„Terror”

Tymczasem rosjanie i lokalni prorosyjscy aktywiści medialni nie odpuszczają. Trwa straszenie rosyjską potęgą, i trwa obrzydzanie Ukraińców oraz ich walki.

Schemat narracyjny sprowadzający się do atomowych pogróżek jest w ciągłym użyciu, ale – zdaje się – nie przynosi oczekiwanych efektów. Politycy i społeczeństwa Zachodu są chyba coraz bardziej impregnowani na rosyjski blef. Nie ma powszechnego strachu i nie ma panicznych reakcji – zarówno w wymiarze społecznym, jak i politycznym. Nie relacjonuję Wam jakichś pogłębionych badań, a efekty własnych eksploracji rozmaitych internetowych banieczek, niemniej intuicja socjologiczna podpowiada mi, że te wnioski można rozciągnąć poza strefę wirtualnej rzeczywistości. Szczególnie jeśli idzie o działania rządów, w których da się dojrzeć coraz twardszą, bardziej bezkompromisową postawę wobec rosji i moskwy. Zapach krwi zdychającego niedźwiedzia dociera nawet do najbardziej zapchanych nozdrzy…

Lecz jako się rzekło, walka trwa, więc trolle i wszelkiej maści „obiektywni” sprawozdawcy konfliktu wracają do „starych-dobrych” argumentów o sile rosyjskiej masy. Mój ulubiony wyraża się w tonie pełnej żalu przestrogi, że oto rosja „mentalnie i realnie zakończyła ‘Operację Specjalną’ i idzie na pełnowymiarową wojnę z Ukrainą”. Czyli jak żywo, teraz to rosjanie naprawdę zaczną i nam/światu/Ukraińcom pokażą. „Od Władywostoku do Kaliningradu, od Murmańska do Stawropola, w Groznym, w Ufie, Irkucku, Krasnojarsku i Rostowie pociągi i autokary wyruszają z mobilizowanymi mężczyznami. Żegnają ich na dworcach i placach odjazdów, żony, dzieci, rodziny. Wojskowe orkiestry grają na pożegnanie stary, bo z 1912 rosyjski marsz Wasyla Agapkina ‘Pożegnanie Słowianki’. Oczywiście nasze media tego nie pokażą, ale proszę wierzyć, robi to porażające wrażenie”, czytamy.

Boicie się już? Tej masy poważnych rosyjskich mężczyzn, którzy zimą – po „odpowiednim przygotowaniu” – wyruszą na front? Kto wie, może w rozpędzie podejdą aż pod Warszawę…

Co zaś się tyczy drugiego motywu narracji – mamy tu do czynienia z mało wybrednym rozgrywaniem zachodnich, w tym polskich, uprzedzeń. W tej części świata zamachy samobójcze automatycznie przywodzą skojarzenia z islamskim fundamentalizmem i terroryzmem. Uruchamiają psychologiczne mechanizmy, których skutkiem jest nagana i pogarda – bo przecież „cywilizowany człowiek w ten sposób nie walczy”. W rusnecie, ale i na naszych pachnących owijaczami do stóp profilach już wiedzą, co się wczoraj wydarzyło na moście krymskim. Mimo iż skutki eksplozji wskazują, że nie mogło do niej dojść na linii jezdni (był to wybuch POD mostem, nie podejmuję się rozważań o tym, jak został wywołany), „specjaliści” orzekli, że atak przeprowadził kierowca-samobójca wypełnionej materiałem wybuchowym ciężarówki. To zaś dowodzi desperacji Ukraińców – przede wszystkim ludzi, którzy posłali samobójcę na śmierć.

Skądinąd to śmieszno-straszne jest, gdy ruscy wypisują, że Ukraińcy to terroryści – gdy w tym samym czasie ich rakiety spadają na osiedla mieszkalne (jak dziś w nocy w Zaporożu). No ale do bombardowań obiektów cywilnych przez rosjan świat zdołał już przywyknąć, za to „terrorystyczny akt na moście”, jako coś świeżego, może przynajmniej na chwilę wywołać nieprzyjemne refleksje u Polaka czy innego zachodniaka. Gdyby takie się nie pojawiły, usłużni podrzucą, co trzeba. „Obym się mylił”, pisze jeden z nich, „ale nie można wykluczyć w przyszłości takich (terrorystycznych – dop. MO) ataków na rosyjskie elektrownie atomowe, pociągi i samoloty pasażerskie”.

Boicie się już – tym razem nieobliczalnych, niecywilizowanych Ukraińców?

PS. A propos nieobliczalności. W każdym normalnym kraju, po taki zdarzeniu jak wczoraj, przeprawa mostowa zostałaby poddana długotrwałym oględzinom i ekspertyzom – przed ponownym oddaniem jej do ruchu. Most krymski, w ograniczonym zakresie (ruch wahadłowy, po niezniszczonym pasie), otwarto jeszcze wczoraj wieczorem. Co jest ewidentnym naruszeniem zasad bezpieczeństwa. No ale ważniejsza jest propaganda i pokazanie, że „tak naprawdę nic wielkiego się nie stało”. A że ktoś przy tej okazji może zginąć? Eee, kto by się tym przejmował…

—–

Nz. Na froncie Ukraińcy nie odpuszczają72 ОМБр ім. Чорних Запорожців

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Trup

Przedwczoraj napisałem na jednym z profilów, że putin jest już trupem, choć może jeszcze tego nie wie. Obejrzałem dziś jego wystąpienie i wiem, że on wie – że jest już martwy. „Technicznie” nadal dycha – i zapewne potrwa to jeszcze jakiś czas. Śmierć bowiem rozumiem tu przede wszystkim symbolicznie – jako kres putinizmu i rosji, którą znamy z ostatnich dziesięcioleci. Przedstawienie na Kremlu – mimo całej tej imperialnej, okazałej bordiury – bardziej przypominało mi stypę niż spektakl polityczny, za którym stałyby siła i żywotność anektującego nowa terytoria państwa. Smętne miny zgromadzonych – formalnie przedstawicieli najwyższych władz – zdradzały napięcie, lęk, ale i irytacje. Nie czytam w ludzkich myślach, lecz dałbym sobie rękę uciąć, że w głowach wielu oficjeli tłukła się natrętna refleksja: „gdzieś ty nas, gamoniu, zaprowadził…?”.

Większość wystąpienia putlera to absurdalne wyrzygi w stronę Zachodu jako zła tego świata – którego przeciwieństwem jest rzecz jasna stara dobra rosja, ostoja tradycji i konserwatyzmu. Ale mimo iż adresat został jasno zdefiniowany, nie padły w jego stronę groźby. To znamienne, zwłaszcza gdy spodziewaliśmy się kolejnego atomowego szantażu. „Rosja będzie broniła swojego terytorium wszelkimi możliwymi sposobami” – zapewnił putin. I zaraz rozmemłał tę deklarację stwierdzeniem: „Będziemy starali się zapewnić bezpieczeństwo naszym obywatelom”. Ja dla przykładu postaram się w ten weekend wyspać, ale czy mi się uda, to nie wiem. „Postaramy się” to retoryczna figura, oznajmiająca, że „chciałbym, ale nie wiem, czy mogę/czy zdołam/czy inni mi pozwolą”. I można by mnie wydrwić za semantyczne rozkminki bez przełożenia na realia, gdyby nie… realia. Gdy putin sterczał jak kołek przed mównicą (znów ta sanitarna pustka wokół niego, utrzymywana przez niemal całą ceremonię; dowód obsesji i strachów podstarzałego kagiebisty), pięć tysięcy żołnierzy armii rosyjskiej znalazło się w potrzasku – w kotle wokół Łymania. Sytuacja taktyczna typu ch… – jak mawiał Darek, najlepszy fotoreporter, z którym przyszło mi pracować na wojnie. Łymań to część obwodu donieckiego, od dziś niby część rosji – tymczasem lada moment znów stanie się częścią Ukrainy. Jego garnizon właśnie usiłuje dać nogę, ale drogi ucieczki to – jak mówi się w języku NATO, a co po polsku świetnie oddaje istotę spraw – „kill zone”, strefa zabijania. Ukraińcy ładują po orkach ile wlezie, nie zdziwię się więc, gdy ucieczkowiczom zabraknie odwagi do udziału w kolejnych próbach przebicia. Łymań już zdyskontował dzisiejszą ceremonię (sądząc po reakcjach w rus-sieci – „czerwonych” w tematyce łymańskiej, letnich zaledwie w odniesieniu do aktu aneksji) – gdy dojdą do tego przebitki z setkami jeńców, wizerunkowy cios zadany kremlowskiej propagandzie będzie nokautujący.

A swoje do pieca dołożył jeszcze Wołodymyr Załenski, oświadczając – tuż po tym, jak putler zniknął w bunkrze – że Ukraina składa wniosek o przyśpieszone członkostwo w NATO. Nie czas i miejsce, by dywagować nad tym, czy taką procedurę uda się przeprowadzić – samo wyrażenie woli przez władze w Kijowie to policzek dla Kremla. Przypomnienie putinowi, w jak głębokiej dupie jest w „kwestii ukraińskiej”. Patrząc z perspektywy rosji, takie akcje już od wielu miesięcy nie miałyby prawa się wydarzyć – w Kijowie winna rządzić uległa klika, a prozachodnie ambicje byłyby właśnie wybijane z głowy ostatnim niepokornym Ukraińcom.

Tymczasem trwa wybijanie z innych głów – rosyjskich – putinizmu.

Mogilizacja – sposób, w jaki pobór jest prowadzony – obnażyła skrajną niewydolność rosyjskiego państwa. Fenomen branki opisywałem na bieżąco, więc nie będę się tu teraz doktoryzował. Dodam tylko – bo i to jest symboliczne – że do dziś przed przymusowym wcieleniem zwiało z rosji 300 tysięcy potencjalnych poborowych – czyli w relacji do planów mobilizacyjnych (przynajmniej tych oficjalnych) mamy 1:1.

Ktoś napisał, że to dowód kompromitacji rosjan. I tak, i nie. Oczywiście, uśmiech politowania może wywołać fakt, że dotychczasowi wielbiciele idei Z, gdy zawisło nad nimi ryzyko wysyłki na front, dramatycznie zrewidowali poglądy. Tyle że to nie jest porażka (a więc i kompromitacja) pojedynczego człowieka, ale całego putinowskiego systemu. Jego ideologicznej patriotyczno-wielkoruskiej otoczki. Ten system opierał się na kłamstwie – Kreml (rozumiany jako rosyjski establishment) kłamał, że odbudowuje imperium, tymczasem zajmował się złodziejstwem na niespotykaną skalę. Dzięki posowieckim zasobom militarnym przez wiele lat udawało się grać va banque – ktoś, kto ma „atomówki” i mówi, że jest potęgą, za potęgę będzie uważany. W boju, na małą skalę, były wyniki (Gruzja, Syria, Krym), mechanizm surowcowego uzależnienia dodawał kolejnych atutów i ostatecznie pozwalał podtrzymywać miraż. Zwykli ruscy w niego uwierzyli – dziś to „oszukani” – ale prawdopodobnie miażdżąca większość, na co dzień stykająca się z bylejakością państwa, tylko udawała, że całym sercem wspiera putinowską rekonstrukcję (weźmy dla przykładu poborowych, którzy siedzieli w syfie półtora roku – myślicie, że po takim doświadczeniu wierzyli w siłę i potęgę rosyjskiej armii?). Tak naprawdę chodziło tylko o to, by „jakoś żyć”, jakoś „się ustawić” w tej postsowieckiej, rosyjskiej rzeczywistości. Konformizm nie ma cech narodowych, ale faktem jest, że z rosjanami związał się w sposób szczególny. Było więc wielostopniowe, przenikające wszystko kłamstwo i iluzja – aż ekipa gen. Walerego Załużnego powiedziała „sprawdzam!” i rozpieprzyła zawodową rosyjską armię. Nagle okazało się, że rosja to humbug, ideologiczna pustka, coś, za co nie warto ginąć. Tak jak swego czasu skompromitował się (i upadł, bo nie było za wielu chętnych do jego obrony) komunizm, tak kompromituje się na naszych oczach putinizm.

I putin o tym wie. Pewnie gdzieś tam jeszcze widzi swoje szanse. Ale w chwilach racjonalnej kalkulacji ma świadomość, że zapędził się w kozi róg. Ci, których zapędził razem ze sobą, na pewno mu tego nie podarują. Nie po to kradli, by majątek im wyparował – dosłownie i w przenośni.

Więc putin jest już trupem.

—–

Nz. Ruskie dające nogę z Łymania/fot. Siły Zbrojne Ukrainy

Ps. Dziś felietonowo, ale po weekendzie wracam z twardymi analizami.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Mogilizacja

I jakoś to leci. Mam na myśli mobilizację, czy mogilizację, jak przymusowy pobór szybko przechrzciła rosyjska ulica. Z jednej strony docierają do nas obrazki z lotnisk i granic, gdzie tłoczą się uciekający przed wojskiem mężczyźni, z drugiej, materiały z głębokiej rosyjskiej prowincji, gdzie i owszem, ktoś tam protestuje, ale ostatecznie i tak pełne autobusy i samoloty zmierzają do miejsc koncentracji. Na marginesie, irytuje mnie przaśno-drwiący charakter komentarzy odnoszących się do filmików z tej drugiej serii. To nabijanie się z pijanych ruskich (bo zwykle oglądamy mężczyzn mocno pod wpływem oraz ich kłótnie i bójki). Ci ludzie trafią do Ukrainy, nim znajdą się na froncie, będą mieli kontakt z ukraińskimi cywilami na okupowanych terytoriach. Jeśli już teraz zachowują się jak swołocz, co zrobią z bezbronnymi kobietami i dziećmi? Pytanie jest rzecz jasna retoryczne…

„Może przynajmniej odmówią walki albo się poddadzą?”, pisze do mnie Czytelnik, dzieląc się nadzieją, że niskie motywacje rosjan pokrzyżują putinowi plany pobudzenia aktywności wojska na froncie. Czy ja wiem? Pamiętajmy, że Kreml przygotował sobie odpowiednie zabezpieczenia prawne – dezercja i dobrowolne oddanie się do niewoli obarczone są ryzkiem kary 10 lat więzienia. Na froncie – wzorem oddziałów zaporowych NKWD – jednostek liniowych pilnują kadyrowcy; zwiać na tyły też trudno, bo można dostać kulkę od swoich (choć może powinienem napisać „swoich”, biorąc pod uwagę etniczne napięcia w rosyjskiej armii). W takich okolicznościach nawet zdeklarowany pacyfista znajdzie się w potrzasku.

Nie mam złudzeń, co to oznacza w większości przypadków, zwłaszcza gdy ów przeciwnik wojowania trafi na pierwszą linię, w ogień. Wtedy do głosu dochodzi przede wszystkim chęć przetrwania, pojawia się kalkulacja „albo oni mnie, albo ja ich”. „Tamci” nie mają czarodziejskich dekoderów, pozwalających odkryć emocje, uczucia czy intencje wroga – gdy go widzą, strzelają. Strzela więc i druga strona i karnawał przemocy trwa w najlepsze. I z każdym kolejny zdarzeniem degeneruje nawet największych pięknoduchów – a choćby i poprzez wyzwalanie w nich zobojętnienia na cierpienie, śmierć i materialną destrukcję. Jestem pewien, że chłopak złapany przedwczoraj w Moskwie – któremu dotąd do głowy nie przyszło, że mógłby i chciałby kogoś zabić – który na komendzie dostał powiestkę, a dziś jest już pewnie w drodze do jednostki, za kilka tygodni wypełni swoje zadanie. Dostanie rozkaz „wpieriod!” i pójdzie. Pewnie zginie albo wróci do domu bez ręki czy nogi. Z czasem, by nie zwariować, zracjonalizuje sobie tę historię – nada jej heroicznych ram, wpisując się w oficjalną narrację o „świętej wojnie”.

Lecz nim to wszystko nastąpi, niewykluczone, że popełni jakieś niegodziwości. O tym, jak silne są mechanizmy grupowej lojalności, napisano całe tomy. Nie będę tego ilustrował przykładem z badań – znów pozwolę sobie sięgnąć do historii rodzinnej. Jeden z moich wujów, wcielony do Wehrmachtu, zwiał ostatecznie na drugą stronę – i wojnę skończył jako żołnierz Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie (gwoli rzetelności, nie on jeden pośród krewnych). W ucieczce towarzyszył mu Ślązak, także z przymusowego poboru. Mniejsza o szczegóły – by pomysł się powiódł, chłopcy musieli najpierw zabić kolegę, etnicznego Niemca. I tak też się stało, a wuj do końca życia zmagał się z traumą. Z piętnem tego, który strzelił w plecy człowiekowi. Zabił towarzysza, z którym znał się od wielu miesięcy – od początku szkolenia podstawowego aż po tygodnie spędzone na froncie. Takie słowa nigdy nie padły, ale dla mnie było oczywiste, że ów krewny nie zrobiłby drugi raz tego samego. Bez względu na konsekwencje.

Ucieczkę poprzedziła służba na pierwszej linii. Przy obsłudze działa samobieżnego (chyba typu Hummel, bo mowa była o sześcioosobowej obsłudze), czyli sprzętu, którym nie dało się markować strzelania. Który jak łupnął i dobrze trafił (a dlaczego miałby nie trafiać, skoro większość załogi stanowili rodowici Niemcy?), to zabijał i ranił tych po drugiej stronie, niezależnie od widzimisię przymusowo wcielonych. Ta kwestia w rodzinnych rozmowach stanowiła tabu.

Oglądaliście „Pluton”? Doskonały, niemal paradokumentalny zapis historii amerykańskiego pododdziału, wysłanego do wietnamskiej dżungli. Widzimy tam, jak poczucie wszechobecnego zagrożenia truje dobrych, prostych chłopaków do tego stopnia, że część z nich dopuszcza się zbrodni wojennych. Potrzeba bezpieczeństwa, jakie daje grupa i strach przed zemstą sprawców, każą trzymać gęby na kłódki nawet tym, którzy nic złego nie zrobili. W takich okolicznościach tworzą się brudne wspólnoty, w których każdy na kogoś coś ma. Wielu z tych początkowo czystych, ostatecznie macha ręką; bezkarność kolegów rodzi przekonanie, że „hulaj dusza, piekła nie ma”, no i „czemu u licha ta ja mam być frajerem?”.

Tymczasem w rosyjskiej armii bezkarność sprawców zbrodni to część modus operandi tej instytucji. Wojsko nie jest w stanie zaspokoić wielu podstawowych potrzeb żołnierza, godzi się zatem na jego kryminalne zachowania, traktując je jako cenę za dyspozycyjność. Ba, promując wręcz jako cnotę samowystarczalność prostego sołdata, który sam się wyżywi i jeszcze sobie dorobi.

Przygnębiają mnie zatem te mobilizacyjne newsy, bo uciekła ze mnie nadzieja na poważniejszą obstrukcję ze strony kandydatów na armatnie mięso i ich bliskich.

Ale…

Ale na szczęście rosyjską armią dowodzi putin – jak wynika z ustaleń brytyjskiego wywiadu, prezydent federacji, niczym Hitler przed laty, uznał swoich generałów za niekompetentnych i już od dłuższego czasu sam decyduje o najważniejszych posunięciach. Efekty oglądamy na co dzień.

Oglądają je też oficerowie rusarmii. Jak donosi dobrze zwykle poinformowany rosyjski bloger „GenerałSWR”: „(…) Kilkanaście osób reprezentujących Sztab Generalny napisało apel do prezydenta Rosji Władimira Putina, w którym wyraziły przekonanie o niemożności realizacji wyznaczonych przez prezydenta celów i zadań Specjalnej Operacji Wojskowej. Autorzy apelu argumentują swoje stanowisko, wskazując na szereg obiektywnych przyczyn – ich zdaniem, wśród nich jest brak dostatecznej ilości broni oraz całkowity brak motywacji wojska i zrozumienia rzeczywistych powodów prowadzenia działań wojskowych na terytorium Ukrainy. Mobilizacja w ich obiegu nazywana jest ‘błędem śmiertelnym’, który doprowadzi do ogromnej liczby ofiar, ale nie pomoże w osiągnięciu celów. Autorzy proszą Putina o ‘wykazanie mądrości’ i rozwiązanie problemów przy stole negocjacyjnym (…). Nie jest to pierwszy apel do prezydenta ze strony przedstawicieli Sztabu Generalnego, ale ten wyraźnie pokazuje, że istnieje opozycja. W Sztabie Generalnym zdecydowana większość (…) ma pewność, że tej wojny nie da się wygrać, nawet po ogłoszeniu pełnej mobilizacji. To prawda, że większość ponuro realizuje wolę Naczelnego Wodza i tylko nieliczni mają odwagę wyrazić stanowisko sprzeczne ze stanowiskiem prezydenta. (…)”.

Czy kolejne dziesiątki tysięcy zabitych przywrócą tej milczącej większości odwagę? Może, skoro dół nie chce, to góra zakończy tę przeklętą wojnę?

—–

Nz. Demonstracja antymobilizacyjna w Moskwie/fot. za: Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to