Pokolenie

W wiek dorosły coraz liczniej wkracza pokolenie, którego oczekiwania i wartości odbiegają od dotychczas uznawanych norm. To wyzwanie dla wielu instytucji, także dla armii. Stawką jest nie tylko dopływ świeżej krwi, lecz także unikatowe kompetencje młodych ludzi.

Media co rusz przekonują, że Polacy, zwłaszcza młodzi, są raczej sceptycznie nastawieni do obowiązku służby wojskowej. I niezbyt chętni do obrony Polski, gdyby wybuchła wojna. Specyfika pokolenia Z, nazywanego generacją egoistów? A może stawiamy złe pytania, a młodzież nie kwestionuje powinności, tylko nie widzi siebie w tradycyjnych rolach? Może czas budować większą świadomość obronną obywateli i system powszechnej obrony, w którym każdy znajdzie miejsce dla siebie?

—–

Zacznijmy od ustalenia, czym jest pokolenie Z. Przyjmuje się, że to osoby urodzone między 1995 a 2012 rokiem. Dr Anna Chabasińska z Wydziału Prawa i Bezpieczeństwa Akademii im. Jakuba z Paradyża w Gorzowie Wielkopolskim nazywa je: „pierwszym globalnym pokoleniem uformowanym przez technologię”. „Zetki są w tej technologicznej zupie zatopione”, potwierdza gen. Rajmund Andrzejczak, były szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. To za jego kadencji wojsko zaczęło uważniej przyglądać się generacji Z. „Tak mocno żyją w świecie wirtualnym, że zaniedbują część kompetencji niezbędnych do funkcjonowania w realnej rzeczywistości. Mają problemy z budowaniem relacji i nienajlepszą kondycję fizyczną”, dodaje gen. Andrzejczak.

„Pokolenie Z żyje w świecie dramatycznych zmian: klimatycznych, kulturowych, związanych z bezpieczeństwem”, kontynuuje opis dr Chabasińska. „Akceptuje taki stan, bo innego świata nie zna. Ale ma to swoje konsekwencje, bo skoro wszystko jest na chwilę i może się zmienić, skoro technologia skraca dystans, zetki potrzebują szybkiej informacji zwrotnej. Nie można ich pozbawić reakcji na działanie, bez tego tracą zainteresowanie, odchodzą. W relacjach zawodowych i w dużych zespołach to trudny do spełnienia wymóg. Szczególnie że zetki chcą przywództwa służebnego, w którym lider nie tylko chwali i gani osobiście, ale generalnie stawia dobro i rozwój podwładnych na pierwszym miejscu”.

Owo „ja” nad „my” ma też inne oblicze. „Dla młodych z generacji Z takie wartości jak solidarność czy sprawiedliwość są ważne, ale ważny jest też święty spokój”, twierdzi Anna Chabasińska. „Jako dobro deficytowe cenią sobie stałość, niezmienność, co dotyczy także mobilności. Zetki oczekują pracy w miejscu zamieszkania, nie chcą wyjeżdżać czy dojeżdżać. I obsesyjnie dbają o zachowanie balansu między życiem zawodowym a prywatnym. Starsi postrzegają to jako wygodnictwo czy wręcz lenistwo”. Co jeszcze? Zetki nie mają tradycyjnie pojmowanych autorytetów. Bohaterowie narodowi nie są dla nich żadnym wzorcem. Młodzi z pokolenia Z wzorują się na tych, którzy są do nich podobni, zwykle na rówieśnikach.

„To najlepiej wykształcone pokolenie w historii Polski”, dodaje gen. Andrzejczak. „I pierwsze, w którym odsetek osób z wykształceniem wyższym jest większy u kobiet – 51%, niż u mężczyzn – 30%”, podkreśla były szef SGWP. To z jego inspiracji w Centrum Doktryn i Szkolenia Sił Zbrojnych uruchomiono projekt badawczy, którego celem było poznanie postaw i wartości zetek. Upubliczniony w marcu 2025 roku raport napawa optymizmem, wszak ponad dwie trzecie ankietowanych wyraziło chęć zaangażowania się – bezpośrednio lub pośrednio – w wysiłek obronny państwa. 48% ankietowanych w wieku 18–25 lat zgłosiłoby się do armii, by wziąć udział w walce. Niemal co piąty (19%) działałby w organizacjach charytatywnych i humanitarnych. 26% młodych zadeklarowało chęć wyjechania z kraju.

Lecz projekt CDiS SZ był zaledwie wstępem do pogłębionych badań i objął specyficzną próbę – głównie uczniów klas mundurowych. Trudno więc pozyskane wyniki uogólniać na całą generację Z. „Przygotowujemy badania w skali ogólnopolskiej, z wielotysięczną, reprezentatywną próbą”, zapewnia gen. bryg. Rafał Miernik, szef Zarządu Szkolenia SGWP. „Poprowadzi je Centrum Doktryn i Szkolenia, przy wsparciu cywilnych ekspertów, oczywiście odbędą się one we współpracy z ministerstwem edukacji i kuratoriami. Ruszą we wrześniu”, zapowiada Miernik.

—–

Tymczasem odwołajmy się do innych ustaleń. W 2024 roku Centrum Badania Opinii Publicznej (CBOS) opublikowało raport pt. „Gotowość do obrony kraju”. Respondentów poproszono o wskazanie, jakie byłyby ich zachowania w sytuacji napaści na Polskę. Pytania dotyczące konkretnych postaw zadawano rozłącznie – wybór jednej z opcji nie wykluczał możliwości wyboru pozostałych. I tak aż 55% narażając własne życie, brałoby udział w obronie kraju, podejmując walkę zbrojną z napastnikiem, na przykład służąc w siłach zbrojnych lub uczestnicząc w zbrojnym ruchu oporu. 72% narażając własne życie, brałoby udział w obronie kraju bez podejmowania walki zbrojnej z napastnikiem, na przykład poprzez zaangażowanie w akcje ratownicze na terenach objętych walkami. 85% bez ryzykowania dla własnego życia i bez podejmowania walki zbrojnej wspierałoby obronę, na przykład w różnych formach pomocy poza obszarem walk. Co czwarty badany przyznał, że w takiej sytuacji starałby się jak najszybciej wyjechać z Polski. Co istotne, gotowość do otwartej walki wyraźnie jest związana z wiekiem, a największą skłonność do udziału w zbrojnej konfrontacji wyrażały osoby między 45. a 64. rokiem życia (67%). Jedyną grupą, w której większość (56%) stanowili deklarujący, że nie podjęliby się tego zadania, były osoby w wieku 25–34 lata – skłonnych do udziału w walce zbrojnej w obronie ojczyzny było w tej grupie tylko 38% badanych.

We wnioskach z raportu CBOS czytamy również, że największe poparcie zyskała zawodowa służba wojskowa – jej zwolennikami okazało się 92% badanych. Na drugim miejscu znalazła się dobrowolna zasadnicza służba wojskowa z wynikiem 90%. Co ciekawe, znacznie więcej zwolenników niż przeciwników uzyskała obowiązkowa zasadnicza służba wojskowa dla mężczyzn w okresie pokoju (52% wobec 44%). Ale wśród najmłodszych respondentów dominowali jej przeciwnicy – 59% w grupie wiekowej 18–24 lata i 50% wśród osób w wieku 25–34 lata. Najwięcej zwolenników było wśród respondentów w wieku 65+ (61% w tej grupie).

„W publicznej debacie obowiązek obrony definiowany jest w kategoriach wojskowocentrycznych”, zauważa dr Weronika Grzebalska z Instytutu Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk. „Podkreślana jest dostępność różnorodnych form służby w siłach zbrojnych, z bronią w ręku. Na to nakłada się specyficzny rys kulturowy, hołubiący ideę umierania, znów z bronią w ręku, za ojczyznę. W efekcie młodych, którzy żyją w świecie nieco innych wartości, stawia się przed alternatywą: albo zostanę żołnierzem i najprawdopodobniej polegnę na froncie, albo nie zrobię nic, ale przeżyję”. Tymczasem uwarunkowania geopolityczne wymuszają na Polsce budowanie systemu powszechnej obrony, obejmującego nie tylko silną armię, ale też liczną i wydajną obronę cywilną. „Nie każdy nadaje się do zabijania, co nie oznacza przecież, że jest nieprzydatny w systemie obrony”, przekonuje Grzebalska. „Gdy w Polsce zbudujemy już obronę cywilną z prawdziwego zdarzenia, więcej osób będzie miało pojęcie, co powinno zrobić w sytuacji zagrożenia. Dziś często to niewiedza i brak kompetencji skutkują wycofaniem, automatycznym »nie« dla poważnych zobowiązań. A jest na czym budować i system powszechnej obrony, i świadomość proobronną. Z bronią w ręku chce walczyć zdecydowana mniejszość, dość jednak liczna, by stworzyć armię zdolną odeprzeć atak rosji. Co więcej, notujemy bardzo wysoki odsetek deklaracji dotyczących działań cywilnych”, socjolożka ma na myśli cytowane badania CBOS, gdzie aż 85% ankietowanych zadeklarowało wsparcie obrony poza bezpośrednim obszarem walk (93% w najmłodszej grupie wiekowej 18–24).

—–

Niezależnie od tego, jak istotne jest zaplecze, to wojsko i jego potrzeby rozbudowy, także rezerw, mają w wysiłku obronnym państwa kluczowe znaczenie. „W sztabie generalnym patrzymy na to długofalowo i widzimy, że problemy demograficzne nakładają się na zmiany pokoleniowe”, mówi gen. Rafał Miernik. „Z jednej strony mamy spadającą dzietność i wizję narodu do 2060 roku mniejszego o 9 mln, z drugiej młodzież, która sądzi, że zawodowa służba wojskowa załatwi problemy związane z bezpieczeństwem. A przecież zewnętrznych zagrożeń nie ubywa, przeciwnie. Zadaniem starszych pokoleń jest to młodym uświadomić, przygotować ich. Nie ma sensu się na nich obrażać”, apeluje szef Zarządu Szkolenia SG WP.

Miernik mówi o koncepcji międzypokoleniowego mostu, za czym kryje się stworzenie takich warunków służby, które byłyby atrakcyjne dla generacji Z i jej następców. Stąd konieczność pogłębionych badań zetek, przy czym nie chodzi w nich o odkrywanie koła – wszak fenomen pokolenia Z doczekał się już wielu opracowań socjologicznych – ale o gruntowne rozpoznanie potrzeb i oczekiwań młodych Polaków w odniesieniu do armii, państwa i obywatelskich powinności.

„Interesują nas na przykład regionalne zróżnicowania”, przyznaje generał, zapowiadając, że na podstawie takich danych możliwe będzie projektowanie form służby pod konkretne województwa. „Już dziś wiemy, że wschód Polski jest bardziej wdzięcznym miejscem do rekrutacji, ale nie chcemy odpuszczać żadnego województwa”, zapewnia Miernik.

Trudno przewidywać wyniki badań, które przeprowadzi Centrum Doktryn, ale warto wskazać na doświadczenia z innych krajów. Dr Anna Chabasińska – członkini zespołu, który wziął pod lupę rodzime zetki – przywołuje przykład z USA. Gdy przyjrzano się rekrutacji do marynarki wojennej prowadzonej w stanie Kalifornia, okazało się, że młodzi bardzo liczą się z opiniami rodziców. To właśnie oni bardzo często stali za decyzjami dzieci o wstąpieniu do US Navy. „Gdyby z naszych badań wyszła taka zależność, rekomendowałabym oddziaływanie komunikacyjne na rodziców”, mówi Chabasińska, mając na myśli kampanie rekrutacyjne.

Wspomniane badania potrwają około roku, ale niezależnie od ich wyników trudno wyobrazić sobie armię, która nie byłoby strukturą hierarchiczną, wymagającą dużej dyspozycyjności. Jak ów wymóg pogodzić z oczekiwaniami zetek?

O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w miesięczniku „Polska Zbrojna”. Jego elektroniczną wersję znajdziecie pod tym linkiem.

—–

Szanowni, gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewick, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Tomaszowi Krajewskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Bognie Gałek, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Habeli i Annie Sierańskiej.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia – Jarkowi Rycykowi oraz Agacie Lenard.

To dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełna oferta pod tym linkiem.

Nz. Żołnierze 6 Brygady Powietrznodesantowej, zdjęcie ilustracyjne/fot. 6BDP

Żołnierz

„Wodzu, będzie nam Ciebie brakowało…”, to jedna z najczęściej powtarzających się fraz w komentarzach po śmierci gen. Waldemara Skrzypczaka. Za tymi słowami zwykle stoją byli podwładni, koledzy z armii, ale nie tylko. Generał był „wodzem” także dla dziennikarzy zajmujących się tematyką wojny i wojska. Do końca swoich dni ciężko na ten tytuł i szacunek pracował.

Latem 2009 roku sytuacja w Afganistanie gwałtownie się pogorszyła. Nie było dnia bez starć sił koalicji z talibskimi bojówkami. Również w polskiej strefie, w prowincji Ghazni, dochodziło do co najmniej kilku incydentów na dobę – ostrzałów baz, ataków na konwoje i patrole. Gdy 10 sierpnia w zasadzce w wiosce Usman Khel zabito por. Daniela Ambrozińskiego, informacje o intensyfikacji walk dotarły wreszcie do opinii publicznej w Polsce. Waldemar Skrzypczak był wówczas dowódcą wojsk lądowych. Kilka dni po śmierci Ambrozińskiego, podczas jego pogrzebu, wygłosił emocjonalne przemówienie, domagając się od polityków nazwania misji w Afganistanie „wojną” oraz adekwatnego wyposażenia wysyłanych do Azji oddziałów.

– Wybuchła medialno-polityczna burza, generał w proteście złożył dymisję – wspomina Marcin Ogdowski, w 2009 roku autor bloga zAfganistanu.pl, dziś dziennikarz „Polski Zbrojnej”. – Kilka tygodni później byłem pod Hindukuszem, zwykli żołnierze bardzo wysoko oceniali ten gest. To wtedy po raz pierwszy zetknąłem się z określeniem „wódz”.

Ta historia nie tylko ugruntowała nieformalną pozycję Waldemara Skrzypczaka, miała też znacznie szersze, wymierne skutki. – Generał dopiął swego – przekonuje Ogdowski. – Odtąd nie mówiło się już o misji stabilizacyjnej, a o wojnie. Skrzypczak wywołał zainteresowanie mediów, opinia publiczna dostała rzetelne informacje. Skorzystali na tym także żołnierze, bo pokłosiem dymisji generała było uruchomienie tzw. pakietu afgańskiego, w ramach którego znacząco poprawiono wyposażenie kontyngentu.

Lekcja na całe życie

Ale troska o podwładnych objawiała się także w mniej spektakularnych gestach. – Ta historia wydarzyła się na początku lat 90. – zaczyna opowieść płk rez. Tomasz Szulejko, niegdyś rzecznik Dowództwa Wojsk Lądowych, a potem Sztabu Generalnego WP. Nasz rozmówca był wówczas świeżo upieczonym oficerem i jako dowódca plutonu miał odprowadzić kadetów Szkoły Chorążych Wojsk Pancernych na praktyki do 68 Pułku Czołgów Średnich do Budowa, po czym już samotnie wrócić do Poznania. Początkowo podróż przebiegała w miarę gładko. – Do Szczecinka dojechaliśmy pociągiem – wspomina. Później jednak zaczęły się schody. Do oddalonego o przeszło 60 km Budowa transportu już nie było. – Musieliśmy sobie radzić sami. Część drogi przejechaliśmy jakimiś busami, część przeszliśmy na własnych nogach, na koniec skróciliśmy sobie drogę, maszerując przez pole buraków – uśmiecha się Szulejko.

Już na miejscu do kadetów wyszedł szef sztabu pułku – kapitan Waldemar Skrzypczak.

– Jak się tutaj dostaliście? – zwrócił się do dowódcy plutonu.

– No, przez pole…

– To jak pan będzie wracał, dam panu mojego UAZ-a. Dowiezie pana na stację w Szczecinku – Szulejko relacjonuje rozmowę z przyszłym generałem, po czym dodaje. – Zobaczyłem wtedy człowieka empatycznego i wrażliwego. Dowódcę, który nie odgradza się od żołnierza, potrafiącego postawić się na jego miejscu. To była dla mnie lekcja na całe życie.

Moralnie ważny sygnał

Również na początku lat 90. z późniejszym „Wodzem” zetknął się Rajmund Andrzejczak, wtedy porucznik, dowódca kompanii czołgów w Giżycku. Skrzypczak był w tamtym czasie szefem sztabu 1 Warszawskiej Dywizji Zmechanizowanej, na Mazury przyjechał z inspekcją. – Odstawał od ówczesnej kadry – mówi gen. Andrzejczak. – Merytoryka nieagresywna, wysoka kultura osobista, nie budował dystansu – wymienia były szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. – Byłem pozytywnie zaskoczony, że oficer tej rangi tak po prostu chce rozmawiać ze zwykłym porucznikiem i wysłuchać go. Waldek w relacjach z podwładnymi był absolutnie nieszablonowy.

– Był geniuszem jeśli chodzi o budowanie relacji z podwładnymi niższego szczebla – potwierdza gen. Mirosław Różański, były dowódca generalny rodzajów sił zbrojnych. – Śmiało mogę użyć stwierdzenia, że szeregowi czy podoficerowie kochali go.

Tę nieszablonowość i oddanie widać było także wiele lat później. – Lubił atmosferę poligonu, błoto, zmęczenie… – mówi Edyta Żemła, była redaktor naczelna portalu „Polska Zbrojna” dzisiaj dziennikarka Onetu, która znała generała także na stopie prywatnej. – Cenił towarzystwo swoich żołnierzy. Jadał z nimi, zawsze był gotowy pomagać im w rozwiązywaniu problemów, nie tylko tych związanych ze służbą. W ten sposób budował swój autorytet. Kiedy wydawał rozkazy, nigdy nie krzyczał, nie przeklinał – podkreśla Żemła, po czym przechodzi do głośnej sprawy Nangar Khel. W 2007 roku grupa polskich żołnierzy została zatrzymana pod zarzutem umyślnego ostrzelania cywilów w Afganistanie. Wojskowi trafili do aresztu, a prokuratura postawiła im zarzuty. Z dramatu zrobiono medialno-polityczny cyrk, de facto przesądzając o winie żołnierzy na długo przed procesem. – Skrzypczak był w stałym kontakcie z ich rodzinami, jeździł do aresztu i na rozprawy sądowe – relacjonuje reporterka Onetu. – Wspierał ich przy każdej okazji, zarówno jako dowódca wojsk lądowych, jak i później, gdy był już poza armią. Powtarzał, że wierzy w ich niewinność. Ostatecznie żołnierze zostali oczyszczeni z zarzutów. – Zaangażowanie Waldka w tę sprawę to był moralnie ważny sygnał dla wojska – komentuje Rajmund Andrzejczak.

Podniesiona zasłona milczenia

Walka o dobre imię podwładnych czasem sprowadzała się do tego, by nie odbierano im zasług. By można było mówić o zadaniach i wysiłkach podejmowanych przez żołnierzy WP. Świetnie ilustruje to historia, którą przytacza Marcin Górka, dziennikarz, współautor książki „Karbala”.

– Gdyby nie generał Skrzypczak, być może nie dowiedzielibyśmy się o bohaterskiej walce polskich żołnierzy w irackiej Karbali – przekonuje Górka i opowiada o ciągu zdarzeń, zainicjowanych pechem. – Generał, wtedy dowódca 11 Dywizji Kawalerii Pancernej w Żaganiu, jechał do swojego sztabu z rodzinnego Kołobrzegu, gdzie spędził weekend. Nigdy nie miał szczęścia do samochodów (a to zalał kiedyś diesla benzyną, a to nie ustąpił pierwszeństwa tramwajowi), także i tym razem auto odmówiło posłuszeństwa dosłownie w środku puszczy. W 2005 roku telefony komórkowe nie miały zasięgu w międzyrzeckich lasach. Skrzypczak stał więc bezradnie przy zepsutym samochodzie, licząc na los, który pozwoli mu dostać się do Żagania.

W tym czasie drogą podróżował kpt. Grzegorz Kaliciak, wówczas oficer 17 Wielkopolskiej Brygady Zmechanizowanej w Międzyrzeczu. Ten sam, który podczas II zmiany polskiego kontyngentu wraz z dowodzonymi przez siebie żołnierzami stoczył w Karbali regularną bitwę z bojownikami Muktady As-Sadra. To wydarzenie nazwano później „największą bitwą Polaków po II wojnie światowej”, ale na przełomie 2004 i 2005 roku opinia publiczna nie miała o niczym pojęcia. Ogromna większość wojska zresztą też, bo politycy kazali spuścić nad Karbalą zasłonę milczenia.

– Kaliciak zabrał Skrzypczaka do Żagania – kontynuuje opowieść Górka. – W aucie wywiązała się rozmowa, bo generał właśnie szykował się do objęcia dowodzenia IV zmianą w Iraku, a Kaliciak miał świeże doświadczenia. Na pytanie „jak było?”, opowiedział dowódcy o walkach w Karbali.

Skrzypczak postanowił, że Polacy muszą dowiedzieć się o zwycięskiej bitwie. – Jakiś czas później zadzwonił do mnie, bo jako dziennikarz relacjonowałem misje poza granicami kraju, i zaprosił do Międzyrzecza – wspomina Górka. – Tam uczestnicy wydarzeń opowiedzieli o stoczonej walce. Dalszy ciąg tej historii to książka i film fabularny, którym generał Skrzypczak kibicował na każdym etapie powstawania.

Na czele na przeprawie

– Jak im pozwolimy, to wejdą nam na mury – przekonywał Skrzypczak, dowódca kontyngentu w Iraku. Te słowa padły w bazie Echo w Diwaniji. – Generał miał na myśli irackich bojowników – tłumaczy Marcin Ogdowski, w 2005 roku korespondent w Iraku. – Opowiadał nam, dziennikarzom, którzy właśnie przylecieli relacjonować poczynania Polaków, co zastaniemy na zewnątrz bazy i z czego wynika aktywność pododdziałów bojowych kontyngentu. Rzeczywiście, Skrzypczak narzucił wtedy wysokie tempo działań, a bojówka miała pełne ręce roboty. Ale nie było w tym bohaterszczyzny, parcia na wojskowy sukces kosztem podwładnych. Było asertywne, przemyślane i dotkliwe dla przeciwnika działanie. W efekcie „za Skrzypczaka” w polskiej strefie odpowiedzialności panował względny spokój. A generał przywiózł do kraju wszystkich żołnierzy, poza jednym, który zginął w wypadku.

O kulisach IV zmiany PKW Irak opowiada nam również gen. broni dr Krzysztof Król ze Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. – Stałem na czele oddziału operacyjnego Wielonarodowej Dywizji Centrum-Południe – wspomina generał i zaczyna kreślić odpowiedni kontekst. Niewesoły, wszak okazało się, że zanim IV zmiana wyruszyła do Iraku, zapadła polityczna decyzja o redukcji kontyngentu do 1700 żołnierzy. – Ograniczenia liczby wojska nikt z dowódcą zmiany nie konsultował – podkreśla Król. – Decyzja była o tyle niezrozumiała, że na misji zaczęło ginąć coraz więcej żołnierzy. Generał Skrzypczak przekonał więc ówczesnego szefa SGWP generała Czesława Piątasa o potrzebie wzmocnienia PKW Irak o dodatkowe śmigłowce bojowe Mi-24.

IV zmiana zaczęła się w lutym 2005 roku. – W opinii generała Skrzypczaka jedyną możliwością uniknięcia strat osobowych i osiągnięcia celów misji było przejęcie inicjatywy operacyjnej – relacjonuje gen. Król. – Jego umiejętności zjednywania sobie ludzi i sojuszników widoczne były na każdym niemal kroku. Rozpoczęły się częste wizyty w dowództwach irackich jednostek: 5 Dywizji i 3 Samodzielnej Brygadzie, które przyniosły wiele wspólnych, bardzo udanych operacji. Generał okazał się również skutecznym negocjatorem pomiędzy sunnitami i szyitami, pielgrzymującymi do świętego miasta Karbala przez obszar odpowiedzialności polskiej dywizji.

– Bo Skrzypczak nie bał się podejmowania trudnych decyzji – wtrąca gen. Różański. I podaje przykład z czasów swojej służby jako dowódcy 17 WBZ. – Na poligonie drawskim mieliśmy Rosomakami pokonywać przeszkodę wodną Zły Łęg. Chcieliśmy jednak, by w transporterze płynęli nie tylko kierowca i dowódca wozu, lecz także żołnierze desantu. Był problem, ponieważ wozy tego typu mieliśmy od niedawna i do pływania nie było opracowanych jeszcze odpowiednich procedur i dokumentów. Nie ukrywam, że żołnierze trochę obawiali się tego zadania – przyznaje generał.

Co wydarzyło się później? Różański zakładał kamizelkę ratunkową, gdy na przeprawie pojawił się generał Skrzypczak. – Był dowódcą naszej dywizji – wyjaśnia późniejszy szef DGRSZ. – Przedstawiłem mu, na czym polega problem. Decyzja była jedna: włożył kamizelkę i popłynął z nami. On w jednym Rosomaku, ja w kolejnym, a za nami pozostałe wozy brygady z żołnierzami na desancie. Dał przykład i rozwiał wszelkie obawy żołnierzy. Między innymi dlatego wszyscy go bardzo szanowali.

Dowódcą przeprawiającej się wówczas kompanii był Rafał Miernik, obecnie generał brygady, szef Zarządu Szkolenia SGWP. – „Miernik, to ty to wymyśliłeś!?”, zapytał Skrzypczak z udawanym wyrzutem – były dowódca kompanii opisuje spotkanie z generałem. Po czym już zupełnie poważnie dodaje: – Dla żołnierzy była to wielka nobilitacja i dowód na to, że mają dowódcę z krwi i kości. Pokazał im, że ma do nich zaufanie, a także do nowego jakby nie było sprzętu.

Wizjoner i strateg

– Zapamiętam Skrzypczaka jako charyzmatycznego dowódcę – deklaruje senator Różański. – Trudnego, bo jako profesjonalista wojsko znał od podszewki. Współpracując z nim, nie można było sobie pozwolić na półśrodki, konfabulację czy mówiąc kolokwialnie ściemnianie. Skrzypczaka nie dało się zbyć byle czym. Miał ogromną wiedzę i doświadczenie. Był najwyższej klasy specjalistą na poziomie taktycznym i operacyjnym.

Kochał zawiłości wojskowego rzemiosła. – Kiedyś zaprosił mnie do domu i zaczęliśmy rozmawiać o historii i taktyce – opowiada Edyta Żemła. – Cofnęliśmy się do czasów Układu Warszawskiego. W pewnym momencie generał wstał od stołu, sięgnął po stare mapy i rozłożył je na dywanie. Zaczął opowiadać o ruchach wojsk, taktycznych i operacyjnych zawiłościach. Oczy mu błyszczały, trochę jak dzieciakowi… Armia to było jego życie – nie ma wątpliwości dziennikarka.

W marcu 2017 roku Skrzypczak udzielił wywiadu portalowi Interia.pl. Zapytany o to, gdzie powinien pójść wysiłek organizacyjny i finansowy Wojska Polskiego, odpowiedział: „Na zbudowanie sił, które będą w stanie podjąć walkę między Bugiem a Wisłą. (…) musimy mieć siły zdolne do działań obronno-opóźniających, które będą w stanie wytrzymać pierwszy impet uderzenia przeciwnika, stworzyć warunki do obrony w głębi kraju, na przykład na Wiśle, i tym samym umożliwić oddziałom NATO podejście do rejonu operacji”. – Co konkretnie do tego trzeba? – zapytał przeprowadzający rozmowę Marcin Ogdowski. – W przypadku ataku strategicznym celem armii rosyjskiej będzie jak najszybsze osiągnięcie linii Odry. Rosjanie będą zatem dążyli do tego, by w ciągu 2–3 dni rozbić główne siły Wojska Polskiego. Mając na wschodzie trzy średnie dywizje, uzbrojone w nowoczesne wozy bojowe i inne niezbędne środki walki, a do tego operacyjne przygotowanie terenu – fortyfikacje, przeszkody, przećwiczone niszczenia kluczowych obiektów – powinniśmy dać radę efektywnie opóźnić działanie przeciwnika – przekonywał Skrzypczak.

Wtedy brzmiało to jak political fiction… Kilka lat później doszło do pełnoskalowej rosyjskiej inwazji w Ukrainie. Ryzyko wojny z Rosją wzrosło, Polska weszła na ścieżkę szybkich zbrojeń, w ramach których uruchomiono projekt „Tarcza Wschód”. Nieco wcześniej zaczęła się rozbudowa potencjału WP w międzyrzeczu Wisły i Bugu, byśmy mieli tam trzy dywizje. – Wodzu od dawna wiedział, co należy zrobić, bo był także świetnym strategiem – konkluduje wątek Ogdowski.

Pragmatyzm i klasa

– Skrzypczak był zakochany w czołgach – twierdzi Rajmund Andrzejczak, sam pancerniak. – Wdrożenie Leopardów do Wojska Polskiego to był jego wysiłek, jego zasługa. Ale to uczucie nie było dogmatyczne, Waldek dostrzegał również słabości czołgów. Widział potrzebę budowy innych zdolności, na przykład rolę śmigłowców czy bezzałogowców. Jako dowódcę cechował go pragmatyzm, nie doktrynerstwo.

Z przejawem tego pragmatyzmu zetknął się Michał Niwicz, fotoreporter „Polski Zbrojnej”. – Kiedyś, na spotkaniu z dziennikarzami w Dowództwie Wojsk Lądowych, już po zakończeniu części oficjalnej, generał rozmawiał z nami w mniej formalny sposób – opowiada Niwicz. – Padło pytanie o PKW Afganistan. Generał, nieco zniecierpliwiony, powiedział: „Ciągle przysyłają mi stamtąd grube raporty. Szczerze mówiąc, nie mam czasu tego wszystkiego czytać. Mówię im: nie piszcie raportów, tylko napiszcie, ile amunicji mam wam przysłać” – Niwicz przyznaje, że ta wypowiedź wywarła na nim duże wrażenie. – Skrzypczak był odważny i zdecydowany – dodaje fotoreporter, który pracował z generałem także w Iraku. – Niby oczywiste cechy najwyższych dowódców, a jednak nie tak często spotykane.

Waldemar Skrzypczak wyróżniał się też klasą. Bogusław Politowski z „Polski Zbrojnej” przytacza historię z 2005 roku. Żagań witał wówczas żołnierzy, którzy powrócili z IV zmiany w Iraku. – Uroczystość z pompą, bo na trybunie pojawił się ówczesny minister obrony Jerzy Szmajdziński – prezentuje kontekst Politowski. – Narrator rozpoczął ceremonię i nagle stop. Dowódca kontyngentu generał Skrzypczak zaprasza na trybunę kilku swoich podkomendnych. Tego nie było w scenariuszu. On jednak nie chciał stać sam wśród notabli. Pokazał, że kontyngent to nie tylko dowódca, lecz także jego podwładni, którzy narażali się, by wykonać zadanie.

A to nie koniec tej opowieści. – Po oficjalnej części Skrzypczak nie poszedł na salony – kontynuuje Politowski. – Zaprosił ministra i razem zeszli do żołnierzy, by kolejny raz uścisnąć ich dłonie. „Skierujcie kamery i mikrofony na moich ludzi, to oni są tutaj bohaterami, nie ja”, zachęcał dziennikarzy generał. Cały on.

Tomasz Szulejko ma w głowie inną scenę, z sierpnia 2009 roku, gdy Skrzypczak podał się do dymisji. Na następcę wyznaczono gen. Tadeusza Buka, a nasz rozmówca miał zostać jego rzecznikiem. – Na korytarzu Cytadeli wpadłem na odchodzącego dowódcę – wspomina Szulejko. – Zaczęliśmy rozmawiać, głośno zastanawiałem się, czy poradzę sobie z obowiązkami, które mnie czekają. Wtedy generał Skrzypczak położył mi rękę na ramieniu i powiedział: „Pomóż Tadeuszowi. Będzie miał teraz trudno” – opowiada Szulejko. – Generał do końca zachował klasę. Sam miał wówczas problemy, a jednak nadal myślał o innych…

Blizna i apolityczność

– Skrzypczak piął się po szczeblach wojskowej kariery, a jednocześnie pozostawał odporny na blichtr, który nierzadko towarzyszy zawodowym zaszczytom – zauważa Edyta Żemła. – Niezależnie od tego, na jakim stanowisku był, trzymał dystans do polityków – dodaje Rajmund Andrzejczak.

Relacje z ludźmi ze szczytów władzy zasługują na dodatkową uwagę. U źródeł tej wstrzemięźliwości leżały wydarzenia z wczesnych lat służby generała. W czasie stanu wojennego, jako młody oficer, został skierowany do Gdańska. 16 grudnia 1981 roku znajdował się w jednym z czołgów, które wjechały do tamtejszej stoczni, wprost przed bramę główną. Nigdy się tego nie wypierał, mówił o tym wprost, nie kryjąc, że to rodzaj blizny, skutkujący wszak pewnym zobowiązaniem. – Wielokrotnie mówiłem kolegom-generałom: „Nie wolno powtórzyć sytuacji z 1981 roku. Jeśli ktokolwiek chciałby użyć wojska w taki sposób, to macie powiedzieć ‘nie’ i zostać w koszarach” – opowiadał w wywiadzie dla tygodnika „Przegląd” w 2020 roku.

– Obsesyjnie podkreślał konieczność zachowania przez wojsko apolityczności – wspomina Marcin Ogdowski. – W wywiadzie, który dał mi w 2017 roku, podzielił kadrę na dwie grupy. W pierwszej, zdecydowanie większej, umieścił ludzi wierzących, że armia to miejsce stworzone dla nich. Żołnierzy ambitnych, zdolnych, gotowych do wysiłku i poświęceń – w zamian za zawodową satysfakcję. Mających własne poglądy, ale jednocześnie wierzących w apolityczność wojska. W drugiej osadził karierowiczów, bez wiedzy, bez kompetencji, biegających po salonach i zabiegających o względy polityków. Ludzi, dla których armia to tylko miejsce pracy – dobre, jak każde inne – traktowane jako narzędzie do łatwej kariery. Ubolewał, że takie osoby noszą mundury.

Rodzaj testamentu

A mimo to, będąc już w stanie spoczynku, Skrzypczak zdecydował się na pójście w politykę. Został doradcą szefa MON-u Tomasza Siemoniaka, później objął tekę wiceministra. Skąd ta wolta? Nie ma wątpliwości, że generałowi wciąż chodziło o to samo – o dobro armii i służących w niej żołnierzy. Chciał, już z innej pozycji, dołożyć swoją cegiełkę do modernizacji wojska i przemysłu obronnego.

– Dla Skrzypczaka to żołnierze w polu byli najważniejsi, stąd bezkompromisowe zabieganie o finansowanie, wyposażenie i zasoby dla wojska – przekonuje gen. Krzysztof Król.

– Nie bał się pan bezkompromisowości generała? – pytamy Tomasza Siemoniaka. – Cenię ludzi, którzy mówią, co myślą – zapewnia obecny minister-koordynator służb specjalnych. – Skrzypczak miał wiele pożądanych cech, z miejsca przypadł mi do gustu – minister wraca do początków współpracy w 2011 roku. – W wojsku cieszył się wielkim autorytetem. Świetny w strategii, ale wiedział też, czym jest natarcie batalionu. Znał potrzeby wojska z poziomu zwykłego żołnierza, armii jako całości i państwa jako systemu obronnego. Ktoś taki był niezbędny do planowania modernizacji.

To Skrzypczak namówił Siemoniaka, by budowę niszczycieli min zlecić prywatnej stoczni. Wtedy to był przełom w myśleniu o relacjach MON – zbrojeniówka. Program okazał się sukcesem – niebawem ostatnie dwa z sześciu zamówionych okrętów wejdą do służby.

– My, wojskowi, nie chcemy czołgów ze złota. Chcemy sensownej modernizacji armii i przemysłu, tego, by wcale niemałe pieniądze na obronność były wydawane racjonalnie. Nie „bo się należy”, ale „bo warto” – tłumaczył Skrzypczak w 2017 roku w wywiadzie dla Interia.pl.

Wówczas był już na emeryturze, ale nadal pozostawał głęboko zaangażowany w sprawy modernizacji. – Wszedł w temat produkcji amunicji, bardzo mu zależało na tym, by nasza zbrojeniówka miała jak najwięcej kompetencji. Krytykował jej słabości, ale robił to z czystych, dobrych intencji – podkreśla gen. Andrzejczak. – Dla nas, generałów, to jego zaangażowanie w sprawy przemysłu, budowania własnych zdolności, to powinien być rodzaj testamentu, dziedzictwa po Waldku.

Każdy chciał być Skrzypczakiem

Wybuch pełnoskalowej wojny w Ukrainie ujawnił jeszcze jedno oblicze Waldemara Skrzypczaka – wziętego komentatora. Na początku marca 2022 roku, gdy wszyscy zastanawiali się nie czy, lecz kiedy Rosjanie wezmą Kijów, generał wiedział już, że Putin tej bitwy nie wygra. I generalnie, że Ukrainy nie pokona. Był pierwszym ekspertem, który mówił o tym głośno. Ze skrawków dostępnych informacji wywnioskował to, czego inni nie potrafili dojrzeć. Dał tu o sobie znać jego kunszt dowódcy i analityka.

Później, komentując bieżące wydarzenia na Wschodzie, nie zawsze miał rację, ale zawsze jego publiczne wypowiedzi doprowadzały do szału kremlowską propagandę. Za słowami Skrzypczaka stał bowiem jego wielki autorytet. – Jeszcze kilka tygodni temu pozostawał na służbie, nie odpuszczał sobie – zwraca uwagę gen. Andrzejczak. – Komentował wojnę w Ukrainie, wszędzie go było pełno. Jego stan był już poważny, ale to Waldek, on był przeciwpancerny.

Mimo tej hardości Skrzypczak do końca pozostał życzliwy w kontaktach z dziennikarzami. – Nigdy nas nie atakował, nie miał pretensji za to, co napisaliśmy. Wiedział, na czym polega nasza praca – mówi Edyta Żemła. „OK, wskazaliście na problem, a teraz trzeba zastanowić się, w jaki sposób go rozwiązać” – reporterka Onetu opisuje najczęstszą reakcję generała.

O życzliwości Skrzypczaka mówi też Agnieszka Drążkiewicz z Informacyjnej Agencji Radiowej, która zawodowe kontakty ze zmarłym oficerem miała przez niemal 20 lat. – Ostatni raz rozmawialiśmy 23 czerwca o 9.18, tak pokazuje mi historia połączeń z numerem „Wodzu”. Zadzwoniłam nieco poirytowana, bo wcześniej dzwoniłam już kilka razy, a Waldek nie odbierał. W końcu odebrał i powiedział: „Aga, przepraszam, ale jestem w szpitalu na Szaserów… Wiesz, gorzej znów ze mną…” – dziennikarka nie kryje emocji. – W dniu jego śmierci, rano przy kawie, pomyślałam: „ciekawe, co u Wodza? Odezwę się do niego, bo przecież obiecywał, że i tym razem da radę, będzie walczył i wyjdzie z tego…”.

Nie wyszedł, choroba nowotworowa okazała się przeciwnikiem nie do pokonania.

– Chyba każdy oficer w tej armii, także ja, chciał być generałem Skrzypczakiem, takim najbardziej żołnierskim żołnierzem – zdradza Rajmund Andrzejczak.

A gen. Krzysztof Król dodaje: Waldemar Skrzypczak to dla mnie wzór oficera flagowego, eksperta, profesjonalisty i lidera. To on w zasadniczy sposób wpłynął na mnie jako oficera i generała Wojska Polskiego.

– Wielka strata – podsumowuje rozmowę gen. Andrzejczak. – I szkoda, że Waldek nie doczekał nominacji generalskiej syna…

Marcin Ogdowski

współpraca: Łukasz Zalesiński, Bogusław Politowski, Marcin Górka, Michał Niwicz, Magdalena Miernicka, Maciej Chilczuk

—–

Nz. Gen. Skrzypczak (drugi od prawej, z profilu) w Iraku. Zrobiłem to zdjęcie tuż przed swoim odlotem z Diwaniji, wiosną 2005 roku/fot. własne

Ten tekst opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do oryginalnego materiału.