Lawina

Podczas zeszłorocznych manewrów Hedgehog w Estonii niewielki zespół operatorów dronów – Ukraińców i estońskich terytorialsów – „wyeliminował” zmechanizowaną formację NATO. W czasie symulacji (!) kilkanaście pojazdów zostało „zniszczonych”, kilkadziesiąt „uszkodzonych”, „rozbito” dwa bataliony. Kilka dni temu o przebiegu epizodu dowiedziały się media i ruszyła lawina. „Drony są wszystkim”, „ciężkie wojska to przeszłość”, „NATO jest niegotowe” i „Ukraina pokazuje Zachodowi przyszłość” – to tylko niektóre wnioski, jakie wyciągają mniej lub bardziej domorośli analitycy. Te opinie, jakkolwiek brzmią efektownie, są koszmarnym uproszczeniem.

Dlaczego? Manewry w Estonii – ten konkretny epizod – nie były symulacją pełnoskalowej wojny NATO–rosja. Nie odtwarzano całego wachlarza zdolności Sojuszu. Nie było pełnej dominacji powietrznej, kompleksowego, wielowarstwowego parasola obrony przeciwlotniczej, narzędzi walki radioelektronicznej. Nie było zintegrowanej operacji połączonej w klasycznym, doktrynalnym sensie.

Co zatem było? Ano test, który miał sprawdzić, jak dwa „gołe” pododdziały zachowają się w środowisko silnie nasyconym bezzałogowcami. I w tym teście wyszły braki. Jakie?

Po pierwsze: brak skutecznego maskowania i dyscypliny pola walki. Z dostępnych relacji wynika, że nacierające pododdziały poruszały się w sposób stosunkowo przewidywalny i „czytelny” z powietrza. Kolumny pojazdów, ograniczone wykorzystanie maskowania, niewystarczające rozproszenie – w środowisku nasyconym sensorami to zaproszenie do szybkiego wykrycia.

Drugi problem to zbyt wolny łańcuch decyzyjny. Operatorzy dronów działali w modelu skróconej pętli: wykrycie – identyfikacja – przekaz danych – symulowane rażenie. Po stronie formacji konwencjonalnej reakcja była wolniejsza. To klasyczny problem adaptacji do środowiska, w którym czas liczony jest w minutach, nie godzinach.

Po trzecie: wyszła niedostateczna integracja środków przeciwdronowych na poziomie taktycznym. Ćwiczenie pokazało, że nawet jeżeli armia posiada systemy walki radioelektronicznej czy obrony przeciwlotniczej, to na poziomie pododdziału często brakuje organicznych, natychmiast dostępnych narzędzi do zwalczania małych bezzałogowców. Innymi słowy: sprzęt istnieje, ale nie zawsze jest „przy żołnierzu”.

Czwarty ujawniony element to problem z rozproszeniem i mobilnością. Duże, zwarte zgrupowania – nawet jeżeli operują zgodne z klasyczną taktyką – w środowisku permanentnej obserwacji stają się łatwym celem. Ćwiczenie pokazało, że adaptacja do modelu „ciągłej widoczności” wymaga innego myślenia o koncentracji sił.

Piąty wreszcie to brak symetryczności środowiska informacyjnego. W opisywanym epizodzie strona „dronowa” miała wyraźną przewagę w świadomości sytuacyjnej. W realnym konflikcie NATO operowałoby równolegle własnymi dronami, lotnictwem, satelitami, AWACS-ami, systemami SIGINT. Tutaj test polegał właśnie na tym, by sprawdzić, jak zachowa się pododdział pozbawiony takiego wsparcia.

I to jest klucz. Ćwiczenie nie pokazało, że NATO nie ma zdolności. Pokazało, że na poziomie taktycznym – w oderwaniu od całego systemu (!) – klasyczne nawyki mogą być śmiertelnie ryzykowne.

Ale NATO nie będzie walczyć w oderwaniu od systemu, a nawyki można (trzeba!) zmienić.

Sojusz nie prowadzi wojny batalionami rzucanymi „na goło” przeciw środowisku sensorów. NATO walczy w modelu operacji połączonych. To oznacza, że natarcie wojsk lądowych jest zsynchronizowane z lotnictwem, rozpoznaniem satelitarnym, samolotami wczesnego ostrzegania, artylerią dalekiego zasięgu, obroną przeciwlotniczą i walką radioelektroniczną. To oznacza, że przeciwnik nie działa w próżni – jego drony są zakłócane, jego łączność jest atakowana, jego stanowiska dowodzenia są namierzane i niszczone.

W realnym konflikcie pierwszą fazą operacji nie byłoby „kto kogo szybciej zobaczy dronem”, lecz walka o dominację w powietrzu i w domenie elektromagnetycznej. Niszczenie radarów, systemów OPL, węzłów łączności. Paraliżowanie zdolności przeciwnika do obserwacji i koordynacji. Dopiero potem do akcji weszłyby duże zgrupowania lądowe. A to jest poziom, na którym NATO – w przeciwieństwie do Ukrainy – posiada realną, systemową przewagę nad każdym potencjalnym przeciwnikiem.

Epizod z Hedgehog pokazał, że bez systemu nawet dobrze wyszkolony pododdział może zostać szybko „rozpisany” przez drony. Ale – podkreślmy to jeszcze raz – NATO nie projektuje swoich operacji w taki sposób. Jego przewaga nie polega na tym, że ma więcej czołgów czy dronów. Polega na integracji – na zdolności zszycia wszystkich domen w jeden mechanizm.

I dopiero ten mechanizm jest właściwym przedmiotem analizy. Nie pojedynczy, taktyczny epizod wyrwany z kontekstu.

Czyżby więc ćwiczenia były bez sensu? Oczywiście że nie. Takie epizody (to nie było pierwsze i zapewne nie ostatnie takie ćwiczenie), są bezcenne, ponieważ pokazują, jak bardzo skrócił się cykl wykrycie–decyzja–rażenie i jak niebezpieczne staje się poruszanie w środowisku permanentnej obserwacji bez natychmiastowej osłony systemowej. Ujawniają luki w procedurach, w integracji środków przeciwdronowych, w dyscyplinie maskowania i tempie reakcji – ale właśnie po są ćwiczenia, by takie „kwiatki” wychodziły w ich trakcie, a nie podczas realnych działań bojowych.

—–

Zostawmy na razie Estonię i przejdźmy na nieco inny poziom analizy. Najpierw jednak odrobina historii. Karabin maszynowy miał zakończyć manewr – nie zakończył. Lotnictwo miało uczynić armie lądowe zbędnymi – nie uczyniło. Broń precyzyjna miała sprawić, że masa przestanie się liczyć – nie przestała. Każda nowa technologia rodzi przekonanie o „końcu epoki”. Każda w praktyce zostaje wchłonięta przez system.

Drony zmieniły pole walki w wymiarze taktycznym – to bezdyskusyjne. Uczyniły je bardziej przejrzystym, skróciły czas reakcji, utrudniły koncentrację wojsk. Ale na poziomie operacyjnym i strategicznym nie wyeliminowały potrzeby posiadania czołgów, dział, samolotów, rakiet. W Ukrainie bezzałogowce nie zastąpiły artylerii. One ją naprowadzają. Nie zastąpiły piechoty. One ją wspierają – nie zajmują terenu, nie utrzymują pozycji, nie przełamują linii obrony samą swoją obecnością. Są elementem systemu, nie systemem.

Tu dochodzimy do najbardziej niebezpiecznej tezy, która pojawiła się przy okazji Hedgehog: że ukraińskie doświadczenie dronowe pokazuje wyższość modelu „taniego, bezzałogowego” nad zachodnią, ciężką strukturą.

Naprawdę? Ukraina dotrwała do obecnego momentu wojny nie dzięki dronom, lecz dzięki pomocy Zachodu. Dzięki dostawom broni przeciwlotniczej, artylerii, amunicji, systemów rakietowych, danych wywiadowczych, łączności (no i wsparcia finansowego, które jest niezwykle istotne, ale wymieniam je w nawiasie, bo znajduje się poza porządkiem ściśle wojskowym).

By tę tezę uzasadnić, zróbmy prosty eksperyment myślowy.

Wyobraźmy sobie, że po 24 lutego 2022 roku NATO nie wysyła Ukrainie systemów obrony przeciwlotniczej, nie dostarcza HIMARS-ów, nie przekazuje danych wywiadowczych, nie wspiera budżetu państwa. Zamiast tego mówi: „Dajemy wam pieniądze. Setki miliardów dolarów. Kupcie za to drony. Tylko drony”.

Na papierze wygląda to imponująco – miliony bezzałogowców. Całe roje nad linią frontu, dające możliwość permanentnej obserwacji oraz szybkich, punktowych uderzeń.

Tyle że w takim scenariuszu rosyjskie lotnictwo operowałoby z dużo większą swobodą. Ukraińskie miasta byłyby bombardowane, infrastruktura energetyczna nie miałaby osłony. Rosyjska artyleria zachowałaby względną swobodę działania, bo nie byłoby precyzyjnych systemów zdolnych razić przyfrontowe magazyny amunicji, centra logistyczne czy stanowiska dowodzenia. No i samych armat, bijących spoza zasięgu dronów FPV.

I można by tak długo wymieniać, dość stwierdzić, że drony nie zastąpią obrony przeciwlotniczej średniego i dalekiego zasięgu. Nie zatrzymają zmasowanych uderzeń rakietowych. Nie przejmą kontroli nad przestrzenią powietrzną. Można sobie wyobrazić miliony dronów, które na pewien czas zmusiłyby rosyjskie oddziały do większego rozproszenia i ostrożności. Ale wojna to nie tylko pojedynek na froncie. To również przemysł, energetyka, logistyka, no i morale społeczeństwa, które w realiach ciągłego zagrożenia i koszmarnych strat zapewne szybko by wyparowało. Fakt, iż do tego nie doszło, jest także zasługą ciężkiego sprzętu – czołgów, armat, samolotów, wyrzutni rakietowych – tych, które Ukraina miała, i tych, które otrzymała z Zachodu. Bez tego, z samymi dronami, już dawno by upadła.

A same drony – bez Starlinków i narzędzi walki osłaniających funkcjonowanie sieci – i tak na niewiele by się zdały – dodajmy na końcu.

—–

Ukraina ma ogromne doświadczenie taktyczne w użyciu dronów – to, jak mawia klasyk, oczywista oczywistość. Ale NATO dysponuje zdolnościami, których Ukraina nie ma i mieć nie będzie: globalnym rozpoznaniem satelitarnym; rozbudowanymi systemami ISR; strategicznym lotnictwem; logistyką operacyjną na niespotykaną skalę; zintegrowaną obroną powietrzną wielu warstw; potężnym zapleczem przemysłowym. W potencjalnym konflikcie przeciwko NATO rosja zapewne próbowałaby używać dronów masowo. Ale to nie sama liczba bezzałogowców decydowałaby o wyniku. Decydowałaby integracja systemów, zdolność do walki o dominację w powietrzu i w domenie elektromagnetycznej, możliwość niszczenia zaplecza przeciwnika setki kilometrów od frontu, odporność infrastruktury i gospodarki.

NATO powinno się od Ukrainy „uczyć dronów”. Choćby dlatego, że mimo swoich przewag dających możliwość walki na dystans, nie zawsze zwarcia da się uniknąć. I część pododdziałów wejdzie w bliski kontakt z wrogiem, w zasięg jego dronów, i może się zdarzyć, że przeciwnik zachowa możliwość ich użycia; wojsko musi być gotowe na najgorsze scenariusze. Ale pobieranie takich nauk wynika z zupełnie innego rodzaju przymusu, niż wyobrażają to sobie zwolennicy „dronozy”, przeceniający znaczenie bezzałogowców.

Konkludując: Ukraina opanowała do perfekcji jeden z elementów współczesnego pola walki. NATO buduje i utrzymuje cały ekosystem wojenny. Dron sam w sobie nie daje przewagi strategicznej. Przewagę daje system, w którym dron jest tylko jednym z narzędzi. Inne jego postrzeganie to tzw. widzenie tunelowe. To bardzo groźne zjawisko, bo jeśli uznamy, że przyszłość to wyłącznie drony, zaczniemy ograniczać inwestycje w lotnictwo, zaniedbywać obronę powietrzną, redukować ciężkie wojska, ignorować logistykę i przemysł, mylić taktykę ze strategią. A to droga do porażki. Bo jeśli pozwolimy rosjanom prowadzić wojnę wedle reguł, które oni znają lepiej, przegramy…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Tomaszowi Krajewskiemu, Piotrowi Rucińskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi oraz Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewic. A także: Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Jakubowi Kojderowi, Adamowi Cybowiczowi, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Przemysławowi Kowalskiemu, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej i Piotrowi Habeli.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego miesiąca: Remigiuszowi Zarzyckiemu, Krzysztofowi Martynie i Bożenie Smorczewskiej-Mickiewicz.

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. ukraińska artyleria rakietowa na froncie/fot. SzG ZSU

Rydz…

Polska ma 48 samolotów F-16. Po przekazaniu Ukrainie większości MiG-ów-29 (oraz zapasu części i uzbrojenia do nich), „efy” stały się koniem roboczym naszej armii.

Maszyny pełnią dyżury w Polsce, Słowacji, nad krajami bałtyckimi, obsługują ćwiczenia Wojska Polskiego – wszędzie tam, gdzie realizowane są scenariusze współpracy oddziałów lądowych z siłami powietrznymi. Ich sprawność utrzymuje się na poziomie 60-70 proc., a więc lotnych jest około 30 samolotów. Przy obecnym obciążeniu – i większej na skutek rosyjskiej agresji na Ukrainę liczbie lotów patrolowych – ten wskaźnik wkrótce może spaść do 40-50 proc.

A nie jesteśmy na wojnie, nie dotyczy nas ryzyko utraty maszyn na skutek działań bojowych przeciwnika.

O czym wspominam, by uzmysłowić Czytelnikom elementarne problemy, z jakimi borykać się będą Ukraińcy, gdy F-16 trafią już do ich sił powietrznych. Polska bez większych przeszkód serwisuje samoloty (są kłopoty wynikłe z nieadekwatności naszych procedur logistycznych, ale to temat na oddzielny tekst), nabywa do nich części zamienne, uzupełnia arsenał – stać nas na to, niektóre prace możemy wykonać u siebie, a łańcuchy dostaw pozostają niezagrożone.

A będąca na wojnie i biedna Ukraina? Ano właśnie…

—–

Dowództwo ukraińskich sił powietrznych szacuje potrzeby na 200 maszyn klasy F-16. Teoretycznie z ich dostawą nie powinno być problemów – do tej pory fabryki opuściło ponad 4,5 tys. „szesnastek”, kolejne są produkowane, nie mamy zatem do czynienia z wyjątkowo ograniczonym zasobem.

Niestety, broń lotnicza jest koszmarnie droga – zapewnienie Ukraińcom niezbędnej liczby maszyn „zeżarłoby” 20 mld dol. A mam tu na myśli tylko „efy” (używane, nie fabrycznie nowe) z niezbędnym pakietem logistycznym i paletą uzbrojenia wystarczającą na kilka misji.

A gdzie szkolenie pilotów i personelu technicznego? Gdzie kolejne pakiety amunicji i części? Gdzie reszta armii i jej potrzeby? Co z czołgami, które są co prawda dziesięć razy tańsze od samolotów, ale potrzeba ich trzy razy więcej? Co z artylerią, amunicją strzelecką, paliwem, wyposażeniem indywidualnym żołnierzy?

Amerykanie w zasadzie wycofali się z finansowania ukraińskiego wysiłku wojennego, Europa nie potrafi obecnie zebrać 80-100 mld dol. w skali roku, co jest sumą niezbędną do efektywnego prowadzenia wojny. Ta sytuacja to osobliwy paradoks, jeśli wziąć pod uwagę zasobność Zachodu. Przyczyny takiego stanu rzeczy to kolejny temat na oddzielny artykuł, na potrzeby tego dość skonkludować, że czynniki natury finansowej mają i będą miały zasadniczy wpływ na eksploatację ukraińskich F-16.

—–

Dodajmy do tego inne ograniczenia. Na razie nie ma mowy o dwustu maszynach – realne zobowiązania wobec Kijowa podjęły raptem dwa kraje, Holandia i Dania, co w najlepszym razie przełoży się na 40 maszyn. Znacząca jest absencja USA (choć gwoli rzetelności trzeba napisać, że Stany szkolą ukraińskich pilotów i techników), co jakiś czas pojawiają się spekulacje o kolejnych dostawcach – w ostatnich dniach mówi się o Grecji i Norwegii. Po prawdzie, jeśli finalnie skończy się na 60 „efach”, będzie to spory sukces.

Ale niderlandzkie i duńskie „szesnastki” młode nie są – pozostały resurs pozwala na ich intensywną eksploatację przez kilka lat. Choć były modernizowane, nie są też demonstratorami szczytowej zachodniej techniki lotniczej. W większości potencjalnych sytuacji bojowych na rosjan to wystarczy, lecz nie miejmy złudzeń, że „efy” – w takiej liczbie i kondycji – przegonią rosjan znad Ukrainy.

Ich zasadnicza zaleta sprowadza się do możliwości przenoszenia zachodnich systemów uzbrojenia, pełnego spektrum, obejmującego zarówno amunicję do niszczenia celów powietrznych, różnego rodzaju bomby, lotnicze pociski manewrujące, a nawet rakiety przeciwokrętowe. Dla ukraińskiego lotnictwa skończy się więc okres „radosnej” improwizacji – nie trzeba już będzie integrować „na siłę” zachodniej amunicji z poradzieckimi samolotami, na czym zwykle cierpiała skuteczność tej pierwszej.

Lecz jako się rzekło – tej amunicji może Ukraińcom szybko zabraknąć. W tym kontekście warto też dodać, że nadal nie wiemy nic o konfiguracji, w jakiej F-16 zostaną Ukrainie przekazane. Co i ile będą mogły pozostaje sprawą otwartą, pewnikiem zaś jest, że z części możliwości samoloty zostaną „wytrzebione” – by w razie utraty maszyny nad terytorium kontrolowanym przez rosjan, w ręce tych ostatnich nie wpadły „wrażliwe” technologie.

—–

Idźmy dalej – gdy kilka miesięcy temu przeprowadzono pierwszą rekrutację dla przyszłych ukraińskich pilotów F-16, sito wymagań przeszło tylko sześciu (a wedle innych źródeł ośmiu) wojskowych. Większość „poległa” na testach językowych, ale i typowo lotnicze umiejętności ukraińskiego personelu okazały się niskie.

Legenda „Ducha Kijowa” i inne działania propagandy zostawiają nas z przekonaniem, że Ukraina ma za sterami swych maszyn doświadczonych zawodowców. Nic bardziej błędnego. Ukraińskie lotnictwo po 1991 roku funkcjonowało w realiach permanentnego kryzysu – nie zmieniła tego nawet wojna w Donbasie, bo między 2014 a 2022 rokiem prawie nie używano tam lotnictwa. W lutym 2022 roku większość pilotów mogła się pochwalić nalotami na poziomie 30-40 proc. niezbędnego minimum.

Pełnoskalowy konflikt pozwolił „wylatać” godziny, ale efektywność tego doświadczenia pozostawia wiele do życzenia. Ukraińskie siły powietrzne realizują przede wszystkim misje wsparcia wojsk lądowych i to w iście partyzanckim stylu: wystartuj, leć jak najniżej, doleć jak najbliżej, poślij rakiety/bomby, uciekaj. Szczęśliwie u rosjan jest niewiele lepiej – choć ostatnio ich lotnictwo wybudza się z taktycznej impotencji.

Tak czy inaczej, nawet najlepsi ukraińscy piloci nie są wybitnymi fachowcami. Zwłaszcza że wielu tych najlepszych już zginęło…

Dlatego tak trudno było zebrać przyszłych pilotów F-16 – obecnie jest to około 20 lotników, szkolących się w trzech różnych miejscach na Zachodzie, którym towarzyszy nieznana liczba personelu technicznego. I znów nie dajmy się zwieść hurraoptymistycznym relacjom – po pół roku ci wojskowi posiadają bazowe umiejętności. Jeśli ktoś podejmie decyzję, by już teraz wysłać ich do walki, skutkiem będzie marnotrawstwo potencjału ludzkiego i technicznego. Jeśli ukraińskie dowództwo myśli o sensownym wykorzystaniu nowej broni, musi pogodzić się z wizją dalszych wielomiesięcznych i intensywnych szkoleń.

—–

Po których także z innych powodów niż dotąd wymienione, ukraińskie „efy” będą funkcjonować w warunkach niedoboru.

Dlaczego? Najpierw niezbędna uwaga metodyczna. Koordynacja działań, uzyskanie efektu synergii („odpowiedniego jeb…cia”, jak mówi się w potocznym wojskowym języku), to podstawa zachodniej sztuki wojennej. Tak szkoli się ludzi, tak projektuje i wykorzystuje broń.

Tworzenie wojennych ekosystemów to proces o wzrastającej efektywności. Niegdyś ułomne, bo oparte o zawodną łączność radiową, dziś – za sprawą satelitów, internetu – funkcjonują w realiach sieciocentryczności, bieżącej wymiany danych między poszczególnymi komponentami, do pojedynczego egzemplarza broni włącznie. Tak buduje się wysoką świadomość sytuacyjną, która w połączeniu z jakością wykonania sprzętu, jego precyzją oraz odpowiednią kulturą techniczną użytkowników, daje zachodnim armiom przewagę nad wszystkim, co na tej planecie uchodzi za wojsko.

Pojedynczy leopard czy abrams zniszczy kilka rosyjskich czołgów nim sam padnie ich ofiarą. Lepsza armata, amunicja i pancerz „zrobią robotę”. Ale większą robotę zrobią leopardy w towarzystwie marderów, abramsy w parze z bradleyami. Operujące w terenie przygotowanym wcześniej przez dalekonośną artylerię – lufową (na przykład kraby), czy rakietową (himarsy). Spreparowanym także przez lotnictwo i jego precyzyjne uderzenia w stanowiące zagrożenie cele. Wielozadaniowy F-16 jest w takim środowisku niczym ryba w wodzie. Wpięty w sieć wymieniającą dane w czasie rzeczywistym, stałby się ukraińskim game changerem.

Tyle że ta sieć w warunkach ukraińskich istnieje w formie szczątkowej; nie ma tam dość zachodnich systemów. Brakuje dla przykładu samolotów AWACS – maszyn z radarami na grzbietach, służących do nadzoru przestrzeni powietrznej. AWACS-y „widzą” dalej niż pozwalają na to radary maszyn myśliwskich – w sprzyjających warunkach nawet na odległość do 600 km i mogą śledzić równocześnie wiele celów (od kilkudziesięciu do kilkuset). Służą zatem poszerzaniu świadomości sytuacyjnej pilotów maszyn bojowych, do których na bieżąco kierowane są informacje pozyskane z obserwacji. W takich warunkach można działać z wyprzedzeniem, możliwa jest też koordynacja pracy całych ugrupowań lotniczych.

—–

I można by tak jeszcze długo, co nie zmienia faktu, że Ukraina potrzebuje F-16 „na wczoraj”.

W ostatnich miesiącach ta potrzeba się zwielokrotniła, a to za sprawą rosyjskich bomb szybujących. W marcu br. rosjanie zrzucili trzy tysiące (!) FAB-ów, o wagomiarze od pół do półtora tony. Każda z takich bomb – starych, sowieckich konstrukcji, doposażonych w skrzydła i moduł sterujący – może zabić nawet kilkudziesięciu żołnierzy. I często zabija, dokonując małych, ale licznych wyłomów w ukraińskich liniach obronnych.

Tworzy to ryzyko poważniejszego przełamania, które wyeliminować może wyłącznie wypędzenie rosyjskiego lotnictwa taktycznego ze strefy przyfrontowej. Co można zrobić na dwa sposoby – wysyłając w strefę walk zachodnie systemy obrony powietrznej (jak Patriot) lub samoloty F-16. Dramatyzm położenia Ukrainy polega na tym, że nowoczesnych wyrzutni brakuje, a samoloty i ich obsługa nie są jeszcze gotowi.

Czy to sytuacja bez wyjścia? Nie – i wcale nie trzeba podejmować pochopnej decyzji o wysłaniu „efów”. Kijów szacuje swoje bieżące potrzeby w zakresie OPL na siedem dodatkowych baterii Patriot – to dużo, a zarazem niewiele dla zachodniej wspólnoty, która ma na stanie około 100 baterii (patriotów i analogicznych systemów europejskich) oraz nieograniczone wojennymi zagrożeniami możliwości produkcyjne.

Wracając zaś do „efów” – za mało, za stare, za późno; tak można by podsumować projekt „F-16 dla Ukrainy”. Ale lepszy rydz niż nic…

PS. W weekend Berlin zadeklarował wysłanie do Ukrainy, w trybie pilnym, kolejnej baterii Patriot. Z początkiem tygodnia pojawiła się sugestia, by Polska użyła swoich dwóch baterii do zestrzeliwania celów nad zachodnią Ukrainą (w takim scenariuszu wyrzutnie nie zostałyby przeniesione poza terytorium RP). Technicznie to możliwe, uzasadnione w każdym przypadku, gdy rakiety/pociski manewrujące zmierzają w stronę naszego kraju – ale czy coś z tego wyjdzie, prawdę mówiąc nie sądzę.

—–

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Arkowi Drygasowi, Monice Rani, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Jakubowi Wojtakajtisowi, Michałowi Strzelcowi, Joannie Marciniak i Andrzejowi Kardasiowi. A także: Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Maciejowi Ziajorowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi i Jarosławowi Grabowskiemu.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich dwóch tygodni: Piotrowi Kamińskiemu, Adamowi Andrzejowi Jaworskiemu, Arkadiuszowi Wiśniewskiemu, Piotrowi Kicmanowi (za „wiadro kawy”), Czytelniczce imieniem Ewa i Grzegorzowi Lenzkowskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Polskie F-16/fot. Bartek Bera

Pierwotnie ten artykuł opublikowałem w portalu Interia.pl