Rozkazy…

Spytali mnie dziś w radio (w Jedynce), czy odetchnąłem z ulgą po decyzji Trumpa, że nie tylko nie będzie redukcji sił amerykańskich w Polsce, ale wręcz kontyngent zostanie powiększony o kolejne 5 tys. żołnierzy. Co łącznie da 15 tys. wojskowych, ekwiwalent dywizji – nie lada siłę. Odrzekłem, że tak, i nie – że jest ulga, ale jest też niepokój. A po prawdzie, to tego drugiego jest nawet więcej. Dlaczego?

Nim odpowiem na to pytanie, ustalmy, do czego w ogóle potrzebne są amerykańskie wojska w Polsce. Przede wszystkim po to, by odstraszać Rosję – tak brzmi najpopularniejsza interpretacja. Zgodnie z nią, sama obecność żołnierzy USA oznacza, że ewentualny atak na Polskę automatycznie staje się problemem Waszyngtonu, a nie wyłącznie Warszawy. To polityczny i wojskowy „bezpiecznik”, który ma zmniejszać ryzyko agresji. To zarazem prawda i naiwność. Bez trudu wyobrażam sobie sytuację, w której rosjanie atakują Polskę, robiąc wszystko, by nie skrzywdzić ani jednego Amerykanina – o ile ci sami nie wejdą do wojny. W tym właśnie zawiera się istota efektywnej dla nas obecności sił USA – w ich gotowości, lub nie, do włączenia się do walki. Innymi słowy, to, że dodatkowy zawodnik jest na ringu, o niczym jeszcze nie przesądza, ważne, czy rzeczony użyje pięści czy oprze się o liny, albo wręcz zejdzie z maty.

Przy takim sposobie myślenia przestaje mieć znaczenie, ilu faktycznie Amerykanów u nas stacjonuje. Czy jest to 5, 10 czy 15 tys. O czym piszę nie dla siana defetyzmu, ale po to, byśmy przestali fetyszyzować liczby. Bo nawet 100-tysięczny kontyngent – jeśli zabraknie  politycznej zgody na jego użycie – przed niczym nas nie uchroni. I tu właśnie są źródła mojego niepokoju. Trump i jego administracja zrobili już tak wiele, by podważyć swoją wiarygodność, że trudno im ufać „z automatu”. I nawet nie chodzi o to, że w Waszyngtonie mogę sobie przekalkulować, że wojowanie im się nie opłaca; to, jakkolwiek złe dla Polski, broniłoby się jeszcze swoją racjonalnością. Problem w tym, że w amerykańskiej administracji po lutym 2025 roku panuje koszmarny bałagan, nie ma jasnych, wypracowanych polityk i strategii. Uproszczając, w czym nie ma wielkiej przesady, dużo – zbyt dużo – zależy od tego, w jakim humorze danego dnia obudzi się amerykański przywódca. Często wiedziony nie chłodną kalkulacją, ale emocją, impulsem i osobistymi obsesjami. Przeraża mnie fakt, jak bardzo jesteśmy – cały świat jest – uzależnieni od kaprysu tego człowieka.

Ale dobrze, załóżmy, że w sytuacji poważnej próby administracja Trumpa stanie na wysokości zadania. Albo że będzie to już inna, posttrumpowska administracja (czytaj – normalna) – czy to coś zmienia w naszych rozważaniach na temat obecności sił USA w Polsce? Czy kwestia liczebności ma znaczenie? Otóż Szanowni, dla Polski drugorzędne, Amerykanie nie są tu bowiem tylko dla nas, a precyzyjniej rzecz ujmując, są przede wszystkim dla Bałtów. Powiedzmy to wprost, na przekór dominującej retoryce – Rzeczpospolitej w dającej się przewidzieć perspektywie nie grozi fizyczny rosyjski najazd. Armia putina jest na to „za krótka”, zbyt zdemolowana przez Ukraińców; nie stać jej na próbę inwazji tak dużego państwa jak Polska, z tak dużym i stosunkowo silnym wojskiem (póki ono duże i relatywnie silne jest – nie zapominajmy o tym!). Na marginesie warto zauważyć, że w tej diagnozie kryje się niebagatelna rola ukraińskich sił zbrojnych. Prawdę mówiąc, są one dziś większym i efektywniejszym gwarantem bezpieczeństwa dla naszego kraju niż armia amerykańska, realnie bowiem upuszczają rosji krew. Warto o tym pamiętać, gdy mówimy o naszych priorytetach bezpieczeństwa.

Wracając zaś do sedna – „oni” tu nie przyjdą, ale mogą spróbować wejść do któregoś z maleńkich państw bałtyckich; to jakoś sobie ogarną mimo poniesionych w Ukrainie strat. Dla Litwy, Łotwy i Estonii głębią strategiczną jest Rzeczpospolita – to tu, w razie W, będzie zaplecze logistyczne dla operacji obronnej NATO na wschodniej flance. Stąd ruszą sojusznicze siły, jeśli pojawi się groźba rosyjskiego ataku na któreś z trzech państw. Im więcej będzie tu gotowych do szybkiego działania Amerykanów, tym lepiej. Im więcej będą mieli zmagazynowanego na miejscu sprzętu, tym większa to będzie siła.

Byle tylko przyszły odpowiednie rozkazy…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Lawina

Podczas zeszłorocznych manewrów Hedgehog w Estonii niewielki zespół operatorów dronów – Ukraińców i estońskich terytorialsów – „wyeliminował” zmechanizowaną formację NATO. W czasie symulacji (!) kilkanaście pojazdów zostało „zniszczonych”, kilkadziesiąt „uszkodzonych”, „rozbito” dwa bataliony. Kilka dni temu o przebiegu epizodu dowiedziały się media i ruszyła lawina. „Drony są wszystkim”, „ciężkie wojska to przeszłość”, „NATO jest niegotowe” i „Ukraina pokazuje Zachodowi przyszłość” – to tylko niektóre wnioski, jakie wyciągają mniej lub bardziej domorośli analitycy. Te opinie, jakkolwiek brzmią efektownie, są koszmarnym uproszczeniem.

Dlaczego? Manewry w Estonii – ten konkretny epizod – nie były symulacją pełnoskalowej wojny NATO–rosja. Nie odtwarzano całego wachlarza zdolności Sojuszu. Nie było pełnej dominacji powietrznej, kompleksowego, wielowarstwowego parasola obrony przeciwlotniczej, narzędzi walki radioelektronicznej. Nie było zintegrowanej operacji połączonej w klasycznym, doktrynalnym sensie.

Co zatem było? Ano test, który miał sprawdzić, jak dwa „gołe” pododdziały zachowają się w środowisko silnie nasyconym bezzałogowcami. I w tym teście wyszły braki. Jakie?

Po pierwsze: brak skutecznego maskowania i dyscypliny pola walki. Z dostępnych relacji wynika, że nacierające pododdziały poruszały się w sposób stosunkowo przewidywalny i „czytelny” z powietrza. Kolumny pojazdów, ograniczone wykorzystanie maskowania, niewystarczające rozproszenie – w środowisku nasyconym sensorami to zaproszenie do szybkiego wykrycia.

Drugi problem to zbyt wolny łańcuch decyzyjny. Operatorzy dronów działali w modelu skróconej pętli: wykrycie – identyfikacja – przekaz danych – symulowane rażenie. Po stronie formacji konwencjonalnej reakcja była wolniejsza. To klasyczny problem adaptacji do środowiska, w którym czas liczony jest w minutach, nie godzinach.

Po trzecie: wyszła niedostateczna integracja środków przeciwdronowych na poziomie taktycznym. Ćwiczenie pokazało, że nawet jeżeli armia posiada systemy walki radioelektronicznej czy obrony przeciwlotniczej, to na poziomie pododdziału często brakuje organicznych, natychmiast dostępnych narzędzi do zwalczania małych bezzałogowców. Innymi słowy: sprzęt istnieje, ale nie zawsze jest „przy żołnierzu”.

Czwarty ujawniony element to problem z rozproszeniem i mobilnością. Duże, zwarte zgrupowania – nawet jeżeli operują zgodne z klasyczną taktyką – w środowisku permanentnej obserwacji stają się łatwym celem. Ćwiczenie pokazało, że adaptacja do modelu „ciągłej widoczności” wymaga innego myślenia o koncentracji sił.

Piąty wreszcie to brak symetryczności środowiska informacyjnego. W opisywanym epizodzie strona „dronowa” miała wyraźną przewagę w świadomości sytuacyjnej. W realnym konflikcie NATO operowałoby równolegle własnymi dronami, lotnictwem, satelitami, AWACS-ami, systemami SIGINT. Tutaj test polegał właśnie na tym, by sprawdzić, jak zachowa się pododdział pozbawiony takiego wsparcia.

I to jest klucz. Ćwiczenie nie pokazało, że NATO nie ma zdolności. Pokazało, że na poziomie taktycznym – w oderwaniu od całego systemu (!) – klasyczne nawyki mogą być śmiertelnie ryzykowne.

Ale NATO nie będzie walczyć w oderwaniu od systemu, a nawyki można (trzeba!) zmienić.

Sojusz nie prowadzi wojny batalionami rzucanymi „na goło” przeciw środowisku sensorów. NATO walczy w modelu operacji połączonych. To oznacza, że natarcie wojsk lądowych jest zsynchronizowane z lotnictwem, rozpoznaniem satelitarnym, samolotami wczesnego ostrzegania, artylerią dalekiego zasięgu, obroną przeciwlotniczą i walką radioelektroniczną. To oznacza, że przeciwnik nie działa w próżni – jego drony są zakłócane, jego łączność jest atakowana, jego stanowiska dowodzenia są namierzane i niszczone.

W realnym konflikcie pierwszą fazą operacji nie byłoby „kto kogo szybciej zobaczy dronem”, lecz walka o dominację w powietrzu i w domenie elektromagnetycznej. Niszczenie radarów, systemów OPL, węzłów łączności. Paraliżowanie zdolności przeciwnika do obserwacji i koordynacji. Dopiero potem do akcji weszłyby duże zgrupowania lądowe. A to jest poziom, na którym NATO – w przeciwieństwie do Ukrainy – posiada realną, systemową przewagę nad każdym potencjalnym przeciwnikiem.

Epizod z Hedgehog pokazał, że bez systemu nawet dobrze wyszkolony pododdział może zostać szybko „rozpisany” przez drony. Ale – podkreślmy to jeszcze raz – NATO nie projektuje swoich operacji w taki sposób. Jego przewaga nie polega na tym, że ma więcej czołgów czy dronów. Polega na integracji – na zdolności zszycia wszystkich domen w jeden mechanizm.

I dopiero ten mechanizm jest właściwym przedmiotem analizy. Nie pojedynczy, taktyczny epizod wyrwany z kontekstu.

Czyżby więc ćwiczenia były bez sensu? Oczywiście że nie. Takie epizody (to nie było pierwsze i zapewne nie ostatnie takie ćwiczenie), są bezcenne, ponieważ pokazują, jak bardzo skrócił się cykl wykrycie–decyzja–rażenie i jak niebezpieczne staje się poruszanie w środowisku permanentnej obserwacji bez natychmiastowej osłony systemowej. Ujawniają luki w procedurach, w integracji środków przeciwdronowych, w dyscyplinie maskowania i tempie reakcji – ale właśnie po są ćwiczenia, by takie „kwiatki” wychodziły w ich trakcie, a nie podczas realnych działań bojowych.

—–

Zostawmy na razie Estonię i przejdźmy na nieco inny poziom analizy. Najpierw jednak odrobina historii. Karabin maszynowy miał zakończyć manewr – nie zakończył. Lotnictwo miało uczynić armie lądowe zbędnymi – nie uczyniło. Broń precyzyjna miała sprawić, że masa przestanie się liczyć – nie przestała. Każda nowa technologia rodzi przekonanie o „końcu epoki”. Każda w praktyce zostaje wchłonięta przez system.

Drony zmieniły pole walki w wymiarze taktycznym – to bezdyskusyjne. Uczyniły je bardziej przejrzystym, skróciły czas reakcji, utrudniły koncentrację wojsk. Ale na poziomie operacyjnym i strategicznym nie wyeliminowały potrzeby posiadania czołgów, dział, samolotów, rakiet. W Ukrainie bezzałogowce nie zastąpiły artylerii. One ją naprowadzają. Nie zastąpiły piechoty. One ją wspierają – nie zajmują terenu, nie utrzymują pozycji, nie przełamują linii obrony samą swoją obecnością. Są elementem systemu, nie systemem.

Tu dochodzimy do najbardziej niebezpiecznej tezy, która pojawiła się przy okazji Hedgehog: że ukraińskie doświadczenie dronowe pokazuje wyższość modelu „taniego, bezzałogowego” nad zachodnią, ciężką strukturą.

Naprawdę? Ukraina dotrwała do obecnego momentu wojny nie dzięki dronom, lecz dzięki pomocy Zachodu. Dzięki dostawom broni przeciwlotniczej, artylerii, amunicji, systemów rakietowych, danych wywiadowczych, łączności (no i wsparcia finansowego, które jest niezwykle istotne, ale wymieniam je w nawiasie, bo znajduje się poza porządkiem ściśle wojskowym).

By tę tezę uzasadnić, zróbmy prosty eksperyment myślowy.

Wyobraźmy sobie, że po 24 lutego 2022 roku NATO nie wysyła Ukrainie systemów obrony przeciwlotniczej, nie dostarcza HIMARS-ów, nie przekazuje danych wywiadowczych, nie wspiera budżetu państwa. Zamiast tego mówi: „Dajemy wam pieniądze. Setki miliardów dolarów. Kupcie za to drony. Tylko drony”.

Na papierze wygląda to imponująco – miliony bezzałogowców. Całe roje nad linią frontu, dające możliwość permanentnej obserwacji oraz szybkich, punktowych uderzeń.

Tyle że w takim scenariuszu rosyjskie lotnictwo operowałoby z dużo większą swobodą. Ukraińskie miasta byłyby bombardowane, infrastruktura energetyczna nie miałaby osłony. Rosyjska artyleria zachowałaby względną swobodę działania, bo nie byłoby precyzyjnych systemów zdolnych razić przyfrontowe magazyny amunicji, centra logistyczne czy stanowiska dowodzenia. No i samych armat, bijących spoza zasięgu dronów FPV.

I można by tak długo wymieniać, dość stwierdzić, że drony nie zastąpią obrony przeciwlotniczej średniego i dalekiego zasięgu. Nie zatrzymają zmasowanych uderzeń rakietowych. Nie przejmą kontroli nad przestrzenią powietrzną. Można sobie wyobrazić miliony dronów, które na pewien czas zmusiłyby rosyjskie oddziały do większego rozproszenia i ostrożności. Ale wojna to nie tylko pojedynek na froncie. To również przemysł, energetyka, logistyka, no i morale społeczeństwa, które w realiach ciągłego zagrożenia i koszmarnych strat zapewne szybko by wyparowało. Fakt, iż do tego nie doszło, jest także zasługą ciężkiego sprzętu – czołgów, armat, samolotów, wyrzutni rakietowych – tych, które Ukraina miała, i tych, które otrzymała z Zachodu. Bez tego, z samymi dronami, już dawno by upadła.

A same drony – bez Starlinków i narzędzi walki osłaniających funkcjonowanie sieci – i tak na niewiele by się zdały – dodajmy na końcu.

—–

Ukraina ma ogromne doświadczenie taktyczne w użyciu dronów – to, jak mawia klasyk, oczywista oczywistość. Ale NATO dysponuje zdolnościami, których Ukraina nie ma i mieć nie będzie: globalnym rozpoznaniem satelitarnym; rozbudowanymi systemami ISR; strategicznym lotnictwem; logistyką operacyjną na niespotykaną skalę; zintegrowaną obroną powietrzną wielu warstw; potężnym zapleczem przemysłowym. W potencjalnym konflikcie przeciwko NATO rosja zapewne próbowałaby używać dronów masowo. Ale to nie sama liczba bezzałogowców decydowałaby o wyniku. Decydowałaby integracja systemów, zdolność do walki o dominację w powietrzu i w domenie elektromagnetycznej, możliwość niszczenia zaplecza przeciwnika setki kilometrów od frontu, odporność infrastruktury i gospodarki.

NATO powinno się od Ukrainy „uczyć dronów”. Choćby dlatego, że mimo swoich przewag dających możliwość walki na dystans, nie zawsze zwarcia da się uniknąć. I część pododdziałów wejdzie w bliski kontakt z wrogiem, w zasięg jego dronów, i może się zdarzyć, że przeciwnik zachowa możliwość ich użycia; wojsko musi być gotowe na najgorsze scenariusze. Ale pobieranie takich nauk wynika z zupełnie innego rodzaju przymusu, niż wyobrażają to sobie zwolennicy „dronozy”, przeceniający znaczenie bezzałogowców.

Konkludując: Ukraina opanowała do perfekcji jeden z elementów współczesnego pola walki. NATO buduje i utrzymuje cały ekosystem wojenny. Dron sam w sobie nie daje przewagi strategicznej. Przewagę daje system, w którym dron jest tylko jednym z narzędzi. Inne jego postrzeganie to tzw. widzenie tunelowe. To bardzo groźne zjawisko, bo jeśli uznamy, że przyszłość to wyłącznie drony, zaczniemy ograniczać inwestycje w lotnictwo, zaniedbywać obronę powietrzną, redukować ciężkie wojska, ignorować logistykę i przemysł, mylić taktykę ze strategią. A to droga do porażki. Bo jeśli pozwolimy rosjanom prowadzić wojnę wedle reguł, które oni znają lepiej, przegramy…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Tomaszowi Krajewskiemu, Piotrowi Rucińskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi oraz Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewic. A także: Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Jakubowi Kojderowi, Adamowi Cybowiczowi, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Przemysławowi Kowalskiemu, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej i Piotrowi Habeli.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego miesiąca: Remigiuszowi Zarzyckiemu, Krzysztofowi Martynie i Bożenie Smorczewskiej-Mickiewicz.

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. ukraińska artyleria rakietowa na froncie/fot. SzG ZSU

Niejednoznaczność

Niemieckiej symulacji rosyjskiego ataku na wschodnią flankę NATO, o której w ostatnich dniach zrobiło się głośno w europejskich mediach, nie należy traktować jako prognozy nieuchronnej wojny. Nie zmienia to faktu, że wnioski z tej gry okazały się niezbyt pokrzepiające…

Scenariusz nie zakładał marszu rosyjskich wojsk na Zachód ani otwartej konfrontacji z całym Sojuszem. Chodziło o ograniczone, punktowe uderzenie w jedno z państw bałtyckich – takie, które można przedstawić jako incydent lub lokalny kryzys. To właśnie zejście poniżej progu pełnoskalowej wojny czyniło przebieg gry szczególnie niepokojącym.

Symulacja potwierdziła, że kluczową rolę odgrywałby czas, liczony w godzinach i dniach. Wystarczający, by stworzyć „fakt dokonany” bez konieczności trwałego zajmowania terytorium i zmusić sojuszników do debaty nad tym, czy doszło już do ataku zbrojnego, czy wciąż mamy do czynienia z kryzysem możliwym do rozwiązania politycznie.

Najbardziej niepokojący wniosek nie dotyczył potencjału militarnego NATO, lecz mechanizmu decyzyjnego. Nawet przy formalnych gwarancjach bezpieczeństwa pierwszą reakcją Sojuszu mogłoby być wahanie – nie z braku woli obrony, lecz z obaw przed eskalacją i sporów o proporcjonalność odpowiedzi.

To właśnie ta polityczna zwłoka okazała się największym sprzymierzeńcem strony atakującej. Ograniczona agresja nie doprowadziłaby do rozbicia NATO czy zdobycia jego terytorium, lecz mogłaby sparaliżować proces decyzyjny i podważyć wiarę w szybkie, jednoznaczne gwarancje bezpieczeństwa. A stąd już tylko krok do przyśpieszonej erozji Sojuszu.

—–

Pytanie o to, czy rosja chciałaby zaatakować państwo NATO, często prowadzi do fałszywych wniosków, bo automatycznie kojarzy się z wojną totalną i katastrofalnymi konsekwencjami. Tymczasem ograniczony atak nie podlega tej samej logice co pełnoskalowy konflikt. Nie chodzi w nim o militarne zwycięstwo, lecz o kalkulację polityczną, w której potencjalne zyski przewyższają ryzyko eskalacji.

rosyjskie myślenie strategiczne opiera się na przekonaniu, że Zachód – mimo przewagi militarnej – jest ostrożny, proceduralny i podatny na polityczne wahania. W takim ujęciu możliwym celem nie jest pokonanie NATO, lecz podważenie jego wiarygodności. Da się to osiągnąć nie frontalnym uderzeniem, lecz działaniem, które zmusza sojuszników do długiego zastanawiania się, czy i jak reagować.

Kluczowym warunkiem byłoby – patrząc z rosyjskiej perspektywy – wrażenie osłabienia spójności Zachodu. Nie musiałoby ono mieć realnych podstaw militarnych. Wystarczyłby obraz sojuszu podzielonego, zajętego własnymi problemami i niechętnego podejmowaniu trudnych decyzji. Spory polityczne, napięcia transatlantyckie czy zmęczenie społeczeństw kryzysami mogłyby zostać w rosyjskiej kalkulacji uznane za sygnał, że reakcja NATO będzie spóźniona lub niejednoznaczna.

Istotna jest także asymetria w postrzeganiu ryzyka. Dla Zachodu eskalacja oznacza groźbę wojny na dużą skalę, dla rosji bywa narzędziem nacisku. W takiej logice wystarczyłoby założenie, że odpowiedź NATO będzie stopniowa, ostrożna i obudowana konsultacjami. Eskalacja nie byłaby więc aktem irracjonalnej agresji, lecz narzędziem kontrolowanej presji – obliczonym na grę na czas i sondowanie reakcji.

Nie bez znaczenia pozostaje także czynnik psychologiczny. rosyjska strategia opiera się na przekonaniu, że Zachód reaguje dopiero wtedy, gdy zostaje do tego zmuszony. Każda opóźniona lub niejednoznaczna reakcja wzmacnia to przeświadczenie i zachęca do kolejnych testów.

Na tę kalkulację nakłada się kontekst wojny przeciwko Ukrainie. Długotrwały konflikt zużywa rosyjskie zasoby i zwiększa pokusę zmiany reguł gry. Nawet ograniczone uderzenie w państwo NATO mogłoby przenieść punkt ciężkości konfrontacji, zmusić Zachód do myślenia o własnym bezpieczeństwie i otworzyć pole do rozmów na warunkach korzystniejszych dla Moskwy – nie poprzez zwycięstwo militarne, lecz przez presję polityczną.

—–

Ograniczony atak wymierzony w jedno z państw bałtyckich nie zaczynałby się od wystrzału. Na długo przed pojawieniem się wojska narastałaby presja informacyjna. Kanały powiązane z rosyjską propagandą rozpowszechniałyby przekaz o rzekomych prowokacjach, zagrożeniu bezpieczeństwa regionu czy konieczności „ochrony” określonych grup. Równolegle pojawiałby się chaos informacyjny – sprzeczne doniesienia, półprawdy i dezinformacje, których celem byłoby wytworzenie niepewności.

W tym samym czasie w państwie będącym celem pojawiałyby się problemy pozornie niezwiązane z bezpieczeństwem: awarie łączności, zakłócenia transportu czy przerwy w dostawach energii. Każde z tych zdarzeń można byłoby tłumaczyć przypadkiem lub błędem technicznym. Dla władz byłby to moment szczególnie trudny. Społeczeństwo oczekiwałoby wyjaśnień, ale brakowałoby jednoznacznych dowodów agresji. Zbyt ostra reakcja groziłaby oskarżeniami o eskalację, zbyt ostrożna – wrażeniem słabości. W tej przestrzeni niejednoznaczności ograniczony atak nabierałby tempa.

Dopiero na tym tle pojawiałyby się działania fizyczne: punktowe uderzenia w infrastrukturę lub logistykę, prowadzone przez siły specjalne, sabotażystów lub „niezidentyfikowane grupy”. Każdy incydent z osobna byłby ograniczony, ale razem zaczynałyby paraliżować normalne funkcjonowanie państwa.

Kluczowe byłoby tempo. Ograniczony atak zmuszałby decydentów NATO do reagowania w warunkach niepełnej informacji. Ruszałyby procedury sojusznicze i konsultacje, lecz nie byłyby one projektowane pod sytuację, w której granica między pokojem a wojną zostałaby celowo rozmyta.

W tym momencie agresor próbowałby stworzyć „fakt dokonany” – niekoniecznie poprzez trwałe zajęcie terytorium, a przez czasową kontrolę nad wybranym obszarem lub punktem. Równolegle narastałaby presja dyplomatyczna: apele o „deeskalację” i „dialog”, w których każda zdecydowana reakcja Zachodu przedstawiana byłaby jako eskalacja.

Najtrudniejsze pytania pojawiałyby się właśnie wtedy: czy byłby to już atak zbrojny, czy wciąż seria incydentów? Ograniczony atak zostałby zaprojektowany tak, by nie dawał jednoznacznych odpowiedzi, a każda godzina wahania działałaby na korzyść agresora. Gdy sytuacja zostałaby wreszcie nazwana wojną, podstawowy cel mógłby być już osiągnięty.

(…)

—–

Jak zniechęcić rosję do ograniczonego ataku? Ten przestaje być atrakcyjny tam, gdzie przeciwnik reaguje szybko, spójnie i bez wahań. Wspomniana na wstępie symulacja nie obnażyła słabości militarnej NATO, lecz jego podatność na zwłokę decyzyjną. Kluczowe nie są więc demonstracje siły ani gotowość do eskalacji za wszelką cenę, lecz odebranie agresorowi tego, co w takim scenariuszu najcenniejsze: czasu, niejednoznaczności i politycznego chaosu.

Dla NATO oznacza to konieczność odejścia od schematycznego myślenia o odstraszaniu. Same deklaracje solidarności nie wystarczą, jeśli proces decyzyjny pozostanie długi i podatny na paraliż. Ograniczony atak – co jasno pokazała niemiecka gra wojenna – testuje nie liczbę dywizji, lecz zdolność do szybkiego uznania, że doszło do sytuacji nieakceptowalnej i wymagającej wspólnej reakcji.

(…)

Ograniczony atak żywi się wątpliwościami i decyzyjną zwłoką. Tam, gdzie państwo potrafi jasno tłumaczyć sytuację i szybko podejmować decyzje, pole manewru agresora gwałtownie się zawęża. Najgorszym sygnałem jest niepewność co do tego, kto i kiedy bierze odpowiedzialność.

Ostateczny wniosek jest zatem prosty. Zarówno w Polsce, jak i w całym NATO, kluczowe jest zbudowanie systemu zdolnego reagować na niejednoznaczność. Taki system nie eliminuje ryzyka konfliktu, ale sprawia, że jego rozpoczęcie przestaje być opłacalne. A w świecie, w którym wojny coraz częściej zaczynają się od małych kroków, to właśnie brak opłacalności pozostaje najskuteczniejszym mechanizmem odstraszania.

Ten tekst – pierwotnie opublikowany przeze mnie w portalu TVP.Info – w powyższej formie pozbawiony jest części treści (przede wszystkim kontekstu polskiego w omawianym scenariuszu). Z całością artykułu możecie zapoznać się pod tym linkiem – zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. granica polsko-białoruska, zdjęcie ilustracyjne/fot. własne

„Teraz”

Wczoraj media obiegła wypowiedź putina, który stwierdził, że jego kraj nie chce wojny z europejskimi państwami, ale jeśli Europa jej pragnie, to rosja jest gotowa już teraz walczyć. Dokładnie tak powiedział: gotowa już teraz. Ile w tym prawdy, a ile blefu?

putin grozi – tu nie należy mieć złudzeń. On nie mówi o rosyjskiej gotowości do obrony, ale o ataku, wyprowadzonym na przykład pod pretekstem działań wyprzedzających. To typowa śpiewka ruSSkiego szantażysty, który groźbami usiłuje zdobyć atencje i posłuch u innych.

Ale czy roSSja do takiego ataku, teraz, jest zdolna? I tak, i nie.

Dlaczego nie? Bo armia rosyjska – jakkolwiek dobrze adaptuje się do warunków wojny w Ukrainie – nie przetrwałaby konfliktu z NATO, nawet jeśli zredukujemy Sojusz wyłącznie do europejskich członków. Przewaga technologiczna jest po stronie Zachodu – to temat na rozległy esej; jak wrócę do zdrowotnej formy, mogę się podjąć jego napisania. Na teraz dość stwierdzić, że już „tylko” możliwości sojuszniczego lotnictwa są na tyle duże, że rosjanie nie zdołaliby narzucić nam walki, w jakiej są dobrzy: w krótkim dystansie, z masowym użyciem taktycznych dronów i ludzkiego mięsa. W Moskwie o tym wiedzą.

Zawieszenie broni w wojnie z Ukrainą niewiele tu zmieni. Owszem, zluzuje kilkaset tysięcy ludzi, ale będą oni dramatycznie niedoposażeni. Konflikt na Wschodzie wydrenował roSSję nie tylko z bieżących zasobów sprzętu ciężkiego, ale doprowadził do sytuacji, która jeszcze kilka lat temu wydawała się niemożliwa – ruSSkie przepaliły niemal całą sprzętową „rentę po ZSRR”. A przemysł, mimo wojennej mobilizacji, okazał się niewydolny. Wojenne modernizacje i modyfikacje poszczególnych typów uzbrojenia – niektóre bardzo udane – nie zmienią faktu, że w wielu podstawowych kategoriach rosjanom brakuje broni. Ich najlepsze dywizje mają dziś 30-40 proc. przewidzianych etatem czołgów czy transporterów, braki w artylerii są jeszcze większe, a interwencyjne dostawy od Kima to co najwyżej łatanie największych dziur.

Jeśli Kreml chce po wojnie utrzymać półtoramilionową armię, nawet przy najbardziej sprzyjających wiatrach przyzwoite „usprzętowanie” tej masy zajmie kilkanaście lat. To, co mógłby wystawić dziś, rozgnietlibyśmy jak purchawkę. O tym też w Moskwie wiedzą.

Tak jak wiedzą, że Europa – jakkolwiek można mieć zastrzeżenia do dynamiki tego procesu (ja mam…) – nie stoi z założonymi rękoma i podejmuje trud remilitaryzacji. A możliwości finansowe i techniczne ma znacznie większe niż roSSja.

Więc owo „teraz” to takie putinowskie „pierdololo”, podobnie zresztą jak „jutro” czy „pojutrze”. Chyba że roSSjanie opracują jakiś rewolucyjny system broni, który w try miga obezwładni zachodnią technologię. Opracują lub – co byłoby bardziej prawdopodobne – ukradną, jak niegdyś zawinęli tajemnice broni jądrowej. Szczerze mówiąc, nie bardzo widzę tu pole do popisów, wszak przełomów na miarę „atomu” nie należy się spodziewać.

Ale właśnie „atomu”; fakt, iż Moskwa dysponuje bronią jądrową, daje jej spory margines bezkarności. Obrazowo rzecz ujmując, moskale mogę pójść nabroić, a jak dostaną po gębie, zwieją do domu, przekonani, że nikt im na chatę nie wjedzie, bo przecież mają głowice. I nawet jeśli tylko dziesięć procent z nich nadaje się do wystrzelenia – to wystarczy, by „narobić bydła”. Ta atomowa polisa, w połączeniu z wysokim progiem bólu – rozumianym jako nieakceptowalna u nas pogarda dla ludzkiego życia – podbijają ryzyko agresywnych działań roSSji w najbliższej przyszłości. Oni naprawdę mogą coś odwalić, zgodnie z bandycką logiką „ryj nie szklanka, a nuż się uda?”.

Ale właśnie – co „się uda”? Bo przecież nie frontalny atak na całą Europę; nie dla psa kiełbasa, nawet jeśli ten jest wściekły i nie zważa na kije. Więc zadajmy pytanie inaczej – co mogłoby się moskalom udać?

Nim odpowiem, przytoczę analogię, którą już kiedyś się posłużyłem. Zgodnie z nią, rosja jest niczym wyrośnięty łobuz, terroryzujący słabszych i mniejszych kolegów z klasy (która w tej opowieści jest tożsama z Europą; Ameryki tu nie ma). Poza zwalistą posturą i długimi ramionami bezkarność gwarantuje ancymonowi trzymany za pazuchą pistolet (u ucznia; tak wiem, to słabość analogii…). Nasz negatywny bohater nie boi się sięgać po przemoc – ba, lubi to, a na pewno w ten sposób kompensuje sobie życiowe niepowodzenia wynikłe z marnego statusu materialnego. Zwykle działa z zaskoczenia, chociaż w obliczu słabeuszy niespecjalnie się kryguje. Ciosy wyprowadza mocne, nie przejmując się skutkami. Ma też i słabości – nie jest okazem zdrowia, jada byle co, co również przekłada się na kondycję, odkrył już alkohol i bywa nietrzeźwy. Zdarzało się więc, że przegrywał bójki z mniejszymi i słabszymi chłopcami, którzy potrafili wykorzystać jego niedyspozycje. Co nadal nie zmienia faktu, że samą posturą może zrobić krzywdę, no i chwycić za tę nieszczęsną „klamkę”.

Co z takim gagatkiem mogą zrobić dzieciaki z dobrych domów, „mózgowce” świetnie radzące sobie w szkole i poza nią? Niektórzy nawet potrafią się bić i mają na tym polu jakieś sukcesy, ale są pośród nich i maluchy, które nie miałyby prawa przetrwać starcia ze szkolnym lujem. Nawet jeśli udałoby się im raz czy dwa dotkliwie go ugryźć.

Ano, w kupie siła, zwłaszcza że w tej grupie są też posiadacze „klamek”. A więc żadnych pojedynków jeden na jednego, bo w takim zestawieniu łobuz jest w stanie wygrać – nie tylko „teraz”, ale też „jutro” czy „pojutrze”. Zwłaszcza z maluchami, do walki z którymi nie musi się jakoś specjalnie przygotowywać.

Gdy putin mówi o wojnie z Europą, tak naprawdę ma na myśli europejskie „maluchy” – Litwę, Łotwę, Estonię. Samodzielnie te kraje nie podołają nawet osłabionej rosyjskiej armii – są za małe, a tamtych jest za dużo. Je rzeczywiście można pokonać „teraz”. Pod warunkiem, że nie zleci się „cała klasa” – i o tym też w Moskwie wiedzą. Nie znosi to ryzyka, że spróbują „wyłuskać małego” – pytanie, co reszta z tym fantem zrobi? Czy da gnojowi popalić, czy odpuści, nie chcąc się angażować w „nieswoje sprawy”?

To tu widzę największe zagrożenie dla przyszłości Europy. Nie brak militarnego czy finansowego potencjału jest naszą słabością, ale rozdrobnienie, które w chwili próby może się przełożyć na niezdecydowanie i brak determinacji. Tymczasem jeśli pozwolimy roSSji poszarpać naszego, to ją rozzuchwali. Pojawi się następna ofiara, i kolejna. Nim reszta oprzytomnieje, dla małych i średniaków może być za późno, a i szczęściarzom jakość życia drastycznie się pogorszy z uwagi na toksyczne sąsiedztwo.

I w Moskwie o tym wiedzą – i usilnie pracują nad tym, by rozbić naszą europejską solidarność. O czym nie raz już pisałem, i do czego pewnie nie raz jeszcze wrócę.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. „Już „tylko” możliwości sojuszniczego lotnictwa są na tyle duże, że rosjanie nie zdołaliby narzucić nam walki, w jakiej są dobrzy: w krótkim dystansie, z masowym użyciem taktycznych dronów i ludzkiego mięsa”. Nz. F-35/fot. Bartek Bera.

„Ardeny”

16 grudnia 1944 roku III Rzesza rozpoczęła swoją „ostatnią szarżę”. Tego dnia ruszyła ofensywa w Ardenach – zaskakujące uderzenie, przeprowadzone przez 30 niemieckich dywizji (w tym 12 pancernych), na belgijskim odcinku frontu zachodniego słabo obsadzonym przez aliantów. Niemcy zamierzali rozciąć siły wroga, oddzielając wojska brytyjskie od amerykańskich, zdobyć Antwerpię, a następnie zaatakować w kierunku północnym, okrążając i niszcząc cztery alianckie armie. Cel był ambitny, zamysł strategiczny jeszcze bardziej – Adolf Hitler sądził, że w obliczu tak znaczącej porażki Waszyngton i Londyn będą skore do wynegocjowania pokoju z Berlinem. Wówczas Wehrmacht mógłby skupić się na walce na wschodzie – z sowietami, którzy pod koniec 1944 roku stali na Wiśle.

Efekt zaskoczenia był piorunujący – Amerykanie, na których skupiło się uderzenie, chwilę wcześniej sądzili, że koniec wojny jest tuż-tuż, a przed sobą mają co najwyżej „czternastolatków z zacinającymi się strzelbami”. Tymczasem runęły na nich doborowe jednostki, wyposażone m.in. w „Królewskie Tygrysy”, najcięższe i największe czołgi użyte w walce podczas II wojny światowej (ich wymiary były raczej przekleństwem niż atutem, ale skuteczność 88-milimetrowej armaty pozostawała w tamtym czasie niedościgła). Niemcom sprzyjała również pogoda, która uniemożliwiała użycie alianckiego lotnictwa. Ich początkowe sukcesy wywołały w Rzeszy euforię – oto znów niemieckie siły zbrojne zmuszały swoich przeciwników do cofania się, ba, niekiedy wręcz do panicznej ucieczki.

Niemieckim cywilom święta upłynęły pod znakiem wielkich nadziei (na odwrócenie losu). Ale już wtedy – choć walki w Ardenach trwały niemal do końca stycznia – sztabowcy Wehrmachtu wiedzieli, że kontrofensywa skazana jest na niepowodzenie. Alianci się ogarnęli, pogoda poprawiła, a braki paliwa zatrzymały niemieckie czołgi. W ostatecznym rozrachunku zmagania w Ardenach przetrąciły kręgosłup wojskom III Rzeszy na zachodzie – ubytków w ludziach i sprzęcie nie było już czym uzupełnić, wielu wojskowych straciło motywację, kontynuowanie walki z Amerykanami i Brytyjczykami uważając za bezcelowe. Tym niemniej ardeńska ofensywa wymogła na aliantach zaangażowanie ogromnych zasobów – w sumie ponad 800 tys. ludzi, z których co dziesiąty został zabity lub ranny (straty niemieckie były porównywalne). Do dziś „bitwa o wybrzuszenie” (Battle of the Bulge) – jak mówi się o niej w anglosaskiej historiografii – pozostaje największą bitwą w historii wojsk USA.

O czym wspominam, szukając w historii analogii dla wydarzeń w Ukrainie oraz tego, co może się wydarzyć w ciągu najbliższych kilkunastu miesięcy w Europie. W tej analogii „Niemcami” są rosjanie, co czyni ją nieco kulawym narzędziem – ale lepszego w najnowszej historii nie znalazłem. Z czego wynika owa kulawość? Ano sytuacja rosji jest inna od uwarunkowań, w jakich znalazła u schyłku 1944 roku III Rzesza. Niemcy walczyły wówczas o przetrwanie, a kataklizm – rozumiany jako bezwarunkowa kapitulacja, upadek reżimu i okupacja – był brutalnie realną perspektywą. Współczesna rosja może co najwyżej przegrać wojnę w Ukrainie i jakkolwiek skutki tej porażki mogą być poważne – na przykład oznaczać koniec putinizmu – egzystencjalnej katastrofy na rosjan to nie ściągnie (ryzyko w tym zakresie jest minimalne). Tym niemniej dla putina i ekipy obecna wojna – oraz jej ewentualne przedłużenie, o czym więcej poniżej – to „gra o wszystko” – trudno wyobrazić sobie scenariusz, w którym po ewidentnej porażce zachowują władzę. To winduje motywacje Kremla do poziomu porównywalnego z motywacjami nazistowskiej elity.

Zasoby rosji są także inne niż III Rzeszy u końca jej historii. Rosyjski przemysł nie leży w gruzach, utrata niemal miliona żołnierzy w 140-milionowym społeczeństwie to nie to samo, co osiem milionów zabitych i rannych wojskowych w 70-kilkumilionowym kraju. Tyle że wbrew kremlowskiej propagandzie, zbrojeniówka nie radzi sobie z zapewnieniem niezbędnych dostaw dla armii, a społeczeństwo nie garnie się na front inaczej niż za wielkie (relatywnie) pieniądze – których zapas topnieje w zastraszającym tempie. Jest więc rosja i tu w podobnej sytuacji do Niemiec końca wojny – ma za krótką kołderkę jeśli idzie o możliwość projekcji realnej siły.

Ale nadal nie jest bezzębna i może gryźć.

—–

I tak dochodzimy do „rosyjskich Ardenów”. To scenariusz, który mógłby zaistnieć, gdyby pozwolić rosjanom odetchnąć, zgodzić się na zamrożenia konfliktu. Zapewne chętnie przystałby na to Donald Trump, by ogłosić, że zgodnie z obietnicą doprowadził do ustania walk. Jego cyniczne kalkulacje szłyby w parze z naiwnością innych zachodnich przywódców, przekonanych, że w okresie zamrożenia dałoby się wypracować z Moskwą jakąś formułę trwałego pokoju. Taka postawa sojuszników – wzmocniona groźbą zawieszenia pomocy – zapewne zmusiłaby Kijów do akceptacji zawieszenia broni.

I byłaby receptą na katastrofę.

Armia rosyjska i jej zaplecze są w kondycji, jakiej są, ale rok strategicznej pauzy pozwoliłby rosji przygotować się do podjęcia „ostatniej szarży”. Miast bieżącego zużywania zasobów i ludzi, doszłoby bowiem do kumulacji potencjału. Do jakich rozmiarów? Ołeksander Kowalenko, ukraiński analityk militarny, szacuje, że 12 miesięcy intensywnych przygotowań pozwoliłoby Moskwie wystawić ponad milionową armię wyposażoną w 4,5 tys. czołgów, niemal 10 tys. wozów bojowych i 5 tys. sztuk systemów artyleryjskich. Przy braku konieczności prowadzenia działań bojowych, w magazynach udałoby się zgromadzić setki rakiet i pocisków manewrujących oraz (zakładając pomoc Korei Północnej) nawet 10 mln pocisków artyleryjskich. Oczywiście, w większości byłby to sprzęt przestarzały, byle jaki, duża część amunicji miałaby wątpliwe walory – ale w „kupie siła”. Oczywiście, taka mobilizacja oznaczałaby drenaż ostatnich finansowych zapasów rosji oraz wyzerowanie sowieckich zapasów. No ale – kto nie ryzykuje, ten nie zyskuje.

W takim scenariuszu putin miałby do dyspozycji armię inwazyjną pięć razy większą niż w 2022 roku. Mógłby jej użyć przeciwko Ukrainie, z nadzieją, że skumulowany potencjał pozwoli na bardziej spektakularne postępy na polu bitwy. A weźmy pod uwagę, że Ukraina nie jest tworem autokratycznym z bezwzględnym aparatem policyjnym – o ile w rosji, która takie atrybuty posiada, udałoby się przez rok bez wojny utrzymać wojenne wzmożenie, o tyle nad Dnieprem mógłby być z tym problem. Nie wiem, czy ukraińska armia odbudowałaby się w zakresie podobnym do rosyjskiego – czy byłby ku temu klimat społeczny, polityczny, czy i jak Zachód dalej wspierałby ZSU materiałowo. Słowem, mnóstwo zmiennych przywodzących do niezbyt optymistycznych konkluzji.

A co, gdyby było jeszcze gorzej? Pisałem o tym w opowiadaniu „Zaniechanie” kilka miesięcy temu – putin mógłby mianowicie podbić stawkę i swą bieda-armię pchnąć na Zachód. Zaatakować państwa nadbałtyckie, „maluchy” pozbawione głębi strategicznej, głównie z tego powodu niezdolne do długotrwałej, samodzielnej obrony. Przy tej okazji „zawadzić” także o północno-wschodnią Polskę, by odciąć naturalny lądowy korytarz łączący Litwę z resztą terytorium NATO.

To mogłyby być „rosyjskie Ardeny” AD 2026. Ostatni zryw, który nie miałby na celu wygrania wojny z NATO – bo to niemożliwe – ale służyłby polepszeniu własnej pozycji. Zredefiniowaniu wyniku wojny, która w rosyjskiej propagandzie od dawna jest wojną z Zachodem. Armia rosyjska straciłaby w tym starciu swoje ostatnie cenne, konwencjonalne walory. Ale wspomnianą masą wyszarpałaby skrawek terytorium NATO, co w połączeniu z atomowym szantażem („spróbujcie odbić, a uderzymy”), dałoby Kremlowi potężny argument w negocjacjach o przyszłości Ukrainy i Europy. Coś, co nie wyszło Hitlerowi, putinowi – w odróżnieniu od swojego protoplasty dysponującemu bronią jądrową – mogłoby się udać.

A lud rosyjski, znów nakarmiony iluzją potęgi po „zwycięskiej wojnie”, zapewne przełknąłby trudy codzienności i dał reżimowi niezbędną legitymizację.

Nie, to nie jest scenariusz szczególnie prawdopodobny. Lecz nie da się go definitywnie wykluczyć, a biorąc pod uwagę skalę ewentualnych szkód, warto robić wszystko, by nie zaistniał. Jest w interesie nie tylko Ukrainy, ale i całej wschodniej flanki NATO, by rosyjska armia dalej wykrwawiała się w Donbasie. By uszczuplanie jej zasobów trwało nieustannie, bez dłuższej przerwy, aż wreszcie osiągnięty zostanie stan „wyzerowania”, rozumiany realistycznie, jako kondycja uniemożliwiająca napadanie na sąsiadów. „Do tanga trzeba dwojga” – w tym przypadku Ukrainy, która musi mieć siły i środki, by rosję punktować. To dalsze zapewnienie wsparcia winno być priorytetem sojuszników Kijowa, nie zaś szukanie sposobów na zamrożenie konfliktu. Co podkreślam nie bez powodu, w dniu zaprzysiężenia 47. prezydenta USA…

—–

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

Osoby zainteresowane nabyciem mojej ostatniej pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Tomaszowi Krajewskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu i Monice Rani. A także: Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Adamowi Cybowiczowi, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Bognie Gałek, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Piotrowi Rucińskiemu, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie i Grzegorzowi Dąbrowskiemu.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Grzegorzowi Lenzkowskiemu i Arkadiuszowi Wiśniewskiemu (za „wiadra” kawy!).

Nz. Szkolenie ukraińskich rekrutów/fot. SzG ZSU