Złudzenie

Będzie o Trumpie, ale zacznę od rosji – rosji, która wojny na Wschodzie nie wygra. Doprowadzenie do całkowitego upadku państwa ukraińskiego jest bowiem poza zasięgiem sił zbrojnych federacji. A tylko takie realia – okupacja większości terytorium Ukrainy i wasalizacja reszty – uzasadniałyby twierdzenia Moskwy o zwycięstwie. Scenariusze mniej lub bardziej „zgniłego kompromisu” oznaczają rosyjską porażkę. Nie tylko w relacji do celów, jakie przyświecały interwencji w 2022 roku. Przede wszystkim z powodu kosztów.

Jest bowiem rosja na wielu płaszczyznach zdruzgotana. Trzy z nich są najbardziej oczywiste:  militarna, gospodarcza i demograficzna.

Wojna w Ukrainie skasowała efekt niemal 15-letniej modernizacji armii putina. Straciła ona najwartościowszy sprzęt, mnóstwo najlepszego personelu, a co najważniejsze, wydrenowała do spodu posowieckie zapasy amunicyjne i jest dziś coraz bliżej równie finalnego drenażu zasobów sprzętowych z tamtego okresu.  „Renta po ZSRR” przechodzi do historii, co jest o tyle dokuczliwe, że bieżące moce produkcyjne nie są w stanie skompensować tych ubytków.

Gospodarka żyje dziś dzięki chińskiej kroplówce i własnej produkcji zbrojeniowej. Która owszem, daje ludziom pracę, wyższe zarobki, ale jej efekty w całości są przepalane – dosłownie i w przenośni – w Ukrainie. Owo przepalanie finansowane jest z oszczędności, topniejących w zastraszającym tempie. Państwo putina przejada kapitał, który mogłoby zainwestować gdzie indziej. Jego stan dobrze ilustruje analogia z lisem biegającym za własnym ogonem. Jest ruch, jest energia, jest złudzenie życia. Tyle że zwierz nie pędzi naprzód, a kręci się w koło, de facto stoi w miejscu i co dla niego najgorsze, stopniowo pożera ten własny ogon. To rozłożone w czasie samobójstwo.

Samobójstwem jest posyłanie setek tysięcy mężczyzn na śmierć w Ukrainie. Skala wojennych ubytków jest zatrważająca, a przecież trzeba do niej dorzucić okołowojenną emigrację i poprzedzającą wojnę pandemiczną hekatombę. Wedle ostrożnych szacunków, w ciągu minionych pięciu lat rosja straciła 3,5 mln obywateli, w dużej części z grup wiekowych i kategorii zawodowych ważnych czy wręcz kluczowych dla gospodarki. A dodajmy do tego spadającą dzietność i średnią długością życia (ta jest obecnie o kilkanaście lat krótsza niż w krajach najbardziej rozwiniętych), oraz dramatyczny spadek jakości usług publicznych (wszak realnie do 60 proc. wydatków państwa idzie na sektor obronny) – w efekcie możemy mówić o poważnym kryzysie, który już trwa, a którego najpoważniejsze skutki czają się na horyzoncie.

A przecież są jeszcze realia państwa z „gówna i snopowiązałki” – cała ta wykonana byle jak infrastruktura, równie byle jak konserwowana, a ostatnio – bo heloł, spec-operacja – w ogóle niedoglądana. Wszystkie te drogi, mosty, sieci przesyłowe, wodociągi, fabryki, obiekty użyteczności publicznej. Kilka dni temu w Moskwie „wybuchł” kolektor ściekowy i fontanna fekaliów o wysokości kilkudziesięciu metrów przelewała się godzinami; znamienne to i symboliczne było.

To taki kraj, z taką armia i z takim zapleczem, prowadzi dziś wojnę z Ukrainą. Fakt, iż obecnie ma inicjatywę, nie wynika z jego siły, ale ze słabości przeciwnika. Relatywnej słabości, wszak gdyby rzeczywista asymetria była większa, już dawno „byłoby pozamiatane”.

I tak dochodzimy do nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Problem z nim – w kontekście Ukrainy, ale i szerzej, całej Europy Środkowo-Wschodniej – sprowadza się do tego, że Trump może putinowi i rosjanom (albo tylko rosjanom, ale putin to wykorzysta) dać złudzenie siły i sprawczości. Tak się stanie, jeśli USA porzucą Ukrainę, a w dalszej kolejności w ogóle odpuszczą sobie Europę. Porzucą, czyli przymuszą Kijów do zawarcia pokoju na warunkach bardziej komfortowych dla Kremla. Na przykład takich, że Ukraina nie tylko godzi się na status quo, ale też wycofuje z objętych putinowskimi roszczeniami obwodów zaporoskiego i chersońskiego. Co nadal będzie moskiewską porażką (bo rosja chciała więcej), zarazem mając postać na tyle poważnej zmiany granic, że da się ją sprzedać jako rosyjski sukces. Sprzedać rosjanom i światu.

„No dobra”, mógłby rzec ktoś, „niech sobie ruskie w tym złudzeniu sukcesu żyją; kij im w oko”. No nie. Na co dzień nie dostrzegamy, jak iluzje i wyobrażenia wpływają na nasze życie. Jako socjolog tak właśnie postrzegam funkcje kultów religijnych. Bogów nikt nie widział, ich istnienie przyjmuje się na wiarę, tymczasem ta wiara przenika wszelkie aspekty naszej codzienności. Porządkuje je, ma moc tworzenia wspólnot, instytucji, kodeksów, moralności. Jednoczy, ale ma też wymiar destrukcyjny, objawiający się religijnymi wojnami i prześladowaniami. Podobnie działają rozmaite ideologie – nawet najbardziej oderwane od rzeczywistości potrafią wykreować sprawny organizacyjnie reżim. A ten może się okazać toksyczny w relacjach z innymi wspólnotami.

No więc jeśli rosjanie uwierzą w opowieść o spektakularnym zwycięstwie w Ukrainie, nakarmią nią swój imperializm, nie tylko mogą uznać, że było warto. Mogą poczuć chęć na więcej.

I tu znów wracamy do Trumpa – prezydent nie wypisze USA z NATO, nie ma takich uprawnień. Lecz spokojnie może wycofać wojska Stanów Zjednoczonych z Europy, a Sojusz sparaliżować decyzyjną obstrukcją. Te lęki nie biorą się z niczego, ale z trumpowych deklaracji oraz z doświadczenia jego pierwszej prezydentury, kiedy dramatycznie ograniczył amerykańską obecność wojskową na kontynencie.

Co, jeśli znów to zrobi? Co, jeśli oleje NATO? Co, jeśli wcześniej da rosjanom poczucie siły, pomagając zakończyć wojnę w Ukrainie na bardziej moskiewskich warunkach?

Pamiętacie, na jakich warunkach rosja weszła do wojny w 2022 roku? Decyzja o agresji oparta była o trzy założenia: o własnej sile, o słabości Ukrainy i o słabości Zachodu, przede wszystkim Ameryki. To ostatnie miało zostać w pełni zweryfikowane latem 2021 roku, kiedy siły USA w popłochu wycofały się z Afganistanu. „Takie Stany nam nie przeszkodzą”, uznano na Kremlu. To i pozostałe dwa założenia okazały się złudzeniami.

Ale putin wcale nie musi ulegać iluzjom, może mieć rzetelne rozeznanie sytuacji. W tym przypadku świadomość, że wojna w Ukrainie przetrąciła kręgosłup jego armii. Mógłby zatem zamknąć się w norze, ale z drugiej strony kryzysy, jakie zafundował rosji, prędzej czy później „wybuchną mu w twarz”, wywołają fale społecznego niezadowolenia, pewnie i buntu. Lepiej „uciec do przodu”, wejść w jeszcze jedną „zwycięską wojnę”. Obywatele rosji są na takie bodźce podatni – powiedzą sobie „biedujemy, ale znów kogoś pobiliśmy!”. Agresją skompensują niedostatki. W którymś momencie rzeczywistość dobierze im się do skóry, ale putin nie potrzebuje dekad. Jest starcem, zostało mu najwyżej kilkanaście lat życia. Trump może dać mu komfort na najbliższe cztery.

I znów ktoś może rzec: „pal licho, przecież Polski nie zaatakują”. No nie, na to rosja jest za krótka. Ale potrafię wyobrazić sobie scenariusz, w którym putin obiera za cel któreś z państw nadbałtyckich. Gra va banque, przekonany, że „Ameryki tu nie ma”, że „Trump nie kiwnie palcem”. Kiwnie czy nie, przekonamy się po fakcie. Gdy formalnie spełnione zostaną warunki, byśmy jako kraj poszli na wojnę. Takie mogą być skutki trumpowskiej dezynwoltury.

—–

Jak się przed nimi chronić? Co w najbliższym czasie winno podziać się w Ukrainie? O tym w kolejnym wpisie. Na dziś to wszystko, dziękuję za lekturę i polecam Waszej uwadze przyciski poniżej. Piszę bowiem dzięki Waszemu wsparciu, za które pięknie dziękuję.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Osoby zainteresowane nabyciem moją najnowszej książki pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.

Nz. Donald Trump, oficjalna prezydencka fotografia/fot. White House

„Szachista”

Koniec 2023 roku sprzyjał minorowym nastrojom w odniesieniu do Ukrainy i przyszłości toczonej przez nią wojny obronnej. Po nieudanej kontrofensywie Ukraińców, inicjatywę na froncie przejęła armia rosyjska. Nie przełożyło się to na znaczące zdobycze, ba, nawet na symboliczne, tym niemniej to rosjanie decydowali o tym, gdzie były toczone walki, zmuszając Ukraińców do angażowania w tych miejscach własnych sił i środków oraz, co najważniejsze, rezerw. Mało tego, 29 grudnia rosja udowodniła, że wciąż posiada zdolności będące poza zasięgiem Ukrainy – do rozległych uderzeń z wykorzystaniem bombowego lotnictwa strategicznego i dalekonośnych pocisków manewrujących.

2 stycznia znów nastąpił zmasowany atak, potwierdzający owe zdolności.

Zarazem na „froncie” polityczno-dyplomatycznym mieliśmy do czynienia z niepewnością co do dalszego finansowania ukraińskiego wysiłku wojennego przez Zachód. W efekcie główny lokator Kremla poczuł ożywczy wiatr. W serii buńczucznych wystąpień z ostatnich dni minionego roku podkreślał, że cele rosji w Ukrainie się nie zmieniają i że „specjalna operacja wojskowa” zakończy się sukcesem.

Propagandowe media i profile – także prorosyjskie trolle działające w Polsce – podjęły tę narrację z zachwytem. Nie zabrakło przy tym opinii o strategicznym i geopolitycznym geniuszu władimira putina, który nie tylko „dopnie swego”, ale też „wszystko przewidział”.

Rosyjska propaganda słynie z absurdalnych wyjaśnień i interpretacji, które nijak mają się do rzeczywistości. Ale faktem jest, że czasem sprawy układają się w taki sposób, że post factum można dokonać ich korzystnej racjonalizacji/reinterpretacji. Za przykład niech posłuży sytuacja Ukrainy z lat 2014-21. Opisując ją, kremlowscy propagandziści skupiali się na istnieniu dwóch separatystycznych republik oraz zamrożonym konflikcie, który osłabiał gospodarkę Ukrainy i perspektywy jej integracji z Zachodem. Słowem, sukces. Ba, mający potwierdzenie w faktach, wszak wojna w Donbasie ukraińskiej ekonomii nie służyła, podobnie jak otwarta kwestia granic.

Tyle że nie taki był cel Moskwy w 2014 roku. Kreml zamierzał wówczas przejąć całe Zadnieprze i południe kraju. „Noworosyjski” miał być nie tylko Donieck i Ługańsk, ale również Charków, Dnipro i Odesa. Patrząc zatem z perspektywy pierwotnych założeń, prowadzona w warunkach wojny hybrydowej agresja się nie powiodła. W najlepszym razie odniosła mocno ograniczony sukces. No ale korzystne dla putina interpretacje i tak były w obiegu, budując mit zdeterminowanego i skutecznego dyktatora.

Dokładnie tak samo jest i tym razem – trudna sytuacja Ukrainy ma być dowodem, że kremlowski zbrodniarz to „szachista 5G”. Nie pomylił się i działa zgodnie z planem, którego szczegółów i rozmachu maluczcy po prostu nie ogarniają. Ta wtórna racjonalizacja dotychczasowych niepowodzeń rosji ma dwie zasadnicze słabości. Po pierwsze, jest na „tu i teraz”; lada moment może się okazać, że Ukraina wcale nie jest taka słaba, a Zachód tak niezdecydowany w dalszym udzielaniu pomocy. Po drugie, wymaga odrzucenia wiedzy o pierwotnych rosyjskich zamiarach oraz gwałtu na logice w podejściu do oceny kosztów interwencji. Oczywiście, obie postawy są możliwe, wielu odbiorców rosyjskiej propagandy im ulegnie, także i w Polsce. Ale choćby i zakrzyczane, fakty pozostaną faktami.

Przyjrzyjmy się im bliżej. Podstawowym celem rosyjskiej agresji – publicznie artykułowanym także przez kremlowskich notabli – było zajęcie wschodniej i południowej Ukrainy oraz zwasalizowanie reszty. Zamiar ów miano zrealizować poprzez kilkudniową, intensywną kampanię wojskową, po której nastąpiłaby kilkutygodniowa operacja policyjna (pacyfikacja). Wszystko to miało dziać się przy militarnej bezczynności Zachodu oraz nieznacznych ekonomicznych reperkusjach. Sukces putinowskiej armii miał jednocześnie wywrzeć mrożące wrażenie na zachodniej wspólnocie i zmusić ją do uznania wschodniej Europy za rosyjską strefę wpływów. Obejmowałaby ona również Polskę i kraje nadbałtyckie.

Sprawy, jak wiemy, potoczyły się inaczej. NATO wsparło Ukrainę bronią, amunicją i danymi wywiadowczymi. Mogłoby to uczynić w dużo większym zakresie, ale i tak skalę pomocy należy uznać za ogromną.

Sojusz się skonsolidował i rozrósł. Wejście w struktury Finlandii (a lada moment i Szwecji) znacząco pogarsza sytuację strategiczną rosji u jej północnych granic i w basenie Morza Bałtyckiego. Państwa Sojuszu, które przez dekady zmniejszały arsenały i cięły koszty na obronność, dziś nie mają już złudzeń, że była to zła polityka. Na zachód od Bugu zaczęła się intensywna remilitaryzacja i choć dynamika tego procesu wielu rozczarowuje, wektor zmian został wytyczony, a one same konsekwentnie następują.

Wojna przyniosła rosji sankcje, utratę zachodnich odbiorców kopalin (nie wszystkich, ale spadek wymiany jest olbrzymi), zmuszając Moskwę do ściślejszej kooperacji z Chinami. Na warunkach utraconej podmiotowości i rosnącego uzależnienia od Pekinu. Przestawienie gospodarki na wojenne tryby odbywa się kosztem drenowania oszczędności i mimo nominalnych przyrostów, nie oznacza realnego zwiększenia PKB i dobrobytu (w rosji, niczym w III Rzeszy, produkuje się dziś „armaty zamiast masła”). Wojsko pochłania 30 proc. oficjalnego budżetu…

…i co jeszcze? O tym w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu Interia.pl – wystarczy kliknąć w ten link.

—–

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Irinie Wolańskiej, Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Michałowi Strzelcowi, Joannie Marciniak i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Remiemu Schleicherowi, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi i Sławkowi Polakowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich 5 dni: Arkadiuszowi Wiśniewskiemu, Łukaszowi Lisowi, Łukaszowi Podsiadle i Stefanowi Zatorskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. putin podczas noworocznego orędzia/fot. Kremlin.ru