(Nie)wojna

Premier Donald Tusk od kilkunastu dni mówi o rosnącym zagrożeniu wyjątkowo otwarcie. 13 września, po rosyjskich atakach w pobliżu przejścia Jagodzin–Dorohusk, stwierdził, że „najbliższe tygodnie i miesiące będą okresem bardzo wzmożonych akcji ze strony rosyjskiej” i nie można wykluczyć, że eskalacja obejmie również terytorium Polski. Cztery dni później w Sejmie mówił o możliwości „hybrydowych uderzeń dronami i rakietami” na państwa wspierające Ukrainę. Minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz ocenia z kolei, że rosja wspina się po kolejnych szczeblach „drabiny eskalacyjnej”.

Jeszcze mocniej zabrzmiała wypowiedź Radosława Sikorskiego. Szef MSZ powiedział podczas wizyty w Nowym Jorku, że polskie władze otrzymują „z wielu źródeł” informacje, iż rosja „szykuje coś dużego” jeszcze w tym roku. Wymieniał przy tym różne możliwości, między innymi operację pod fałszywą flagą, która mogłaby posłużyć Kremlowi jako uzasadnienie kolejnej mobilizacji.

Inaczej akcenty rozkłada otoczenie prezydenta. Szef Biura Polityki Międzynarodowej Marcin Przydacz przekonuje, że rządowa komunikacja prowadzi do niepotrzebnego „przegrzewania” tematu i może wywoływać panikę. Nie neguje jednak samego zagrożenia: przyznaje, że dalsze rosyjskie prowokacje są możliwe, a realnych niebezpieczeństw nie należy lekceważyć. Spór dotyczy więc w dużej mierze sposobu mówienia o ryzyku.

To już się dzieje

Jeśli jednak odłożyć polityczne przepychanki na bok, katalog tego, co rosja może zrobić Polsce, jest całkiem konkretny. Co więcej, części tych działań nie trzeba sobie wyobrażać.

W maju 2024 roku spłonęło centrum handlowe Marywilska 44 w Warszawie. Polskie władze początkowo nie przesądzały przyczyn pożaru, późniejsze śledztwo doprowadziło jednak prokuraturę i służby do wniosku, że było to podpalenie dokonane przez grupę działającą na zlecenie rosyjskiego wywiadu. W kwietniu tego roku do sądu trafił akt oskarżenia przeciw pięciu osobom w sprawie grupy odpowiedzialnej za podpalenia i przygotowania do nich w Polsce, na Litwie i Łotwie. Według prokuratury celem było m.in. zastraszanie ludności i oddziaływanie na opinię publiczną.

W listopadzie ubiegłego roku doszło z kolei do aktów dywersji na linii kolejowej Warszawa–Dorohusk. Prokuratura zarzuciła dwóm obywatelom Ukrainy działanie na rzecz rosyjskiego wywiadu. Uszkodzenie infrastruktury stworzyło bezpośrednie niebezpieczeństwo katastrofy kolejowej. Po tym zdarzeniu uruchomiono operację „Horyzont”, w ramach której wojsko zaczęło wspierać służby w ochronie infrastruktury kolejowej.

To dobrze pokazuje charakter zagrożenia. rosja nie musi wysyłać do Polski własnych funkcjonariuszy. Może werbować ludzi przez internet, płacić za wykonanie pojedynczych zadań i wykorzystywać osoby, które formalnie nie mają z rosyjskimi służbami nic wspólnego. Celem mogą być tory, magazyny, zakłady przemysłowe, obiekty związane z pomocą dla Ukrainy albo infrastruktura energetyczna. Skutek dla ludzi jest jednak całkowicie realny: pożar, zatrzymane pociągi, zniszczone mienie, a w skrajnym przypadku ofiary.

Podobne działania można prowadzić bez podkładania ładunków czy wzniecania pożarów. 29 grudnia 2025 roku przeprowadzono skoordynowany cyberatak na polską energetykę. Objął co najmniej 30 farm wiatrowych i fotowoltaicznych, przedsiębiorstwo produkcyjne oraz elektrociepłownię dostarczającą ciepło niemal pół milionowi odbiorców. CERT Polska określił go jako pierwszy znany w naszym kraju cyberatak na sektor energetyczny, którego celem było wyłącznie niszczenie. Atakujący uszkodzili część urządzeń i próbowali nieodwracalnie zniszczyć dane. Nie udało im się jednak przerwać dostaw energii ani ciepła. Infrastruktura użyta podczas operacji pokrywała się z wykorzystywaną przez grupy wiązane przez zachodnie służby z rosyjską FSB.

Następna próba może być skuteczniejsza. Dla mieszkańca miasta rosyjski atak nie musi więc oznaczać widoku samolotów czy czołgów. Może oznaczać brak prądu, ogrzewania, wody albo problemy z komunikacją. Sam minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski, uzasadniając program wzmacniania cyberbezpieczeństwa wodociągów, mówił, że jeden skuteczny atak może odciąć wodę i sparaliżować funkcjonowanie całego miasta.

Wojna bez wystrzału

Są też działania mniej spektakularne, ale odczuwalne przez tysiące ludzi. rosja od lat zakłóca nad Bałtykiem sygnały nawigacji satelitarnej. Według danych zebranych przez Ośrodek Studiów Wschodnich tylko od stycznia do kwietnia 2025 roku odnotowano ponad 122 tys. lotów nad regionem, podczas których zgłoszono zakłócenia GNSS. Nie oznacza to, że samolot po utracie GPS natychmiast znajduje się w niebezpieczeństwie – lotnictwo korzysta również z innych systemów nawigacyjnych. Zakłócenia zwiększają jednak obciążenie załóg i kontrolerów oraz zmniejszają przewidywalność ruchu.

Do tej samej kategorii należą cyberataki na instytucje publiczne i przedsiębiorstwa, próby ingerowania w systemy teleinformatyczne czy działania przeciw infrastrukturze krytycznej. Nie każdy taki incydent można oczywiście przypisać rosji. Skala zagrożenia rośnie jednak szybko: w 2025 roku krajowe zespoły reagowania na incydenty cyberbezpieczeństwa obsłużyły niemal 273 tys. zdarzeń, o 144 proc. więcej niż rok wcześniej.

rosja próbuje również wpływać na to, jak Polacy interpretują prawdziwe wydarzenia. Po ubiegłorocznej dywersji na linii Warszawa–Dorohusk w polskojęzycznej infosferze pojawiła się kampania przerzucająca odpowiedzialność na Ukrainę. Ministerstwo Cyfryzacji opisywało schemat: prawdziwe zdarzenie, oficjalny komunikat, następnie alternatywna narracja i w końcu oskarżenia wobec Ukraińców. Podobne działania wykorzystują historyczne spory polsko-ukraińskie, przestępstwa popełniane przez obywateli Ukrainy czy napięcia związane z uchodźcami.

Ich celem nie musi być przekonanie Polaków, że rosja ma rację. Wystarczy pogłębianie konfliktów, osłabianie zaufania do instytucji państwa i podważanie poparcia dla Ukrainy. Z perspektywy Moskwy szczególnie atrakcyjne są przy tym operacje łączące kilka narzędzi: najpierw rzeczywisty akt sabotażu, później rozpowszechnianie fałszywych informacji o jego sprawcach, a na końcu wykorzystanie wywołanych w ten sposób emocji.

To właśnie tutaj przebiega dziś najbardziej problematyczna granica między pokojem a wojną. NATO jednoznacznie deklaruje, że poważny cyberatak lub inne działania hybrydowe mogą zostać uznane za zbrojną napaść i doprowadzić do uruchomienia art. 5. Nie określa jednak z góry progu – każda sytuacja ma być oceniana indywidualnie.

Na końcu tej skali znajduje się zagrożenie najbardziej oczywiste – klasyczne uderzenie wojskowe. O czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne – ze mną i własne

Niejednoznaczność

Niemieckiej symulacji rosyjskiego ataku na wschodnią flankę NATO, o której w ostatnich dniach zrobiło się głośno w europejskich mediach, nie należy traktować jako prognozy nieuchronnej wojny. Nie zmienia to faktu, że wnioski z tej gry okazały się niezbyt pokrzepiające…

Scenariusz nie zakładał marszu rosyjskich wojsk na Zachód ani otwartej konfrontacji z całym Sojuszem. Chodziło o ograniczone, punktowe uderzenie w jedno z państw bałtyckich – takie, które można przedstawić jako incydent lub lokalny kryzys. To właśnie zejście poniżej progu pełnoskalowej wojny czyniło przebieg gry szczególnie niepokojącym.

Symulacja potwierdziła, że kluczową rolę odgrywałby czas, liczony w godzinach i dniach. Wystarczający, by stworzyć „fakt dokonany” bez konieczności trwałego zajmowania terytorium i zmusić sojuszników do debaty nad tym, czy doszło już do ataku zbrojnego, czy wciąż mamy do czynienia z kryzysem możliwym do rozwiązania politycznie.

Najbardziej niepokojący wniosek nie dotyczył potencjału militarnego NATO, lecz mechanizmu decyzyjnego. Nawet przy formalnych gwarancjach bezpieczeństwa pierwszą reakcją Sojuszu mogłoby być wahanie – nie z braku woli obrony, lecz z obaw przed eskalacją i sporów o proporcjonalność odpowiedzi.

To właśnie ta polityczna zwłoka okazała się największym sprzymierzeńcem strony atakującej. Ograniczona agresja nie doprowadziłaby do rozbicia NATO czy zdobycia jego terytorium, lecz mogłaby sparaliżować proces decyzyjny i podważyć wiarę w szybkie, jednoznaczne gwarancje bezpieczeństwa. A stąd już tylko krok do przyśpieszonej erozji Sojuszu.

—–

Pytanie o to, czy rosja chciałaby zaatakować państwo NATO, często prowadzi do fałszywych wniosków, bo automatycznie kojarzy się z wojną totalną i katastrofalnymi konsekwencjami. Tymczasem ograniczony atak nie podlega tej samej logice co pełnoskalowy konflikt. Nie chodzi w nim o militarne zwycięstwo, lecz o kalkulację polityczną, w której potencjalne zyski przewyższają ryzyko eskalacji.

rosyjskie myślenie strategiczne opiera się na przekonaniu, że Zachód – mimo przewagi militarnej – jest ostrożny, proceduralny i podatny na polityczne wahania. W takim ujęciu możliwym celem nie jest pokonanie NATO, lecz podważenie jego wiarygodności. Da się to osiągnąć nie frontalnym uderzeniem, lecz działaniem, które zmusza sojuszników do długiego zastanawiania się, czy i jak reagować.

Kluczowym warunkiem byłoby – patrząc z rosyjskiej perspektywy – wrażenie osłabienia spójności Zachodu. Nie musiałoby ono mieć realnych podstaw militarnych. Wystarczyłby obraz sojuszu podzielonego, zajętego własnymi problemami i niechętnego podejmowaniu trudnych decyzji. Spory polityczne, napięcia transatlantyckie czy zmęczenie społeczeństw kryzysami mogłyby zostać w rosyjskiej kalkulacji uznane za sygnał, że reakcja NATO będzie spóźniona lub niejednoznaczna.

Istotna jest także asymetria w postrzeganiu ryzyka. Dla Zachodu eskalacja oznacza groźbę wojny na dużą skalę, dla rosji bywa narzędziem nacisku. W takiej logice wystarczyłoby założenie, że odpowiedź NATO będzie stopniowa, ostrożna i obudowana konsultacjami. Eskalacja nie byłaby więc aktem irracjonalnej agresji, lecz narzędziem kontrolowanej presji – obliczonym na grę na czas i sondowanie reakcji.

Nie bez znaczenia pozostaje także czynnik psychologiczny. rosyjska strategia opiera się na przekonaniu, że Zachód reaguje dopiero wtedy, gdy zostaje do tego zmuszony. Każda opóźniona lub niejednoznaczna reakcja wzmacnia to przeświadczenie i zachęca do kolejnych testów.

Na tę kalkulację nakłada się kontekst wojny przeciwko Ukrainie. Długotrwały konflikt zużywa rosyjskie zasoby i zwiększa pokusę zmiany reguł gry. Nawet ograniczone uderzenie w państwo NATO mogłoby przenieść punkt ciężkości konfrontacji, zmusić Zachód do myślenia o własnym bezpieczeństwie i otworzyć pole do rozmów na warunkach korzystniejszych dla Moskwy – nie poprzez zwycięstwo militarne, lecz przez presję polityczną.

—–

Ograniczony atak wymierzony w jedno z państw bałtyckich nie zaczynałby się od wystrzału. Na długo przed pojawieniem się wojska narastałaby presja informacyjna. Kanały powiązane z rosyjską propagandą rozpowszechniałyby przekaz o rzekomych prowokacjach, zagrożeniu bezpieczeństwa regionu czy konieczności „ochrony” określonych grup. Równolegle pojawiałby się chaos informacyjny – sprzeczne doniesienia, półprawdy i dezinformacje, których celem byłoby wytworzenie niepewności.

W tym samym czasie w państwie będącym celem pojawiałyby się problemy pozornie niezwiązane z bezpieczeństwem: awarie łączności, zakłócenia transportu czy przerwy w dostawach energii. Każde z tych zdarzeń można byłoby tłumaczyć przypadkiem lub błędem technicznym. Dla władz byłby to moment szczególnie trudny. Społeczeństwo oczekiwałoby wyjaśnień, ale brakowałoby jednoznacznych dowodów agresji. Zbyt ostra reakcja groziłaby oskarżeniami o eskalację, zbyt ostrożna – wrażeniem słabości. W tej przestrzeni niejednoznaczności ograniczony atak nabierałby tempa.

Dopiero na tym tle pojawiałyby się działania fizyczne: punktowe uderzenia w infrastrukturę lub logistykę, prowadzone przez siły specjalne, sabotażystów lub „niezidentyfikowane grupy”. Każdy incydent z osobna byłby ograniczony, ale razem zaczynałyby paraliżować normalne funkcjonowanie państwa.

Kluczowe byłoby tempo. Ograniczony atak zmuszałby decydentów NATO do reagowania w warunkach niepełnej informacji. Ruszałyby procedury sojusznicze i konsultacje, lecz nie byłyby one projektowane pod sytuację, w której granica między pokojem a wojną zostałaby celowo rozmyta.

W tym momencie agresor próbowałby stworzyć „fakt dokonany” – niekoniecznie poprzez trwałe zajęcie terytorium, a przez czasową kontrolę nad wybranym obszarem lub punktem. Równolegle narastałaby presja dyplomatyczna: apele o „deeskalację” i „dialog”, w których każda zdecydowana reakcja Zachodu przedstawiana byłaby jako eskalacja.

Najtrudniejsze pytania pojawiałyby się właśnie wtedy: czy byłby to już atak zbrojny, czy wciąż seria incydentów? Ograniczony atak zostałby zaprojektowany tak, by nie dawał jednoznacznych odpowiedzi, a każda godzina wahania działałaby na korzyść agresora. Gdy sytuacja zostałaby wreszcie nazwana wojną, podstawowy cel mógłby być już osiągnięty.

(…)

—–

Jak zniechęcić rosję do ograniczonego ataku? Ten przestaje być atrakcyjny tam, gdzie przeciwnik reaguje szybko, spójnie i bez wahań. Wspomniana na wstępie symulacja nie obnażyła słabości militarnej NATO, lecz jego podatność na zwłokę decyzyjną. Kluczowe nie są więc demonstracje siły ani gotowość do eskalacji za wszelką cenę, lecz odebranie agresorowi tego, co w takim scenariuszu najcenniejsze: czasu, niejednoznaczności i politycznego chaosu.

Dla NATO oznacza to konieczność odejścia od schematycznego myślenia o odstraszaniu. Same deklaracje solidarności nie wystarczą, jeśli proces decyzyjny pozostanie długi i podatny na paraliż. Ograniczony atak – co jasno pokazała niemiecka gra wojenna – testuje nie liczbę dywizji, lecz zdolność do szybkiego uznania, że doszło do sytuacji nieakceptowalnej i wymagającej wspólnej reakcji.

(…)

Ograniczony atak żywi się wątpliwościami i decyzyjną zwłoką. Tam, gdzie państwo potrafi jasno tłumaczyć sytuację i szybko podejmować decyzje, pole manewru agresora gwałtownie się zawęża. Najgorszym sygnałem jest niepewność co do tego, kto i kiedy bierze odpowiedzialność.

Ostateczny wniosek jest zatem prosty. Zarówno w Polsce, jak i w całym NATO, kluczowe jest zbudowanie systemu zdolnego reagować na niejednoznaczność. Taki system nie eliminuje ryzyka konfliktu, ale sprawia, że jego rozpoczęcie przestaje być opłacalne. A w świecie, w którym wojny coraz częściej zaczynają się od małych kroków, to właśnie brak opłacalności pozostaje najskuteczniejszym mechanizmem odstraszania.

Ten tekst – pierwotnie opublikowany przeze mnie w portalu TVP.Info – w powyższej formie pozbawiony jest części treści (przede wszystkim kontekstu polskiego w omawianym scenariuszu). Z całością artykułu możecie zapoznać się pod tym linkiem – zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. granica polsko-białoruska, zdjęcie ilustracyjne/fot. własne

Podcast

Seria dziwnych pożarów, blackouty – zarówno w Polsce, jak i w innych krajach zachodniej wspólnoty – rodzą podejrzenia, że mamy do czynienia ze skoordynowaną akcją. O którą, z oczywistych powodów, podejrzewamy rosjan. Czy to już wojna hybrydowa „na pełnej” czy jeszcze „tylko” zwykłe wypadki, nasilone z zupełnie innych powodów niż rosyjskie złe intencje?

Na załączonym filmie przestrzegam przed ferowaniem wyroków i uleganiem teoriom spiskowym, czy po prostu łatwym wyjaśnieniom. Przed postrzeganiem rosjan jako demiurgów, wobec których jesteśmy bezsilni – bo tym sposobem sami sobie robimy krzywdę.

Zachęcam do obejrzenia tego krótkiego materiału na profilu „Polski Zbrojnej”. Jeśli formuła szybkiego wideo-komentarza się przyjmie, moja macierzysta redakcja częściej będzie mnie delegować do takich zadań.

PS. Wybaczcie tę „naruszoną buźkę” (na filmie; grafika jest łaskawsza) – miałem drobny wypadek. Mówią, że „gęba nie szklanka” (i w sumie nie kłamią), ale nie mówią, że pod pięćdziesiątkę to trzeba jednak trochę uważniej skakać po drzewach z piłą łańcuchową…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki – w tym „Międzyrzecze”, które opowiada o wojnie polsko-rosyjskiej, dziejącej się współcześnie. Zapraszam do lektury, także innych pozycji. A jeśli o nich mowa… – możecie je nabyć, w wersji z autografem i pozdrowieniami. Ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Cienie

20 maja Unia Europejska zatwierdziła kolejny, 17. pakiet sankcji na rosję. Nakłada on ograniczenia handlowe na firmy z Turcji, Serbii, Uzbekistanu czy Zjednoczonych Emiratów Arabskich za obchodzenie nałożonych wcześniej restrykcji. Jak poinformowała szefowa dyplomacji UE Kaja Kallas, pakiet objął też niemal 200 statków z rosyjskiej „floty cieni”. „To cios w kroplówkę putina”, komentują media. Czym jest ta „flota cieni” i z czego ma wynikać dotkliwość sankcji?

Zacznijmy od kilku podstawowych informacji. Przed 2022 rokiem sprzedaż ropy i produktów ropopochodnych stanowiła około 40% wartości całkowitego eksportu rosji. Zarazem zapewniała państwu 30% dochodów budżetowych. Większość węglowodorów trafiała do krajów członkowskich UE. Pełnoskalowa inwazja na Ukrainę zmusiła europejską wspólnotę do nałożenia na federację rosyjską sankcji, w tym embarga na surowce energetyczne. U podłoża takich działań leżało przekonanie, że pozbawionej istotnych wpływów finansowych Moskwie w końcu zabraknie pieniędzy na kontynuowanie wojny, co w konsekwencji przyniesie pokój.

—–

Rzeczywistość okazała się bardziej skomplikowana – rosja przekierowała eksport kopalin na azjatyckie rynki. Sprzedaż spadła, lecz nie na tyle, by zakłócić wydobycie i zagrozić budżetowi. Rosyjska zdolność do adaptacji wywołała zatem kolejną reakcję – pod koniec 2022 roku UE (wraz z G7 i Australią) wprowadziła pułap cenowy na ropę z rosji. Odtąd nie mogła ona kosztować więcej niż 60 dolarów za baryłkę, co w założeniu miało ograniczać rosyjskie zyski. Jak zamierzano egzekwować przestrzeganie limitu? Mieli o to zadbać armatorzy i ubezpieczyciele. Pod rygorem utraty koncesji zabroniono im świadczenia usług po cenach nieuwzględniających narzuconego pułapu. A że firmy żeglugowe i ubezpieczeniowe z państw G7 miały wówczas 90% rynku, rosjanie zmuszeni zostali do zaakceptowania nowych realiów.

Tak się przynajmniej wydawało. Na początku 2023 roku zachodnie media z satysfakcją donosiły, że rosyjskie zyski ze sprzedaży ropy i pochodnych spadły o jedną trzecią. Ale wkrótce znów się odbiły – co takiego wydarzyło się po drodze? rosjanie przestali korzystać z usług armatorów, którzy narzucali im niekorzystne ceny i przeszli do szarej strefy. Tak na scenie pojawiła się „flota cieni” – na początku minionego roku odpowiadała ona za transport 80% rosyjskiej ropy eksportowanej za granicę. Oznaczało to niemal pełne obejście mechanizmu sankcyjnego, który miał być dla rosji dotkliwym ciosem. Kopaliny przewożone przez „flotę cieni” sprzedawano bowiem po cenach rynkowych, utrzymujących się powyżej narzuconego limitu. Nadal tak się je sprzedaje.

—–

Przemytnicy – bo tak de facto należy ich nazwać – do tej pory nie przejmowali się konsekwencjami łamania sankcji. Statki wchodzące w skład „floty cieni” pływają pod tanimi banderami – Panamy, Liberii czy Gabonu – i należą do spółek z Bliskiego Wschodu i Azji, cechujących się wyjątkowo nieprzejrzystą strukturą własności. Jednostkom często zmieniane są nazwy, przerejestrowuje się ich bandery – wszystko po to, by utrudnić identyfikację poszczególnych statków. Te zaś podczas rejsów ukrywają swoje lokalizacje, wyłączając oświetlenie czy transpondery. Trudno je więc namierzyć – dosłownie i w przenośni – no i pozostają poza jurysdykcją respektujących sankcje państw i organizacji. A póki istnieją kraje skłonne kupować od rosji ropę po rynkowych cenach, póty interes się kręci. Te kraje to Indie, Turcja i Chiny, to tam trafia ponad 90% rosyjskiego eksportu kopalin.

Idźmy dalej. By działalność w zakresie zaspokajającym potrzeby rosji była w ogóle możliwa, „flotę cieni” należało rozbudować. Kupowanie tankowców z pierwszej ręki do nielegalnego interesu nie jest łatwe, poza tym podaż nowo wodowanych jednostek pozostaje ograniczona. Rozwinięte możliwości serwisowania statków istnieją w miejscach, których właściciele „floty cieni” woleliby unikać. W rezultacie miażdżąca większość tej armady jest stara i zużyta, a masowe skupowanie „używek” niemal wyczyściło rynek. Jak donoszą branżowe media, tankowce liczące sobie więcej niż 15 lat są praktycznie niedostępne, zaś ich cena w ostatnim roku wzrosła o 120%.

—–

Lecz o ile ograniczona dostępność „używek” to zmartwienie dla nieuczciwych armatorów i w konsekwencji samych rosjan, o tyle stan techniczny „floty cieni” to utrapienie o wymiarze globalnym. Chodzi tu o zagrożenia ekologiczne, na przykład skutki wycieków po awariach, źle lub w ogóle nieusuwanych z powodu braku przyzwoitego serwisu i pieniędzy z tytułu ubezpieczenia. Dodajmy do tego ryzyko kolizji morskich, wysokie, gdy jednostka ukrywa swoją lokalizację. Jak w przypadku innych rodzajów działalności przemytniczej, tak i „flota cieni” mnoży zagrożenia natury kryminalnej. Mówiąc wprost, jednostka, która z zasady unika kontaktu ze służbami kilkudziesięciu państw, może poza ropą przewozić także inną kontrabandę – na przykład broń czy porwanych do pracy niewolniczej ludzi.

Sam proceder morskiego przemytu nowy nie jest, a z usług „floty cieni” od dawna korzysta Iran czy Korea Północna. Lecz dopiero rosja uczyniła zjawisko masowym – każdego miesiąca rosyjską ropę transportuje nawet 200 tankowców. A Moskwa postanowiła podbić stawkę – statki należące do „floty cieni” zaczęły być używane także do dywersji. Co istotne, do tych aktów dochodzi również na Bałtyku. W połowie listopada 2024 roku przerwane zostały dwa kable telekomunikacyjne, łączące Finlandię z Niemcami i Szwecję z Finlandią. Kilkanaście dni później zerwany został EstLink2, czyli przebiegający pod Zatoką Fińską kabel energetyczny. Pod koniec grudnia doszło też do zniszczenia czterech podmorskich kabli do transmisji danych. Trzech między Finlandią a Estonią i jednego prowadzącego do Niemiec.

—–

W takich okolicznościach „flota cieni” stała się narzędziem już nie tylko w wojnie ekonomicznej. Co więcej, rosja zdjęła maskę. W jakich okolicznościach? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu. Opublikowałem go w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do całości.

Szanowni, zachęcam Was do odwiedzin w e-sklepie Patronite, gdzie można nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.