Zima

Według Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA) rosja ma 32 duże rafinerie o łącznych nominalnych mocach przerobowych około 6,5 mln baryłek dziennie. W pierwszych ośmiu miesiącach tego roku rosyjskie przetwórnie były atakowane średnio raz na trzy dni.

Efekty są już widoczne. W czerwcu rosyjskie rafinerie przerabiały około 3,8 mln baryłek ropy dziennie – najmniej od ponad dwóch dekad i o około 30 proc. mniej niż rok wcześniej. Produkcja benzyny była o około jedną piątą niższa niż w 2025 roku, diesla – o niemal 30 proc. Pod koniec sierpnia produkcja benzyny spadła według źródeł Reutersa do około 80 tys. ton dziennie, podczas gdy krajowe zapotrzebowanie wynosiło około 115 tys. ton. rosyjskie rafinerie pokrywały więc zaledwie około 70 proc. popytu.

W ukraińskich komunikatach pojawiają się znacznie bardziej spektakularne liczby. Kijów twierdzi, że jego ataki wyłączyły już z działania 51 proc. rosyjskich mocy rafineryjnych. Tego szacunku nie udało się niezależnie potwierdzić, a wskaźnika nie należy utożsamiać z utratą połowy rosyjskiej produkcji. Rafineria uznana za trafioną może nadal pracować, tyle że z ograniczoną wydajnością, a część uszkodzeń rosjanie są w stanie szybko naprawić.

Dlatego ważniejsze jest to, co zostaje trafione. Proste uszkodzenia instalacji pierwotnego przerobu ropy można niekiedy usunąć w ciągu tygodnia lub dwóch. Znacznie trudniej zastąpić instalacje krakingu katalitycznego, hydrokrakingu, reformingu czy hydrorafinacji, niezbędne do wytwarzania wysokiej jakości paliw. Według IEA poważnie uszkodzone urządzenia tego rodzaju mogą wymagać sześciu–ośmiu miesięcy napraw. Rafineria moskiewska, ciężko uszkodzona w czerwcu, ma według dostępnych informacji pozostać wyłączona do początku 2027 roku.

Dla Ukrainy kluczowe staje się więc nie tylko trafienie takiego zakładu, lecz możliwość ponowienia ataku, zanim odzyska on pełną sprawność. A właśnie pod tym względem sytuacja zmieniła się w ostatnich latach najbardziej. Jeszcze kilka lat temu problemem było samo dotarcie do celu położonego kilkaset kilometrów w głębi rosji. Dziś Ukraina dysponuje całą rodziną własnych środków dalekiego zasięgu. Według danych producenta FP-1 może lecieć do 2700 km, cięższy FP-2 do 700 km, a pocisk manewrujący FP-5 Flamingo – nawet do 3000 km, przenosząc głowicę o masie około 1150 kg. Producent informował latem, że FP-1 i FP-2 uczestniczą w uderzeniach na rosję niemal codziennie.

Nie wszystkie deklarowane parametry można niezależnie zweryfikować, ale zasięg przeprowadzanych ataków pokazuje, że rosyjska geografia przestała być tak skuteczną osłoną jak wcześniej. W lipcu zaatakowano rafinerię w Omsku, około 2,5 tys. kilometrów od granicy z Ukrainą. Pod koniec sierpnia poza zasięgiem ukraińskich dronów pozostawało tylko pięć dużych rosyjskich rafinerii, położonych na wschodzie kraju (w odległości 3,5-6,5 tys. km od Ukrainy).

Strategiczne znaczenie tej zmiany nie sprowadza się zatem do możliwości przeprowadzenia pojedynczego uderzenia tysiące kilometrów od frontu. Ukraina może prowadzić kampanię, w której kolejne ataki nakładają się na skutki poprzednich. rosjanie muszą więc nie tylko chronić dziesiątki zakładów rozrzuconych na ogromnym terytorium, ale również naprawiać je w tempie szybszym niż przeciwnik jest w stanie ponownie je uszkadzać. To właśnie relacja między tempem niszczenia i odbudowy może zdecydować o rzeczywistej skuteczności ukraińskiej kampanii.

—–

Czy zatem zimą rosjanom zabraknie benzyny? Popyt na paliwa zmienia się sezonowo, a rosja dysponuje ogromną infrastrukturą naftową, może ograniczać eksport i przerzucać paliwa między regionami. Już podczas tegorocznego kryzysu władze kierowały do Moskwy benzynę z Syberii oraz zwiększały dostawy z zagranicy. Nawet dalsze skuteczne uderzenia w rafinerie nie oznaczają więc, że pewnego dnia cały kraj po prostu stanie.

Nie znaczy to jednak, że zimą skuteczność ukraińskiej kampanii musi zmaleć. Przeciwnie – może zmienić się przede wszystkim rodzaj szkód, które Ukraina jest w stanie powodować. Rafineria pozostaje ważnym celem przez cały rok, bo jej wyłączenie uderza w dostępność paliw, transport i gospodarkę. Wraz ze spadkiem temperatury szczególnego znaczenia nabiera jednak druga część rosyjskiej infrastruktury: system wytwarzania i dostarczania energii elektrycznej oraz ciepła. Ta sama kilkugodzinna awaria, która latem oznacza przede wszystkim niedogodność i straty gospodarcze, podczas silnego mrozu może stać się znacznie poważniejszym problemem.

Energia elektryczna jest bowiem elementem całego systemu naczyń połączonych. Bez niej nie działają pompy i część infrastruktury wodociągowej, problemy pojawiają się w systemach ciepłowniczych, telekomunikacji, handlu czy transporcie. Im dłużej trwa awaria i im niższa jest temperatura, tym większe ryzyko, że problem przestaje ograniczać się do braku światła. Dlatego do wywołania lokalnego kryzysu nie trzeba pozbawiać energii całego regionu na wiele dni. Wystarczy poważnie uszkodzić odpowiednio dobrany element sieci i utrudnić szybkie przywrócenie zasilania.

rosjanie przekonali się o tym już poprzedniej zimy. W styczniu ukraiński atak na infrastrukturę energetyczną obwodu biełgorodzkiego pozbawił według miejscowych władz około 600 tys. mieszkańców prądu, ogrzewania i wody. Temperatura spadała poniżej zera, w Biełgorodzie wyłączono oświetlenie uliczne, a władze musiały ograniczać zużycie energii. Nie był to paraliż rosyjskiej energetyki, lecz regionalny kryzys – i właśnie dlatego jest dobrym przykładem tego, co Ukraina może próbować powtarzać tej zimy.

—–

Taki sposób prowadzenia wojny Ukraińcy znają zresztą z własnego doświadczenia. Od jesieni 2022 roku rosja systematycznie atakuje elektrownie, elektrociepłownie, stacje elektroenergetyczne i inne elementy ukraińskiego systemu. Celem nie musi być trwałe pozbawienie całego kraju energii. Wystarczy zmusić operatorów do ciągłych napraw, tworzyć niedobory mocy, powodować awaryjne wyłączenia i sprawiać, że każdy kolejny atak zastaje system osłabiony skutkami poprzedniego. Mróz zwielokrotnia konsekwencje takich działań.

Ukraina nie dysponuje potencjałem pozwalającym przenieść ten model na rosję w podobnej skali. rosyjski system elektroenergetyczny jest ogromny, rozciągnięty na tysiące kilometrów i ma znacznie większe zasoby niż ukraiński. Kijów musi ponadto dzielić ograniczoną liczbę środków dalekiego zasięgu między rafinerie, przemysł zbrojeniowy, lotniska, składy amunicji, logistykę i energetykę. Każdy dron wysłany przeciw stacji elektroenergetycznej jest dronem, którego nie użyto przeciw innemu ważnemu celowi.

To wyznacza granice możliwego scenariusza. Ukraina nie jest w stanie „wyłączyć rosji”, może jednak próbować okresowo wyłączać jej fragmenty. Najbardziej narażone są regiony zachodniej części kraju, gdzie duża liczba potencjalnych celów znajduje się w zasięgu tańszych i liczniejszych ukraińskich bezzałogowców. Im dalej na wschód, tym trudniejsza staje się operacja: potrzeba środków o większym zasięgu, rośnie czas lotu i liczba rosyjskich systemów obrony, które trzeba ominąć.

Dlatego najbardziej realnym zimowym zagrożeniem dla rosji nie jest ogólnokrajowy blackout, lecz seria lokalnych kryzysów. W jednym regionie może zabraknąć prądu, w innym problemy z energią nałożą się na niedobory paliwa, gdzie indziej trzeba będzie ograniczyć dostawy dla przemysłu albo skierować dodatkowe zasoby do napraw. Pojedynczo takie zdarzenia nie zachwieją rosyjskim państwem. Powtarzane przez kilka miesięcy mogą jednak zwiększać gospodarcze koszty wojny i – co dla Kremla również ma znaczenie – przenosić jej skutki coraz głębiej w codzienne życie rosjan.

Przez poprzednie zimy pytanie brzmiało przede wszystkim: ile ukraińskiej infrastruktury rosja zdoła zniszczyć i jak długo Ukraina będzie w stanie znosić skutki tych uderzeń. Tej zimy pytanie pozostaje aktualne, ale dochodzi do niego kolejne: ile szkód Kijów jest w stanie wyrządzić po drugiej stronie granicy. rosji nie grozi energetyczne załamanie, lecz przy utrzymaniu obecnego tempa ataków część jej mieszkańców może coraz częściej doświadczać wojny nie za pośrednictwem telewizji, ale na stacjach benzynowych, w cenach towarów, a lokalnie także we własnych mieszkaniach. Nadchodząca zima może być pierwszą, podczas której energetyczna wojna naprawdę zacznie działać w obie strony.

Ten tekst, w rozszerzonej wersji, opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do oryginalnego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Naprawa zniszczonych linii energetycznych. Obwód chersoński, wiosna 2023 roku/fot. własne

Mobilizacja?

Do wyborów do Dumy Państwowej pozostał niespełna miesiąc. Głosowanie odbędzie się 18–20 września, ale jego rezultat trudno uznać za wielką polityczną niewiadomą. „Jedna rosja” wraz z pozostałymi ugrupowaniami akceptującymi zasadniczy kurs Kremla niemal na pewno zachowa kontrolę nad parlamentem. Jedyna zarejestrowana partia otwarcie opowiadająca się za przerwaniem wojny – „Jabłoko” – została z wyborów wykluczona. Znacznie ciekawsze od pytania o wynik jest więc inne: co wydarzy się po wyborach?

Wołodymyr Zełenski twierdzi, że odpowiedź zna ukraiński wywiad. 23 sierpnia prezydent Ukrainy powiedział w rozmowie z Reutersem, że według informacji posiadanych przez Kijów putin zamierza po wyborach zmobilizować około 300 tys. ludzi. W dłuższej perspektywie, obejmującej także 2027 rok, liczba dodatkowo powołanych miałaby sięgnąć nawet pół miliona.

Do tych informacji należy podchodzić ostrożnie. Nie ma niezależnego potwierdzenia, że putin podjął decyzję o przeprowadzeniu nowej mobilizacji. Źródła znające sytuację w Moskwie, na które powoływały się zachodnie media, również nie dostrzegały dotąd oznak świadczących o wydaniu takiego rozkazu. Są natomiast sygnały, że rosyjski aparat państwowy sprawdza swoją gotowość do ewentualnego przyjęcia kolejnej dużej liczby mobilizowanych.

To istotne rozróżnienie. Kreml może przygotowywać się na mobilizację, nie przesądzając jeszcze, czy będzie musiał po nią sięgnąć. Ostateczna decyzja zależeć będzie między innymi od tego, czy rosji nadal uda się zdobywać wystarczającą liczbę żołnierzy metodą, którą od kilku lat zdecydowanie preferuje – werbowaniem ich za pieniądze.

Coraz droższy żołnierz

Po doświadczeniach z 2022 roku putin ma powody, by unikać kolejnej powszechnej mobilizacji tak długo, jak jest to możliwe. Ogłoszone 21 września 2022 roku powołanie 300 tys. rezerwistów wywołało protesty, chaos w punktach mobilizacyjnych i masową ucieczkę mężczyzn z kraju. Kolejki samochodów ustawiały się na granicach z Gruzją i Kazachstanem, gwałtownie wzrosły ceny biletów lotniczych, a nieprawidłowości przy poborze krytykowali nawet niektórzy przedstawiciele rosyjskich władz i propagandyści popierający wojnę.

Kreml wyciągnął z tego lekcję. Zamiast ponownie sięgać na wielką skalę po przymus, zaczął kupować ludzi.

System opiera się na wysokim żołdzie i premiach za podpisanie kontraktu, których wysokość jest dodatkowo podbijana przez władze regionalne. Według obliczeń Janisa Klugego z niemieckiego ośrodka SWP średnia regionalna premia za wstąpienie do armii sięgnęła w tym roku około 1,65 mln rubli (około 73 tys. zł). W biedniejszych częściach rosji są to pieniądze trudne do zarobienia w cywilnym życiu.

Mechanizm nadal działa, choć jego wydajność zaczęła się zmieniać. Kluge, rekonstruujący rosyjską rekrutację między innymi na podstawie wydatków budżetowych, oszacował, że w pierwszym kwartale 2026 roku podpisano 71 216 nowych kontraktów. Dawało to niespełna 800 ludzi dziennie i oznaczało spadek o około jedną piątą w porównaniu z analogicznym okresem poprzedniego roku.

W drugim kwartale sytuacja się poprawiła. Dane regionalne wskazują na około 93 tys. nowych kontraktów, czyli ponownie mniej więcej tysiąc ludzi dziennie. rosyjski system rekrutacyjny zatem się nie załamał. Problem zaczyna być widoczny dopiero wtedy, gdy liczbę przyjmowanych do armii zestawimy z tym, ilu żołnierzy rosja każdego miesiąca traci na froncie.

Armia potrzebuje nadwyżki

Według szacunków amerykańskiego Center for Strategic and International Studies w pierwszej połowie 2026 roku rosyjskie straty wynosiły przeciętnie około 30–34 tys. zabitych, rannych i zaginionych miesięcznie. Nawet jeśli przyjąć szeroki margines błędu nieunikniony przy takich obliczeniach, skala strat pozostaje zbliżona do liczby ludzi pozyskiwanych przez rosyjski system rekrutacyjny.

Oznacza to, że rosja potrafi nadal dostarczać armii ogromne ilości „świeżej krwi”. Znaczna część tego strumienia służy jednak zastępowaniu ludzi wypadających z jednostek podczas walk.

A to zasadnicza różnica. Armia, która chce jedynie utrzymywać dotychczasową intensywność działań, potrzebuje uzupełnień. Armia przygotowująca większą operację potrzebuje czegoś więcej – nadwyżki.

Potrzebne są odwody pozwalające wycofywać jednostki z pierwszej linii, odtwarzać ich zdolność bojową i tworzyć nowe związki taktyczne. Trzeba też obsadzić zaplecze, logistykę i struktury, których rozbudowa jest konieczna wraz ze wzrostem liczebności wojsk. Jeżeli więc Kreml rzeczywiście chciałby w 2027 roku znacząco zwiększyć potencjał armii walczącej z Ukrainą, dotychczasowe tempo rekrutacji może okazać się niewystarczające.

W tym miejscu pojawia się liczba 300 tys. podana przez Zełenskiego. Nie musi oznaczać 300 tys. ludzi przeznaczonych do jednego wielkiego uderzenia. Z wojskowego punktu widzenia równie istotne byłoby wykorzystanie ich do uzupełnienia istniejących jednostek, umożliwienia rotacji części wojsk oraz stworzenia większych rezerw.

Mobilizacja to nie ofensywa

Dlatego nawet gdyby putin rzeczywiście ogłosił mobilizację zaraz po wrześniowych wyborach, nie oznaczałoby to, że kilka tygodni później kilkaset tysięcy nowych rosyjskich żołnierzy ruszy do wielkiej ofensywy.

Doświadczenie pierwszej mobilizacji dobrze pokazuje skalę problemu. Pod koniec października 2022 roku, ponad miesiąc po jej rozpoczęciu, rosyjskie ministerstwo obrony informowało, że spośród 300 tys. zmobilizowanych około 218 tys. nadal znajdowało się w procesie szkolenia. Do strefy wojny skierowano 82 tys., a około 41 tys. wykonywało zadania w jednostkach bojowych.

Nawet w warunkach rosyjskich, gdzie szkolenie bywa skracane do minimum, człowieka powołanego z cywila nie można natychmiast zamienić w żołnierza zdolnego do prowadzenia działań ofensywnych. Trzeba go zarejestrować, umundurować, wyposażyć, choć trochę przeszkolić i przydzielić do jednostki. Jeśli powstają nowe pododdziały, potrzebują one dowódców, sprzętu, transportu i zaplecza logistycznego.

Jesienna mobilizacja byłaby więc przede wszystkim inwestycją w czas. Jej pierwszym efektem mogłoby być łatanie dziur powstających na froncie. Kolejnym – możliwość rotowania wyczerpanych oddziałów i odbudowy ich zdolności bojowej. Dopiero później pojawiłaby się szansa stworzenia większego odwodu, który można wykorzystać podczas kolejnej kampanii.

Tymczasem istnieje inny sposób zwiększenia presji na Ukrainę. Nie wymaga on mobilizowania setek tysięcy ludzi ani czekania kilku miesięcy na ich wyszkolenie.

Zima znów będzie bronią

rosja od miesięcy rozbudowuje produkcję rakiet i bezzałogowców, a kolejna zima daje możliwość ponownego uderzenia w jeden z najbardziej wrażliwych punktów Ukrainy – system energetyczny.

Ukraiński wywiad wojskowy informował latem, że rosyjski przemysł w przypadku części rodzajów uzbrojenia rakietowego osiągnął już roczne cele produkcyjne, a ogólny plan na 2026 rok może zostać przekroczony o 10–20 proc. Według zastępcy szefa ukraińskiego wywiadu wojskowego gen. Wadyma Skibickiego tylko w lipcu rosjanie wyprodukowali 65 pocisków balistycznych Iskander-M.

Jeszcze większą skalę osiągnęła produkcja bezzałogowców. rosja zbudowała przemysł pozwalający prowadzić naloty liczone już nie w dziesiątkach, lecz w setkach dronów. Część z nich to właściwe środki uderzeniowe, część – tańsze imitatory mające przeciążać ukraińską obronę przeciwlotniczą i zmuszać ją do zużywania pocisków.

Nie chodzi przy tym wyłącznie o liczbę środków napadu. rosjanie zmienili również sposób atakowania ukraińskiej energetyki. Analiza Centre for Information Resilience, przytaczana przez Reutersa, wskazywała, że od października 2025 do kwietnia 2026 roku około 60 proc. zweryfikowanych rosyjskich uderzeń w infrastrukturę energetyczną dotyczyło mniejszych obiektów, przede wszystkim stacji i podstacji elektroenergetycznych. Rok wcześniej stanowiły one około 31 proc. celów.

To istotna zmiana. Zamiast koncentrować się wyłącznie na kilku wielkich elektrowniach i węzłach energetycznych, rosjanie próbują uszkadzać sieć w wielu miejscach jednocześnie. Nawet jeśli pojedynczy obiekt nie ma strategicznego znaczenia, dziesiątki takich uderzeń komplikują przesył energii, zwiększają liczbę awarii i zmuszają Ukrainę do rozpraszania ograniczonych zasobów obrony przeciwlotniczej.

Dla Kijowa szczególnie niepokojące jest to, że wzrost rosyjskich możliwości zbiega się z problemami ukraińskiej obrony powietrznej – o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne/fot. za SzG ZSU

Totalna…

Jeszcze do niedawna ukraińskie ataki w głębi rosji były wymierzone przede wszystkim w rafinerie, bazy lotnicze i zakłady zbrojeniowe. Od kilku tygodni na liście celów coraz częściej pojawiają się magazyny Wildberries – największej rosyjskiej platformy handlu internetowego. Ukraińskie drony pokonują setki kilometrów, by niszczyć hale wypełnione elektroniką, ubraniami czy sprzętem AGD. Dlaczego Kijów uznał, że warto zużywać na nie cenne środki dalekiego zasięgu?

(…) Ukraińcy nie polują na sklepy czy punkty odbioru przesyłek, lecz na wielkie centra logistyczne – węzły, przez które przepływają ogromne ilości towarów. To pierwsza wskazówka pozwalająca zrozumieć sens tej kampanii.

Kijów uzasadnia ataki wojskowym znaczeniem infrastruktury Wildberries. Według strony ukraińskiej za pośrednictwem platformy do rosyjskich żołnierzy trafia wyposażenie oraz towary podwójnego zastosowania, w tym komponenty wykorzystywane do produkcji dronów. Kreml temu zaprzecza i przekonuje, że Ukraińcy świadomie atakują obiekty cywilne. Tego sporu nie sposób dziś jednoznacznie rozstrzygnąć, a twierdzeń o bezpośrednim udziale Wildberries w zaopatrywaniu armii nie należy traktować jako bezspornie potwierdzonych.

Nie oznacza to jednak, że argument o wojskowym znaczeniu platformy można łatwo odrzucić. Wojna w Ukrainie już dawno zatarła tradycyjną granicę między logistyką wojskową i cywilną. rosyjscy żołnierze, ich rodziny, wolontariusze oraz organizacje wspierające jednostki kupują na zwykłym rynku elektronikę, narzędzia, odzież, wyposażenie osobiste i tysiące innych produktów przydatnych na froncie. Część z nich to klasyczne towary podwójnego zastosowania – całkowicie cywilne w jednym miejscu, niezwykle użyteczne dla wojska w innym.

W takim modelu wojny platforma handlowa nie musi mieć podpisanej umowy z ministerstwem obrony, by stać się częścią zaplecza sił zbrojnych. Wystarczy, że jej sieć magazynów, transportu i dystrybucji umożliwia szybkie dostarczenie sprzętu tam, gdzie jest na niego zapotrzebowanie. Wildberries nie jest więc wojskową hurtownią. Ale ogromny system logistyczny stworzony przez firmę może służyć także ludziom prowadzącym i wspierającym wojnę (…).

Jest jednak jeszcze jeden wymiar ukraińskiej kampanii, być może najważniejszy. Przez ponad cztery lata Kreml usiłował prowadzić wojnę w taki sposób, aby większość rosjan odczuwała ją możliwie słabo. Owszem, setki tysięcy ludzi trafiły do armii, wzrosły wydatki wojskowe, pojawiły się sankcje i ograniczenia. Ale zwłaszcza mieszkańcy wielkich miast mieli nadal pracować, konsumować i żyć w poczuciu względnej normalności.

Wildberries stało się jednym z symboli tej normalności.

Można prowadzić największą wojnę w Europie od 1945 roku, a jednocześnie wieczorem zamówić telefon, buty, zabawkę dla dziecka czy ekspres do kawy i następnego dnia odebrać paczkę kilkaset metrów od domu. Wojna toczy się gdzieś daleko. Giną ludzie, płoną miasta, ale codzienny rytuał konsumpcji działa dokładnie tak jak wcześniej.

Ukraińskie drony próbują tę granicę przesunąć. Wojna ma pojawić się nie tylko w telewizyjnych wiadomościach czy w rodzinie zmobilizowanego żołnierza, ale również w najbardziej banalnych elementach codzienności: zamówienie jest opóźnione, towar przepadł w magazynie, sprzedawca zniknął z platformy, cena wzrosła.

To strategia niepozbawiona ryzyka. Magazyny Wildberries są obiektami cywilnymi i pracują w nich cywile. Już pierwsze duże uderzenia na centra logistyczne firmy przyniosły ofiary śmiertelne. Kolejni ludzie ginęli podczas następnych nalotów, także w sierpniu.

Im szerzej Ukraina definiuje infrastrukturę wspierającą rosyjski wysiłek wojenny, tym trudniejsze staje się pytanie o granicę między zapleczem militarnym a cywilnym. Jeśli magazyn internetowego sklepu staje się elementem machiny wojennej dlatego, że przepływają przez niego towary wykorzystywane także przez żołnierzy, gdzie kończy się gospodarcze zaplecze wojny? Podobny problem dotyczy również kolei, telekomunikacji, zakładów przemysłowych czy firm transportowych.

I nie jest to wyłącznie kwestia natury humanitarno-prawnej. Ukraińcy dają bowiem rosjanom argument do dalszej brutalizacji wojny. Moskwa również atakuje ukraińskie centra logistyczne, przekonując, że przechowywane i dystrybuowane są w nich komponenty dronów oraz inne towary podwójnego zastosowania. (…) Nie zmienia to zasadniczej odpowiedzialności za to, co dzieje się na Wschodzie. To rosja rozpoczęła wojnę i to ona narzuciła jej reguły, od początku atakując także cywilne zaplecze Ukrainy. Dziś jednak również Kijów coraz szerzej definiuje to, co stanowi zaplecze wojenne przeciwnika. Konflikt stopniowo przesuwa się więc w stronę modelu, w którym coraz trudniej oddzielić front od gospodarki i wojsko od cywilnego zaplecza.

Idzie w stronę wojny totalnej…

Znacznie bardziej rozbudowaną wersję tego tekstu opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Hurra-optymizm

Krym coraz mocniej odczuwa skutki ukraińskich ataków i blokady, rosyjska armia naciera w Donbasie, a ukraińskie drony regularnie docierają do celów położonych setki kilometrów od frontu. Mimo to ani Ukraina nie stoi u progu odzyskania okupowanych terytoriów, ani rosja nie jest bliska rozstrzygnięcia wojny na swoją korzyść. Medialne hurra-optymistyczne narracje obu stron, wieszczące rychły przełom, nijak mają się do rzeczywistości.

We wrześniu 1941 roku niemieckie wojska zamknęły pierścień oblężenia wokół Leningradu. Rozpoczęła się blokada, która trwała niemal 900 dni i pochłonęła życie setek tysięcy mieszkańców miasta. Mimo katastrofalnej sytuacji Stalin ani przez moment nie rozważał kapitulacji. Powodów było kilka. Leningrad pozostawał ważnym ośrodkiem przemysłowym i bazą Floty Bałtyckiej, ale przede wszystkim miał znaczenie symboliczne. To właśnie tam narodziła się rewolucja bolszewicka. Utrata miasta byłaby dla Kremla nie tylko porażką wojskową, lecz także polityczną i ideologiczną katastrofą.

—–

Historia, choć nie wprost, lubi się powtarzać. Dziś, obserwując Krym, trudno nie dostrzec pewnych podobieństw. Ukraińskie ataki sprawiają, że półwysep staje się coraz bardziej odizolowany od rosji. Drony i pociski regularnie uderzają w mosty, linie kolejowe i stacje energetyczne. Równolegle pod ostrzałem znajdują się magazyny paliw, lotniska wojskowe i systemy obrony przeciwlotniczej. W efekcie ukraińskich ataków na półwyspie brakuje paliwa, występują poważne problemy z dostawami prądu i wody.

Każde ukraińskie uderzenie natychmiast rodzi spekulacje o rychłym odzyskaniu półwyspu. Tymczasem między skutecznym atakowaniem infrastruktury a odbiciem terytorium istnieje ogromna różnica. Aby odzyskać Krym, Ukraina musiałaby przełamać rosyjskie pozycje na południu, pokonać rozbudowane systemy umocnień, zapewnić sobie przewagę w powietrzu oraz utrzymać wielką operację logistyczną. Nic nie wskazuje na to, by w najbliższej przyszłości dysponowała takimi możliwościami.

No i jest jeszcze jeden element tej układanki. Dla Kremla – zwłaszcza samego putina – Krym jest fundamentem politycznej narracji. W rosyjskiej propagandzie półwysep przedstawiany jest nie jako zdobyte terytorium, lecz jako „odzyskana” część ojczyzny. Z tego powodu jego utrata byłaby dla obecnych władz znacznie większym ciosem niż wycofanie się z wielu innych okupowanych obszarów Ukrainy. I właśnie dlatego rosja będzie bronić Krymu za wszelką cenę, a już na pewno nie będzie się liczyć z trudami życia jego mieszkańców.

Nie oznacza to, że ukraińska strategia jest nieskuteczna. Krym pełni dziś funkcję wielkiej bazy wojskowej. Stacjonują tam samoloty, śmigłowce, systemy przeciwlotnicze, centra dowodzenia i zaplecze logistyczne obsługujące działania na południowym odcinku frontu. Im trudniej utrzymać sprawne połączenia z półwyspem, tym mniejsza staje się jego użyteczność militarna.

Więc tak naprawdę Ukraina wcale nie musi zdobywać Krymu, by sprawiać rosji coraz większe problemy. A ponieważ rosja nie może sobie pozwolić na jego utratę, sytuacja bardziej przypomina długotrwałe zmaganie na wyniszczenie niż zapowiedź szybkiego i spektakularnego przełomu.

—–

O takim przełomie nie możemy też mówić w Donbasie, który pozostaje głównym teatrem działań wojennych. Obecnie szczególnie zacięte walki toczą się wokół Konstantynówki, miasta stanowiącego południową bramę do rozległego ukraińskiego systemu obronnego obejmującego również Drużkiwkę, Kramatorsk i Słowiańsk. W praktyce jest to ostatni duży pas silnie zurbanizowanych terenów pozostających pod kontrolą Kijowa w obwodzie donieckim.

rosjanie wywierają presję na Konstantynówkę z kilku kierunków jednocześnie. Po opanowaniu Czasiw Jaru i zajęciu znacznej części Torećka poprawili pozycje wyjściowe do dalszych działań, a w ostatnich tygodniach kontynuowali natarcia zarówno na południe, jak i na wschód od miasta. Równolegle próbują utrudnić Ukraińcom logistykę. Coraz częściej pojawiają się nagrania pokazujące ataki dronów na samochody poruszające się po drogach prowadzących do Konstantynówki, niekiedy wiele kilometrów od linii styczności wojsk.

rosjanie zachowują inicjatywę operacyjną, dysponują przewagą liczebną i są w stanie utrzymywać wysoką intensywność działań bojowych. Ukraińcy pozostają pod silną presją, a kolejne utracone połacie terenu ograniczają ich swobodę manewru. Rosyjskie kanały telegramowe – a za nimi część mediów, także na Zachodzie – kreślą wizję rychłego załamania ukraińskiego frontu. Czy realną? Dość napisać, że podobne prognozy słyszeliśmy już przy okazji walk o Bachmut, Awdijiwkę czy Pokrowsk. Za każdym razem rosyjskie sukcesy przedstawiano jako zapowiedź nieuchronnego rozpadu ukraińskiej obrony. Tymczasem front, choć stopniowo przesuwał się na zachód, nie uległ załamaniu. Ukraińska armia wielokrotnie udowadniała, że potrafi prowadzić działania opóźniające, wycofywać się na kolejne linie obrony i stabilizować sytuację nawet po utracie ważnych pozycji.

Konkludując wątek – droga od obecnych rosyjskich sukcesów pod Konstantynówką do pełnego opanowania Donbasu pozostaje bardzo długa. Nawet jeśli rosjanom uda się sforsować kolejne linie obronne, czeka ich walka o rozległą aglomerację słowiańsko-kramatorską, której zdobycie wymagałoby czasu, ludzi i sprzętu w ilościach znacznie większych niż te potrzebne do zajmowania mniejszych miejscowości. Dlatego również w tym przypadku warto zachować ostrożność wobec narracji zapowiadających szybki i spektakularny przełom.

—–

Osobnym wątkiem pozostają ukraińskie ataki na cele położone głęboko w rosji. W ostatnich miesiącach pod ostrzałem znalazły się rafinerie, magazyny paliw, zakłady przemysłowe, lotniska wojskowe i infrastruktura transportowa, w tym obiekty znajdujące się w Moskwie i Petersburgu. W tym kontekście warto wspomnieć niedawny atak na Centrum Łączności Kosmicznej w podmoskiewskiej Dubnej, kluczową infrastrukturę wykorzystywaną przez siły zbrojne rosji. Sam fakt skutecznego dotarcia do takiego celu pokazuje, jak bardzo rozwinęły się ukraińskie zdolności prowadzenia działań dalekiego zasięgu.

Sukcesy te coraz częściej interpretowane są jako zapowiedź strategicznego przełomu. W mediach – zwłaszcza społecznościowych – regularnie pojawiają się opinie, że seria podobnych uderzeń doprowadzi do załamania rosyjskiego przemysłu, paraliżu zaplecza wojskowego lub kryzysu społecznego, który zmusi Kreml do zakończenia wojny.

Historia podpowiada jednak ostrożność. Aby osiągnąć taki efekt, potrzebna jest długotrwała i niezwykle intensywna kampania lotnicza. Podczas II wojny światowej alianci przez lata bombardowali niemieckie miasta, zakłady przemysłowe i infrastrukturę transportową. Mimo gigantycznej skali nalotów III Rzesza walczyła aż do momentu zajęcia jej terytorium przez wojska lądowe. Wymowny jest przykład samej Ukrainy. Od ponad czterech lat rosyjskie rakiety, bomby i drony regularnie uderzają w ukraińskie miasta i infrastrukturę krytyczną. Państwo ukraińskie poniosło ogromne straty, ale nie utraciło zdolności do prowadzenia wojny. Wszak między zadawaniem przeciwnikowi bolesnych strat a złamaniem jego zdolności do dalszej walki istnieje ogromna różnica.

Nie oznacza to, że ataki na rosyjskie zaplecze są bez sensu. Zmuszają rosjan do rozpraszania obrony przeciwlotniczej, zwiększają koszty funkcjonowania przemysłu i komplikują pracę części instytucji wojskowych. Pamiętajmy jednak, że rosja nie pozostaje bierna i wciąż szuka sposobów odpowiedzi na ukraińskie działania. Dlatego również w tym przypadku warto zachować ostrożność wobec prognoz zapowiadających szybki przełom.

Ten tekst, w istotnie rozszerzonej wersji, opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto link do oryginalnego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Ukraińska artyleria na froncie/fot. SzG ZSU

Płoń!

Moskwa, 18 czerwca 2026 roku.

Uważam, że to jest wspaniały widok…

Sądzę tak, choć wiem, czym jest wojna; doświadczyłem jej na własnej skórze. Wiem, że giną na niej również bogu ducha winni ludzie i zwierzęta. Że sytuacja ze zdjęcia to nic innego jak koszmarna ekologiczna katastrofa. A przecież ekosystemy nie walczą, nie są dla nas źródłem intencjonalnego zagrożenia – na wojnie są tylko ofiarą.

A mimo to ten widok mnie cieszy.

Karmi poczucie elementarnej sprawiedliwości, dobrze oddane w popularnym powiedzeniu: „kto sieje wiatr, ten zbiera burze”. rosjanie przynieśli Ukrainie tyle zła, tyle cierpienia, że takie coś po prostu im się należy. I jeszcze więcej – dłużej, mocniej, częściej.

Ale przemawia też przeze mnie pewien pragmatyzm. putin wykazuje się niezwykłą determinacją – rosja krwawi, a on wciąż chce prowadzić tę wojnę. Przy czym jego intencje są tu drugorzędne, kluczowe jest to, co poza putinem. Co pozwala mu na taką postawę. Źródłem rosyjskiej determinacji nie jest wola przywódcy, a zgoda poddanych. Tych, których słowo się liczy – wielkomiejskich, białych, prawosławnych rosjan, moskwian i petersburżan. Póki oni godzą się na wojnę, póty wojna będzie trwała. Pal licho bieda-ruskich z prowincji, masowo mielonych na froncie. Jebał pies przygraniczne wsie i miasta – ich los wielkomiejskim elitom zwisa i powiewa. Nasza chata z kraja, więc niech się dzieje.

Ale zaczyna się dziać i w Moskwie, i w Petersburgu. Na dobre, na grubo, coraz bardziej dotkliwie.

O ile znam dynamikę procesów społecznych, to nie może skończyć się dobrze dla putina. W końcu usłyszy od swoich „dość!”. Zabiją go przy tym czy nie – to już wtórna sprawa. Grunt, by skończyła się wojna.

Płoń więc Moskwo, radując moje oczy. I Petersburgu też. Z tego ognia będzie coś dobrego.