie. To, że na przedmieściach wciąż toczyły się walki – również.

Zajęcia z baletu w jednej z donieckich szkół, kwiecień 2015/fot. Michał Zieliński
Zajęcia z baletu w jednej z donieckich szkół, kwiecień 2015/fot. Michał Zieliński

Zabawa do białego rana

Do tego, że wojna jest gdzieś tam, ale da się z nią, w niej, przy niej funkcjonować, przyzwyczajają się też dzieci. Wiosną zeszłego roku oglądałem eliminacje do lokalnych mistrzostw w piłce nożnej. Chłopcy z różnych dzielnic Doniecka rozgrywali mecze nie na powietrzu, a pod dachem – co było jedynym novum w odniesieniu do poprzednich lat. W innej szkole, na południowych obrzeżach miasta, byłem świadkiem zajęć z baletu – kilku-kilkunastoletnie dzieciaki nawet nie zwracały uwagi na pomruki artylerii, które niosły się pomiędzy blokami i powodowały drżenie szyb. Nauczyciele, z którymi wówczas rozmawiałem, tłumaczyli mi, że szkoła – jak większość w Doniecku – nie działała tylko przez trzy miesiące jesienią 2014 roku, kiedy o miasto toczyły się najcięższe walki. Lecz nawet wtedy nie przerwano edukacji – większość uczniów miała dostęp do internetu i za jego pośrednictwem przesyłano dzieciom zadania. Oczywiście, w piwnicach każdej ze szkół zorganizowano schrony, ale w kwietniu 2015 roku już z nich nie korzystano. Coś, co na Ukrainie odebrano jako narodową tragedię – wyparcie obrońców, tak zwanych cyborgów, z ruin donieckiego lotniska – w samym mieście, jego mieszkańcom, przyniosło ulgę; pozwoliło na odepchnięcie frontu o kilka kilometrów od centrum metropolii.

Schron pod jedną ze szkół w Doniecku, kwiecień 2015/fot. Michał Zieliński
Schron pod jedną ze szkół w Doniecku, kwiecień 2015/fot. Michał Zieliński

Analogiczna sytuacja miała miejsce na południu, w Mariupolu – tyle że tam odepchnięci zostali separatyści. Zaledwie kilkunastokilometrowy bufor sprawił, że dziś niemal nie ma stamtąd uchodźców – a jeszcze latem zeszłego roku władze Mariupola nie mogły się doliczyć 40 procent mieszkańców. Lecz nawet wówczas mariupolanie organizowali swoje życie na przekór wojnie. Któregoś lipcowego wieczoru poszliśmy z kolegami nad morze, piękne Morze Azowskie. Był weekend, knajpy i dyskoteki pękały w szwach. Alkohol, głośna muzyka, tańce, odstawione dziewczyny, eleganccy chłopcy – i zabawa do białego rana. Czasem tylko, patrząc wzdłuż wybrzeża, można było dostrzec oddalone wybuchy.

Piwnica dawnego kompleksu kolonijnego Majak w Szyrokino. Na górze trwa artyleryjski ostrzał/fot. Darek Prosiński
Piwnica dawnego kompleksu kolonijnego Majak w Szyrokino. Na górze trwa artyleryjski ostrzał/fot. Darek Prosiński

Żywy dowód

Rano wsiedliśmy w samochód i po niespełna 15 kilometrach znaleźliśmy się w zupełnie innym świecie. Okopy, zrujnowane budynki, przekształcone w małe twierdze; cały ten frontowy sztafaż, charakterystyczny dla znanego niegdyś kurortu w Szyrokino. Lecz i ta sytuacja daję okazję do rozważań o normalności w nienormalności. Do czasu wojny na Ukrainie miałem specyficzne doświadczenia wojenne. Dotyczyły one konfliktów asymetrycznych, partyzanckich czy antypartyzanckich, biorąc pod uwagę stronę, z jakiej je relacjonowałem. By nie wchodzić w zbędne szczegóły, iraccy bojownicy czy afgańscy talibowie nie mieli do dyspozycji ciężkiej artylerii. Nie w zakresie, który umożliwiałby nawały ogniowe. Z lektur, z filmów, wiedziałem zaś, że zmasowany ogień jest przyczyną wielu załamań nerwowych u żołnierzy, ale wiedziałem też, że ludzie się do niego przyzwyczajają. Co mimo wszystko wydawało mi się niewyobrażalne. Aż trafiłem na całonocną kanonadę. Separatyści i Rosjanie okładali pozycje, na których byłem, z najcięższych dział i haubic. Zmusili nas – mnie, kolegę i przede wszystkim ukraińskich żołnierzy – do zagrzebania się w piwnicach i jamach. Na początku było strasznie – każda kolejna eksplozja rodziła obawy, że za chwilę strop zwali mi się na głowę. Dość szybko jednak dałem sobie z tym spokój – idąc śladem Ukraińców, skupiłem się na oglądaniu jakiegoś bzdurnego filmu. Zdaje się, że był to „Seks w wielkim mieście”, z zabawnym rosyjskim dubbingiem. A gdy skończyło się paliwo w generatorze i telewizor zgasł, po prostu poszedłem spać.

Rano okolica wyglądała jak po kataklizmie, ale żołnierze – jak gdyby nigdy nic – wykonywali swoje rutynowe działania. Czyszczenie broni, parzenie kawy, przygotowanie śniadania. Tam, gdzie było jedzenie, pojawiły się psy – nieodzowny „element” frontowej rzeczywistości. Uchodźcy z terenów objętych działaniami zbrojnymi często zostawiają czworonogi, nie mając możliwości, by zabrać je ze sobą; natura ma też swoje prawa – zwierzęta parzą się bez względu na okoliczności, które zafundował im człowiek. Psy (ale i koty) ciągną do ludzi, żołnierz wiele z nich obdarza opieką. Bo zwierzak to substytut normalności, domu, przedwojennego życia, a zarazem żywy dowód na potrzebę zachowania oczywistego w normalnych czasach człowieczeństwa. Te ludzko-zwierzęce więzi potrafią być bardzo silne – piszę to z perspektywy człowieka, który pomagał kiedyś żołnierzowi WP przemycić 30-kilogramowego psa z Iraku do Polski.

Zwierzęta jako substytut normalności. Szyrokino, lipiec 2015/fot. Darek Prosiński
Zwierzęta jako substytut normalności. Szyrokino, lipiec 2015/fot. Darek Prosiński

Front

Pisałem już o Kijowie, który ma dość wojny, który chce po prostu żyć. I owszem, ukraińska stolica może sobie pozwolić na ten luksus – lecz 800 kilometrów dalej konflikt trwa w najlepsze.

Jest inny, mniej śmiercionośny, mniej bezwzględny. „Dziwny” – w takich kategoriach, w jakich znamy to określenie z frontu zachodniego sprzed niemieckiej inwazji na Francję w 1940 roku. Tak jak wówczas, tak i teraz obie strony okopały się na swoich pozycjach, niezdolne – z braku politycznej woli – ani pójść do przodu, ani oddać pola.

Posiłek w okopach - pozycje wojsk rządowych, południowy odcinek wschodnio-ukraińskiego frontu/fot. Darek Prosiński
Posiłek w okopach – pozycje wojsk rządowych, południowy odcinek wschodnio-ukraińskiego frontu/fot. Darek Prosiński

Podpisane w białoruskim Mińsku zawieszenie broni respektowane jest wybiórczo. Bo owszem, ciężki sprzęt został w większości wycofany w głąb obu terytoriów, ale pojedyncze działa i moździerze wciąż wykonują swoją morderczą robotę.

– Prowokują nas – przekonywał mnie starszy porucznik Aleksander Lahutenko, zastępca dowódcy jednego z rządowych batalionów, rozlokowanych w pobliżu Mariupola. – Liczą, że odpowiemy, i wtedy zwalą winę za wymianę ognia na nas.

Tymczasem rozkaz dla ukraińskich oddziałów brzmi jasno: odpowiadać wyłącznie w razie bezpośredniego ataku.

Alarm na pozycjach wojsk ukraińskich w okolicach wsi Nowosiliewka, na północ od Mariupola/fot. Darek Prosiński
Alarm na pozycjach wojsk ukraińskich w okolicach wsi Nowosiliewka, na północ od Mariupola/fot. Darek Prosiński

„Profesjonalna robota”

Te także się zdarzają, choć nie są to masowe operacje – zwykle biorą w nich udział niewielkie grupy. Celem tych działań jest raczej dywersja i rozpoznanie słabych punktów ukraińskiej obrony niż przełamanie. Tak czy inaczej, gdy już dochodzi do kontaktu, obie strony nie szczędzą sobie amunicji.

Generalnie jednak frontowa codzienność sprowadza się do sporadycznych ostrzałów artyleryjskich i nieco częstszych z broni ręcznej. Motywowanych chęcią zademonstrowania swojej obecności i uprzykrzenia życia przeciwnikowi.

Przodują w tym separatyści – taka narracja obowiązuje po ukraińskiej stronie frontu.

– Słońce zachodzi, tamci zaczynają strzelać – opowiadał mi Witalij, żołnierz stacjonujący w okolicach wsi Nowosiliewka. Szliśmy właśnie wzdłuż pozycji, kilkanaście metrów za najdalej wysuniętą linią ukraińskich okopów. Mijaliśmy karłowate drzewka – w większości mocno okaleczone, ze śladami wielokrotnych trafień kulami. – Patrz – wojskowy wskazał ręką na sporej wielkości lej. – To z haubicy. Przywaliło dziś w nocy.

– Blisko okopów – zauważyłem.

Ukrainiec uśmiechnął się lekko.

– Gdy strzelają separy, pociski lądują gdzie popadnie. Ten niemal wszedł w cel, co oznacza, że to robota profesjonalna. Ruskich.

Skończyły się czasy solidnych dachów. Nz. Każdy wystrzelony pocisk, każda seria z broni automatycznej, skutkowała telefonami z dowództwa odcinka. "Wszystko u was w porządku?" - pytał oficer dyżurny. "Tak, jemy" - usłyszał w odpowiedzi /fot. Darek Prosiński
Skończyły się czasy solidnych dachów. Nz. Każdy wystrzelony pocisk, każda seria z broni automatycznej, skutkowała telefonami z dowództwa odcinka. „Wszystko u was w porządku?” – pytał oficer dyżurny. „Tak, jemy” – usłyszał w odpowiedzi /fot. Darek Prosiński

Po co ryć w ziemi?

Zmiana charakteru wojny widoczna jest też we frontowej infrastrukturze. Przynajmniej na południowym odcinku, gdzie jeszcze latem zeszłego roku Ukraińcy budowali głębokie okopy, a ziemianki nakrywali żelbetowymi bądź pancernymi płytami. Dziś transzeje są znacznie płytsze, a na dachach legowisk króluje blacha falista, przymocowana do drewnianego stelaża.

– Byle na łeb nie kapało – usłyszałem jakże racjonalne wyjaśnienie.

Czasem frontowe życie toczy się wręcz w zaimprowizowanych szopach obleczonych folią oraz namiotach, dla których jedyną osłonę stanowią kępy roślin i drzew.

A pozycje obu stron oddalone są od siebie o kilkaset metrów, maksymalnie o półtora kilometra.

Ta nonszalancja wynika z przekonania, że nie ma już zagrożenia nawałami artyleryjskimi. Zwłaszcza ostrzałami z budzących przerażenie wyrzutni rakietowych Grad. Pojedyncze ataki i uaktywniający się co jakiś czas snajperzy nie są w stanie zmienić tej postawy. Ostatecznie ginie „tylko” kilku żołnierzy tygodniowo, a parunastu zostaje rannych. I to w skali całego frontu. Po co się więc trudzić ryciem w ziemi?

Okopowa codzienność - trzeba wyjść po wodę i jedzenie/fot. Darek Prosiński
Okopowa codzienność – trzeba wyjść po wodę i jedzenie/fot. Darek Prosiński

(Nie)normalnie

– Biletów do Mariupola już nie ma – kasjerka na kijowskim dworcu kolejowym była wyraźnie zirytowana. Nie mogłem uwierzyć, więc pytałem kilka razy – stąd jej reakcja. Pani z okienka na dworcu autobusowym była już znacznie milsza. – Przyjdźcie chłopcy po piętnastej. Zobaczymy, może któryś z kierowców gdzieś was wciśnie – miała na myśli przejazd na podłodze bądź schodach, wolnych miejsc bowiem i tu już nie było.

Niestety, i ta możliwość okazała się jedynie teoretyczna. Ostatecznie trafiłem z ekipą do Mariupola, stosując taktykę żabich skoków – przemieszczając się z miasta do miasta, słynnymi ukraińskimi marszrutkami. Słynącymi z ciasnoty, zaduchu i kiepskiego stanu technicznego. „Wszystko przez święta” – tłumaczyłem sobie, zły, że nie wziąłem pod uwagę prawosławnej Wielkanocy jako problemu natury komunikacyjnej. „Ludzie pewnie wracają w swoje strony. Tylko u licha – do Mariupola?”.

Jeszcze latem zeszłego roku w tym portowym ośrodku nad Morzem Azowskim brakowało 40 procent mieszkańców. Uciekli przed wojną, która rozgrywała się kilkanaście kilometrów na wschód od miasta, czasem dosięgając i jego centrum. Cały świat z oburzeniem oglądał filmy nagrane w styczniu 2015 roku, kiedy rebelianckie rakiety upadły na pełne ludzi blokowisko, zabijając 30 osób. Zaś sami separatyści wielokrotnie zapowiadali, że wezmą Mariupol szturmem – „jeśli nie dziś, to jutro”.

Żołnierz armii ukraińskiej na pozycjach w pobliżu Mariupola.
Żołnierz armii ukraińskiej na pozycjach w pobliżu Mariupola.

Plaże wciąż w zasięgu dział

Jutro nie nadchodziło, za to do roboty wzięły się oddziały rządowe, które odparły siły Donieckiej Republiki Ludowej na tyle daleko, że dziś nikt już nie bierze na poważnie groźby przejęcia miasta. Przekonałem się o tym na własne oczy jeszcze zanim dotarłem do Mariupola. W autobusie, do którego wsiedliśmy w Dniepropietrowsku, spotkałem Heinza, berlińczyka, żonatego z Ukrainką, rodowitą mariupolanką. Starsi państwo mieszkali przed wojną pół roku na Ukrainie, pół roku w Niemczech. Zeszłorocznej wiosny już do Mariupola nie wrócili – z obawy przed działaniami zbrojnymi. Teraz jednak uznali, że przyszła pora wracać do utartego schematu – a święta stworzyły doskonały pretekst do przyjazdu.

– Dziś brakuje w mieście tylko pięciu procent stałych mieszkańców – Tetiana, miejscowa dziennikarka pracująca dla dużej kijowskiej stacji telewizyjnej, nie kryła zadowolenia z tego faktu. Jej słowa – wskazujące na pewną stabilizację – potwierdzał widok ulicy. Działające sklepy, szkoły, komunikacja miejska, czy drogi pełne aut. Gwarne i głośne wieczorami kluby. – Ostatni ostrzał miasta był w sierpniu 2015 roku – mówiła. – Informacja idzie w świat, więc ludzie wracają. Miasto odżywa.

– Wrócą też letnicy? – spytałem, mając w pamięci piękną plażę w pobliskim Szyrokino.

– Ojjj… – Tetiana pokręciła głową. – Nieprędko. Latem zeszłego roku miny zabiły w morzu trzy kąpiące się osoby. Poza tym plaże są wciąż w zasięgu artylerii separatystów.

„W Doniecku jest jeszcze gorzej”

O zmianie klimatu świadczą też tematy podejmowane przez lokalne media i ulicę. Wojna nadal dominuje, niemniej coraz częściej na status wiadomości dnia czy tygodnia wybijają się inne historie. Kilka tygodni temu Mariupol żył zabawnym na swój sposób zdarzeniem, do którego doszło w Sartanie, niewielkiej miejscowości pod miastem. Tamtejsze zoo – znane w okolicy, w czasach pokoju tłumnie odwiedzane przez mariupolan – stało się sceną niecodziennego wypadku. Pijany mężczyzna postanowił bowiem wejść do klatki z lwem. Nie bardzo wiadomo dlaczego, wiadomo za to, że miał sporo szczęścia. Przeżył, choć został solidnie poturbowany.

Z kolei kilka dni temu wojnę przyćmiła Wielkanoc. W przedświąteczny czwartek, w taksówce, wysłuchałem audycji, w której mowa była nie tyle o samych przygotowaniach do świąt, co o drożyźnie, która będzie miała wpływ na zawartość świątecznych stołów. „W Doniecku jest jeszcze gorzej” – owo stwierdzenie miało zapewne dodać słuchaczom otuchy. W wielki piątek, jadąc do Nowosiliewki – wsi położonej 40 kilometrów na północ od Mariupola – zobaczyłem sznur samochodów na donieckich tablicach rejestracyjnych, czekających na przejazd przez „przejście graniczne” w Hnutowe.

– U nich nie dość, że drogo, to jeszcze sklepy puste. Chcą czy nie, przyjeżdżają na zakupy do nas, na Ukrainę – skwitowała ów widok Tetiana.

Ceremonia przekazania darów od ukraińskich wolontariuszy dla żołnierzy walczących na froncie w okolicach wsi Nowosiliewka.
Ceremonia przekazania darów od ukraińskich wolontariuszy dla żołnierzy walczących na froncie w okolicach wsi Nowosiliewka.

„Kto wyciągnie dzieci ze schronu?”

– Mam nadzieję, że na świątecznym stole nie zabraknie wam niczego – Witalij z Zaporoża uścisnął dłoń dowódcy batalionu, rozlokowanego w pobliżu Nowosiliewki. – Zwłaszcza w takich dniach pamiętajcie, że doceniamy waszą trudną służbę.

Siedziałem w sali wiejskiego domu kultury, towarzysząc kilkudziesięciu wojskowym. Właśnie odbywała się krótka ceremonia przekazania darów, zebranych przez Witalija i grupę wolontariuszy. Do żołnierzy trafiły świąteczne babki, tak zwane paschy, jajka, wędliny, ale też bielizna, skarpety, koszulki. Ukraińska armia – jakkolwiek coraz lepiej wyekwipowana – wciąż w sporym zakresie korzysta z ofiarności cywilów.

Do paczek dołączono również kolorowe kartki, robione własnoręcznie przez dzieci. Kilka z tych życzeń odczytano na głos. „By w Ukrainie jak najszybciej zapanował pokój” – brzmiał najczęściej pojawiający się motyw.

Trudno o lepsze życzenia w Nowosiliewce. Linia frontu rozciągnęła się wzdłuż okolicznych pól i choć natężenie walk znacząco osłabło w porównaniu do sytuacji z zeszłego roku, wieś nadal znajduje się w strefie rażenia. Dla 68-letniej Swietłany to już jakiś postęp.

– Nie muszę wnuków w schronie zamykać – mówiła, uśmiechając się smutno. Ów schron to niewielka piwniczka w chałupie, na tyle duża, by pomieścić dwoje nastolatków.

– A wy się nie chowaliście? – spytałem Swietłany, obok której stał starszy od niej o dwa lata mąż.

– Miejsca nie było, a poza tym, niech by w dom trafiło – kto by dzieci z piwnicy wyciągnął? Nam wystarczył rów.

Sierioża i Wiktor, 14-latkowie z Nowosiliewki.
Sierioża i Wiktor, 14-latkowie z Nowosiliewki.

„Do nich nie strzelamy”

 14-letni Sierioża z trudem przyznał, że i jemu zdarzało się chować podczas ostrzałów.

– Ale tylko pod łóżko – zastrzegł. Rówieśnik, Wiktor, wybuchł śmiechem po tym wyznaniu kolegi. On nigdzie się nie chował. A do wojny już przywykł, bo trzeba jakoś żyć. Szkoda tylko, że nie wiadomo, co będzie ze szkołą.

– Nauczyciele zostali wszyscy, ale dużą część uczniów rodzice powywozili. A z naszej dwójki dziesiątej klasy nie zrobią – chłopak miał naprawdę zafrasowaną minę. Zaraz jednak rozpogodził się wizją wakacji. Wyjazdu na kolonie organizowanego specjalnie dla dzieci takich jak on i Sierioża – z terenów dotkniętych działaniami wojennymi. – Bo widzisz – Wiktor wskazał dłonią niewielkie centrum wsi, po którym kręcili się żołnierze. – Niby tu normalnie, ale tak naprawdę nienormalnie. Więc rekreację chcą nam zapewnić gdzie indziej.

„Niby normalnie” – powtarzałem sobie później w myślach. Jechałem na pierwszą linię ukraińskiej obrony ścieżkami wytyczonymi między świeżo zaoranymi połaciami pól. Ba, gdzieniegdzie widziałem nawet pracujące traktory. W zasięgi strzału z broni ręcznej, czasem wręcz tuż obok okopów. I po jednej, i po drugiej stronie frontu.

– Do nich nie strzelamy. Ani my, ani tamci – zapewnił mnie jeden z Ukraińców.

„Do nich nie strzelamy. Ani my, ani tamci”.
„Do nich nie strzelamy. Ani my, ani tamci”.

—–

Centrum wioski Nowosiliewka. Dziś linia wschodnio ukraińskiego frontu przebiega wzdłuż okolicznych pól/fot. (wszystkie) Marcin Ogdowski

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dość

Na kijowskim Majdanie nie ma śladów po wydarzeniach sprzed ponad dwóch lat. Jest czysto, schludnie, na wschodni sposób szykownie. Gdy byłem tu rok temu, wokół stojącej w centrum placu kolumny rozstawiono zdjęcia z Donbasu, dokumentujące wojenny wysiłek ukraińskiego państwa. Obok zaś założono punkt werbunkowy do gwardii narodowej.

Dziś nie ma już nawet tego.

W sobotni wieczór na Chreszczatyku – głównej alei miasta – weekendowy gwar. Ulicę zamknięto, stawiając na obu jej końcach nowoczesne samochody nowopowołanej policji. Co kawałek – wymijając tłum eleganckich kijowian – natykam się na jakąś kapelę, przygrywającą spacerującym.

Julek, dziennikarz z Polski, pracujący w jednej z ukraińskich stacji telewizyjnych opowiada, że wojenne newsy nie cieszą się już zainteresowaniem. Że ich emisja oznacza spadek oglądalności.

Modny klub „Porter” pęka w szwach. Na scenie zespół z ciemnoskórą frontmenką, grający klasyki amerykańskiego bluesa, choć z ostrym, rockowym pazurem

– „Hit the road Jack” – wokalistka zaczyna kolejną piosenkę, znaną z genialnego wykonania Raya Charlesa.

– No more!, no more!, no more! – śpiewają razem z nią klubowicze, a na mini-parkiecie pojawia się kilkanaście par. Młodzi podskakują w tańcu, rozradowani, uśmiechnięci, trochę pijani.

„No more” brzmi mi w uszach jeszcze długo potem, gdy wracam do mieszkania z widokiem na tonący w iluminacji Majdan.

„No more”.

Tak, Kijów ma już dość wojny. Kijów chce się bawić. Żyć.

Postaw mi kawę na buycoffee.to