Namiastka

Duża część budynków mieszkalnych w Libanie ma na poziomie parteru garaże. Jednak w wielu z nich nie sposób dziś zaparkować samochodu. Tocząca się w sąsiedniej Syrii wojna sprawiła, że pomieszczenia te opanowali uchodźcy. Całymi, często wielopokoleniowymi rodzinami, które na kilkunastu metrach kwadratowych próbują zbudować sobie namiastkę utraconego domu.

W Deir Ammar na przedmieściach libańskiego Trypolisu spotykam się z Aymanem i jego żoną, Wisal. Stalowe drzwi zajętego przez nich garażu za dnia pozostają otwarte – Syryjczyków oddziela od ulicy jedynie zasłona. Za drugą kotarą, w głębi pomieszczenia, kryje się prowizoryczna łazienka i kuchnia. Przednia część lokum pełni funkcję sypialni i pokoju dziennego. Na podłodze leżą wytarte dywany i materace. Na jedynym z nich siedzą gospodarze, na drugim – ich trzy kilkuletnie córki. Dziewczynki wpatrują się w niewielki telewizor – wkrótce przekonam się, że to typowy widok w domostwach uchodźców. Odbiorniki – zwykle wysłużone niewielkie urządzenia – zobaczę nawet w najpodlejszym namiotowisku. Usłyszę, że pudełko z ruchomymi obrazkami pozwala zająć czymś dzieci, zaś dorosłym daje możliwość śledzenia serwisów informacyjnych. To, co dzieje się w Syrii, dla większości z nich ma bowiem nadal ogromne znaczenie.

Garaże zajęte przez syryjskich uchodźców na przedmieściach Bire/fot. Marcin Ogdowski
Garaże zajęte przez syryjskich uchodźców na przedmieściach Bire/fot. Marcin Ogdowski

Czterdzieści dni piekła

– W Homs mieszkaliśmy w dwustumetrowym domu z czterema pokojami – 30-letnia Wisal zdaje się być nieco zakłopotana warunkami, w jakich przyszło jej pełnić rolę gospodyni. Jeszcze trzy lata temu należała do syryjskiej klasy średniej. Ayman wraz z bratem mieli pod miastem sporo ziemi, na której uprawiali oliwki. Mężczyzna był też właścicielem kilku mieszkań pod wynajem oraz niewielkiej firmy transportowej. – Trudno nam było przywyknąć do nowego standardu życia. Zwłaszcza do świadomości, że nie możemy zapewnić dzieciom godnych warunków.

Ayman kiwa głową. Rzutki niegdyś biznesmen – choć ma zaledwie 33 lata – jest dziś wrakiem człowieka, wymagającym stałej opieki. Z trudem się porusza, miewa ataki epilepsji i omdlenia. Przez wiele miesięcy walczył z ciężką depresją. Mówi o tym w czasie przeszłym, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że wciąż jest pod jej wpływem.

– Torturowali mnie – wyjaśnia. – Podłączali prąd do stóp, do głowy, i razili nim aż do utraty przytomności.

– Byłeś w opozycji? Walczyłeś przeciwko armii? – pytam, wcześniej ustaliwszy, że „oni” to rządowa służba bezpieczeństwa.

Syryjczyk zaprzecza.

– Twierdzili, że gdy mnie pojmano, byłem uzbrojony i brałem udział w jakichś wystąpieniach. A ja siedziałem w domu, z rodziną…

– Wzięli tylko ciebie? – dopytuję.

– Mnie i brata – słyszę w odpowiedzi. – No i samochód – dodaje mój rozmówca. To charakterystyczny element, pojawiający się w wielu opowieściach uchodźców. Zatrzymaniom pod formalnie uzasadnionymi zarzutami często towarzyszą motywy rabunkowe. Z zapewnień Aymana wynika, że auta nie odzyskał.

– Na przesłuchaniach kazali mu się przyznać, że był w jakiejś bojówce. Miał podać nazwiska innych członków – relację kontynuuje Wisal. – Gdy milczał, poddawano go elektrowstrząsom.

– I tak przez czterdzieści dni – Syryjczyk ma nieobecne spojrzenie. – Czterdzieści dni tortur i leżenia nago na betonowej posadzce. Dobrze, że większość tego czasu byłem nieprzytomny.

Ayman i Wisal w zajmowanym przez siebie garażu. Dla bezpieczeństwa zdecydowałem o anonimizacji twarzy rozmówców
Wisal i Ayman w zajmowanym przez siebie garażu. Dla bezpieczeństwa zdecydowałem o anonimizacji twarzy moich rozmówców/fot. Marcin Ogdowski

Łapówka na wagę życia

Z ciemnej piwnicy gdzieś na obrzeżach Homs przeniesiono Aymana do tamtejszego aresztu. Przez prawie dwa lata czekał na rozprawę sądową. W tym czasie w mieście toczyły się intensywne walki.

– Na naszej ulicy coraz częściej zaczęły spadać bomby – wspomina Wisal. – Nie mogłam ryzykować życia dzieci, choć tak bardzo chciałam być blisko męża.

Kobieta wyniosła się za miasto. Wszystkie próby dotarcia do Aymana spełzły na niczym.

– Ludzie, którym udało się wyjść z więzienia, opowiadali, w jak fatalnym stanie jest mąż – drobna Syryjka głośno przełyka ślinę. – Mówili: „ratuj go, bo on lada moment umrze”. Nie mogłam, nie potrafiłam zrezygnować.

Po roku i dziewięciu miesiącach Wisal dopięła swego. Za łapówkę w wysokości półtora tysiąca dolarów wykupiła męża z aresztu. Z ponurej celi Ayman trafił do kliniki w Libanie. Trzy miesiące później dołączyła do niego żona z dziećmi. W międzyczasie rodzinie udało się również wydostać z więzienia brata mężczyzny. W tym przypadku okup był dwa razy wyższy.

W takich okolicznościach zasobni do niedawna Syryjczycy pozbyli się ostatnich większych oszczędności.

– Jak sobie radzicie w Libanie? – pytam.

– Ayman nie może pracować – Wisal uśmiecha się smutno. – Sprzątam u libańskich rodzin, z czego są niewielkie pieniądze. Czasem któryś z sąsiadów podrzuci nam coś do jedzenia.

– Czyli Libańczycy zachowują się wobec was przyzwoicie? – staram się, by nie zabrzmiało to jak stwierdzenie.

– Trudno narzekać, biorąc pod uwagę to, co przeżyliśmy – mówi moja rozmówczyni.

Fikcja

W kwietniu ubiegłego roku na obrzeżach Doniecka wciąż słychać było wystrzały artylerii. „To tamci” – tłumaczyli doniecczanie, mając na myśli armię ukraińską. „Nasze działa i wyrzutnie dawno z frontu wycofane” – zapewniali. W lipcu kryłem się przed ostrzałem ze 122- i 152-milimetrowych haubic w piwnicy jednego z budynków w miejscowości Szyrokino, w części zajętej przez oddziały rządowe. „Ale przecież tych dział tu nie ma…” – drwili Ukraińcy. Gdy ogień poszedł również zza ich pozycji, pytali retorycznie: „Mamy siedzieć z założonymi rękoma i dawać się bezkarnie zabijać?”.

Tak, w największym skrócie, wyglądało przestrzeganie porozumień mińskich, które weszły w życie w połowie lutego 2015 roku.

Jednym z najważniejszych postanowień tej umowy było niezwłoczne wycofanie broni kalibru powyżej 100 milimetrów na odległość 30 kilometrów od linii frontu. Docelowym zaś efektem parafowanych w białoruskiej stolicy dokumentów miało być całkowite ustanie działań wojennych we wschodniej Ukrainie oraz podjęcie szeregu inicjatyw zmierzających do politycznego rozwiązania kryzysu.

Zawieszenie broni od początku było fikcją. Mija rok od jego wprowadzenia, a wojna jedynie zmieniła swój charakter. Jest mniej intensywna – od wielu miesięcy żadna ze stron nie prowadzi zakrojonych na szeroką skalę operacji ofensywnych. Zarówno separatyści, jak i Ukraińcy okopali się na swoich pozycjach, a cała aktywność bojowa sprowadza się do nękających ostrzałów i wypadów niewielkich oddziałów. Przodują w tym rebelianci, po stronie rządowej widać większą determinację, by „wytrwać przy Mińsku”. Co zresztą rodzi frustracje wśród żołnierzy żądnych odwetu. W tym samym czasie ukraińscy cywile coraz mocniej sygnalizują zmęczenie wojną – zarówno ci dotknięci nią bezpośrednio, jak i reszta, obciążona ekonomicznymi kosztami jej prowadzenia.

Lecz nic nie wskazuje na to, by owo „dreptanie w miejscu” w najbliższym czasie zmieniło się w coś więcej. Nie widać też szansy na spektakularną deeskalację. Rozwiązanie problemu nie leży bowiem w ukraińskich rękach , czego można by oczekiwać, akceptując narrację o wojnie domowej. Rozstrzygnięcia zależą niemal wyłącznie od woli Moskwy, która wschodnioukraińską rebelię rozpętała i wsparła, de facto dokonując agresji na terytorium innego państwa.

Rosjanie odnieśli ograniczony sukces, wyrywając jedynie strzępy ukraińskiego terytorium. Ale to wystarczy, by pogrążyć Ukrainę w kryzysie i tym samym uniemożliwić jej zbliżenie z Europą. Zabezpieczywszy przedpole, Kreml ruszył na rubieże swojej strefy wpływów – do Syrii. Paradoksalnie niesie to dla Polski jeszcze większe zagrożenia niż wojna na Ukrainie. Ograniczona z początku rosyjska interwencja na Bliskim Wschodzie w ostatnich tygodniach nabrała rozmachu. Doszło do niebezpiecznej eskalacji, w której naprzeciw interesom Rosji stanęła Turcja. Zachód nie był gotowy i nie zamierzał umierać za naszego wschodniego sąsiada. Co jednak zrobi, gdy zaatakowane zostaną wojska członka NATO – Turcji?

Wiosną 2014 roku za sprawą Ukrainy skończył się nasz sen o bezpiecznej Europie. Dziś na świecie zrobiło się jeszcze straszniej.

—–
Front w okolicach Doniecka, od ukraińskiej strony, wiosna 2015/fot. Darek Prosiński

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Rewizja

Wszystko na to wskazuje, że wysadzony nad Synajem rosyjski samolot pasażerski i serię ataków w Paryżu łączy wspólny mianownik – tożsamość zamachowców. Tym samym Państwo Islamskie (ISIS) może doprowadzić do zmiany relacji na linii Unia Europejska-Stany Zjednoczone-Rosja.

Prawdopodobny bowiem jest scenariusz twardej reakcji na paryskie zamachy. Dotychczasowa strategia ograniczonych nalotów bombowych nie sprawdziła się. Aby działania zbrojne przyniosły wymierny skutek w postaci zniszczenia ISIS, muszą przekształcić się w operację lądową.

I tu zaczynają się schody.

W tej chwili Rosja i Zachód prowadzą oddzielne kampanie lotnicze – co poza powodami natury politycznej, wynika również z odmienności celów. Moskwa gra na zachowanie przy władzy Baszara Assada, który dla Europy i Stanów Zjednoczonych jest, póki co, solą w oku. W efekcie rosyjskie maszyny bombardują pozycje wszystkich przeciwników syryjskiego prezydenta, w niewielkim tylko stopniu skupiając się na Państwie Islamskim. Temu ostatniemu dostaje się głównie od samolotów i dronów koalicjantów skupionych wokół USA. Jeśli Zachód zdecyduje się na zmianę charakteru i intensyfikację działań, musi wziąć pod uwagę nie tylko obecność Rosjan, ale też ich strategiczne cele.

To oznacza ciągłe konsultacje polityczne, zapewne również „zgniłe kompromisy” (zachowanie Assada w zamian za wspólny front przeciw ISIS?), a w wymiarze praktycznym – współdziałanie wojsk NATO z armią rosyjską. Bo nawet nie wchodzenie sobie w paradę musi oznaczać chociażby wzajemne informowanie się o bieżących działaniach.

Ta współpraca z pewnością nie spodoba się Ukrainie, będzie bowiem oznaczać koniec polityki izolowania Rosji. Z czasem może nawet doprowadzić do zniesienia zachodnich sankcji, co byłoby formą nagrody za współpracę w Syrii.

Ów scenariusz będzie też nie na rękę polskim władzom, które staną przed trudnym zadaniem – koniecznością przekonania sojuszników, że mimo taktycznych korzyści uzyskiwanych w Syrii i Iraku, w wymiarze strategicznym Rosję wciąż należy traktować jako zagrożenie dla wschodniej flanki NATO. Nowego ministra spraw zagranicznych czeka więc nie lada wyzwanie.

—–

Fot. Marcin Ogdowski

Postaw mi kawę na buycoffee.to