Pokolenie

W wiek dorosły coraz liczniej wkracza pokolenie, którego oczekiwania i wartości odbiegają od dotychczas uznawanych norm. To wyzwanie dla wielu instytucji, także dla armii. Stawką jest nie tylko dopływ świeżej krwi, lecz także unikatowe kompetencje młodych ludzi.

Media co rusz przekonują, że Polacy, zwłaszcza młodzi, są raczej sceptycznie nastawieni do obowiązku służby wojskowej. I niezbyt chętni do obrony Polski, gdyby wybuchła wojna. Specyfika pokolenia Z, nazywanego generacją egoistów? A może stawiamy złe pytania, a młodzież nie kwestionuje powinności, tylko nie widzi siebie w tradycyjnych rolach? Może czas budować większą świadomość obronną obywateli i system powszechnej obrony, w którym każdy znajdzie miejsce dla siebie?

—–

Zacznijmy od ustalenia, czym jest pokolenie Z. Przyjmuje się, że to osoby urodzone między 1995 a 2012 rokiem. Dr Anna Chabasińska z Wydziału Prawa i Bezpieczeństwa Akademii im. Jakuba z Paradyża w Gorzowie Wielkopolskim nazywa je: „pierwszym globalnym pokoleniem uformowanym przez technologię”. „Zetki są w tej technologicznej zupie zatopione”, potwierdza gen. Rajmund Andrzejczak, były szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. To za jego kadencji wojsko zaczęło uważniej przyglądać się generacji Z. „Tak mocno żyją w świecie wirtualnym, że zaniedbują część kompetencji niezbędnych do funkcjonowania w realnej rzeczywistości. Mają problemy z budowaniem relacji i nienajlepszą kondycję fizyczną”, dodaje gen. Andrzejczak.

„Pokolenie Z żyje w świecie dramatycznych zmian: klimatycznych, kulturowych, związanych z bezpieczeństwem”, kontynuuje opis dr Chabasińska. „Akceptuje taki stan, bo innego świata nie zna. Ale ma to swoje konsekwencje, bo skoro wszystko jest na chwilę i może się zmienić, skoro technologia skraca dystans, zetki potrzebują szybkiej informacji zwrotnej. Nie można ich pozbawić reakcji na działanie, bez tego tracą zainteresowanie, odchodzą. W relacjach zawodowych i w dużych zespołach to trudny do spełnienia wymóg. Szczególnie że zetki chcą przywództwa służebnego, w którym lider nie tylko chwali i gani osobiście, ale generalnie stawia dobro i rozwój podwładnych na pierwszym miejscu”.

Owo „ja” nad „my” ma też inne oblicze. „Dla młodych z generacji Z takie wartości jak solidarność czy sprawiedliwość są ważne, ale ważny jest też święty spokój”, twierdzi Anna Chabasińska. „Jako dobro deficytowe cenią sobie stałość, niezmienność, co dotyczy także mobilności. Zetki oczekują pracy w miejscu zamieszkania, nie chcą wyjeżdżać czy dojeżdżać. I obsesyjnie dbają o zachowanie balansu między życiem zawodowym a prywatnym. Starsi postrzegają to jako wygodnictwo czy wręcz lenistwo”. Co jeszcze? Zetki nie mają tradycyjnie pojmowanych autorytetów. Bohaterowie narodowi nie są dla nich żadnym wzorcem. Młodzi z pokolenia Z wzorują się na tych, którzy są do nich podobni, zwykle na rówieśnikach.

„To najlepiej wykształcone pokolenie w historii Polski”, dodaje gen. Andrzejczak. „I pierwsze, w którym odsetek osób z wykształceniem wyższym jest większy u kobiet – 51%, niż u mężczyzn – 30%”, podkreśla były szef SGWP. To z jego inspiracji w Centrum Doktryn i Szkolenia Sił Zbrojnych uruchomiono projekt badawczy, którego celem było poznanie postaw i wartości zetek. Upubliczniony w marcu 2025 roku raport napawa optymizmem, wszak ponad dwie trzecie ankietowanych wyraziło chęć zaangażowania się – bezpośrednio lub pośrednio – w wysiłek obronny państwa. 48% ankietowanych w wieku 18–25 lat zgłosiłoby się do armii, by wziąć udział w walce. Niemal co piąty (19%) działałby w organizacjach charytatywnych i humanitarnych. 26% młodych zadeklarowało chęć wyjechania z kraju.

Lecz projekt CDiS SZ był zaledwie wstępem do pogłębionych badań i objął specyficzną próbę – głównie uczniów klas mundurowych. Trudno więc pozyskane wyniki uogólniać na całą generację Z. „Przygotowujemy badania w skali ogólnopolskiej, z wielotysięczną, reprezentatywną próbą”, zapewnia gen. bryg. Rafał Miernik, szef Zarządu Szkolenia SGWP. „Poprowadzi je Centrum Doktryn i Szkolenia, przy wsparciu cywilnych ekspertów, oczywiście odbędą się one we współpracy z ministerstwem edukacji i kuratoriami. Ruszą we wrześniu”, zapowiada Miernik.

—–

Tymczasem odwołajmy się do innych ustaleń. W 2024 roku Centrum Badania Opinii Publicznej (CBOS) opublikowało raport pt. „Gotowość do obrony kraju”. Respondentów poproszono o wskazanie, jakie byłyby ich zachowania w sytuacji napaści na Polskę. Pytania dotyczące konkretnych postaw zadawano rozłącznie – wybór jednej z opcji nie wykluczał możliwości wyboru pozostałych. I tak aż 55% narażając własne życie, brałoby udział w obronie kraju, podejmując walkę zbrojną z napastnikiem, na przykład służąc w siłach zbrojnych lub uczestnicząc w zbrojnym ruchu oporu. 72% narażając własne życie, brałoby udział w obronie kraju bez podejmowania walki zbrojnej z napastnikiem, na przykład poprzez zaangażowanie w akcje ratownicze na terenach objętych walkami. 85% bez ryzykowania dla własnego życia i bez podejmowania walki zbrojnej wspierałoby obronę, na przykład w różnych formach pomocy poza obszarem walk. Co czwarty badany przyznał, że w takiej sytuacji starałby się jak najszybciej wyjechać z Polski. Co istotne, gotowość do otwartej walki wyraźnie jest związana z wiekiem, a największą skłonność do udziału w zbrojnej konfrontacji wyrażały osoby między 45. a 64. rokiem życia (67%). Jedyną grupą, w której większość (56%) stanowili deklarujący, że nie podjęliby się tego zadania, były osoby w wieku 25–34 lata – skłonnych do udziału w walce zbrojnej w obronie ojczyzny było w tej grupie tylko 38% badanych.

We wnioskach z raportu CBOS czytamy również, że największe poparcie zyskała zawodowa służba wojskowa – jej zwolennikami okazało się 92% badanych. Na drugim miejscu znalazła się dobrowolna zasadnicza służba wojskowa z wynikiem 90%. Co ciekawe, znacznie więcej zwolenników niż przeciwników uzyskała obowiązkowa zasadnicza służba wojskowa dla mężczyzn w okresie pokoju (52% wobec 44%). Ale wśród najmłodszych respondentów dominowali jej przeciwnicy – 59% w grupie wiekowej 18–24 lata i 50% wśród osób w wieku 25–34 lata. Najwięcej zwolenników było wśród respondentów w wieku 65+ (61% w tej grupie).

„W publicznej debacie obowiązek obrony definiowany jest w kategoriach wojskowocentrycznych”, zauważa dr Weronika Grzebalska z Instytutu Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk. „Podkreślana jest dostępność różnorodnych form służby w siłach zbrojnych, z bronią w ręku. Na to nakłada się specyficzny rys kulturowy, hołubiący ideę umierania, znów z bronią w ręku, za ojczyznę. W efekcie młodych, którzy żyją w świecie nieco innych wartości, stawia się przed alternatywą: albo zostanę żołnierzem i najprawdopodobniej polegnę na froncie, albo nie zrobię nic, ale przeżyję”. Tymczasem uwarunkowania geopolityczne wymuszają na Polsce budowanie systemu powszechnej obrony, obejmującego nie tylko silną armię, ale też liczną i wydajną obronę cywilną. „Nie każdy nadaje się do zabijania, co nie oznacza przecież, że jest nieprzydatny w systemie obrony”, przekonuje Grzebalska. „Gdy w Polsce zbudujemy już obronę cywilną z prawdziwego zdarzenia, więcej osób będzie miało pojęcie, co powinno zrobić w sytuacji zagrożenia. Dziś często to niewiedza i brak kompetencji skutkują wycofaniem, automatycznym »nie« dla poważnych zobowiązań. A jest na czym budować i system powszechnej obrony, i świadomość proobronną. Z bronią w ręku chce walczyć zdecydowana mniejszość, dość jednak liczna, by stworzyć armię zdolną odeprzeć atak rosji. Co więcej, notujemy bardzo wysoki odsetek deklaracji dotyczących działań cywilnych”, socjolożka ma na myśli cytowane badania CBOS, gdzie aż 85% ankietowanych zadeklarowało wsparcie obrony poza bezpośrednim obszarem walk (93% w najmłodszej grupie wiekowej 18–24).

—–

Niezależnie od tego, jak istotne jest zaplecze, to wojsko i jego potrzeby rozbudowy, także rezerw, mają w wysiłku obronnym państwa kluczowe znaczenie. „W sztabie generalnym patrzymy na to długofalowo i widzimy, że problemy demograficzne nakładają się na zmiany pokoleniowe”, mówi gen. Rafał Miernik. „Z jednej strony mamy spadającą dzietność i wizję narodu do 2060 roku mniejszego o 9 mln, z drugiej młodzież, która sądzi, że zawodowa służba wojskowa załatwi problemy związane z bezpieczeństwem. A przecież zewnętrznych zagrożeń nie ubywa, przeciwnie. Zadaniem starszych pokoleń jest to młodym uświadomić, przygotować ich. Nie ma sensu się na nich obrażać”, apeluje szef Zarządu Szkolenia SG WP.

Miernik mówi o koncepcji międzypokoleniowego mostu, za czym kryje się stworzenie takich warunków służby, które byłyby atrakcyjne dla generacji Z i jej następców. Stąd konieczność pogłębionych badań zetek, przy czym nie chodzi w nich o odkrywanie koła – wszak fenomen pokolenia Z doczekał się już wielu opracowań socjologicznych – ale o gruntowne rozpoznanie potrzeb i oczekiwań młodych Polaków w odniesieniu do armii, państwa i obywatelskich powinności.

„Interesują nas na przykład regionalne zróżnicowania”, przyznaje generał, zapowiadając, że na podstawie takich danych możliwe będzie projektowanie form służby pod konkretne województwa. „Już dziś wiemy, że wschód Polski jest bardziej wdzięcznym miejscem do rekrutacji, ale nie chcemy odpuszczać żadnego województwa”, zapewnia Miernik.

Trudno przewidywać wyniki badań, które przeprowadzi Centrum Doktryn, ale warto wskazać na doświadczenia z innych krajów. Dr Anna Chabasińska – członkini zespołu, który wziął pod lupę rodzime zetki – przywołuje przykład z USA. Gdy przyjrzano się rekrutacji do marynarki wojennej prowadzonej w stanie Kalifornia, okazało się, że młodzi bardzo liczą się z opiniami rodziców. To właśnie oni bardzo często stali za decyzjami dzieci o wstąpieniu do US Navy. „Gdyby z naszych badań wyszła taka zależność, rekomendowałabym oddziaływanie komunikacyjne na rodziców”, mówi Chabasińska, mając na myśli kampanie rekrutacyjne.

Wspomniane badania potrwają około roku, ale niezależnie od ich wyników trudno wyobrazić sobie armię, która nie byłoby strukturą hierarchiczną, wymagającą dużej dyspozycyjności. Jak ów wymóg pogodzić z oczekiwaniami zetek?

O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w miesięczniku „Polska Zbrojna”. Jego elektroniczną wersję znajdziecie pod tym linkiem.

—–

Szanowni, gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewick, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Tomaszowi Krajewskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Bognie Gałek, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Habeli i Annie Sierańskiej.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia – Jarkowi Rycykowi oraz Agacie Lenard.

To dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełna oferta pod tym linkiem.

Nz. Żołnierze 6 Brygady Powietrznodesantowej, zdjęcie ilustracyjne/fot. 6BDP

Żołnierz

„Wodzu, będzie nam Ciebie brakowało…”, to jedna z najczęściej powtarzających się fraz w komentarzach po śmierci gen. Waldemara Skrzypczaka. Za tymi słowami zwykle stoją byli podwładni, koledzy z armii, ale nie tylko. Generał był „wodzem” także dla dziennikarzy zajmujących się tematyką wojny i wojska. Do końca swoich dni ciężko na ten tytuł i szacunek pracował.

Latem 2009 roku sytuacja w Afganistanie gwałtownie się pogorszyła. Nie było dnia bez starć sił koalicji z talibskimi bojówkami. Również w polskiej strefie, w prowincji Ghazni, dochodziło do co najmniej kilku incydentów na dobę – ostrzałów baz, ataków na konwoje i patrole. Gdy 10 sierpnia w zasadzce w wiosce Usman Khel zabito por. Daniela Ambrozińskiego, informacje o intensyfikacji walk dotarły wreszcie do opinii publicznej w Polsce. Waldemar Skrzypczak był wówczas dowódcą wojsk lądowych. Kilka dni po śmierci Ambrozińskiego, podczas jego pogrzebu, wygłosił emocjonalne przemówienie, domagając się od polityków nazwania misji w Afganistanie „wojną” oraz adekwatnego wyposażenia wysyłanych do Azji oddziałów.

– Wybuchła medialno-polityczna burza, generał w proteście złożył dymisję – wspomina Marcin Ogdowski, w 2009 roku autor bloga zAfganistanu.pl, dziś dziennikarz „Polski Zbrojnej”. – Kilka tygodni później byłem pod Hindukuszem, zwykli żołnierze bardzo wysoko oceniali ten gest. To wtedy po raz pierwszy zetknąłem się z określeniem „wódz”.

Ta historia nie tylko ugruntowała nieformalną pozycję Waldemara Skrzypczaka, miała też znacznie szersze, wymierne skutki. – Generał dopiął swego – przekonuje Ogdowski. – Odtąd nie mówiło się już o misji stabilizacyjnej, a o wojnie. Skrzypczak wywołał zainteresowanie mediów, opinia publiczna dostała rzetelne informacje. Skorzystali na tym także żołnierze, bo pokłosiem dymisji generała było uruchomienie tzw. pakietu afgańskiego, w ramach którego znacząco poprawiono wyposażenie kontyngentu.

Lekcja na całe życie

Ale troska o podwładnych objawiała się także w mniej spektakularnych gestach. – Ta historia wydarzyła się na początku lat 90. – zaczyna opowieść płk rez. Tomasz Szulejko, niegdyś rzecznik Dowództwa Wojsk Lądowych, a potem Sztabu Generalnego WP. Nasz rozmówca był wówczas świeżo upieczonym oficerem i jako dowódca plutonu miał odprowadzić kadetów Szkoły Chorążych Wojsk Pancernych na praktyki do 68 Pułku Czołgów Średnich do Budowa, po czym już samotnie wrócić do Poznania. Początkowo podróż przebiegała w miarę gładko. – Do Szczecinka dojechaliśmy pociągiem – wspomina. Później jednak zaczęły się schody. Do oddalonego o przeszło 60 km Budowa transportu już nie było. – Musieliśmy sobie radzić sami. Część drogi przejechaliśmy jakimiś busami, część przeszliśmy na własnych nogach, na koniec skróciliśmy sobie drogę, maszerując przez pole buraków – uśmiecha się Szulejko.

Już na miejscu do kadetów wyszedł szef sztabu pułku – kapitan Waldemar Skrzypczak.

– Jak się tutaj dostaliście? – zwrócił się do dowódcy plutonu.

– No, przez pole…

– To jak pan będzie wracał, dam panu mojego UAZ-a. Dowiezie pana na stację w Szczecinku – Szulejko relacjonuje rozmowę z przyszłym generałem, po czym dodaje. – Zobaczyłem wtedy człowieka empatycznego i wrażliwego. Dowódcę, który nie odgradza się od żołnierza, potrafiącego postawić się na jego miejscu. To była dla mnie lekcja na całe życie.

Moralnie ważny sygnał

Również na początku lat 90. z późniejszym „Wodzem” zetknął się Rajmund Andrzejczak, wtedy porucznik, dowódca kompanii czołgów w Giżycku. Skrzypczak był w tamtym czasie szefem sztabu 1 Warszawskiej Dywizji Zmechanizowanej, na Mazury przyjechał z inspekcją. – Odstawał od ówczesnej kadry – mówi gen. Andrzejczak. – Merytoryka nieagresywna, wysoka kultura osobista, nie budował dystansu – wymienia były szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. – Byłem pozytywnie zaskoczony, że oficer tej rangi tak po prostu chce rozmawiać ze zwykłym porucznikiem i wysłuchać go. Waldek w relacjach z podwładnymi był absolutnie nieszablonowy.

– Był geniuszem jeśli chodzi o budowanie relacji z podwładnymi niższego szczebla – potwierdza gen. Mirosław Różański, były dowódca generalny rodzajów sił zbrojnych. – Śmiało mogę użyć stwierdzenia, że szeregowi czy podoficerowie kochali go.

Tę nieszablonowość i oddanie widać było także wiele lat później. – Lubił atmosferę poligonu, błoto, zmęczenie… – mówi Edyta Żemła, była redaktor naczelna portalu „Polska Zbrojna” dzisiaj dziennikarka Onetu, która znała generała także na stopie prywatnej. – Cenił towarzystwo swoich żołnierzy. Jadał z nimi, zawsze był gotowy pomagać im w rozwiązywaniu problemów, nie tylko tych związanych ze służbą. W ten sposób budował swój autorytet. Kiedy wydawał rozkazy, nigdy nie krzyczał, nie przeklinał – podkreśla Żemła, po czym przechodzi do głośnej sprawy Nangar Khel. W 2007 roku grupa polskich żołnierzy została zatrzymana pod zarzutem umyślnego ostrzelania cywilów w Afganistanie. Wojskowi trafili do aresztu, a prokuratura postawiła im zarzuty. Z dramatu zrobiono medialno-polityczny cyrk, de facto przesądzając o winie żołnierzy na długo przed procesem. – Skrzypczak był w stałym kontakcie z ich rodzinami, jeździł do aresztu i na rozprawy sądowe – relacjonuje reporterka Onetu. – Wspierał ich przy każdej okazji, zarówno jako dowódca wojsk lądowych, jak i później, gdy był już poza armią. Powtarzał, że wierzy w ich niewinność. Ostatecznie żołnierze zostali oczyszczeni z zarzutów. – Zaangażowanie Waldka w tę sprawę to był moralnie ważny sygnał dla wojska – komentuje Rajmund Andrzejczak.

Podniesiona zasłona milczenia

Walka o dobre imię podwładnych czasem sprowadzała się do tego, by nie odbierano im zasług. By można było mówić o zadaniach i wysiłkach podejmowanych przez żołnierzy WP. Świetnie ilustruje to historia, którą przytacza Marcin Górka, dziennikarz, współautor książki „Karbala”.

– Gdyby nie generał Skrzypczak, być może nie dowiedzielibyśmy się o bohaterskiej walce polskich żołnierzy w irackiej Karbali – przekonuje Górka i opowiada o ciągu zdarzeń, zainicjowanych pechem. – Generał, wtedy dowódca 11 Dywizji Kawalerii Pancernej w Żaganiu, jechał do swojego sztabu z rodzinnego Kołobrzegu, gdzie spędził weekend. Nigdy nie miał szczęścia do samochodów (a to zalał kiedyś diesla benzyną, a to nie ustąpił pierwszeństwa tramwajowi), także i tym razem auto odmówiło posłuszeństwa dosłownie w środku puszczy. W 2005 roku telefony komórkowe nie miały zasięgu w międzyrzeckich lasach. Skrzypczak stał więc bezradnie przy zepsutym samochodzie, licząc na los, który pozwoli mu dostać się do Żagania.

W tym czasie drogą podróżował kpt. Grzegorz Kaliciak, wówczas oficer 17 Wielkopolskiej Brygady Zmechanizowanej w Międzyrzeczu. Ten sam, który podczas II zmiany polskiego kontyngentu wraz z dowodzonymi przez siebie żołnierzami stoczył w Karbali regularną bitwę z bojownikami Muktady As-Sadra. To wydarzenie nazwano później „największą bitwą Polaków po II wojnie światowej”, ale na przełomie 2004 i 2005 roku opinia publiczna nie miała o niczym pojęcia. Ogromna większość wojska zresztą też, bo politycy kazali spuścić nad Karbalą zasłonę milczenia.

– Kaliciak zabrał Skrzypczaka do Żagania – kontynuuje opowieść Górka. – W aucie wywiązała się rozmowa, bo generał właśnie szykował się do objęcia dowodzenia IV zmianą w Iraku, a Kaliciak miał świeże doświadczenia. Na pytanie „jak było?”, opowiedział dowódcy o walkach w Karbali.

Skrzypczak postanowił, że Polacy muszą dowiedzieć się o zwycięskiej bitwie. – Jakiś czas później zadzwonił do mnie, bo jako dziennikarz relacjonowałem misje poza granicami kraju, i zaprosił do Międzyrzecza – wspomina Górka. – Tam uczestnicy wydarzeń opowiedzieli o stoczonej walce. Dalszy ciąg tej historii to książka i film fabularny, którym generał Skrzypczak kibicował na każdym etapie powstawania.

Na czele na przeprawie

– Jak im pozwolimy, to wejdą nam na mury – przekonywał Skrzypczak, dowódca kontyngentu w Iraku. Te słowa padły w bazie Echo w Diwaniji. – Generał miał na myśli irackich bojowników – tłumaczy Marcin Ogdowski, w 2005 roku korespondent w Iraku. – Opowiadał nam, dziennikarzom, którzy właśnie przylecieli relacjonować poczynania Polaków, co zastaniemy na zewnątrz bazy i z czego wynika aktywność pododdziałów bojowych kontyngentu. Rzeczywiście, Skrzypczak narzucił wtedy wysokie tempo działań, a bojówka miała pełne ręce roboty. Ale nie było w tym bohaterszczyzny, parcia na wojskowy sukces kosztem podwładnych. Było asertywne, przemyślane i dotkliwe dla przeciwnika działanie. W efekcie „za Skrzypczaka” w polskiej strefie odpowiedzialności panował względny spokój. A generał przywiózł do kraju wszystkich żołnierzy, poza jednym, który zginął w wypadku.

O kulisach IV zmiany PKW Irak opowiada nam również gen. broni dr Krzysztof Król ze Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. – Stałem na czele oddziału operacyjnego Wielonarodowej Dywizji Centrum-Południe – wspomina generał i zaczyna kreślić odpowiedni kontekst. Niewesoły, wszak okazało się, że zanim IV zmiana wyruszyła do Iraku, zapadła polityczna decyzja o redukcji kontyngentu do 1700 żołnierzy. – Ograniczenia liczby wojska nikt z dowódcą zmiany nie konsultował – podkreśla Król. – Decyzja była o tyle niezrozumiała, że na misji zaczęło ginąć coraz więcej żołnierzy. Generał Skrzypczak przekonał więc ówczesnego szefa SGWP generała Czesława Piątasa o potrzebie wzmocnienia PKW Irak o dodatkowe śmigłowce bojowe Mi-24.

IV zmiana zaczęła się w lutym 2005 roku. – W opinii generała Skrzypczaka jedyną możliwością uniknięcia strat osobowych i osiągnięcia celów misji było przejęcie inicjatywy operacyjnej – relacjonuje gen. Król. – Jego umiejętności zjednywania sobie ludzi i sojuszników widoczne były na każdym niemal kroku. Rozpoczęły się częste wizyty w dowództwach irackich jednostek: 5 Dywizji i 3 Samodzielnej Brygadzie, które przyniosły wiele wspólnych, bardzo udanych operacji. Generał okazał się również skutecznym negocjatorem pomiędzy sunnitami i szyitami, pielgrzymującymi do świętego miasta Karbala przez obszar odpowiedzialności polskiej dywizji.

– Bo Skrzypczak nie bał się podejmowania trudnych decyzji – wtrąca gen. Różański. I podaje przykład z czasów swojej służby jako dowódcy 17 WBZ. – Na poligonie drawskim mieliśmy Rosomakami pokonywać przeszkodę wodną Zły Łęg. Chcieliśmy jednak, by w transporterze płynęli nie tylko kierowca i dowódca wozu, lecz także żołnierze desantu. Był problem, ponieważ wozy tego typu mieliśmy od niedawna i do pływania nie było opracowanych jeszcze odpowiednich procedur i dokumentów. Nie ukrywam, że żołnierze trochę obawiali się tego zadania – przyznaje generał.

Co wydarzyło się później? Różański zakładał kamizelkę ratunkową, gdy na przeprawie pojawił się generał Skrzypczak. – Był dowódcą naszej dywizji – wyjaśnia późniejszy szef DGRSZ. – Przedstawiłem mu, na czym polega problem. Decyzja była jedna: włożył kamizelkę i popłynął z nami. On w jednym Rosomaku, ja w kolejnym, a za nami pozostałe wozy brygady z żołnierzami na desancie. Dał przykład i rozwiał wszelkie obawy żołnierzy. Między innymi dlatego wszyscy go bardzo szanowali.

Dowódcą przeprawiającej się wówczas kompanii był Rafał Miernik, obecnie generał brygady, szef Zarządu Szkolenia SGWP. – „Miernik, to ty to wymyśliłeś!?”, zapytał Skrzypczak z udawanym wyrzutem – były dowódca kompanii opisuje spotkanie z generałem. Po czym już zupełnie poważnie dodaje: – Dla żołnierzy była to wielka nobilitacja i dowód na to, że mają dowódcę z krwi i kości. Pokazał im, że ma do nich zaufanie, a także do nowego jakby nie było sprzętu.

Wizjoner i strateg

– Zapamiętam Skrzypczaka jako charyzmatycznego dowódcę – deklaruje senator Różański. – Trudnego, bo jako profesjonalista wojsko znał od podszewki. Współpracując z nim, nie można było sobie pozwolić na półśrodki, konfabulację czy mówiąc kolokwialnie ściemnianie. Skrzypczaka nie dało się zbyć byle czym. Miał ogromną wiedzę i doświadczenie. Był najwyższej klasy specjalistą na poziomie taktycznym i operacyjnym.

Kochał zawiłości wojskowego rzemiosła. – Kiedyś zaprosił mnie do domu i zaczęliśmy rozmawiać o historii i taktyce – opowiada Edyta Żemła. – Cofnęliśmy się do czasów Układu Warszawskiego. W pewnym momencie generał wstał od stołu, sięgnął po stare mapy i rozłożył je na dywanie. Zaczął opowiadać o ruchach wojsk, taktycznych i operacyjnych zawiłościach. Oczy mu błyszczały, trochę jak dzieciakowi… Armia to było jego życie – nie ma wątpliwości dziennikarka.

W marcu 2017 roku Skrzypczak udzielił wywiadu portalowi Interia.pl. Zapytany o to, gdzie powinien pójść wysiłek organizacyjny i finansowy Wojska Polskiego, odpowiedział: „Na zbudowanie sił, które będą w stanie podjąć walkę między Bugiem a Wisłą. (…) musimy mieć siły zdolne do działań obronno-opóźniających, które będą w stanie wytrzymać pierwszy impet uderzenia przeciwnika, stworzyć warunki do obrony w głębi kraju, na przykład na Wiśle, i tym samym umożliwić oddziałom NATO podejście do rejonu operacji”. – Co konkretnie do tego trzeba? – zapytał przeprowadzający rozmowę Marcin Ogdowski. – W przypadku ataku strategicznym celem armii rosyjskiej będzie jak najszybsze osiągnięcie linii Odry. Rosjanie będą zatem dążyli do tego, by w ciągu 2–3 dni rozbić główne siły Wojska Polskiego. Mając na wschodzie trzy średnie dywizje, uzbrojone w nowoczesne wozy bojowe i inne niezbędne środki walki, a do tego operacyjne przygotowanie terenu – fortyfikacje, przeszkody, przećwiczone niszczenia kluczowych obiektów – powinniśmy dać radę efektywnie opóźnić działanie przeciwnika – przekonywał Skrzypczak.

Wtedy brzmiało to jak political fiction… Kilka lat później doszło do pełnoskalowej rosyjskiej inwazji w Ukrainie. Ryzyko wojny z Rosją wzrosło, Polska weszła na ścieżkę szybkich zbrojeń, w ramach których uruchomiono projekt „Tarcza Wschód”. Nieco wcześniej zaczęła się rozbudowa potencjału WP w międzyrzeczu Wisły i Bugu, byśmy mieli tam trzy dywizje. – Wodzu od dawna wiedział, co należy zrobić, bo był także świetnym strategiem – konkluduje wątek Ogdowski.

Pragmatyzm i klasa

– Skrzypczak był zakochany w czołgach – twierdzi Rajmund Andrzejczak, sam pancerniak. – Wdrożenie Leopardów do Wojska Polskiego to był jego wysiłek, jego zasługa. Ale to uczucie nie było dogmatyczne, Waldek dostrzegał również słabości czołgów. Widział potrzebę budowy innych zdolności, na przykład rolę śmigłowców czy bezzałogowców. Jako dowódcę cechował go pragmatyzm, nie doktrynerstwo.

Z przejawem tego pragmatyzmu zetknął się Michał Niwicz, fotoreporter „Polski Zbrojnej”. – Kiedyś, na spotkaniu z dziennikarzami w Dowództwie Wojsk Lądowych, już po zakończeniu części oficjalnej, generał rozmawiał z nami w mniej formalny sposób – opowiada Niwicz. – Padło pytanie o PKW Afganistan. Generał, nieco zniecierpliwiony, powiedział: „Ciągle przysyłają mi stamtąd grube raporty. Szczerze mówiąc, nie mam czasu tego wszystkiego czytać. Mówię im: nie piszcie raportów, tylko napiszcie, ile amunicji mam wam przysłać” – Niwicz przyznaje, że ta wypowiedź wywarła na nim duże wrażenie. – Skrzypczak był odważny i zdecydowany – dodaje fotoreporter, który pracował z generałem także w Iraku. – Niby oczywiste cechy najwyższych dowódców, a jednak nie tak często spotykane.

Waldemar Skrzypczak wyróżniał się też klasą. Bogusław Politowski z „Polski Zbrojnej” przytacza historię z 2005 roku. Żagań witał wówczas żołnierzy, którzy powrócili z IV zmiany w Iraku. – Uroczystość z pompą, bo na trybunie pojawił się ówczesny minister obrony Jerzy Szmajdziński – prezentuje kontekst Politowski. – Narrator rozpoczął ceremonię i nagle stop. Dowódca kontyngentu generał Skrzypczak zaprasza na trybunę kilku swoich podkomendnych. Tego nie było w scenariuszu. On jednak nie chciał stać sam wśród notabli. Pokazał, że kontyngent to nie tylko dowódca, lecz także jego podwładni, którzy narażali się, by wykonać zadanie.

A to nie koniec tej opowieści. – Po oficjalnej części Skrzypczak nie poszedł na salony – kontynuuje Politowski. – Zaprosił ministra i razem zeszli do żołnierzy, by kolejny raz uścisnąć ich dłonie. „Skierujcie kamery i mikrofony na moich ludzi, to oni są tutaj bohaterami, nie ja”, zachęcał dziennikarzy generał. Cały on.

Tomasz Szulejko ma w głowie inną scenę, z sierpnia 2009 roku, gdy Skrzypczak podał się do dymisji. Na następcę wyznaczono gen. Tadeusza Buka, a nasz rozmówca miał zostać jego rzecznikiem. – Na korytarzu Cytadeli wpadłem na odchodzącego dowódcę – wspomina Szulejko. – Zaczęliśmy rozmawiać, głośno zastanawiałem się, czy poradzę sobie z obowiązkami, które mnie czekają. Wtedy generał Skrzypczak położył mi rękę na ramieniu i powiedział: „Pomóż Tadeuszowi. Będzie miał teraz trudno” – opowiada Szulejko. – Generał do końca zachował klasę. Sam miał wówczas problemy, a jednak nadal myślał o innych…

Blizna i apolityczność

– Skrzypczak piął się po szczeblach wojskowej kariery, a jednocześnie pozostawał odporny na blichtr, który nierzadko towarzyszy zawodowym zaszczytom – zauważa Edyta Żemła. – Niezależnie od tego, na jakim stanowisku był, trzymał dystans do polityków – dodaje Rajmund Andrzejczak.

Relacje z ludźmi ze szczytów władzy zasługują na dodatkową uwagę. U źródeł tej wstrzemięźliwości leżały wydarzenia z wczesnych lat służby generała. W czasie stanu wojennego, jako młody oficer, został skierowany do Gdańska. 16 grudnia 1981 roku znajdował się w jednym z czołgów, które wjechały do tamtejszej stoczni, wprost przed bramę główną. Nigdy się tego nie wypierał, mówił o tym wprost, nie kryjąc, że to rodzaj blizny, skutkujący wszak pewnym zobowiązaniem. – Wielokrotnie mówiłem kolegom-generałom: „Nie wolno powtórzyć sytuacji z 1981 roku. Jeśli ktokolwiek chciałby użyć wojska w taki sposób, to macie powiedzieć ‘nie’ i zostać w koszarach” – opowiadał w wywiadzie dla tygodnika „Przegląd” w 2020 roku.

– Obsesyjnie podkreślał konieczność zachowania przez wojsko apolityczności – wspomina Marcin Ogdowski. – W wywiadzie, który dał mi w 2017 roku, podzielił kadrę na dwie grupy. W pierwszej, zdecydowanie większej, umieścił ludzi wierzących, że armia to miejsce stworzone dla nich. Żołnierzy ambitnych, zdolnych, gotowych do wysiłku i poświęceń – w zamian za zawodową satysfakcję. Mających własne poglądy, ale jednocześnie wierzących w apolityczność wojska. W drugiej osadził karierowiczów, bez wiedzy, bez kompetencji, biegających po salonach i zabiegających o względy polityków. Ludzi, dla których armia to tylko miejsce pracy – dobre, jak każde inne – traktowane jako narzędzie do łatwej kariery. Ubolewał, że takie osoby noszą mundury.

Rodzaj testamentu

A mimo to, będąc już w stanie spoczynku, Skrzypczak zdecydował się na pójście w politykę. Został doradcą szefa MON-u Tomasza Siemoniaka, później objął tekę wiceministra. Skąd ta wolta? Nie ma wątpliwości, że generałowi wciąż chodziło o to samo – o dobro armii i służących w niej żołnierzy. Chciał, już z innej pozycji, dołożyć swoją cegiełkę do modernizacji wojska i przemysłu obronnego.

– Dla Skrzypczaka to żołnierze w polu byli najważniejsi, stąd bezkompromisowe zabieganie o finansowanie, wyposażenie i zasoby dla wojska – przekonuje gen. Krzysztof Król.

– Nie bał się pan bezkompromisowości generała? – pytamy Tomasza Siemoniaka. – Cenię ludzi, którzy mówią, co myślą – zapewnia obecny minister-koordynator służb specjalnych. – Skrzypczak miał wiele pożądanych cech, z miejsca przypadł mi do gustu – minister wraca do początków współpracy w 2011 roku. – W wojsku cieszył się wielkim autorytetem. Świetny w strategii, ale wiedział też, czym jest natarcie batalionu. Znał potrzeby wojska z poziomu zwykłego żołnierza, armii jako całości i państwa jako systemu obronnego. Ktoś taki był niezbędny do planowania modernizacji.

To Skrzypczak namówił Siemoniaka, by budowę niszczycieli min zlecić prywatnej stoczni. Wtedy to był przełom w myśleniu o relacjach MON – zbrojeniówka. Program okazał się sukcesem – niebawem ostatnie dwa z sześciu zamówionych okrętów wejdą do służby.

– My, wojskowi, nie chcemy czołgów ze złota. Chcemy sensownej modernizacji armii i przemysłu, tego, by wcale niemałe pieniądze na obronność były wydawane racjonalnie. Nie „bo się należy”, ale „bo warto” – tłumaczył Skrzypczak w 2017 roku w wywiadzie dla Interia.pl.

Wówczas był już na emeryturze, ale nadal pozostawał głęboko zaangażowany w sprawy modernizacji. – Wszedł w temat produkcji amunicji, bardzo mu zależało na tym, by nasza zbrojeniówka miała jak najwięcej kompetencji. Krytykował jej słabości, ale robił to z czystych, dobrych intencji – podkreśla gen. Andrzejczak. – Dla nas, generałów, to jego zaangażowanie w sprawy przemysłu, budowania własnych zdolności, to powinien być rodzaj testamentu, dziedzictwa po Waldku.

Każdy chciał być Skrzypczakiem

Wybuch pełnoskalowej wojny w Ukrainie ujawnił jeszcze jedno oblicze Waldemara Skrzypczaka – wziętego komentatora. Na początku marca 2022 roku, gdy wszyscy zastanawiali się nie czy, lecz kiedy Rosjanie wezmą Kijów, generał wiedział już, że Putin tej bitwy nie wygra. I generalnie, że Ukrainy nie pokona. Był pierwszym ekspertem, który mówił o tym głośno. Ze skrawków dostępnych informacji wywnioskował to, czego inni nie potrafili dojrzeć. Dał tu o sobie znać jego kunszt dowódcy i analityka.

Później, komentując bieżące wydarzenia na Wschodzie, nie zawsze miał rację, ale zawsze jego publiczne wypowiedzi doprowadzały do szału kremlowską propagandę. Za słowami Skrzypczaka stał bowiem jego wielki autorytet. – Jeszcze kilka tygodni temu pozostawał na służbie, nie odpuszczał sobie – zwraca uwagę gen. Andrzejczak. – Komentował wojnę w Ukrainie, wszędzie go było pełno. Jego stan był już poważny, ale to Waldek, on był przeciwpancerny.

Mimo tej hardości Skrzypczak do końca pozostał życzliwy w kontaktach z dziennikarzami. – Nigdy nas nie atakował, nie miał pretensji za to, co napisaliśmy. Wiedział, na czym polega nasza praca – mówi Edyta Żemła. „OK, wskazaliście na problem, a teraz trzeba zastanowić się, w jaki sposób go rozwiązać” – reporterka Onetu opisuje najczęstszą reakcję generała.

O życzliwości Skrzypczaka mówi też Agnieszka Drążkiewicz z Informacyjnej Agencji Radiowej, która zawodowe kontakty ze zmarłym oficerem miała przez niemal 20 lat. – Ostatni raz rozmawialiśmy 23 czerwca o 9.18, tak pokazuje mi historia połączeń z numerem „Wodzu”. Zadzwoniłam nieco poirytowana, bo wcześniej dzwoniłam już kilka razy, a Waldek nie odbierał. W końcu odebrał i powiedział: „Aga, przepraszam, ale jestem w szpitalu na Szaserów… Wiesz, gorzej znów ze mną…” – dziennikarka nie kryje emocji. – W dniu jego śmierci, rano przy kawie, pomyślałam: „ciekawe, co u Wodza? Odezwę się do niego, bo przecież obiecywał, że i tym razem da radę, będzie walczył i wyjdzie z tego…”.

Nie wyszedł, choroba nowotworowa okazała się przeciwnikiem nie do pokonania.

– Chyba każdy oficer w tej armii, także ja, chciał być generałem Skrzypczakiem, takim najbardziej żołnierskim żołnierzem – zdradza Rajmund Andrzejczak.

A gen. Krzysztof Król dodaje: Waldemar Skrzypczak to dla mnie wzór oficera flagowego, eksperta, profesjonalisty i lidera. To on w zasadniczy sposób wpłynął na mnie jako oficera i generała Wojska Polskiego.

– Wielka strata – podsumowuje rozmowę gen. Andrzejczak. – I szkoda, że Waldek nie doczekał nominacji generalskiej syna…

Marcin Ogdowski

współpraca: Łukasz Zalesiński, Bogusław Politowski, Marcin Górka, Michał Niwicz, Magdalena Miernicka, Maciej Chilczuk

—–

Nz. Gen. Skrzypczak (drugi od prawej, z profilu) w Iraku. Zrobiłem to zdjęcie tuż przed swoim odlotem z Diwaniji, wiosną 2005 roku/fot. własne

Ten tekst opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do oryginalnego materiału.

Akt

Szef sztabu generalnego gen. Rajmund Andrzejczak i dowódca operacyjny gen. Tomasz Piotrowski złożyli wypowiedzenia stosunku służbowego. „Rzucenie kwitów” przez dwóch z trzech najwyższych rangą dowódców Wojska Polskiego to akt polityczny. „Atomowy” w przededniu wyborów i w odniesieniu do hasła wyborczego partii władzy („Bezpieczna Polska”).

Ale wymóg apolityczności armii nie odbiera oficerom prawa do bycia przyzwoitym. Nie odbiera im też godności osobistej.

Armia nie jest przybudówką partii politycznej, nie należy do konkretnie zorientowanych ideologicznie obywateli. Jest instytucją państwa polskiego i własnością wszystkich Polaków. PiS, zwłaszcza w ostatnich tygodniach, kompletnie o tym zapomniał, używając wojska jako atrakcyjnego ozdobnika w swojej kampanii wyborczej. Sprzeciw wobec takiej postawy jest częścią etosu oficerskiego.

Zaufanie między kierownictwem wojskowym a cywilnym jest elementarnym wymogiem sprawnego zarządzania siłami zbrojnymi i państwem jako takim. Zwłaszcza w obliczu wojny u granic i generalnie trudnej sytuacji w zakresie globalnego bezpieczeństwa. Ten wymóg w polskich warunkach od dawna nie był spełniony. Kilka miesięcy temu minister obrony oskarżył generałów Andrzejczaka i Piotrowskiego o kłamstwo (drugiego wprost, pierwszego w bardziej zawoalowany sposób). Mam oczywiście na myśli „aferę rakietową”, z której Mariusz Błaszczak usiłował wyjść obronną ręką. Podważając fachowość i uczciwość obu oficerów. Nic nie wskazuje na to, by racje były po stronie ministra. Nic. Ale Błaszczak przetrwał, bo dla partii władzy miał większą wartość niż wiarygodność dowództwa WP. Zaufanie poszło się…

Jego brak miał kolejne konsekwencje w postaci zaburzonego procesu decyzyjnego. W armii zachowanie ścieżek służbowych to świętość. Tymczasem „niechcianych” generałów pomijano. Zwieńczenie tego procesu obserwowaliśmy w weekend, przy okazji ewakuacji obywateli RP z Izraela. Misję powierzono – w sposób niezgodny z przepisami – dowódcy generalnemu gen. Wiesławowi Kukule. Protegowanemu najpierw Antoniego Macierewicza, potem Mariusza Błaszczaka. Złamanie zasad to jedno, policzek wymierzony gen. Piotrowskiemu, który winien operacją zarządzać, to drugie. Błaszczak nie tylko ostentacyjnie zamanifestował brak zaufania, ale też publicznie upokorzył oficera. Ponownie.

Zadaniem szefa sztabu generalnego jest przygotowanie armii i państwa do wojny. Koncepcyjnie, co musi i odbywa się także w oparciu o planowanie sojusznicze. Gen. Andrzejczak dobrze spełniał tę rolę, ale zwłaszcza w ostatnich tygodniach miał pod górkę. Ujawnienie przez ministra Błaszczaka elementów planu operacji obronnej – co nastąpiło na użytek kampanii wyborczej – poskutkowało kolejnym osłabieniem wiarygodności Polski jako członka NATO. Niezależnie od kompetencji i osobistych relacji pierwszego żołnierza Rzeczpospolitej, wpłynęło też na wiarygodność Rajmunda Andrzejczaka w oczach swoich odpowiedników. „Z Polską trochę strach cokolwiek planować”, mówią dziś nasi sojusznicy; trudno świecić przed nimi oczami. Szczególnie w sytuacji, w której upublicznienie tajnych informacji odbyło się w reżimie obrzydliwej manipulacji, której nie sposób usprawiedliwić wyższym dobrem.

I mógłbym tak długo wymieniać zrozumiałe powody generalskich dymisji. Co więcej, jeśli w Polsce nic się nie zmieni, spodziewam się kolejnych odejść. Wielu wyższych rangą oficerów dojrzało do niezgody na dalsze „pudrowanie” armii. Na jej „dmuchanie na papierze” w obliczu poważnego kryzysu demograficznego. Na przykrywanie problemu niskiego morale rozbuchanymi zakupami uzbrojenia, z których część nigdy nie dojdzie do skutku, a część okaże się niepotrzebna lub problematyczna. „Planowanie strategiczne w Wojsku Polskim podporządkowano logice walki politycznej, nie walki z potencjalnym wrogiem”, mówi mi jeden z generałów. Miażdżąca recenzja.

Miażdżące recenzje zbiera gen. Kukuła, właśnie mianowany przez prezydenta na stanowisko szefa sztabu generalnego. Niegodne i krzywdzące są w mojej ocenie opinie, że nowy „pierwszy” ma „zabezpieczyć PiS na okoliczność niewygranych wyborów”. Kukuła zawdzięcza karierę pisowskim ministrom obrony, ale to zdecydowanie za mało, by kwestionować jego lojalności wobec Rzeczpospolitej. Martwi mnie tylko co innego – oto na czele sił zbrojnych stanął oficer, który realnie nie dowodził niczym więcej niż pułkiem. Kilkuset ludźmi i to o specyficznych kompetencjach (komandosami). Późniejsze dowodzenie WOT-em w mojej ocenie się nie liczy. Przy całym szacunku dla tej formacji – kierownik przedszkola nie powinien zostawać dyrektorem zespołu szkół. Nie od razu.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Zdjęcie ilustracyjne. Tak mi się jakoś skojarzyło z kondycją WP/fot. własne

Spisek?

Nim wrócę do wątku zasygnalizowanego w pierwszej części tekstu – stanu polskiej obrony przeciwlotniczej – chciałbym zwrócić Waszą uwagę na wydarzenia z Kijowa. Dziś w nocy doszło tam do potężnego rosyjskiego ataku powietrznego, w którym wykorzystano m.in. pociski hipersoniczne Kindżał. Ukraińcy raportują zestrzelenie aż sześciu „sztyletów” oraz wielu innych rakiet i dronów. Na razie nie ma informacji o stratach w ludziach, choć w wielu rejonach miasta doszło do pożarów. Kijów się obronił, wykorzystując nowoczesne zachodnie systemy OPL, w tym wyrzutnie Patriot. To one zresztą były nadrzędnym celem rosyjskiego ataku – kolejnego, bowiem moskale polują na Patrioty od momentu ich wejścia do służby operacyjnej. Motywacje wojskowe, wynikłe z wysokiej skuteczności amerykańskiego systemu, zeszły się tu z wymogami czysto propagandowymi – rosjanie koniecznie chcą udowodnić, że ich super-broń jest lepsza od zachodniej. W tym ujęciu utrata sześciu kindżałów byłaby kolejnym policzkiem (przypomnijmy – kilka dni temu Ukraińcom udało się po raz pierwszy zestrzelić taki pocisk właśnie przy użyciu patriotów). Czy w istocie do tego doszło – przekonamy się niebawem. Po pierwszym sukcesie w starciu z „hipersonikiem” Ukraińcy pokazali publicznie szczątki rakiety. Jeśli teraz zrobią to samo, będziemy mieli dowód. Dzisiejsza bitwa toczyła się nad terenem kontrolowanym przez siły zbrojne Ukrainy, w dodatku nad miastem, więc z pozyskaniem wraków nie powinno być większych problemów.

Dla porządku odnotujmy, że rosjanie także raportują sukces, czyli zniszczenie „elementów systemu Patriot”. Być może udało im się trafić którąś ze stacji radiolokacyjnych, te bowiem w trybie bojowym, roboczym, emitują sporo sygnałów. Zwykle jednak lokuje się je z dala od wyrzutni, co mogłoby oznaczać, że dostała „głowa”, ale „ręce” wciąż są sprawne. Ufam, że mimo wszystko tak się nie stało.

Piętra w budowie

A teraz do sedna. Skończyłem poprzednią część artykułu stwierdzeniem, że rodzima OPL jest bezzębna. Do czasu wdrożenia zakupionych kilka lat temu patriotów, średni zasięg (70-100 km), nie jest przez Wojsko Polskie obsługiwany. W kraju są już elementy dwóch baterii Patriot, ale nadal nie pełnią dyżurów bojowych. Na południu Polski rozmieszczono co najmniej dwie baterie patriotów należące do armii USA, które strzegą hubu logistycznego w Rzeszowie. Od lutego br. „wyżej” położonych fragmentów polsko-ukraińskiej granicy pilnują patrioty z Niemiec (można zatem zaryzykować wniosek, że dziś przedrzeć się Ch-55 byłoby trudniej). I to w zasadzie tyle. Do zbudowania samodzielnych zdolności w tym obszarze potrzebujemy jeszcze sześciu baterii Patriot. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z deklaracjami politycznymi, proces pozyskania i wdrażania zakończy się na początku lat 30.

Gorzej wygląda sytuacja z obroną krótkiego zasięgu (do 40 km) – tu wciąż bazujemy na sprzęcie poradzieckim. Co istotne, część systemów przekazaliśmy Ukrainie, obniżając i tak już niskie zdolności. To rodzaj inwestycji długofalowej – Ukraińcy bowiem robią z wyrzutni i rakiet odpowiedni użytek (przydają się one m.in. do zestrzeliwania rosyjskich dronów), korzystny z punktu widzenia naszego interesu narodowego. Lecz musimy mieć świadomość, że na krótką metę wszelkie darowizny oznaczają zmniejszanie potencjału Wojska Polskiego. Dotyczy to nie tylko OPL – w większym stopniu na przykład sił pancernych, które w ciągu roku pozbyły się na rzecz wschodniego sojusznika połowy czołgów. Co do obrony krótkiego zasięgu – wiosną zeszłego roku podpisano umowę z brytyjską firmą MBDA UK na dostawę baterii pocisków kierowanych CAMM i wyrzutni iLauncher. Docelowo w ramach programu „Narew” WP ma pozyskać 23 baterie krótkiego zasięgu. Plan jest ambitny, gdyż zakłada częściową polonizację – wyposażenie baterii w nasze radary i rakiety produkowane na licencji – a to wszystko do końca dekady.

Najlepiej sprawy mają się z „najniższym piętrem” – systemami umożliwiającymi obronę do zasięgu 5 km. Zmagania w Ukrainie udowodniły wysoką skuteczność produkowanych w Mesko ręcznych wyrzutni przeciwlotniczych Grom/Piorun. Wiele takich zestawów posłaliśmy na wschód – mówi się, że połowę zapasów WP. Braki jednak mają być uzupełniono z naddatkiem poprzez zakup w najbliższych latach 3,5 tys. rakiet i 600 mechanizmów startowych. Pioruny użytkowane są w wojsku także w formie mobilnych platform, zintegrowanych z 23-milimetrowymi armatami – taki zestaw nosi nazwę Pilica, pierwsze pojawiły się w linii w 2020 roku. Pioruny, w dowolnej konfiguracji, służą do zestrzeliwania samolotów, śmigłowców i bezzałogowców, ale i z Ch-55 dałyby sobie radę. Konkludując tę część rozważań, o zbudowaniu całego wielowarstwowego systemu OPL będzie można mówić najwcześniej w połowie przyszłej dekady – gdy wszystkie elementy zostaną zintegrowane, także z samolotami F-35, których dostawy zaczną się na przełomie 2025/26 roku i potrwają pięć lat. Zaś na morzu pojawią się fregaty „Miecznik”, będące de facto mobilnymi wyrzutniami i stacjami radarowymi.

Ogromne szkody

Dach jest dziurawy i choć trochę go połatano, cudów nie ma i nie będzie. Oczywiście, moglibyśmy oczekiwać od polityków partii rządzącej bardziej asertywnej postawy wobec sojuszników z NATO. Mówiąc wprost, zabiegów o przysłanie do Polski większej liczby zachodnich systemów OPL, zbudowania „pomostowej zdolności”, jak mówi się w wojsku. Realnie rzecz oceniając, to marzenie ściętej głowy. Ryzyko utraty życia lub zdrowia przez obywateli RP na skutek „rykoszetów” z ukraińsko-rosyjskiego placu boju jest bowiem zbyt niskie. A relokacje i przede wszystkim używanie nowoczesnej broni kosztują dziś ogromne pieniądze. Jakkolwiek brutalnie to zabrzmi – musiałyby nam spadać na głowy ze dwie-trzy rakiety w miesiącu, żeby NATO zyskało odpowiedni pretekst do większego wzmocnienia polskiego „parasola”. Nieco paradoksalnie, historia z Ch-55 może służyć za uzasadnienie dla wstrzemięźliwości – w końcu pocisk wylądował w lesie i nikomu nie zrobił krzywdy.

Fizycznie, bo szkody, jakie wywołał post factum, są ogromne. Tyle że o nie trudno już obwiniać rosjan. Gdy stało się jasne, że pod Bydgoszczą znaleziono wrak rosyjskiej rakiety, opinii publicznej w Polsce (i nie tylko) zafundowano demoralizujący spektakl pt.: „Ja nic nie wiedziałem!”. Nic o tym, że coś do Polski wleciało, dodajmy dla porządku. Nad kwestią (nie)wiedzy premiera i przede wszystkim ministra obrony pochylę się w dalszej części tekstu. Na tym etapie chciałbym skupić się na skutkach wojny między cywilnym kierownictwem a wojskiem. Jak trafnie zauważył Marek Świerczyński, publicysta Polityki Insight, mamy tu do czynienia z najpoważniejszym kryzysem na najwyższych szczeblach zarządzania siłami zbrojnymi od czasu niesławnego „obiadu drawskiego” z 1994 roku (kiedy część generalicji wymówiła posłuszeństwo ówczesnemu ministrowi obrony) – z nieco inaczej rozłożonymi akcentami. Oto bowiem szef MON publicznie zarzucił dowódcy operacyjnemu (trzeciemu generałowi w armii), rażące zaniedbania i kłamstwo. Sprowadzały się one do rzekomego niepoinformowania ministra o incydencie z 16 grudnia oraz zatajenia zdarzenia w oficjalnej dokumentacji. Mariusz Błaszczak wypowiedział te słowa, gdy gen. Tomasz Piotrowski dowodził największymi w tej chwili natowskimi ćwiczeniami „Anakonda 23” – podważył zatem jego kompetencje w niezwykle wrażliwym momencie, gdy oficer WP stał na czele wielonarodowego komponentu sił Sojuszu. Gen. Piotrowski najpierw milczał, a potem wydał własne oświadczenie – literalnie niejednoznaczne, w przesłaniu oczywiste – gdzie zaapelował o „rozsądek i sprawiedliwość”. W sukurs przyszedł mu przełożony, szef sztabu generalnego WP, gen. Rajmund Andrzejczak, który dobitnie stwierdził, że przełożeni (premier, minister, prezydent) zostali przez niego poinformowani o wszystkim, co działo się w polskiej przestrzeni powietrznej wspomnianego dnia. „Wtedy, kiedy miało to (incydent – dop. MO) miejsce”, zaznaczył pierwszy żołnierz Rzeczpospolitej.

W takich okolicznościach posłaliśmy w świat kilka istotnych komunikatów, a wieści dotarły nie tylko do zachodnich sojuszników, ale również do rosjan. Ktoś na górze kłamie, ktoś fałszuje dokumenty, między cywilnym a wojskowym kierownictwem nie ma zaufania, obie strony nie potrafią współpracować i dla zachowania własnej wiarygodności gotowe są „iść na noże” – takie rzeczy dzieją się w Polsce w kluczowych obszarach zarządzania państwem. I pal licho nadwyrężoną (znowu…) wiarygodność u sojuszników, ale taka diagnoza jest dla Moskwy darem niebios. Ujawnia bowiem istnienie atrakcyjnej przestrzeni dla działań zakulisowych, dla rozgrywania napięć między wojskiem a cywilnym kierownictwem. Jeśli minister nie ma zaufania do generała, jak zareaguje, gdy „umyślny” dostarczy mu obciążający wojskowego „kwit” – a choćby i spreparowany? Taki Macierewicz nie miał problemów z czystką w armii, opartą o niewydarzone i niesprawdzane (!) zarzuty wobec najwartościowszych oficerów WP. A mechanizm podkręcania konfliktów może działać w obie strony i wcale nie musi bazować na sfabrykowanych oskarżeniach. W żadnym demokratycznym kraju współpraca cywilno-wojskowa nie układa się idealnie, wiele napięć wynika z samej natury wymuszonego „małżeństwa” dwóch tak różnych światów. I żeby nie pozostać gołosłownym – rosjanie już próbują wykorzystać iskrzenia na linii kadra dowódcza-kierownictwo MON. Na pro-rosyjskich profilach kwitnie teoria spiskowa, „wyjaśniająca” okoliczności incydentu z Ch-55. Zgodnie z nią, wojskowi rzeczywiście nie poinformowali polityków o rakiecie, bo bali się, że „szaleni pisowcy”, „rusofobiczny rząd”, „nieodpowiedzialni polscy przywódcy” w odpowiedzi pchną Polskę ku otwartej wojnie z rosją. Nawet jeśli te bzdury nie przekonają żadnego z polskich VIP-ów, „kupi je” jakaś część zwykłych obywateli. Co tylko nasili kryzys zaufania do instytucji państwa.

Niepokojące przypuszczenia

Po prawdzie i bez ruskich interwencji ów kryzys się nasila. Bo ktoś w sprawie Ch-55 kłamać musi i nie jest to zwyczajny Kowalski. Możliwe, że z prawdą w różnych zakresach mijają się obie strony. Ujawnione w zeszłym tygodniu dokumenty – świadczące na korzyść Błaszczaka – nie są w każdym razie przesądzające. Nie jest bowiem tak, że minister obrony czerpie informacje tylko z jednego źródła, jakim są raporty dowództwa operacyjnego (w tym z 16 grudnia 2022 roku nie ma wzmianki o naruszeniu/przekroczeniu przestrzeni powietrznej RP). No i Mariusz Błaszczak wielokrotnie już udowodnił, że ma skłonność do – delikatnie mówiąc – koloryzowania rzeczywistości. 14 października 2022 roku napisał na Twitterze: „Zbudowaliśmy wielowarstwowy system obrony przeciwlotniczej. Mamy Pioruny, zestawy Pilica, Małą Narew i Patrioty. Dzięki staraniom rządu PiS nasze niebo jest bezpieczne. Nie musimy przystępować do proponowanych przez Niemcy programów zakładających budowę mniej zaawansowanego systemu”. No więc nie zbudowaliśmy, a zaczęliśmy budować – i wciąż jesteśmy bardzo głęboko w lesie, z czego szef MON zdaje sobie sprawę jak mało kto w tym kraju.

Gdy Ch-55 wleciał nad Polskę, nie dało się w oparciu o odczyty ze stacji radiolokacyjnej stwierdzić, czym dokładnie jest. Ale dzięki parametrom lotu – prędkości i wysokości – jasnym było, że nie mamy do czynienia z balonem lub awionetką z jednej strony, samolotem pasażerskim z drugiej (pociski manewrujące są szybsze od pierwszych, latają dużo niżej od drugich). Do takich wniosków doszedł zresztą personel Centrum Operacji Powietrznych, dlatego uruchomiono parę dyżurnych F-16. I choć piloci myśliwców nie dostrzegli gołym okiem pocisku, radar co najmniej jednej z maszyn zarejestrował ostatnią fazę lotu Ch-55. A mówimy o urządzeniu – najogólniej rzecz ujmując – dużo „czulszym” niż naziemne stacje radiolokacyjne. Jeśli wcześniej ktokolwiek miał wątpliwości, czym jest tajemniczy obiekt, po analizie danych z F-16 mieć ich nie powinien. I teraz zwróćmy uwagę, że oskarżenia Mariusza Błaszczaka są wymierzone nie tylko w gen. Piotrowskiego, ale w kilkadziesiąt innych osób, które z racji pełnionych dyżurów wiedziały o zdarzeniu i miały na ten temat co najmniej niepokojące przypuszczenia. Te oskarżenia obejmują też Amerykanów, którzy – jak pamiętamy – wysłali w powietrze własne samoloty. I mamy wierzyć, że nikt panu ministrowi nic nie powiedział? Ignorując nie tylko wewnętrzne, ale i sojusznicze zobowiązania. O najgroźniejszym incydencie, mogącym posłużyć za casus belli, jaki w relacjach NATO-rosja wydarzył się po 1991 roku. Wolne żarty…

Wspominałem już o tym, że sami rosjanie – za pośrednictwem NATO – poinformowali o zaginionej rakiecie. Stało się to tuż po niefortunnym lądowaniu Ch-55. Jeśli rzeczywiście tak było, ministra oszukali również (ukryli przed nim ważne informacje), wojskowi i cywilni przedstawiciele Polski przy NATO. Nazywając rzeczy po imieniu, mielibyśmy wówczas do czynienia ze spiskiem wymierzonym w najwyższe władze RP, realizowanym, w najlepszym razie, przy obojętności USA i, zapewne, pozostałych członków Sojuszu. Jak mawia klasyk, „toć to we łbie się nie mieści”. Jak to, że choć na podstawie danych pozyskanych przez F-16 udało się wyznaczyć prawdopodobny rejon upadku pocisku (jak się w kwietniu okazało, uczyniono to z dużą dokładnością), poszukiwań z prawdziwego zdarzenia nigdy nie przeprowadzono. Dlaczego? Skąd wzięła się potrzeba „zamiecenia sprawy pod dywan” i będące jej skutkiem dzisiejsze „ja o niczym nie wiedziałem!”? O tym przeczytacie już jutro, w kolejnej, ostatniej części tekstu.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. muzealny egzemplarz Ch-55/fot. domena publiczna

Katastrofa

Rozmowa z gen. Mieczysławem Gocułem, byłym szefem Sztabu Generalnego Wojska Polskiego.

Czy Polska jest wiarygodna w natowskiej układance?
– Nie. Dziś bycie z nami w jednym teamie to obciach. Takie stwierdzenia padały z ust moich kolegów z sojuszniczych armii.

Czym im podpadliśmy?
– Pamięta pan, co się wydarzyło w grudniu 2015 r.?

Ludzie Antoniego Macierewicza włamali się do Centrum Eksperckiego Kontrwywiadu NATO. Szukali teczek personalnych wojskowych specsłużb. Oficjalnie chodziło o zabezpieczenie ważnych sojuszniczych danych. Szefostwo CEK – twierdzono – miało podejrzane kontakty z Rosjanami. Bzdura, zmiażdżona później przez sąd.
– Ale konsekwencje były daleko idące. Idea Regionalnego Centrum Analiz Wywiadowczych w Polsce zrodziła się przed szczytem NATO w Warszawie. Miały w nim powstawać analizy dotyczące flanki wschodniej. Projekt był międzynarodowy – dane dostarczaliby Amerykanie, kraje basenu Morza Bałtyckiego, nie wykluczano współpracy z Ukrainą. Było ogromne zainteresowanie sojuszników i wstępna akceptacja dowódcy sił NATO w Europie. Po włamaniu wszystko prysło. „To, co się stało, jest bez precedensu. Przestaliście być wiarygodni”, słyszałem.

Słowacy zgodzili się na tę akcję. Mówił o tym Macierewicz.
– Skąd! Zadzwonił do mnie mój słowacki odpowiednik z pytaniem, co się dzieje. „Nie wiem”, odparłem. Ja, szef Sztabu Generalnego WP, o sprawie dowiedziałem się z mediów. Gdy zaraz potem pojechałem do Brukseli na posiedzenie Komitetu Wojskowego NATO, obstąpili mnie wszyscy uczestnicy inauguracyjnej kolacji. „Mieczysław, co jest?”, byli wyraźnie zaniepokojeni. Wziąłem kieliszek, zastukałem, prosząc o uwagę. „W Polsce jest dobrze i będzie jeszcze gorzej”, zażartowałem, choć nie było nam do śmiechu.

Od tamtych wydarzeń minęło ponad pięć lat.
– Naszym kluczowym sojusznikiem są Stany Zjednoczone. Pomińmy nieszczęsną prezydenturę Trumpa i skupmy się na fakcie, że dziś mamy do czynienia z powrotem demokratów. W USA rządzi człowiek, który dwa razy był wiceprezydentem u Obamy. I może nie zajmował się współpracą amerykańsko-polską, ale w jego otoczeniu są ludzie, którzy doskonale te relacje pamiętają. U nas takiej pamięci nie ma, bo zerwano ciągłość, brakuje świadomości instytucjonalnej…

…ludzi z odpowiednim kapitałem wiedzy się pozbyto.
– Otóż to. Tymczasem nie tylko wydarzenia z ostatnich miesięcy sprawiają, że ocenia się nas jako mało wiarygodnych czy wręcz zupełnie niewiarygodnych. Wciąż na polsko-amerykańskich relacjach ciążą historie z nieodległej przeszłości.

Proszę podać jakiś przykład.
– Spotkanie Macierewicza z Ashtonem Carterem, sekretarzem obrony. Minister bierze do ręki jakiś dokument i mówi: „Oto deklaracja naszego udziału w koalicji anty-ISIS”. Carter zaskoczony, ja zaskoczony, bo na oczy tego kwitu nie widziałem. Ale OK, jest wola polityczna, będziemy działać. Mijają dwie godziny, dochodzi do spotkania plenarnego przedstawicieli 58 krajów. W naszym imieniu występuje wiceminister obrony Tomasz Szatkowski i już o deklaracji nie wspomina, skrzętnie przemilczając wcześniejsze zapowiedzi przystąpienia do koalicji.

Macierewicz blefował – po co?
– Z sobie tylko znanych powodów. Widziałem Cartera, był wściekły. I teraz ludzie z tamtych czasów wracają do amerykańskiej administracji. Jak my wyglądamy w ich oczach?

A w niemieckich? To drugi tradycyjny sojusznik III RP.
– Ech… Spotkanie ministrów obrony NATO, Macierewicz zwraca się do Ursuli von der Leyen: „Nie będzie współpracy wojskowej między naszymi krajami, póki nie załatwicie sprawy mniejszości polskiej w Niemczech. Bo od czasu Goebbelsa żeście nie zrobili nic”. I wstaje od stołu. Von der Leyen pyta, czy to oficjalne stanowisko rządu RP. „Nie jest, ale będzie”, słyszy. Widziałem się z nią tuż po tym, przy wyjściu z holu głównego kwatery. Było mi wstyd, zwłaszcza że minister mówił o jakimś wydumanym problemie. Dziś pani von der Leyen jest w Unii Europejskiej numerem jeden.

Numerem dwa wśród naszych europejskich sojuszników była do niedawna Francja.
– I znów – co było, nie minęło. Tuż po zerwaniu kontraktu na caracale spotkałem się z francuskimi generałami. W ich ocenie nasza wolta sama w sobie nie była zła. Kontrakty się zrywa. Ale nie w takich okolicznościach, twierdząc, że caracale to złe śmigłowce. Nie szuka się nieprawdziwego argumentu. „Kiedyś będziecie musieli za to zapłacić. Musi was zaboleć, tak jak nas zabolało”, mówili z żalem Francuzi.

Nieco później wycofaliśmy się z wielonarodowego projektu zakupu i utrzymania floty samolotów do tankowania w powietrzu.
– Holenderska minister obrony przyjechała na szczyt NATO w Warszawie i w przededniu podpisania dokumentów w sprawie MRTT (Multi Role Tanker Transport – typ samolotów transportowo-tankujących – przyp. MO) Macierewicz poinformował ją, że my się wycofujemy. „Chyba pan żartuje, panie ministrze. Pięć lat współpracy i nic?”, dopytywała. Sam tego nie rozumiałem. Jak można było zaprzepaścić tak ogromny wysiłek wielu lat w ciągu kilku miesięcy? Przecież MRTT jest dla nas. Dwa-trzy rosyjskie uderzenia na lotniska i nie mamy naszych F-16. W początkowym etapie konfliktu należy więc je przebazować poza granice kraju, może do Niemiec. Maszyny, by wykonać zadania i wrócić do Niemiec, muszą być tankowane w powietrzu. Tak samo wspierające nas francuskie, hiszpańskie, niemieckie czy belgijskie samoloty. A myśmy z tego programu wystąpili.

Państwa bałtyckie nas potrzebują, więc może tam, choćby i na wyrost, cieszymy się wiarygodnością?
– Nie ma takiej opcji. Nawet Rumunia, mimo wielokrotnie udzielanego wsparcia, nie widzi w nas większego brata.

My zaś zbliżamy się do Turków. Ostatnio kupiliśmy u nich bezpilotowce.
– Porażka. Jak można było zapomnieć, że rok temu Turcja odmówiła ratyfikowania planów operacyjnych dla Polski?

Z tymi planami zawsze był kłopot, bo ich podpisanie to zarazem deklaracja pomocy, z której potem trzeba by się wycofywać przed kamerami – czego żaden rząd nie lubi.
– Ale nikt nigdy nie odmówił ich podpisania. Nawet jeżeli któryś kraj był niechętny, wyrażano to w ramach wewnętrznej debaty. Turcja tymczasem ogłosiła wszem wobec: „Polacy, bujajcie się”. A my idziemy do nich kupować uzbrojenie.

Mariusz Błaszczak mógł się kierować nieco inną logiką, ale przecież ma wojskowych doradców. Któryś z generałów mógł mu powiedzieć: „Pas, nie warto, nie należy”.
– Ludzie, którzy mieli warsztat, potrafili ocenić działania ministra, zostali wycięci. Po latach obserwacji dochodzę do wniosku, że powodem czystek w armii były brak zaufania i troska, by kadra nie patrzyła na ręce politykom, nie wyciągała na wierzch ich błędów.

Miernotami łatwiej się zarządza.
– Wielu dowódców jest wdzięcznych za generalskie awanse, więc nie powie „nie” nawet w obliczu największych głupot i niegodziwości. Co jest kolejnym przyczynkiem do rozmowy o wiarygodności. Kiedyś, gdy do stołu siadało 28 szefów obrony, wszyscy byli po najlepszych uczelniach w USA, Wielkiej Brytanii, Kanadzie czy Niemczech. Rozmawialiśmy tym samym językiem, mieliśmy ten sam potencjał intelektualny.

Dziś mamy generałów po zaocznym, czterotygodniowym kursie…
– Macierewicz wprowadził takie szkolenie. Z 12 oficerów na zajęcia do sztabu przychodziło czterech. A i tak wszyscy zostali generałami. Podczas jednej z ceremonii w Belwederze prosi mnie wiceminister obrony: „Niech mi pan coś powie o każdym z nowych generałów”. Znałem dwóch. Do noszenia wężyków trzeba mieć odpowiednie kompetencje, wielu nominowanych po 2015 r. ich nie ma. Efektem jest nasza niezdolność do realizacji zadań obronnych.

Sądząc po skutkach, politycy albo współpracują z obcym wywiadem, albo kieruje nimi głupota i niewiedza.
– Pamiętam ostatnie chwile Antoniego Macierewicza i przyjazd do Polski szefa NATO Jensa Stoltenberga. Założyłem się wówczas z kolegą o skutki tej wizyty. Stoltenberg spotkał się z prezydentem i premierem, pominął ministra. W mojej ocenie zażądał, żeby został on usunięty. I Macierewicz poleciał. Ministrowie obrony mają dostęp do planowania nuklearnego, do największych sojuszniczych tajemnic. Nie ma tam miejsca dla ludzi, którym się nie ufa. Nie wiem, na ile ustalenia Tomasza Piątka są trafne, wiem, że Macierewicz nie zdecydował się na sądowe dowiedzenie swojej niewinności. Wiem też, że gdybym stał po stronie przeciwnej, miał zaszkodzić Polsce, robiłbym dokładnie to, co zrobiono w armii w ostatnich latach. Nic więcej. I pewnie byłbym już Bohaterem Federacji Rosyjskiej.

Głupota i niewiedza nie wykluczają jednak motywów czysto politycznych.
– Jasna sprawa. Kupienie bezpilotowców to efektowne posunięcie. Nie widzę tu pilnej potrzeby operacyjnej, bo nasi żołnierze nie realizują zadań bojowych poza granicami kraju, w których istnieje konieczność wykorzystania takiego sprzętu. Ale widzę pilną potrzebę polityczną – chęć pokazania elektoratowi, jak bardzo troszczymy się o wojsko. Tyle że skutki mogą być dramatyczne. Zwrotem ku Turcji, która – przypomnę – jest w NATO na cenzurowanym, rozdrażniliśmy Amerykanów. Znam procedury i obawiam się, że jeśli będziemy nadal taką politykę uprawiać, Kongres może cofnąć zgodę na sprzedaż F-35 do Polski.

No tak, Turcji ostatecznie F-35 nie sprzedano.
– A kolejka po te maszyny jest długa. My zaś możemy Kongresowi podpaść także na innym polu. USA sprzedają sprzęt wysokiej technologii krajom demokratycznym. Polska już takim państwem nie jest. Nie mamy trójpodziału władzy, łamiemy konstytucję, nie przestrzegamy wyroków, nie tylko sądów krajowych, ale i międzynarodowych. Amerykanie nie będą wiecznie patrzeć na to przez palce. Drażnijmy ich, a okaże się, że poza Turcją jeszcze tylko Putin będzie mógł nam coś sprzedać.

Mamy jeszcze własny przemysł.
– A ja mam przekonanie graniczące z pewnością, że w latach 2016-2018 nastąpiła nieuzasadniona pomoc publiczna dla podmiotów krajowego przemysłu obronnego. Rzędu kilku miliardów złotych. Zgodnie z prawem Unii Europejskiej nieuzasadniona pomoc winna zostać zwrócona do budżetu państwa. Polityk, który by o to zabiegał, nie dostałby głosów pracowników przemysłu obronnego. Byłby ich wrogiem, niezależnie od barw politycznych. Nie ma więc chętnych do podjęcia tematu.

Na czym ta pomoc polegała?
– Na przeszacowywaniu, o prawie 100%, wartości kontraktów między MON a zbrojeniówką. I żeby jeszcze te pieniądze szły na realną produkcję… W zarządach spółek Polskiej Grupy Zbrojeniowej w 2015 r. było 100 osób. Dziś, według mojej wiedzy, ok. 300. Trwonimy publiczne pieniądze na synekury dla ludzi z politycznego układu.

To także cena za spokój. Jakoś nie widzę strajkujących pracowników zbrojeniówki na ulicach Warszawy.
– Dziwne, prawda? 60% wydatków na zbrojenia idzie za granicę, zyski z eksportu nie przekraczają nawet 400 mln zł, a branża jakoś sobie radzi. Trzyma głowę tuż nad powierzchnią wody, ale nie tonie.

A ma szansę się wybić? Opierając się na realnych kompetencjach, nie na zyskach z politycznej renty.
– Jeżeli za rządu PiS sześciokrotnie zmienia się prezes PGZ, to czy możemy mówić o jakiejś strategii rozwoju?

Jeśli byłaby kontynuacja…
– Ale jej nie ma. Każdy przychodzi z jakąś inną wizją, a i tak kończy się na pomyśle wzięcia przemysłu na garnuszek MON. To pierwsza sprawa. Druga – nie jesteśmy konkurencyjni. Nie byliśmy i nie będziemy. Jakość elementów uzbrojenia wykonywanych przez nasz przemysł obronny jest mierna. Nie mamy wysokiej technologii. Mimo że wydajemy na rozwój i wdrożenia niemałe pieniądze, efekty są byle jakie. Weźmy program „Płaskonos” (wabików przeciwtorpedowych – przyp. MO). Swego czasu projekt otrzymał nagrodę za najlepszą pracę badawczo-rozwojową, ale Marynarka Wojenna odmówiła przyjęcia sprzętu na wyposażenie. Bo prace trwały 12 lat i końcowy produkt był już przestarzały.

Na rynku cywilnym jest 17 przyzwoitych politechnik.
– Ale one nie współpracują z przemysłem obronnym. Rektorzy nie mają pojęcia, czego potrzebuje wojsko, armia nie wie, jakie są możliwości bazy badawczo-rozwojowej.

Dać uczelniom granty i sprawa załatwiona.
– To nie takie proste. Rektorów nie wybierają politycy. Uczelnie są niezależne, trudno się przy nich obłowić, wstawić „swoich”, którzy uszczknęliby coś z grantowych środków. Lepiej przekierować pieniądze do ośrodków badawczo-rozwojowych przemysłu. Praca w nich wre, a efektów nie widać. Po latach wojsko dostaje demonstrator technologii. Prototyp nas interesuje, a nie demonstrator z drewna wystrugany.

Od czegoś trzeba zacząć (śmiech).
– Najlepiej od założeń polityki zbrojeniowej. Zna je pan?

Nie znam.
– Bo nie istnieją, choć mamy cały departament polityki zbrojeniowej. W efekcie każdy sobie rzepkę skrobie. Przemysł robi coś, czego wojsko nie potrzebuje. Produktów potrzebnych nie robi wcale – albo robi kiepskie. W 2007 r. byłem w Izraelu, zaczynaliśmy się rozglądać za bezpilotowcami. I gospodarze mówią tak: „Macie kompetencje, żeby budować samochody do przewozu bezpilotowców, nic więcej”. W państwowym przemyśle dotąd niewiele w tej kwestii się zmieniło.

Czyli, tak czy inaczej, musimy kupować.
– Musimy. Nie krytykuję zakupów w USA, bo mają tam najlepszą technikę. Krytykuję to, że za zakupami nie idzie offset. Brak offsetu to brak dostępu do nowoczesnych technologii, brak nowoczesnych technologii to śmierć dla przemysłu obronnego.

Wyprodukuje się karabinki dla WOT i jakoś to będzie.
– Kolejny przykład marnotrawstwa i gry na utratę sojuszniczej wiarygodności.

Tak nisko pan ceni sztandarowy projekt PiS w dziedzinie obronności?
– Eksperyment pt. Wojska Obrony Terytorialnej tylko do 2019 r. kosztował nas 8 mld zł. Nie licząc środków na pozyskanie infrastruktury dla nowo powołanych jednostek, czyli dodatkowych setek milionów. Sam pomysł z wykorzystaniem entuzjazmu młodzieży dobry, wykonanie znacznie gorsze.

Jak to u nas. Pytanie, czy chcieliśmy dobrze.
– W 2016 r. spotkałem się w Madrycie z szefami obrony państw wchodzących w skład Eurokorpusu. Mój niemiecki odpowiednik zagaja: „Słyszałem, że budujecie nowy rodzaj sił zbrojnych”. „No tak, Wojska Obrony Terytorialnej, wiesz, o co chodzi… 53 tys. żołnierzy”, mówię. Niemiec kiwa głową, więc i ja pytam, co u nich. „My też budujemy nowy rodzaj sił zbrojnych – wojska cybernetyczne, 13 tys. specjalistów”. No i sam pan widzi – z jednej strony, nieco trywializując, dzida, z drugiej, nowoczesne narzędzie w odpowiedzi na realne zagrożenia.

Obrony terytorialnej nie wymyślił Macierewicz, istniała zawsze.
– Na czas wojny. Trzeba było lepiej i więcej szkolić rezerwistów, a nie tworzyć WOT w obecnej strukturze, z własnym dowództwem i dowództwami brygad w czasie pokoju. Jedyną realną wartość dodaną tej formacji stanowią bataliony OT. Idą tam świetni ludzie, mający własne ambicje i aspiracje zawodowe. Niestety, dziś sprowadzamy ich do roli sprzątaczy, pomocników, dyrygujących kolejkami. Nie ma to nic wspólnego z obroną terytorialną, z siłami zbrojnymi. Nie dziwią mnie nawet doniesienia o rzekomych planach użycia WOT do tłumienia manifestacji Strajku Kobiet. Pomysł o podobnym zabarwieniu słyszałem już z ust ministra, co było przerażające.

Obrona terytorialna stała się wizytówką armii. Trafiają tam nowe mundury, sprzęt, uzbrojenie.
– Na miłość boską, mamy tysiące karabinków AK gotowych do użycia w ramach szkolenia. A my kupujemy 50 tys. grotów. A co z AK? Pod gąsienice czołgów je rzucimy? Przekazanie grotów WOT to marnowanie pieniędzy. Po roku czy dwóch latach szkolenia ten sprzęt nie będzie się nadawał do użycia w czasie wojny.

WOT miały nasycić pole walki patriotyzmem – stąd weekendowe szkolenia strzeleckie.
– A w ramach walki z pandemią zostały sprowadzone do roli obrony cywilnej. To świetna robota, ale nie ma w niej miejsca na karabin, na szkolenie wojskowe.

Państwo potrzebuje WOT do reagowania kryzysowego.
– Na terenie kraju? Nie. Plany reagowania kryzysowego opierają się na potrzebach zgłaszanych przez wojewodów. Zapotrzebowanie w skali kraju przez lata utrzymywało się na poziomie 10 tys. żołnierzy. Jednej dziesiątej wojsk operacyjnych. I dotyczyło sprzętu, którego WOT i tak nie mają.

To dlaczego wszędzie widzimy „wotników”?
– Bo mamy do czynienia z ogromną promocją obrony terytorialnej. To projekt z zakresu marketingu politycznego, nic więcej. Armia nie potrzebuje WOT, dla których nie określono miejsca, roli ani zadań w systemie obronnym państwa. Sojusz też ich nie potrzebuje. Ci żołnierze nie wyjadą na misje, nie zwiększą naszych zdolności ekspedycyjnych, do utrzymywania których zobowiązuje nas art. 5 traktatu północnoatlantyckiego. Nie wnoszą także znaczącego wkładu we własny potencjał obronny, zgodnie z art. 3 traktatu.

Dlaczego?
– W WOT, z braku chętnych, obniżono kryteria zdrowotne. W efekcie mamy dziś w siłach zbrojnych dwa rodzaje żołnierzy: zdolnych do służby wojskowej i zdolnych do służby w obronie terytorialnej. Tych drugich nie wyślemy w świat. A i w kraju żołnierze powinni mieć walory zdrowotne adekwatne do wymogów współczesnego „pola walki”.

Politycy robią z wojskiem, co chcą. Czy ktoś tam w ogóle dowodzi?
– Szef sztabu ma kompetencje, ale nie ma narzędzi. Obecna władza próbowała zmienić system dowodzenia. Podporządkowano szefowi sztabu dowództwa rodzajów sił, dowództwo generalne i operacyjne. Masa nowych podwładnych, mnóstwo nowych kompetencji – i żadnego dodatkowego etatu. Szef sztabu kieruje wojskiem, gdy jest na miejscu. Po wyjściu z pracy jego możliwości się kurczą, ponieważ nie dysponuje własną dyżurną służbą operacyjną lub innym organem dowodzenia. Oczami i uszami, wyposażonymi w kompetencje do podejmowania decyzji w jego imieniu. Dziś u pierwszego żołnierza Rzeczypospolitej mamy kilkuosobową, nieetatową Dyżurną Służbę Operacyjną. Nieetatową, powtórzę. To czyste szaleństwo. Mało tego, prezydent zdecydował, że na czas wojny naczelnym dowódcą będzie właśnie szef Sztabu Generalnego, ale sztab nie ma własnego dowództwa ze strukturą organu dowodzenia naczelnego dowódcy.

Kto mu je wystawi w razie W?
– Dowództwo operacyjne, które na co dzień ma własnego dowódcę.

Czyli szef SG nie pracuje bezpośrednio z ludźmi, którzy w czasie wojny mają być jego najbliższymi współpracownikami. Przecież to paranoja.
– Żeby jedyna. Minister nie ma merytorycznych kompetencji do dowodzenia, ale WOT podlega bezpośrednio jemu. Szefowi sztabu nic do tej formacji, formalnie dopóki proces jej budowy nie zostanie zakończony. Zwróćmy też uwagę na obłożenie obowiązkami szefa sztabu. W przypadku wojny ma być naczelnym dowódcą, doradcą ministra obrony, doradcą prezydenta, szefem Sztabu Generalnego czasu W, wchodzi poza tym w skład Komitetu Wojskowego NATO.

Trochę dużo jak na jedną głowę.
– Za dużo.

Kilka miesięcy temu, w trakcie ćwiczeń strategicznych „Zima” zakwestionowano kompetencje szefa SG. Jeden z moich rozmówców nazwał to puczem. Po jednej stronie stanął szef sztabu, po drugiej dowódca generalny. Gdzieś tam trwała obrona Rzeczypospolitej – szczęście, że na mapach, a nie w realu – a w naczelnym dowództwie toczyła się wojna o to, kto ma dowodzić.
– Wprowadzenie drugiego czterogwiazdkowego generała (w osobie dowódcy generalnego – przyp. MO) stworzyło dualizm. Sytuację, która w wojsku nie powinna się wydarzyć. Armia to jedność i jednoosobowość. Jedność oznacza, że działamy w myśl jednego zamiaru wspólnie, jednoosobowość to hierarchiczność dowodzenia. A myśmy to zburzyli i teraz się dziwimy, że na światło dzienne wychodzą takie kwiatki.

Potencjał obronny państwa składa się z sił zbrojnych, dyplomacji, przemysłu obronnego i służb. Może chociaż te ostatnie są coś warte?
– Proszę sobie przypomnieć 6 maja 2016 r. Minister obrony zabiera głos z trybuny sejmowej i mówi o dokumencie ściśle tajnym. Sam fakt istnienia takiego dokumentu jest ściśle tajny, a on opowiadał o jego treści. Omawiał proces modernizacji, oczywiście w typowej dla siebie, oskarżycielskiej retoryce. I nie spotkały go żadne konsekwencje. Bo służby już wtedy nie istniały. Wojskowy wywiad i kontrwywiad zajmowały się wyłącznie katastrofą smoleńską. Poszukiwaniem śladów wybuchu i innych rzekomych niegodziwości. Patrząc na to, jak dziś rozgrywają nas Rosjanie, wiem, że niewiele się zmieniło.

Czy jakiś element sił zbrojnych jest w stanie efektywnie realizować postawione przed nim zadania?
– W moim przekonaniu pojedyncze brygady, bo nawet nie dywizje. Jeżeli dywizja międzynarodowa ma sztab liczący 280 osób, a w sztabie polskiej dywizji mamy niewiele ponad 100 – to jak tu mówić o efektywnym dowodzeniu? Nikt nie chciał rozmawiać o tym, żeby zbudować dowództwo dywizji z prawdziwego zdarzenia – i mamy, co mamy.

Poza nami samymi kto jest dla nas największym zagrożeniem?
– Przesada w mówieniu o wyimaginowanym zagrożeniu sprzyja paranoi. Dlatego apeluję, by powściągać się w opowieściach o czyhających na nas Rosjanach. Długoterminowo to nie Putin jest naszym zmartwieniem, ale to, co po nim nastąpi. Musimy mieć świadomość, że jeśli w Rosji dojdzie do jakiejś rewolucji – a z historii wiemy, że to możliwy scenariusz – będziemy mieć na granicach Polski realne zagrożenie militarne, miliony uchodźców. Trzeba się do tego przygotować, podobnie jak to robiliśmy w początkowej fazie konfliktu na Ukrainie. Na flance wschodniej to niestabilność systemów politycznych jest większym zagrożeniem niż zgromadzony tu potencjał, choć tego drugiego nie należy ignorować. Rosja to mocarstwo nuklearne, zagrożenie nie tylko w skali lokalnej, ale również regionalnej i globalnej. Błędne jest przekonanie, że względny pokój w tej części globu był dany raz na zawsze. Flanka wschodnia NATO pozostanie na długi czas stykiem płyt tektonicznych odmiennych cywilizacji, kultur i wartości, z całą gamą nieprzewidywalnych zagrożeń.

Wojna już się toczy – w cyberprzestrzeni.
– I będzie się toczyła. I możemy się czuć zaniepokojeni, bo realizacja polityki zagranicznej Federacji Rosyjskiej odbywa się przy użyciu narzędzi militarnych. Była Gruzja, jest Ukraina, w perspektywie średnioterminowej nie wykluczam aneksji Białorusi. Ale Polsce, póki pozostaje w NATO i Unii Europejskiej, nie grożą rosyjskie czołgi. Musimy więc powalczyć o naszą wiarygodność w obu organizacjach i konsekwentnie budować własny potencjał. Ze świadomością, że każdy zaniechany rok w modernizacji to cztery-pięć lat odrabiania zaległości. Pamiętam 2008 r. i kryzys skutkujący obcięciem wydatków obronnych o kilka miliardów złotych. Parę lat trwało, nim udało się wrócić na właściwe tory.

Planowane zwiększenie wydatków na wojsko z 2 do 2,5% PKB ma w tym kontekście znaczenie?
– Nie ma najmniejszego. Ważna jest ciągłość modernizacji, pewność środków finansowych i planowanie właściwe do potrzeb. I niech politycy zdecydują o priorytetach, ale, na miłość boską, niech nie zastępują struktur wojskowych w planowaniu. Bo nic dobrego z tego nie wychodzi. Zbudowaliśmy obronę terytorialną, która nigdy nie będzie gotowa do przerzutu, bo taka jest jej istota. Tyle że w tym celu ogołociliśmy jednostki operacyjne z kadry, obniżając ich zdolności ekspedycyjne. Sojusznicy to widzą i dają do zrozumienia, że nie chcą już za Polskę umierać. Bo Polska pokazuje, że nie chce umierać za innych.

—–

Nz. Symulowany atak jednostki pancernej, wspierany przez śmigłowce szturmowe. Scenariusz rodem z lat 70., rozgrywany na ćwiczeniach sprzed kilku lat. Na 40-letnim sprzęcie…/fot. Marcin Ogdowski

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 27/2021

Postaw mi kawę na buycoffee.to