Kolektywna

Mariusz Błaszczak nie powiedział, że Polska nie powinna pomóc Litwie, Łotwie czy Estonii zaatakowanym przez rosję. Powiedział jednak, że „polscy żołnierze powinni bronić Polski”, a dopytywany o reakcję na rosyjską agresję odpowiedział, że „wszystko zależy od okoliczności”. Wokół tych słów natychmiast wybuchła polityczna awantura. Tymczasem ciekawsze od niej jest pytanie, czy w razie wojny na wschodniej flance NATO dałoby się w ogóle oddzielić obronę Polski od obrony państw bałtyckich.

Zacznijmy od uporządkowania faktów, bo wypowiedź byłego ministra obrony szybko zaczęła żyć własnym życiem. Bogdan Rymanowski zapytał go w Radiu ZET, czy w przypadku rosyjskiego ataku na Estonię, Łotwę lub Litwę polscy żołnierze powinni ruszyć im z odsieczą.

– Polscy żołnierze powinni bronić Polski – odpowiedział Mariusz Błaszczak.

Prowadzący przypomniał wówczas o artykule 5 Traktatu Północnoatlantyckiego. Błaszczak wskazał, że Polska sama graniczy z rosją, która – jak mówił – „praktycznie objęła terytorium Białorusi”, więc „my też jesteśmy na froncie”. Zapytany następnie, co zrobiłby jako minister obrony w razie ataku na jedno z państw bałtyckich, odpowiedział: „To wszystko zależy od okoliczności”. Przypomniał przy tym, że polscy żołnierze już stacjonują na Łotwie.

To ważne, ponieważ z tej rozmowy trudno uczciwie wyprowadzić wniosek, że były szef MON zapowiedział pozostawienie państw bałtyckich samym sobie. Takich słów nie wypowiedział. Później zresztą, odpowiadając na krytykę, przypomniał działania podejmowane za rządów PiS na rzecz bezpieczeństwa Litwy, Łotwy i Estonii: obecność polskich żołnierzy na Łotwie, udział polskich F-16 w Baltic Air Policing czy współpracę polskich i litewskich wojsk.

Problem z jego odpowiedzią leży gdzie indziej.

—–

Wbrew temu, co czasem można usłyszeć w politycznych sporach, artykuł 5 NATO nie zawiera mechanizmu, który po rosyjskim ataku na Litwę automatycznie nakazywałby Polsce wysłanie tam określonej liczby żołnierzy. Traktat mówi, że zbrojna napaść na jednego lub kilku członków NATO zostanie uznana za napaść na wszystkich. Każdy sojusznik zobowiązuje się wówczas udzielić zaatakowanemu państwu pomocy, podejmując „taką akcję, jaką uzna za konieczną”, włącznie z użyciem siły zbrojnej. Obowiązek pomocy jest więc jednoznaczny, ale jej konkretna forma nie została w traktacie z góry określona.

Polska nie ma zatem traktatowego obowiązku wysłania – dajmy na to – dwóch brygad na Łotwę tylko dlatego, że rosyjski żołnierz przekroczył łotewską granicę. Nie oznacza to jednak, że w takim scenariuszu moglibyśmy potraktować wojnę na Łotwie czy Litwie jako cudzy konflikt, koncentrując się wyłącznie na pilnowaniu własnych granic. Bo rosyjskie natarcie na Litwie zmieniałoby również sytuację wojskową Polski. I odwrotnie – zatrzymanie go odpowiednio daleko od polskiej granicy mogłoby być jednym ze sposobów ochrony polskiego terytorium.

Dość spojrzeć na mapę. Polsko-litewska granica stanowi jedyne lądowe połączenie państw bałtyckich z pozostałą częścią terytorium NATO. Przez Polskę prowadzą więc najważniejsze lądowe szlaki, którymi w czasie kryzysu można wzmacniać Litwę, Łotwę i Estonię. Jednocześnie północno-wschodnia Polska leży między Białorusią a rosyjskim obwodem królewieckim.

Nie oznacza to oczywiście, że każda rosyjska operacja przeciw państwom bałtyckim musiałaby wyglądać jak znany z licznych analiz scenariusz „bitwy o przesmyk suwalski”. Wojna mogłaby rozwinąć się zupełnie inaczej. Nie zmienia to jednak podstawowego problemu wynikającego z geografii. My po prostu już jesteśmy w strefie oddziaływania cyklonu, chcemy tego czy nie.

—–

Tak sprawy widzi NATO. Na szczycie w Wilnie w 2023 roku przywódcy Sojuszu zatwierdzili nową generację regionalnych planów obronnych – najbardziej szczegółowych od zakończenia zimnej wojny. Jeden z trzech takich planów obejmuje wspólnie region bałtycki i Europę Środkową. Jego celem jest między innymi powiązanie planowania NATO z narodowymi planami obronnymi oraz określenie, jakie siły powinny znaleźć się we właściwym miejscu i czasie.

W razie pełnoskalowego konfliktu granica polsko-litewska nie oddzielałaby więc wojny „naszej” od wojny „Bałtów”. Najlepszym dowodem, że nie są to akademickie rozważania, jest obecność polskich żołnierzy na wschodniej flance. 30 czerwca tego roku prezydent Karol Nawrocki przedłużył użycie Polskiego Kontyngentu Wojskowego w ramach natowskiej wysuniętej obecności na Łotwie oraz w Estonii i na Litwie. Kontyngent może liczyć do 320 żołnierzy i pracowników wojska. Jego główne siły stacjonują w łotewskim Ādaži i działają w ramach wielonarodowych sił NATO.

Najciekawszy dla naszej dyskusji jest jednak zakres zadań zapisany w prezydenckim postanowieniu. W czasie pokoju kontyngent szkoli się i rozwija wspólne zdolności obronne. W kryzysie ma wykonywać zadania odstraszania i zapewnienia bezpieczeństwa. A w przypadku konfliktu zbrojnego ma realizować zadania obrony kolektywnej w ramach artykułu 5 Traktatu Północnoatlantyckiego. Postanowienie wprost przewiduje możliwość użycia kontyngentu w konflikcie zbrojnym. Innymi słowy polskie państwo zakłada, że polscy żołnierze mogą wykonywać zadania obrony kolektywnej poza granicami Rzeczypospolitej.

Na Łotwie działa wielonarodowa brygada NATO pod dowództwem Kanady, do której siły wystawia kilkanaście państw. Na Litwie Niemcy rozmieściły na stałe brygadę pancerną; wraz z innymi wojskami sojuszniczymi obecność NATO w tym kraju przekracza pięć tysięcy żołnierzy. To nie są oddziały wysłane nad Bałtyk w geście uprzejmości wobec Łotyszy czy Litwinów. Są częścią systemu odstraszania, którego wiarygodność polega właśnie na tym, że ewentualny agresor od pierwszego dnia musiałby mierzyć się nie tylko z armią zaatakowanego państwa, ale również ze stacjonującymi tam wojskami sojuszniczymi.

—–

Nie oznacza to również, że w przypadku ataku na Litwę polska armia powinna rzucić większość swoich sił za północno-wschodnią granicę. Wręcz przeciwnie. Polska miałaby w takim konflikcie ogromną liczbę zadań na własnym terytorium. Musiałaby chronić własną przestrzeń powietrzną, bazy lotnicze, porty, węzły kolejowe, składy paliw i amunicji oraz stanowiska dowodzenia. Musiałaby zabezpieczyć granice z Białorusią i obwodem królewieckim, a jednocześnie przyjmować i przemieszczać przez swoje terytorium wojska sojusznicze zmierzające na wschód.

Polska byłaby w takim scenariuszu nie tylko państwem frontowym, lecz również jednym z najważniejszych zapleczy całej operacji NATO na północno-wschodniej flance.

Dlatego Błaszczak ma rację w jednym istotnym punkcie: konkretna odpowiedź rzeczywiście zależałaby od okoliczności. Od charakteru rosyjskiego ataku, miejsca jego przeprowadzenia, sytuacji na innych kierunkach, dostępnych sił i decyzji podejmowanych w ramach NATO.

Nie sposób dziś uczciwie odpowiedzieć, która polska brygada przekroczyłaby granicę, która pozostałaby w kraju i jakie dokładnie zadania otrzymałoby polskie lotnictwo. Szczegółowe plany operacyjne NATO nie są publiczne.

Można natomiast powiedzieć coś innego. Miejsce stacjonowania żołnierza nie przesądza o tym, czy broni on Polski. Polski oddział walczący na Litwie mógłby w konkretnym scenariuszu chronić polskie terytorium równie bezpośrednio jak oddział rozmieszczony pod Suwałkami. Tak samo niemiecki żołnierz stacjonujący dziś na Litwie uczestniczy nie tylko w obronie Litwinów, ale w obronie całego obszaru NATO – również Polski.

Dlatego przeciwstawienie „obrony Polski” i „obrony państw bałtyckich” niewiele mówi o realiach ewentualnej wojny. Wojska rozmieszczone na wschodniej flance są bowiem tylko pierwszym elementem znacznie większego mechanizmu. Agresja przeciw jednemu państwu ma uruchomić reakcję całego Sojuszu, za którą stoi jego ogromny potencjał militarny – i właśnie świadomość tego ryzyka jest jednym z fundamentów odstraszania.

Czy zatem polscy żołnierze powinni bronić Polski? Oczywiście, że tak. Co wcale nie oznacza, że muszą to robić wyłącznie na terytorium Rzeczypospolitej.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Rojenia

Kremlowska propaganda nie ustaje w działaniach wymierzonych w zachodnie opinie publiczne. Z afisza w zasadzie nie schodzą atomowe groźby, ale pojawiają się również nowe „atrakcje”. Jedną z nich – skierowaną do Polaków i narodów nadbałtyckich – jest zapowiedź użycia Grupy Wagnera do… zajęcia tzw.: przesmyku suwalskiego. Rejonu, gdzie stykają się granice Polski i Litwy, który odcina obwód królewiecki od zwasalizowanej przez rosjan Białorusi. Mówił o tym przed kilkoma dniami emerytowany generał andriej kartapołow, przewodniczącym komisji obrony w rosyjskiej dumie. Groźby te uskuteczniał w państwowej telewizji Kanał 1, w programie władimira sołowiowa. Jego zdaniem, wagnerowcy mogą zająć przesmyk „w kilka godzin”, odcinając państwa nadbałtyckie od lądowego połączenia z resztą krajów NATO.

Gen. kartapołow od dawna wygłasza rozmaite kocopoły, chwalące potęgę rosyjskiego oręża, podobnie zresztą jak gospodarz wspomnianego programu. Patrzeć na to można z uśmiechem na twarzy, pogardą bądź politowaniem, co nie zmienia faktu, że w świecie klikbajtów i dominacji taniej sensacyjności, zawsze znajdą się użyteczni idioci, którzy z trwogą (zwykle udawaną) poniosą takie informacje dalej. Tak właśnie zareagowała część polskich mediów, kolportując wynurzenia kartapołowa w tonie, który u części odbiorców mógł wywołać zaniepokojenie. „Czy oni, ci wagnerowcy, naprawdę byliby w stanie wejść do nas?”, pyta mnie Czytelniczka.

I właśnie o to w tym chodzi – patrząc z rosyjskiej perspektywy. Niepokój nie musi być powszechny; grunt, by był, a w sprzyjających okolicznościach da się go rozniecić. Wystarczy, że kilkadziesiąt, może kilkaset tysięcy Polaków (i Bałtów), zacznie się zastanawiać, „co by było gdyby?”. W takich okolicznościach pojawi się refleksja związana z sensownością pomocy Ukrainie czy generalnie „drażnienia rosji”, która może poskutkować postulatem, by „lepiej siedzieć cicho”. W odróżnieniu od rosji, której władza (de facto właściciele) nie musi się przejmować głosami obywateli, w państwach demokratycznych przestrach i wynikające z niego postawy mogą się przełożyć na decyzje polityczne. A w Polsce mamy już ugrupowanie wybitnie prorosyjskie, z apetytem na udział w rządach, które chętnie wprowadziłoby w życie doktrynę „pokojowych relacji z rosją” (kpię rzecz jasna z tej „pokojowości”, bo w istocie o kolaborację chodzi).

No więc apeluję przy tej okazji o rozsądek w informowaniu o rosyjskich groźbach. I wracam do sedna.

Nie, wagnerowcy nie stanowią militarnego zagrożenia dla Polski czy Litwy, a już zwłaszcza dla NATO jako całości. Wagner to lekka piechota, która owszem, w Ukrainie – zwłaszcza podczas zmagań o Bachmut – „dorobiła się” sporo ciężkiego sprzętu, ale ten wrócił już do armii (co było skutkiem rozbrojenia formacji po puczu prigożyna). I generalnie, wagnerowcy nie są w stanie działać bez wsparcia logistycznego regularnych sił zbrojnych – nie mają do tego ani służb, ani doświadczenia, ani niezbędnego zaplecza technicznego. Oczywiście, czołgi zawsze można najemnikom „podrzucić”, amunicję do nich również. Czy to z zasobów armii rosyjskiej czy białoruskiej – która, czego nie wszyscy mają świadomość, od początku pełnoskalowego konfliktu w Ukrainie służy rosjanom jako darmowy dostawca sprzętu i, przede wszystkim, amunicji. Tyle że to oznaczałoby otwartą wojnę z NATO. Stałe wsparcie uczyniłoby z Wagnera to, czym grupa była w Ukrainie – integralną część rosyjskich sił zbrojnych. Podziwiam fantastów, którzy nadal wierzą, że armia rosyjska posiada zdolności do atakowania Sojuszu. Wojsko federacji nie może sobie dać rady z Ukrainą, której potencjał militarny odpowiada może kilku procentom możliwości kolektywnego NATO. Z czym zatem do ludzi?

I z kim? Wagner w początkach swojego istnienia skupiał byłych żołnierzy sił specjalnych i jednostek powietrznodesantowych. Nie był to może kwiat światowego najemnictwa – jak chcieliby tego rosjanie – o czym można się było przekonać w Syrii. Tym niemniej było to przyzwoite wojsko, które świetnie sprawdzało się w Afryce, jako wsparcie dla lokalnych reżimów. Ta część grupy funkcjonuje zresztą do dziś – nikt jej nie rozbrajał, nikt nie ściągał do domu; Moskwa nie zamierza rezygnować z ambicji siania fermentu na „czarnym lądzie”, więc nie pozbywa się użytecznego narzędzia. Przy czym miejmy świadomość, na czym robota wagnerowców tam polega. Nie są to intensywne działania zbrojne z wykorzystaniem całej gamy nowoczesnych systemów uzbrojenia. Najemnicy Kremla – na zlecenie afrykańskich sponsorów – co najwyżej pacyfikują lekkozbrojną partyzantkę, przede wszystkim wykonując stricte policyjną robotę. W stylu SS, bo także poprzez terror i zbrodnie.

W Ukrainie wagnerowcy działali od samego początku konfliktu, gdy przyszła inwazja, dostali nawet „swój” odcinek frontu. Zdziesiątkowani, bardzo szybko stracili elitarny charakter. A ponieważ prigożyn przegrał z regularną armią bitwę o bardziej wartościowych rekrutów, późnym latem zeszłego roku zaczęła się rekrutacja kryminalistów. Ściągnięto ich do Wagnera prawie 50 tys. i to oni – trzy czwarte członków formacji – stanowili o jakości grupy. Bardzo niskiej jakości, wszak zwłaszcza w szczytowych zmaganiach o Bachmut chodziło wyłącznie o „armatnie mięso”. Jego masa miała ściągać ukraiński ogień i uwagę, „zużywać” obrońców, ich zapasy, demaskować stanowiska obronne. Na tak przygotowany grunt wchodziły wartościowe jednostki Wagnera i regularnej armii. W takich okolicznościach, jak przyznaje sam prigożyn, zginęło 20 tys. wagnerowców-kryminalistów. Należy założyć, że co najmniej drugie tyle zostało rannych. Mówmy zatem o formacji ponownie zdziesiątkowanej – a więc nielicznej – w istotnej mierze pozbawionej taktycznego kunsztu. Do takich „wojowników” strzela się jak do kaczek.

Z danych polskich służb wynika, że w tej chwili w Białorusi przebywa najwyżej 800 wagnerowców. Oczywiście, mogą dojechać następni, kolejnych najemników można zrekrutować – tylko skąd wziąć ludzi, skoro regularna armia rosyjska boryka się z niedostatkiem personelu, szczególnie dotkliwie odczuwanym tam, gdzie wojska najbardziej potrzeba, czyli w Ukrainie? I nie, jakoś nie widzę oczyma wyobraźni tłumów Białorusinów, garnących się do Wagnera.

Nie ma czym, nie ma kim – i nie ma też za bardzo jak stworzyć na przesmyku realne zagrożenie. To teren mocno zalesiony, ze słabą infrastrukturą drogową, bez linii kolejowych. Mogę sobie wyobrazić szybki przemarsz piechurów wzdłuż polsko-litewskiej granicy, ale szybki przemarsz wojska jest tam zwyczajnie niemożliwy. A wiemy już dobrze, czym jest rosyjska logistyka i jak bardzo się „rozkracza”, gdy nie może operować na torach.

Uczciwość każe jednak rozważyć scenariusz zuchwały, skrajnie dla rosjan optymistyczny. Oto udało im się stworzyć kilkunastotysięczny kontyngent, dobrze uzbrojony i wyszkolony, teoretycznie zdolny pokonać przeszkody terenowe, logistyczne – i zająć przesmyk. Na zasadzie gry va banque – „nie chcemy wojny z NATO, ale co weźmiemy, tego nie oddamy. A jak spróbujecie nam to zabrać, użyjemy atomówek”. Obawy Litwinów, Łotyszy i Estończyków związane z rosją sprowadzały się do podobnego scenariusza. To kraje małe, które można szybko wchłonąć, korzystając z przewagi potencjału (faktu, że w regionie rosja miała więcej wojska niż NATO). Tyle że po 24 lutego 2022 roku Sojusz wzmocnił swoją obecność w tej części Europy, a wiele wartościowych jednostek armii rosyjskiej – które mogłyby Wagnera wesprzeć – zostało z obwodu i Białorusi przerzuconych do Ukrainy. Gdzie zresztą część solidnie pogruchotało. Przede wszystkim zaś zmieniła się filozofia polityki obronnej NATO. Przed inwazją planiści Sojuszu dopuszczali możliwość zajęcia części przyfrontowych krajów i późniejsze ich odbicie w ramach kontrofensywy. Obecnie – jak to ujął prezydent Joe Biden – NATO będzie bronić każdego centymetra swojej ziemi. Miałoby czym? Tak. Sojuszniczy komponent lotniczy na wschodniej flance bije jakościowo wszystko, czym w tej materii może dysponować rosja. Dodatkowe niemal 20 tys. żołnierzy, wśród których jest kilkanaście tysięcy Amerykanów, z naddatkiem wystarczy, by poradzić sobie z wagnerowskim wyzwaniem.

A wciąż nie mówmy o możliwościach, jakimi dysponuje Wojsko Polskie. Które owszem, jest „rozgrzebane”, bo brakuje mu ludzi i sprzętu, ale tym, co ma, nawet samodzielnie by sobie z problemem poradziło. Kilka kluczy F-16 wybombardowałoby ruską kolumnę, artylerzyści z Mazur – ich Kraby i Langusty – dołożyliby trzy grosze, a resztę zaoraliby pancerniacy z Wesołej na swoich Leopardach (spokojnie, byłby czas, by je tam rozmieścić). Kilkanaście godzin i nie byłoby czego zbierać.

I jeszcze a propos zebrania. Koncentracja Wagnera nie uszłaby uwadze natowskiego zwiadu. Skutek? Koncentracja sił własnych i „palec na spuście”. A kto wie – może i atak wyprzedzający. Dajmy na to „zhimarsowanie” pozycji wyjściowych Wagnera. W końcu to tylko najemnicy, z którymi rząd rosyjski nie ma nic wspólnego…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Najemnik pod Bachmutem/fot. Grupa Wagnera

Przesmyk

O „przesmyku suwalskim” mówi już nawet Al-Jazeera (swoją drogą, polecam śledzenie profilu na FB – narracja redakcyjna jest subtelnie prorosyjska, ale już lektura komentarzy to podróż bez trzymanki poza naszą, zachodnią bańkę informacyjną; Arabowie modlą się za Putina i trzymają kciuki za Rosję, Polska zaś… głoduje).

Ale wrócimy na przesmyk, o którym ostatnio znów jest tak głośno, także w zagranicznych mediach. Nie wiem, co za geniusz geopolityki wymyślił to określenie. Komu wyszło, że Rosjanie będą dążyć do zajęcia kawałka Suwalszczyzny, by tym samym odciąć kraje nadbałtyckie od lądowego połączenia z NATO.

Zerkając na mapę, sprawa wydaje się oczywista. Ale… Ale wojskowi nie patrzą na mapy polityczne, bo z nich niewiele wynika. Kto zna tę część Polski (a ja znam bardzo dobrze), ten wie, jak koszmarnie ukształtowany jest tam teren. Jeziora, rzeki, bagna, lasy; cudowna przyroda to wróg każdej nacierającej armii.

Rosjanie o tym wiedzą, wiedzieli zanim brutalnie zdarzyli się z rzeczywistością w środkowej części Donbasu. Gdzie podobna topografia obnażyła ich niemoc w pokonywaniu przeszkód terenowych. Gdzie błyskawiczna w założeniu ofensywa wyhamowała niemal do zera przez rzeki i lasy.

Rosjanie nie oponowali, gdy swego czasu – parę lat wstecz, gdzieś u początków rządów PiS-u – wybuchła u nas przesmyko-suwalsko-histeria. Bo i po co mieliby to robić? Nasze polskie lęki były im na rękę, pozwalały bowiem pielęgnować mit groźnej Rosji, z którą trzeba się liczyć, bo uderzy tak, że zaboli.

Ale dajcie już spokój – zwracam się do domorosłych strategów i geopolityków. Przestańcie pierd…ć o tym przesmyku, bo to się kupy nie trzyma. Rosja nie zaatakuje teraz natowskiego kraju, a gdyby już – z jakichś absolutnie nieracjonalnych powodów – miała to uczynić, po co jej odcinać państwa nadbałtyckie, skoro mogłaby zająć je w 2-3 doby (patrz: podpis pod zdjęciem)? W sytuacji, w której „rąbanie” korytarza z Białorusi do obwodu kaliningradzkiego zajęłoby duuuuużo więcej czasu i wiązało się z przeniesieniem działań zbrojnych na teren jeszcze kolejnego kraju?

—–

Litwa, Łotwa i Estonia nie obronią się same, a zgromadzone tam siły NATO – wśród których, w ramach misji Air Policing, jest także komponent lotniczy – nie wystarczą do powstrzymania rosyjskiej agresji. Obecna doktryna Sojuszu zakłada, że państwa nadbałtyckie wpadną w łapy Rosjan – i że trzeba będzie je odbić (na co alianci, wedle jawnych dokumentów, dają sobie 180 dni). Nz. jeden z polskich F-16, które regularnie biorą udział w misjach AP/fot. Bartek Bera

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to