Żołnierz

„Wodzu, będzie nam Ciebie brakowało…”, to jedna z najczęściej powtarzających się fraz w komentarzach po śmierci gen. Waldemara Skrzypczaka. Za tymi słowami zwykle stoją byli podwładni, koledzy z armii, ale nie tylko. Generał był „wodzem” także dla dziennikarzy zajmujących się tematyką wojny i wojska. Do końca swoich dni ciężko na ten tytuł i szacunek pracował.

Latem 2009 roku sytuacja w Afganistanie gwałtownie się pogorszyła. Nie było dnia bez starć sił koalicji z talibskimi bojówkami. Również w polskiej strefie, w prowincji Ghazni, dochodziło do co najmniej kilku incydentów na dobę – ostrzałów baz, ataków na konwoje i patrole. Gdy 10 sierpnia w zasadzce w wiosce Usman Khel zabito por. Daniela Ambrozińskiego, informacje o intensyfikacji walk dotarły wreszcie do opinii publicznej w Polsce. Waldemar Skrzypczak był wówczas dowódcą wojsk lądowych. Kilka dni po śmierci Ambrozińskiego, podczas jego pogrzebu, wygłosił emocjonalne przemówienie, domagając się od polityków nazwania misji w Afganistanie „wojną” oraz adekwatnego wyposażenia wysyłanych do Azji oddziałów.

– Wybuchła medialno-polityczna burza, generał w proteście złożył dymisję – wspomina Marcin Ogdowski, w 2009 roku autor bloga zAfganistanu.pl, dziś dziennikarz „Polski Zbrojnej”. – Kilka tygodni później byłem pod Hindukuszem, zwykli żołnierze bardzo wysoko oceniali ten gest. To wtedy po raz pierwszy zetknąłem się z określeniem „wódz”.

Ta historia nie tylko ugruntowała nieformalną pozycję Waldemara Skrzypczaka, miała też znacznie szersze, wymierne skutki. – Generał dopiął swego – przekonuje Ogdowski. – Odtąd nie mówiło się już o misji stabilizacyjnej, a o wojnie. Skrzypczak wywołał zainteresowanie mediów, opinia publiczna dostała rzetelne informacje. Skorzystali na tym także żołnierze, bo pokłosiem dymisji generała było uruchomienie tzw. pakietu afgańskiego, w ramach którego znacząco poprawiono wyposażenie kontyngentu.

Lekcja na całe życie

Ale troska o podwładnych objawiała się także w mniej spektakularnych gestach. – Ta historia wydarzyła się na początku lat 90. – zaczyna opowieść płk rez. Tomasz Szulejko, niegdyś rzecznik Dowództwa Wojsk Lądowych, a potem Sztabu Generalnego WP. Nasz rozmówca był wówczas świeżo upieczonym oficerem i jako dowódca plutonu miał odprowadzić kadetów Szkoły Chorążych Wojsk Pancernych na praktyki do 68 Pułku Czołgów Średnich do Budowa, po czym już samotnie wrócić do Poznania. Początkowo podróż przebiegała w miarę gładko. – Do Szczecinka dojechaliśmy pociągiem – wspomina. Później jednak zaczęły się schody. Do oddalonego o przeszło 60 km Budowa transportu już nie było. – Musieliśmy sobie radzić sami. Część drogi przejechaliśmy jakimiś busami, część przeszliśmy na własnych nogach, na koniec skróciliśmy sobie drogę, maszerując przez pole buraków – uśmiecha się Szulejko.

Już na miejscu do kadetów wyszedł szef sztabu pułku – kapitan Waldemar Skrzypczak.

– Jak się tutaj dostaliście? – zwrócił się do dowódcy plutonu.

– No, przez pole…

– To jak pan będzie wracał, dam panu mojego UAZ-a. Dowiezie pana na stację w Szczecinku – Szulejko relacjonuje rozmowę z przyszłym generałem, po czym dodaje. – Zobaczyłem wtedy człowieka empatycznego i wrażliwego. Dowódcę, który nie odgradza się od żołnierza, potrafiącego postawić się na jego miejscu. To była dla mnie lekcja na całe życie.

Moralnie ważny sygnał

Również na początku lat 90. z późniejszym „Wodzem” zetknął się Rajmund Andrzejczak, wtedy porucznik, dowódca kompanii czołgów w Giżycku. Skrzypczak był w tamtym czasie szefem sztabu 1 Warszawskiej Dywizji Zmechanizowanej, na Mazury przyjechał z inspekcją. – Odstawał od ówczesnej kadry – mówi gen. Andrzejczak. – Merytoryka nieagresywna, wysoka kultura osobista, nie budował dystansu – wymienia były szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. – Byłem pozytywnie zaskoczony, że oficer tej rangi tak po prostu chce rozmawiać ze zwykłym porucznikiem i wysłuchać go. Waldek w relacjach z podwładnymi był absolutnie nieszablonowy.

– Był geniuszem jeśli chodzi o budowanie relacji z podwładnymi niższego szczebla – potwierdza gen. Mirosław Różański, były dowódca generalny rodzajów sił zbrojnych. – Śmiało mogę użyć stwierdzenia, że szeregowi czy podoficerowie kochali go.

Tę nieszablonowość i oddanie widać było także wiele lat później. – Lubił atmosferę poligonu, błoto, zmęczenie… – mówi Edyta Żemła, była redaktor naczelna portalu „Polska Zbrojna” dzisiaj dziennikarka Onetu, która znała generała także na stopie prywatnej. – Cenił towarzystwo swoich żołnierzy. Jadał z nimi, zawsze był gotowy pomagać im w rozwiązywaniu problemów, nie tylko tych związanych ze służbą. W ten sposób budował swój autorytet. Kiedy wydawał rozkazy, nigdy nie krzyczał, nie przeklinał – podkreśla Żemła, po czym przechodzi do głośnej sprawy Nangar Khel. W 2007 roku grupa polskich żołnierzy została zatrzymana pod zarzutem umyślnego ostrzelania cywilów w Afganistanie. Wojskowi trafili do aresztu, a prokuratura postawiła im zarzuty. Z dramatu zrobiono medialno-polityczny cyrk, de facto przesądzając o winie żołnierzy na długo przed procesem. – Skrzypczak był w stałym kontakcie z ich rodzinami, jeździł do aresztu i na rozprawy sądowe – relacjonuje reporterka Onetu. – Wspierał ich przy każdej okazji, zarówno jako dowódca wojsk lądowych, jak i później, gdy był już poza armią. Powtarzał, że wierzy w ich niewinność. Ostatecznie żołnierze zostali oczyszczeni z zarzutów. – Zaangażowanie Waldka w tę sprawę to był moralnie ważny sygnał dla wojska – komentuje Rajmund Andrzejczak.

Podniesiona zasłona milczenia

Walka o dobre imię podwładnych czasem sprowadzała się do tego, by nie odbierano im zasług. By można było mówić o zadaniach i wysiłkach podejmowanych przez żołnierzy WP. Świetnie ilustruje to historia, którą przytacza Marcin Górka, dziennikarz, współautor książki „Karbala”.

– Gdyby nie generał Skrzypczak, być może nie dowiedzielibyśmy się o bohaterskiej walce polskich żołnierzy w irackiej Karbali – przekonuje Górka i opowiada o ciągu zdarzeń, zainicjowanych pechem. – Generał, wtedy dowódca 11 Dywizji Kawalerii Pancernej w Żaganiu, jechał do swojego sztabu z rodzinnego Kołobrzegu, gdzie spędził weekend. Nigdy nie miał szczęścia do samochodów (a to zalał kiedyś diesla benzyną, a to nie ustąpił pierwszeństwa tramwajowi), także i tym razem auto odmówiło posłuszeństwa dosłownie w środku puszczy. W 2005 roku telefony komórkowe nie miały zasięgu w międzyrzeckich lasach. Skrzypczak stał więc bezradnie przy zepsutym samochodzie, licząc na los, który pozwoli mu dostać się do Żagania.

W tym czasie drogą podróżował kpt. Grzegorz Kaliciak, wówczas oficer 17 Wielkopolskiej Brygady Zmechanizowanej w Międzyrzeczu. Ten sam, który podczas II zmiany polskiego kontyngentu wraz z dowodzonymi przez siebie żołnierzami stoczył w Karbali regularną bitwę z bojownikami Muktady As-Sadra. To wydarzenie nazwano później „największą bitwą Polaków po II wojnie światowej”, ale na przełomie 2004 i 2005 roku opinia publiczna nie miała o niczym pojęcia. Ogromna większość wojska zresztą też, bo politycy kazali spuścić nad Karbalą zasłonę milczenia.

– Kaliciak zabrał Skrzypczaka do Żagania – kontynuuje opowieść Górka. – W aucie wywiązała się rozmowa, bo generał właśnie szykował się do objęcia dowodzenia IV zmianą w Iraku, a Kaliciak miał świeże doświadczenia. Na pytanie „jak było?”, opowiedział dowódcy o walkach w Karbali.

Skrzypczak postanowił, że Polacy muszą dowiedzieć się o zwycięskiej bitwie. – Jakiś czas później zadzwonił do mnie, bo jako dziennikarz relacjonowałem misje poza granicami kraju, i zaprosił do Międzyrzecza – wspomina Górka. – Tam uczestnicy wydarzeń opowiedzieli o stoczonej walce. Dalszy ciąg tej historii to książka i film fabularny, którym generał Skrzypczak kibicował na każdym etapie powstawania.

Na czele na przeprawie

– Jak im pozwolimy, to wejdą nam na mury – przekonywał Skrzypczak, dowódca kontyngentu w Iraku. Te słowa padły w bazie Echo w Diwaniji. – Generał miał na myśli irackich bojowników – tłumaczy Marcin Ogdowski, w 2005 roku korespondent w Iraku. – Opowiadał nam, dziennikarzom, którzy właśnie przylecieli relacjonować poczynania Polaków, co zastaniemy na zewnątrz bazy i z czego wynika aktywność pododdziałów bojowych kontyngentu. Rzeczywiście, Skrzypczak narzucił wtedy wysokie tempo działań, a bojówka miała pełne ręce roboty. Ale nie było w tym bohaterszczyzny, parcia na wojskowy sukces kosztem podwładnych. Było asertywne, przemyślane i dotkliwe dla przeciwnika działanie. W efekcie „za Skrzypczaka” w polskiej strefie odpowiedzialności panował względny spokój. A generał przywiózł do kraju wszystkich żołnierzy, poza jednym, który zginął w wypadku.

O kulisach IV zmiany PKW Irak opowiada nam również gen. broni dr Krzysztof Król ze Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. – Stałem na czele oddziału operacyjnego Wielonarodowej Dywizji Centrum-Południe – wspomina generał i zaczyna kreślić odpowiedni kontekst. Niewesoły, wszak okazało się, że zanim IV zmiana wyruszyła do Iraku, zapadła polityczna decyzja o redukcji kontyngentu do 1700 żołnierzy. – Ograniczenia liczby wojska nikt z dowódcą zmiany nie konsultował – podkreśla Król. – Decyzja była o tyle niezrozumiała, że na misji zaczęło ginąć coraz więcej żołnierzy. Generał Skrzypczak przekonał więc ówczesnego szefa SGWP generała Czesława Piątasa o potrzebie wzmocnienia PKW Irak o dodatkowe śmigłowce bojowe Mi-24.

IV zmiana zaczęła się w lutym 2005 roku. – W opinii generała Skrzypczaka jedyną możliwością uniknięcia strat osobowych i osiągnięcia celów misji było przejęcie inicjatywy operacyjnej – relacjonuje gen. Król. – Jego umiejętności zjednywania sobie ludzi i sojuszników widoczne były na każdym niemal kroku. Rozpoczęły się częste wizyty w dowództwach irackich jednostek: 5 Dywizji i 3 Samodzielnej Brygadzie, które przyniosły wiele wspólnych, bardzo udanych operacji. Generał okazał się również skutecznym negocjatorem pomiędzy sunnitami i szyitami, pielgrzymującymi do świętego miasta Karbala przez obszar odpowiedzialności polskiej dywizji.

– Bo Skrzypczak nie bał się podejmowania trudnych decyzji – wtrąca gen. Różański. I podaje przykład z czasów swojej służby jako dowódcy 17 WBZ. – Na poligonie drawskim mieliśmy Rosomakami pokonywać przeszkodę wodną Zły Łęg. Chcieliśmy jednak, by w transporterze płynęli nie tylko kierowca i dowódca wozu, lecz także żołnierze desantu. Był problem, ponieważ wozy tego typu mieliśmy od niedawna i do pływania nie było opracowanych jeszcze odpowiednich procedur i dokumentów. Nie ukrywam, że żołnierze trochę obawiali się tego zadania – przyznaje generał.

Co wydarzyło się później? Różański zakładał kamizelkę ratunkową, gdy na przeprawie pojawił się generał Skrzypczak. – Był dowódcą naszej dywizji – wyjaśnia późniejszy szef DGRSZ. – Przedstawiłem mu, na czym polega problem. Decyzja była jedna: włożył kamizelkę i popłynął z nami. On w jednym Rosomaku, ja w kolejnym, a za nami pozostałe wozy brygady z żołnierzami na desancie. Dał przykład i rozwiał wszelkie obawy żołnierzy. Między innymi dlatego wszyscy go bardzo szanowali.

Dowódcą przeprawiającej się wówczas kompanii był Rafał Miernik, obecnie generał brygady, szef Zarządu Szkolenia SGWP. – „Miernik, to ty to wymyśliłeś!?”, zapytał Skrzypczak z udawanym wyrzutem – były dowódca kompanii opisuje spotkanie z generałem. Po czym już zupełnie poważnie dodaje: – Dla żołnierzy była to wielka nobilitacja i dowód na to, że mają dowódcę z krwi i kości. Pokazał im, że ma do nich zaufanie, a także do nowego jakby nie było sprzętu.

Wizjoner i strateg

– Zapamiętam Skrzypczaka jako charyzmatycznego dowódcę – deklaruje senator Różański. – Trudnego, bo jako profesjonalista wojsko znał od podszewki. Współpracując z nim, nie można było sobie pozwolić na półśrodki, konfabulację czy mówiąc kolokwialnie ściemnianie. Skrzypczaka nie dało się zbyć byle czym. Miał ogromną wiedzę i doświadczenie. Był najwyższej klasy specjalistą na poziomie taktycznym i operacyjnym.

Kochał zawiłości wojskowego rzemiosła. – Kiedyś zaprosił mnie do domu i zaczęliśmy rozmawiać o historii i taktyce – opowiada Edyta Żemła. – Cofnęliśmy się do czasów Układu Warszawskiego. W pewnym momencie generał wstał od stołu, sięgnął po stare mapy i rozłożył je na dywanie. Zaczął opowiadać o ruchach wojsk, taktycznych i operacyjnych zawiłościach. Oczy mu błyszczały, trochę jak dzieciakowi… Armia to było jego życie – nie ma wątpliwości dziennikarka.

W marcu 2017 roku Skrzypczak udzielił wywiadu portalowi Interia.pl. Zapytany o to, gdzie powinien pójść wysiłek organizacyjny i finansowy Wojska Polskiego, odpowiedział: „Na zbudowanie sił, które będą w stanie podjąć walkę między Bugiem a Wisłą. (…) musimy mieć siły zdolne do działań obronno-opóźniających, które będą w stanie wytrzymać pierwszy impet uderzenia przeciwnika, stworzyć warunki do obrony w głębi kraju, na przykład na Wiśle, i tym samym umożliwić oddziałom NATO podejście do rejonu operacji”. – Co konkretnie do tego trzeba? – zapytał przeprowadzający rozmowę Marcin Ogdowski. – W przypadku ataku strategicznym celem armii rosyjskiej będzie jak najszybsze osiągnięcie linii Odry. Rosjanie będą zatem dążyli do tego, by w ciągu 2–3 dni rozbić główne siły Wojska Polskiego. Mając na wschodzie trzy średnie dywizje, uzbrojone w nowoczesne wozy bojowe i inne niezbędne środki walki, a do tego operacyjne przygotowanie terenu – fortyfikacje, przeszkody, przećwiczone niszczenia kluczowych obiektów – powinniśmy dać radę efektywnie opóźnić działanie przeciwnika – przekonywał Skrzypczak.

Wtedy brzmiało to jak political fiction… Kilka lat później doszło do pełnoskalowej rosyjskiej inwazji w Ukrainie. Ryzyko wojny z Rosją wzrosło, Polska weszła na ścieżkę szybkich zbrojeń, w ramach których uruchomiono projekt „Tarcza Wschód”. Nieco wcześniej zaczęła się rozbudowa potencjału WP w międzyrzeczu Wisły i Bugu, byśmy mieli tam trzy dywizje. – Wodzu od dawna wiedział, co należy zrobić, bo był także świetnym strategiem – konkluduje wątek Ogdowski.

Pragmatyzm i klasa

– Skrzypczak był zakochany w czołgach – twierdzi Rajmund Andrzejczak, sam pancerniak. – Wdrożenie Leopardów do Wojska Polskiego to był jego wysiłek, jego zasługa. Ale to uczucie nie było dogmatyczne, Waldek dostrzegał również słabości czołgów. Widział potrzebę budowy innych zdolności, na przykład rolę śmigłowców czy bezzałogowców. Jako dowódcę cechował go pragmatyzm, nie doktrynerstwo.

Z przejawem tego pragmatyzmu zetknął się Michał Niwicz, fotoreporter „Polski Zbrojnej”. – Kiedyś, na spotkaniu z dziennikarzami w Dowództwie Wojsk Lądowych, już po zakończeniu części oficjalnej, generał rozmawiał z nami w mniej formalny sposób – opowiada Niwicz. – Padło pytanie o PKW Afganistan. Generał, nieco zniecierpliwiony, powiedział: „Ciągle przysyłają mi stamtąd grube raporty. Szczerze mówiąc, nie mam czasu tego wszystkiego czytać. Mówię im: nie piszcie raportów, tylko napiszcie, ile amunicji mam wam przysłać” – Niwicz przyznaje, że ta wypowiedź wywarła na nim duże wrażenie. – Skrzypczak był odważny i zdecydowany – dodaje fotoreporter, który pracował z generałem także w Iraku. – Niby oczywiste cechy najwyższych dowódców, a jednak nie tak często spotykane.

Waldemar Skrzypczak wyróżniał się też klasą. Bogusław Politowski z „Polski Zbrojnej” przytacza historię z 2005 roku. Żagań witał wówczas żołnierzy, którzy powrócili z IV zmiany w Iraku. – Uroczystość z pompą, bo na trybunie pojawił się ówczesny minister obrony Jerzy Szmajdziński – prezentuje kontekst Politowski. – Narrator rozpoczął ceremonię i nagle stop. Dowódca kontyngentu generał Skrzypczak zaprasza na trybunę kilku swoich podkomendnych. Tego nie było w scenariuszu. On jednak nie chciał stać sam wśród notabli. Pokazał, że kontyngent to nie tylko dowódca, lecz także jego podwładni, którzy narażali się, by wykonać zadanie.

A to nie koniec tej opowieści. – Po oficjalnej części Skrzypczak nie poszedł na salony – kontynuuje Politowski. – Zaprosił ministra i razem zeszli do żołnierzy, by kolejny raz uścisnąć ich dłonie. „Skierujcie kamery i mikrofony na moich ludzi, to oni są tutaj bohaterami, nie ja”, zachęcał dziennikarzy generał. Cały on.

Tomasz Szulejko ma w głowie inną scenę, z sierpnia 2009 roku, gdy Skrzypczak podał się do dymisji. Na następcę wyznaczono gen. Tadeusza Buka, a nasz rozmówca miał zostać jego rzecznikiem. – Na korytarzu Cytadeli wpadłem na odchodzącego dowódcę – wspomina Szulejko. – Zaczęliśmy rozmawiać, głośno zastanawiałem się, czy poradzę sobie z obowiązkami, które mnie czekają. Wtedy generał Skrzypczak położył mi rękę na ramieniu i powiedział: „Pomóż Tadeuszowi. Będzie miał teraz trudno” – opowiada Szulejko. – Generał do końca zachował klasę. Sam miał wówczas problemy, a jednak nadal myślał o innych…

Blizna i apolityczność

– Skrzypczak piął się po szczeblach wojskowej kariery, a jednocześnie pozostawał odporny na blichtr, który nierzadko towarzyszy zawodowym zaszczytom – zauważa Edyta Żemła. – Niezależnie od tego, na jakim stanowisku był, trzymał dystans do polityków – dodaje Rajmund Andrzejczak.

Relacje z ludźmi ze szczytów władzy zasługują na dodatkową uwagę. U źródeł tej wstrzemięźliwości leżały wydarzenia z wczesnych lat służby generała. W czasie stanu wojennego, jako młody oficer, został skierowany do Gdańska. 16 grudnia 1981 roku znajdował się w jednym z czołgów, które wjechały do tamtejszej stoczni, wprost przed bramę główną. Nigdy się tego nie wypierał, mówił o tym wprost, nie kryjąc, że to rodzaj blizny, skutkujący wszak pewnym zobowiązaniem. – Wielokrotnie mówiłem kolegom-generałom: „Nie wolno powtórzyć sytuacji z 1981 roku. Jeśli ktokolwiek chciałby użyć wojska w taki sposób, to macie powiedzieć ‘nie’ i zostać w koszarach” – opowiadał w wywiadzie dla tygodnika „Przegląd” w 2020 roku.

– Obsesyjnie podkreślał konieczność zachowania przez wojsko apolityczności – wspomina Marcin Ogdowski. – W wywiadzie, który dał mi w 2017 roku, podzielił kadrę na dwie grupy. W pierwszej, zdecydowanie większej, umieścił ludzi wierzących, że armia to miejsce stworzone dla nich. Żołnierzy ambitnych, zdolnych, gotowych do wysiłku i poświęceń – w zamian za zawodową satysfakcję. Mających własne poglądy, ale jednocześnie wierzących w apolityczność wojska. W drugiej osadził karierowiczów, bez wiedzy, bez kompetencji, biegających po salonach i zabiegających o względy polityków. Ludzi, dla których armia to tylko miejsce pracy – dobre, jak każde inne – traktowane jako narzędzie do łatwej kariery. Ubolewał, że takie osoby noszą mundury.

Rodzaj testamentu

A mimo to, będąc już w stanie spoczynku, Skrzypczak zdecydował się na pójście w politykę. Został doradcą szefa MON-u Tomasza Siemoniaka, później objął tekę wiceministra. Skąd ta wolta? Nie ma wątpliwości, że generałowi wciąż chodziło o to samo – o dobro armii i służących w niej żołnierzy. Chciał, już z innej pozycji, dołożyć swoją cegiełkę do modernizacji wojska i przemysłu obronnego.

– Dla Skrzypczaka to żołnierze w polu byli najważniejsi, stąd bezkompromisowe zabieganie o finansowanie, wyposażenie i zasoby dla wojska – przekonuje gen. Krzysztof Król.

– Nie bał się pan bezkompromisowości generała? – pytamy Tomasza Siemoniaka. – Cenię ludzi, którzy mówią, co myślą – zapewnia obecny minister-koordynator służb specjalnych. – Skrzypczak miał wiele pożądanych cech, z miejsca przypadł mi do gustu – minister wraca do początków współpracy w 2011 roku. – W wojsku cieszył się wielkim autorytetem. Świetny w strategii, ale wiedział też, czym jest natarcie batalionu. Znał potrzeby wojska z poziomu zwykłego żołnierza, armii jako całości i państwa jako systemu obronnego. Ktoś taki był niezbędny do planowania modernizacji.

To Skrzypczak namówił Siemoniaka, by budowę niszczycieli min zlecić prywatnej stoczni. Wtedy to był przełom w myśleniu o relacjach MON – zbrojeniówka. Program okazał się sukcesem – niebawem ostatnie dwa z sześciu zamówionych okrętów wejdą do służby.

– My, wojskowi, nie chcemy czołgów ze złota. Chcemy sensownej modernizacji armii i przemysłu, tego, by wcale niemałe pieniądze na obronność były wydawane racjonalnie. Nie „bo się należy”, ale „bo warto” – tłumaczył Skrzypczak w 2017 roku w wywiadzie dla Interia.pl.

Wówczas był już na emeryturze, ale nadal pozostawał głęboko zaangażowany w sprawy modernizacji. – Wszedł w temat produkcji amunicji, bardzo mu zależało na tym, by nasza zbrojeniówka miała jak najwięcej kompetencji. Krytykował jej słabości, ale robił to z czystych, dobrych intencji – podkreśla gen. Andrzejczak. – Dla nas, generałów, to jego zaangażowanie w sprawy przemysłu, budowania własnych zdolności, to powinien być rodzaj testamentu, dziedzictwa po Waldku.

Każdy chciał być Skrzypczakiem

Wybuch pełnoskalowej wojny w Ukrainie ujawnił jeszcze jedno oblicze Waldemara Skrzypczaka – wziętego komentatora. Na początku marca 2022 roku, gdy wszyscy zastanawiali się nie czy, lecz kiedy Rosjanie wezmą Kijów, generał wiedział już, że Putin tej bitwy nie wygra. I generalnie, że Ukrainy nie pokona. Był pierwszym ekspertem, który mówił o tym głośno. Ze skrawków dostępnych informacji wywnioskował to, czego inni nie potrafili dojrzeć. Dał tu o sobie znać jego kunszt dowódcy i analityka.

Później, komentując bieżące wydarzenia na Wschodzie, nie zawsze miał rację, ale zawsze jego publiczne wypowiedzi doprowadzały do szału kremlowską propagandę. Za słowami Skrzypczaka stał bowiem jego wielki autorytet. – Jeszcze kilka tygodni temu pozostawał na służbie, nie odpuszczał sobie – zwraca uwagę gen. Andrzejczak. – Komentował wojnę w Ukrainie, wszędzie go było pełno. Jego stan był już poważny, ale to Waldek, on był przeciwpancerny.

Mimo tej hardości Skrzypczak do końca pozostał życzliwy w kontaktach z dziennikarzami. – Nigdy nas nie atakował, nie miał pretensji za to, co napisaliśmy. Wiedział, na czym polega nasza praca – mówi Edyta Żemła. „OK, wskazaliście na problem, a teraz trzeba zastanowić się, w jaki sposób go rozwiązać” – reporterka Onetu opisuje najczęstszą reakcję generała.

O życzliwości Skrzypczaka mówi też Agnieszka Drążkiewicz z Informacyjnej Agencji Radiowej, która zawodowe kontakty ze zmarłym oficerem miała przez niemal 20 lat. – Ostatni raz rozmawialiśmy 23 czerwca o 9.18, tak pokazuje mi historia połączeń z numerem „Wodzu”. Zadzwoniłam nieco poirytowana, bo wcześniej dzwoniłam już kilka razy, a Waldek nie odbierał. W końcu odebrał i powiedział: „Aga, przepraszam, ale jestem w szpitalu na Szaserów… Wiesz, gorzej znów ze mną…” – dziennikarka nie kryje emocji. – W dniu jego śmierci, rano przy kawie, pomyślałam: „ciekawe, co u Wodza? Odezwę się do niego, bo przecież obiecywał, że i tym razem da radę, będzie walczył i wyjdzie z tego…”.

Nie wyszedł, choroba nowotworowa okazała się przeciwnikiem nie do pokonania.

– Chyba każdy oficer w tej armii, także ja, chciał być generałem Skrzypczakiem, takim najbardziej żołnierskim żołnierzem – zdradza Rajmund Andrzejczak.

A gen. Krzysztof Król dodaje: Waldemar Skrzypczak to dla mnie wzór oficera flagowego, eksperta, profesjonalisty i lidera. To on w zasadniczy sposób wpłynął na mnie jako oficera i generała Wojska Polskiego.

– Wielka strata – podsumowuje rozmowę gen. Andrzejczak. – I szkoda, że Waldek nie doczekał nominacji generalskiej syna…

Marcin Ogdowski

współpraca: Łukasz Zalesiński, Bogusław Politowski, Marcin Górka, Michał Niwicz, Magdalena Miernicka, Maciej Chilczuk

—–

Nz. Gen. Skrzypczak (drugi od prawej, z profilu) w Iraku. Zrobiłem to zdjęcie tuż przed swoim odlotem z Diwaniji, wiosną 2005 roku/fot. własne

Ten tekst opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do oryginalnego materiału.

Przeszkoda

Zacznę od dygresji, w której przywołam dwóch generałów. Czytelnicy „Alfabetu…” znają tę opowieść, tych, którzy mojej najnowszej książki jeszcze nie czytali, być może zachęci ona do lektury. Tak czy inaczej, ów wstęp stworzy nam odpowiedni kontekst dla rozważań o przyszłości operacji kurskiej ZSU.

Jamesa Mattisa spotkałem w 2005 roku, w Iraku. Późniejszy sekretarz obrony USA zaczynał służbę w czasach, kiedy gorąca konfrontacja NATO–Układ Warszawski była realnym scenariuszem. I o tym m.in. przyszło nam porozmawiać. W którymś momencie Mattis przyznał, że priorytetem sił zbrojnych USA w Europie było zniszczenie jednostek inżynieryjnych bloku wschodniego, w tym komponentów ludowego Wojska Polskiego. Były one bowiem – tak wynikało z danych wywiadowczych – niezwykle skuteczne, co w połączeniu z potężnymi pancernymi zagonami armii radzieckiej stwarzała ryzyko szybkich, zmasowanych uderzeń, niezależnie od warunków terenowych.

W 2020 roku przeprowadziłem wywiad z gen. Waldemarem Skrzypczakiem. Tematem rozmowy była m.in. głośna wówczas sprawa mostu pontonowego, budowanego w Warszawie z powodu awarii oczyszczalni „Czajka” (na zaimprowizowanej przeprawie miano położyć rury doprowadzające ścieki). Stawianie mostu szło jak po grudzie, bo wojsko przez lata zaniedbało tę część saperskich kompetencji. Zużył się sprzęt, za mało było szkoleń, te, które się odbywały, rozpisywano na „zawsze zwycięskie”, a w praktyce mało spektakularne scenariusze. Ot, przejście kompanii czołgów przez strumyk na poligonie. „Przygotowanie natarcia w trudnych warunkach terenowych” zaliczone? Zaliczone! I jakoś to się kręciło.

– Tymczasem putin szkoli, modernizuje, stawia przed wojskiem trudne zadania – mówił gen. Skrzypczak. – Jakiś czas temu obejrzałem rosyjski film instruktażowy, zdobyty przez sojuszników, w którym brygada pancerna forsowała Don lub Dniestr. Szeroką jak diabli rzekę. Czołgi się zatrzymały, załogi przygotowały wozy do przeprawy po dnie. Po 45 minutach wszystkie trzy bataliony były już na drugim brzegu.

– A ile zajęłoby to nam bądź Amerykanom? – zapytałem.

– I my, i oni, czekalibyśmy na most, który następnie trzeba byłoby rozwinąć. Przypuszczam, że przeprawa potrwałaby dwa dni.

A teraz wróćmy do teraźniejszości. Po ponad dwóch latach pełnoskalowej wojny w Ukrainie jest już jasne, że rosjanie nie radzą sobie z pokonywaniem przeszkód wodnych. W Donbasie byle ciek stanowił dla nich nie lada kłopot, zatrzymując wojska na długie tygodnie, a w niektórych miejscach „na zawsze”.

Gdzie zatem podziała się owa zdolność do działań o wysokiej mobilności? A może zawsze był to jedynie wymysł propagandowy, na który nabrali się wojskowi NATO, zarówno ci z czasów żelaznej kurtyny, jak i bardziej nam współcześni? Wiktor Suworow – były oficer GRU, który zwiał na Zachód – opisał w jednej z książek manewr forsowania rzeki przez jednostki armii radzieckiej. Wozy, wyposażone w zestawy do głębokiego brodzenia, przejechały po dnie błyskawicznie. Rzecz w tym, że kilka tygodni wcześniej w miejscu przeprawy przygotowano „autostradę dla czołgów”, wylaną po dnie z betonu. „Pic-na-wodę-fotomontaż”, no ale obserwująca ćwiczenia wierchuszka była bardzo zadowolona. Suworow miał tendencje do zmyślania, niemniej w tym przypadku najwyraźniej nie ubarwiał.

—–

Armia ukraińska w obwodzie kurskim zniszczyła w ostatnich dniach trzy mosty na rzece Sejm. Skądinąd przy tej okazji ostatecznie „zwalił się na pysk” kolejny mit dotyczący rosyjskiej skuteczności – ten o „bańkach antydostępowych”, strefach, do których nie przebije się żadne wrogie rosji lotnictwo. No więc ukraińskie się przebiło – operujące nad rosyjskim terytorium samoloty zrzuciły bomby, „dobijając” uszkodzone wcześniej przez artylerię przeprawy. „Niemająca odpowiednika w świecie” moskalska OPL okazała się bezradna.

Okoliczności zmusiły Ukraińców do szybkiego pójścia za ciosem, rosjanie bowiem próbowali zbudować przeprawę pontonową – i ona została „zgruzowana”.

Po co? Sejm rozcina obwód kurski na północną i południową część. Rzeka ma swoje źródło na terytorium rosji, ale ujście znajduje się już w Ukrainie. Wszystkie rosyjskie oddziały znajdujące się między biegiem Sejmu, ukraińską granicą, a terenami zajętymi już przez ZSU (wschodnia ściana „worka”), zostały więc de facto odcięte. Nie wiem, o jak licznych formacjach mowa, ale w odniesieniu do „wyizolowanego” terenu mówi się o powierzchni ponad 600 km kwadratowych. Z dużym prawdopodobieństwem będzie to kolejna ukraińska zdobycz, trudno bowiem – patrząc z perspektywy rosjan – bronić się bez dostępu do zaplecza logistycznego. Oczywiście, do transportu amunicji, jedzenia i ewakuacji rannych można używać łodzi – zwłaszcza że Sejm szeroki nie jest – ale gdy teren znajduje się pod kontrolą wrogiej artylerii (a taka sytuacja ma tam miejsce), będzie to bardzo problematyczne.

A teraz do sedna, czyli do pewnego zamysłu, który – tak sądzę (sądzę; wchodzimy na grunt spekulacji!) – wyłania się z ukraińskich działań. Kilka dni temu jeden z Czytelników zapytał mnie, dokąd pójdą Ukraińcy. Odparłem, że zapewne „do rzeki”, zakładając, że naturalna przeszkoda wodna to niezłe miejsce do ustanowienia rubieży. Zwłaszcza gdy ma się za przeciwnika rosjan, którzy „nie umią w forsowanie”. Obstaję przy tej hipotezie i dziś, zakładając, że maksymalny zasięg operacji ZSU w obwodzie kurskim wyznacza bieg Sejmu – co oznaczałoby podejście pod Kursk (niekoniecznie zdobywanie miasta; dla odpowiedniego efektu politycznego i psychologicznego wystarczy mieć je w zasięgu artylerii). Taki cel wydaje się i realny (nadal…), i odpowiednio ambitny.

—–

Dziękuję za lekturę! Jeśli tekst Wam się spodobał, udostępniajcie go proszę. Zachęcam też do wspierania mojego raportu – piszę bowiem głównie dzięki Waszym subskrypcjom i „kawom”. Stosowne przyciski znajdziecie poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Biegu Sejmu w zachodniej części obwodu kurskiego/graf. Google Maps

(Nad)kontrola

Rozmawiam z Bogusławem Packiem, generałem dywizji Wojska Polskiego w stanie spoczynku, profesorem nauk społecznych. Byłym dowódcą Żandarmerii Wojskowej i rektorem Akademii Obrony Narodowej (przemianowanej później na Akademię Sztuki Wojennej). Obecnie wykładowcą w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu Uniwersytetu Jagiellońskiego, twórcą i dyrektorem Instytutu Bezpieczeństwa i Rozwoju Międzynarodowego.

– Czy Emil C., dezerter, który uciekł na Białoruś i poprosił tam o azyl polityczny, to szpieg reżimu Aleksandra Łukaszenki?

– Ktoś, kto rozpowszechnia takie przypuszczenia, naoglądał się za dużo filmów sensacyjnych. Widział Pan materiały białoruskiej telewizji z udziałem tego chłopaka?

– Widziałem. Opowiadał niestworzone historie. O strzelaniu do migrantów, o zabijaniu wolontariuszy…

– Gdyby takie sytuacje miały miejsce, wiedzielibyśmy o nich bez Emila C. Organizacje pomocowe wszczęłyby alarm, gdyby ktoś od nich zaginął. Mordowanie migrantów nie uszłoby uwadze służb białoruskich, miejscowej ludności i wreszcie samych uchodźców. W mediach mielibyśmy dziesiątki relacji przerażonych i wściekłych ludzi, którym udało się ujść z potrzasku. Zawsze komuś się udaje.

– Kim więc jest szeregowiec C.?

– Gwiazdką z nieba dla służb Łukaszenki. Plecie bzdury, by przypodobać się KGB. Nie mam kompetencji, by go diagnozować medycznie, ale ewidentnie coś z nim jest nie tak. Złożył już wniosek o zwolnienie ze służby, lada moment byłby poza wojskiem. Po co więc zdecydował się na dezercję? Tym samym postąpił jak więzień, który w ostatnim miesiącu odsiadki decyduje się na ucieczkę z zakładu karnego. Jaka z tego korzyść? I jeszcze ta Białoruś… Mógł przecież wyjechać gdziekolwiek na Zachód.

– Może właśnie o zakład karny chodzi? C. miał kłopoty z prawem, niewykluczone, że trafiłby za kraty.

– No to sobie poprawił – teraz ciąży na nim zarzut dezercji.

– Generał Skrzypczak chciałby go rozstrzelać, a Pan, były szef Żandarmerii Wojskowej?

– C. postąpił niegodnie. I to pierwszy przypadek dezercji w WP od kilkudziesięciu lat. Chciałbym dla niego kary długoletniego więzienia.

– Ilu takich C. mamy jeszcze w armii?

– Chcę wierzyć, że to odosobniona historia. Wpadka bezpośrednich przełożonych, którzy wysłali C. na granicę, choć nie powinni, i lokalnej komórki kontrwywiadu, która najwyraźniej nie miała pojęcia o wcześniejszych występkach szeregowca.

– Co jeszcze mówi nam ta historia?

– Po pierwsze, jest przyczynkiem do dyskusji o jakości systemu rekrutacji. Do wojska można dziś trafić z licznymi przypadłościami, tak niskie są kryteria naboru. Po drugie, marna jest działalność służb informacyjnych MON i MSWiA. C. brylował już w białoruskiej telewizji, a nasi przekonywali, że szukają zaginionego. W tym obszarze oddajemy inicjatywę drugiej stronie, działamy reaktywnie, ociężale.

– Nie tylko w tym. Okulała nam logistyka, która potrzebowała dwóch miesięcy na dostarczenie żołnierzom kontenerów sypialnych. Były doniesienia o kiepskiej aprowizacji. Mamy absurdalne decyzje o skierowaniu w rejon operacji jednostek pancernych. Chyba nie bardzo nam idzie zarządzanie dużą operacją kryzysową…

– Wciąż się uczymy i sporo nauki przed nami.

– Trudno wskazać dowodzącego operacją…

– Ja panu nie pomogę, sam nie jestem w stanie wymienić nazwiska czy choćby stopnia takiej osoby. Tymczasem zadania, jakie postawiono przed wojskiem, policją i Strażą Graniczną wymagają jednoosobowego kierowania.

– Kto powinien się tym zająć?

– Nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Mógłby to być żołnierz, skoro to armia dysponuje największymi siłami. Ale równie dobrze ktoś ze Straży Granicznej, skoro operacja toczy się w obszarze odpowiedzialności tej formacji. Mogłaby to być także osoba cywilna, przedstawiciel rządu, co byłoby najlepszym rozwiązaniem. Ktoś, kto personalnie wziąłby za wszystko odpowiedzialność.

– I przyjął na siebie odium niepopularnych, a często haniebnych decyzji?

– Faktem jest, że były w historii Polski wydarzenia, kiedy użyto wojska przeciwko cywilom. Cierpiał na tym wizerunek armii, a politykom zwykle uchodziło to na sucho. Tu mamy też, choć inną, to jednak sytuację, gdzie skierowano armię do działań wobec osób cywilnych. Tymczasem żołnierz na co dzień jest szkolony do innych zadań. Kryzys graniczny winien być rozwiązany siłami SG, policji i Żandarmerii Wojskowej. Ta ostatnia formacja ma odpowiednio przygotowane oddziały specjalne. Każdy ich członek potrafi zdziałać na granicy więcej niż dziesięciu zwykłych, nieprzeszkolonych żołnierzy.

– Zgoda, ale kryzys tak wyeskalował, że wspomnianych służb by nie starczyło.

– Stąd wniosek – zresztą nie dotyczy on tylko Polski – że proces szkoleniowy w armii należy rozszerzyć o procedury związane z zagrożeniami niekinetycznymi. W ostatnich latach wojsko coraz częściej jest potrzebne do zapewnienia bezpieczeństwa wewnątrz kraju.

– Przy użyciu czołgu i transportera opancerzonego?

– Popieram decyzje o wysłaniu sprzętu ciężkiego do odstraszania wojskowego. Natomiast jeśli po drugiej stronie mamy cywili, to znaczy, że ktoś w siłach zbrojnych zapomniał o naszych doświadczeniach z misji na Bałkanach. Tam, tak długo, jak używano ciężkich pojazdów, miejscowa ludność traktowała patrole jako prowokacje. Każdy przejazd wojskowej kolumny, zamiast obniżać ciśnienie, zaostrzał sytuację. Zmiana nastąpiła, gdy kontyngenty przesiadły się na normalne pojazdy, a żołnierze nie straszyli już wystawionymi lufami.

– Operacja „Granica” kierowana jest przede wszystkim do odbiorcy wewnętrznego. Ma mu pokazać, że jesteśmy silni, zwarci, gotowi…

– Zmierzmy się z realiami. Po jednej stronie mamy 15 tys. żołnierzy, po drugiej, w okresie największego nasilenia, 3 tys. rodzin. Pchniętych ku nam przez Łukaszenkę, no ale cywilów. Źle to wygląda…

– Źle wygląda też sposób, w jaki delegujemy żołnierzy na granicę.

– Podobnie jak w Iraku, gdzie na początku słaliśmy kontyngenty składające się z ludzi zebranych z całej Polski. Fatalnie wpływało to na jakość realizowanych zadań. I nie mówię o typowo bojowych sytuacjach, a zwyczajnych, jak przemieszczanie się z miejsca na miejsce. Kiedy zaczęliśmy wysyłać zwarte oddziały z dowódcami, zupełnie inaczej zaczęło to funkcjonować.

– Na granicy wciąż popełniamy ten „iracki błąd”.

– Nie tylko ten. Od początku byłem zdania, że migrantów należy zatrzymywać na granicy. Ale jednocześnie zapewnić im pomoc tu, na miejscu – dać schronienie, jedzenie, leki. I podjąć odpowiednie procedury administracyjne, w wyniku których odesłalibyśmy pewnie większość z nich do domów, lecz w cywilizowany sposób. Jeżeli miałbym cokolwiek rekomendować, to dałbym pełne pole do działania organizacjom pomocowym. Nie tylko dla dobra migrantów, ale również dla dobra wizerunku Rzeczpospolitej i nas samych. Ci ludzie tracą życie także po naszej stronie. Każdy człowiek, który umarł i umrze w tych lasach, obciąża nas, nasze sumienia. Jako Polak, obywatel tego państwa i żołnierz tego kraju, nie potrafię się z tym pogodzić.

– Ustaliliśmy, że istnieją przesłanki wewnętrzne, by wojsko było większe i wszechstronniej wyszkolone. Są też uwarunkowania zewnętrzne, które wymuszają konieczność rozbudowy armii.

– W pierwszej kolejności należy poprawić jakość. Liczby nie są tak istotne. Od lat weryfikacja naszych zdolności sprowadza się do wybranych elementów. Nie idziemy podczas ćwiczeń na całość, jak Rosjanie, którzy jednym zamachem wyprowadzają w pole całe dywizje. Tym sposobem wiedzą, co w armii działa, a co nie.

– Nie liczą się z kosztami…

– Jestem za większą armią, pod warunkiem, że będzie nas na nią stać. Że będzie ta armia odpowiednio wyposażona. Sprzęt kosztuje, mówimy zatem o zrównoważonym, stopniowym, rozłożonym na lata i adekwatnym do możliwości państwa wysiłku. Koniecznym ze względu na nową sytuację geopolityczną, która – wiele na to wskazuje – może przynieść osłabienie naszych możliwości obronnych.

– Stwierdził Pan kiedyś – co nie spodobało się wielu kolegom-generałom – że skuteczną obronność zapewnia Polsce bardziej NATO i Unia Europejska niż własny system obronny. Coś się w tej sprawie zmieniło?

– Na razie nie. Na razie przed Rosją chroni nas przede wszystkim NATO. Tak jak kiedyś, w czasach słusznie minionych, tak i dziś duży wojskowy sojusz sprawia, że jesteśmy nie do ruszenia.

– Ale?

– Oceniam, że Chiny stanowią zagrożenie dla przyszłości NATO. USA, niezależnie od deklaracji, coraz mniej włożą do Sojuszu, gdy na dobre uwikłają się w dalekowschodni konflikt. Niewielu z nas ma świadomość, że natowskie zdolności militarne w co najmniej 70% opierają się o potencjał Stanów Zjednoczonych. Jeżeli tych zdolności zabraknie, Europa będzie miała poważny problem.

– W Czadzie, gdzie był Pan zastępcą dowódcy całej misji, widzieliśmy, czym są zdolności europejskie.

– To była największa operacja wojskowa dla powojennej Europy. A i tak mierzyliśmy się z niedosytem helikopterów, łączności i odpowiedniego zaplecza medycznego. Wszystkiego, czego Amerykanom nie brakuje.

– W przypadku tej misji zabrakło również konsensusu pośród sojuszników – miesiącami trwały ustalenia, co kto wyśle.

– Konsensus zabija działanie wojska. Bo zjada czas, szczególnie cenny, gdy mamy do czynienia ze zdeterminowanym i szybko działającym przeciwnikiem.

– Nie brzmi to najlepiej w kontekście rosyjskich zagrożeń dla Polski.

– Zwłaszcza, że przyszła wojna będzie inna od tych konfliktów, które znamy. Kiedyś w Kabulu obserwowałem działania, toczące się w czasie rzeczywistym, których celem było unieszkodliwienie oddziału rebeliantów. Mniejsza o szczegóły – wspominam o tym, bo wówczas po raz pierwszy zetknąłem się z sytuacją, w której siły i środki do działania wybrał algorytm. Wskazał narzędzia znajdujące się w sporej odległości od celu – i zasugerował ich użycie. Nasz przeciwnik, w odróżnienie od nas, może dziś zaatakować równie niespodziewanie, z dowolnego miejsca w obrębie gigantycznego terytorium, jakim dysponuje.

– Nie będzie czasu na konsultacje, a przy braku amerykańskiego parasola nasze szanse spadną do zera.

– Czas pomyśleć o tym, jak w większym stopniu przygotować się do obrony samodzielnie.

– Rozwijając Wojska Obrony Terytorialnej?

– Jestem zwolennikiem idei obrony terytorialnej, ale to nie ona sama decyduje o przetrwaniu państwa. Zwróćmy uwagę, że jej powstanie nie spowodowało żadnej reakcji Rosji. Natomiast gdy kupiliśmy rakiety JASSM do samolotów F-16, Rosjanie cofnęli swoje jednostki na Białorusi o taką liczbę kilometrów, która pozwalała na zachowanie bezpiecznego dystansu.

– Zacieśnianie sojuszy to też dobra metoda.

– Oczywiście. To musi być nasze „drugie płuco”. I nie mówię o być może dobrych gospodarczo rozwiązaniach typu Międzymorze. Sojusze mają poprawić polskie zdolności, a nie je obniżyć, tworzyć kolejne koalicje słabych.

– Za to licznych. Kaczyński chciałby 300-tysięcznej armii.

– Jako żołnierz wolę mieć więcej i lepiej niż mnie i gorzej. Ale państwo to system naczyń połączonych. Żeby wojsku dać te 5% PKB, gdzieś trzeba będzie zabrać. Już raz, w czasach PRL-u, zarżnięto państwo m.in. za sprawą ogromnych wydatków zbrojeniowych. Stworzyliśmy wówczas armię dobrze uzbrojoną i nieźle wyszkoloną, ale co z tego, skoro na końcu państwo zbankrutowało?

– W nowej ustawie o obronie ojczyzny zapisano niejasne mechanizmy finansowania sił zbrojnych. A to niejedyna jej słabość.

– Jako wojskowy nie znam się na kwestiach finansowych, wolę więc skupić się na innych niedoróbkach. Na przykład tych, które dotyczą systemu kierowania i dowodzenia. Za siły zbrojne musi odpowiadać jedna osoba. Możemy dyskutować, czy powinien to być dowódca generalny, szef sztabu generalnego, czy jeszcze ktoś inny. Z ustawy się tego nie dowiemy. Druga rzecz, to brak wyraźnie rozpisanej roli premiera. Szef rządu jest w polskich uwarunkowaniach ustrojowych najważniejszym decydentem. Nie prezydent, któremu powierzamy rolę zwierzchnika. Ustawa wymaga udoskonalenia.

– Zostawmy na razie kwestię cywilnej kontroli. Bardziej intryguje mnie fakt, że reagowanie kryzysowe scedowano na WOT.

– A co w sytuacji powodzi, gdy będą potrzebne śmigłowce, których WOT nie ma? Dzisiaj ta formacja ma swoje pięć minut, co rozumiem, ale czy jej dowództwo będzie w stanie operować jako połączony sztab, koordynujący pracę wyspecjalizowanych pododdziałów? Trzeba ten pomysł dopracować.

– Ustawa przewiduje likwidację Wojskowych Komend Uzupełnień. W to miejsce ma powstać centrum rekrutacyjne podległe MON.

– A co z zarządzaniem rezerwami mobilizacyjnymi, z tworzeniem w oparciu o nie nowych jednostek? Zadania typowo wojskowe ma przejąć minister-cywil?

– Mam wrażenie, że ustawa wpisuje się w trwający od lat trend zwiększania uprawnień ministra obrony.

– Zdecydowanie coś tu nie gra. Rola ministra w zakresie decyzji kadrowych, finansowych i wielu innych, jest za daleko posunięta. Weźmy sposób mianowania generałów. W wielu krajach wypracowano reguły, zgodnie z którymi kandydatów wskazuje środowisko wojskowe. Nominacje zatwierdza dajmy na to Kongres, buławy wręcza cywil, na przykład prezydent, lecz istotą procesu jest dobór w oparciu o czytelne, profesjonalne kryteria. U nas często decyduje „widzimisię” polityków. Wraz z początkiem lat 90. poszliśmy w stronę nie tyle rozbudowanej cywilnej kontroli, co cywilnego dowodzenia armią.

– Przypomnę – zaczęło się od hasła „humanizacji”…

– W wyniku czego wylaliśmy dziecko z kąpielą. Stworzyliśmy „pracownika armii” – coraz mniej żołnierza, coraz bardziej cywila. Liczba obwarowań, na które musi zważać dowódca, aby nie naruszyć praw podwładnego, jest bardzo duża. Choćby kwestia godzin pracy, które często nijak się mają do bieżących wymogów służby. Nie twierdzę, że żołnierz powinien być niewolnikiem, ale dowódca musi mieć więcej możliwości działania.

– Wróćmy do ustawy. Ponarzekaliśmy, ale przecież ma też dobre strony.

– Oczywiście. Na przykład dodatki, które będą przysługiwać po odsłużeniu 25 i 28,5 lat. Dziś żołnierz z takim stażem nabiera pełne prawa emerytalne i zwykle nie jest zainteresowany dalszą służbą. Zdecydowanie pochwalam pomysł rocznej dobrowolnej służby zasadniczej. To sposób na odbudowę rezerw, bez konieczności przywracania przymusowego poboru.

– Chciałby Pan powrotu tradycyjnej „zetki”?

– Nie, bo pamiętam zjawisko „uciekającej dywizji”. W latach 80. rejestrowano 12 tys. ucieczek z koszar. Rocznie wiało tylu żołnierzy, ilu liczyła etatowa dywizja. A tak naprawdę kilka razy więcej, gdyż dowódcy nie wykazywali samowolek, bo nikt nie chciał dostać po głowie za zbyt niską dyscyplinę. Armia nie może się kojarzyć z czymś, z czego się ucieka. Ma to być obowiązek, nawet trudny, ale warty wykonania.

– Chwalił Pan możliwość finansowania studiów w zamian za późniejszą służbę.

– Bo to dobre, sprawdzone w innych krajach rozwiązanie. Generalnie wszystko, co zwiększy pulę rezerwistów, zasługuje na uznanie. Zastanowiłbym się jeszcze nad podniesieniem maksymalnego wieku rezerwistów. Dziś jest to 60. rok życia. Tymczasem statystycznie żyjemy dłużej, po 60-tce jesteśmy zdrowsi, sprawniejsi, może by więc podnieść poprzeczkę o trzy-pięć lat na przykład oficerom starszym?

– Ustawa jest w konsultacjach, dałoby się jeszcze wprowadzić zmiany.

– Wierzę, że będzie lepsza, ale obawiam się najgorszego efektu, jaki może spotkać nasz system obronny. Wprowadzenia ustawy na dwa, może trzy-cztery lata – i później gwałtownej wolty. Z analiz, jakie niedawno przeprowadziłem, wynika dramatyczny brak ciągłości działania i brak strategii, cechujący lata 1989-2020. Dobrym przykładem jest obrona terytorialna, którą wielokrotnie powoływano i redukowano, i której koncepcję zmieniano po 1989 roku kilkanaście razy. Albo kwestia budowy sił na ścianie wschodniej – no przecież myśmy mieli tam już dwie dywizje, pierwszą i piętnastą. Nowy minister, nowe koncepcje, a potem wychodzą takie kwiatki, jak budynek dowództwa wojsk lądowych we Wrocławiu, do którego dowództwo nigdy się nie wprowadziło, bo najpierw zostało w Warszawie, a potem je rozwiązano.

– Ministrom doradzali mundurowi, więc problem nie dotyczy tylko cywilów. W armii od lat mamy koterie, grupy towarzyskie, ideologiczne podziały.

– Zaraz po 1918 roku wojsko składało się z oficerów i żołnierzy z trzech zaborczych armii, którzy skakali sobie do gardeł bardziej niż teraz. A mimo wszystko ostatecznie potrafili się dogadać.

– Warunkiem koniecznym jest zgoda pośród polityków. Nie mówię o „polityce miłości”, bo to mrzonka, ale o kompromisie w strategicznych obszarach. Na przykład dotyczących przemysłu zbrojeniowego, który w naszym przypadku stoi nad przepaścią.

– Kraj, który nie ma własnego przemysłu obronnego, bądź z jakichś powodów z niego nie korzysta, kupuje wszystko na wolnym rynku. Wszyscy kupują, ale chodzi o proporcje i produkty newralgiczne. Na przykład nie powinno się dopuścić do sytuacji, w której państwo zmuszone jest do nabywania na zewnątrz amunicji.

– My nawet prochu nie jesteśmy w stanie od początku do końca samodzielnie wyprodukować…

– Bośmy zarżnęli zbrojeniówkę, która dziś potrzebuje nie tylko pieniędzy, ale i technologii. To pierwsza kwestia. Druga dotyczy traktowania po macoszemu prywatnego przemysłu, który przecież dysponuje wieloma ciekawymi projektami.

– Patrząc na ostatnie zakupy, odnoszę wrażenie, że mamy gdzieś i rodzimych „prywaciarzy”, i transfer technologii.

– Brałem kiedyś udział w spotkaniu u szefa sztabu generalnego. Z jednej strony wojskowi, z drugiej przedstawiciele przemysłu obronnego, na czele z prezesem ówczesnego Bumaru. I doskonale pamiętam puentę gospodarza, który stwierdził, że polski żołnierz ma takie samo prawo do używania niezawodnego sprzętu, jak wojskowy z armii francuskiej, brytyjskiej czy amerykańskiej. „Póki nie dacie tej samej jakości, póty nie liczcie na to, że będziemy u was kupowali”, usłyszeli szefowie fabryk. Do czego zmierzam (poza postulatem dofinansowania i transferu)? Otóż przemysł zbrojeniowy musi działać w oparciu o realne potrzeby wojska, nie obok nich. Po co armii fabryka autobusów?

– Bo bez zamówień z wojska tej fabryki by już nie było. A skoro jesteśmy przy brutalnych prawach rynku – pomysł na większą armię może się z nimi boleśnie zderzyć. Wojsku już dziś brakuje ochotników.

– Chłopak, który przyjdzie na rok do dobrowolnej służby, ma dostać 4,4 tys. zł brutto. To trzy tysiące na rękę, więcej niż dostaje nauczyciel na początku pracy. Chętnych więc nie zabraknie. Obawiam się innego scenariusza – drenażu rynku. Mamy złą sytuację demograficzną, która w perspektywie 30 lat stworzy większe zagrożenia niż kryzys militarny. Będziemy jak Rosja masowo się wyludniać. Na razie ratują nas Ukraińcy i Białorusini – bez których, gdyby nie ograniczenia wynikłe z pandemii, już dziś brakowałoby 2 mln ludzi do pracy. Ściągnijmy z rynku na rzecz wojska kolejne 100-150 tys. osób i gdzieś nastąpią braki. Kim je uzupełnimy, jak migracja ukraińsko-białoruska już się wysyci? Mam nadzieję, że ktoś o tym myśli.

– Ostatecznie możemy stworzyć polską legię cudzoziemską.

– Nie sądzę, by ten pomysł przyjął się nad Wisłą.

– Dziękuję za rozmowę.

—–

Nz. Zestaw przeciwlotniczy Zu-23, ćwiczenia Anakonda 2010/fot. własne

Wywiad opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 1/2022

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Ustaw(k)a?

Pisowski rząd bije na alarm – putinowska Rosja tylko czyha na sposobność, by nas zaatakować i na powrót włączyć do swojej strefy wpływów. Nie możemy więc pozostać bierni i musimy się odpowiednio przygotować. I to już teraz, bez zbędnej zwłoki, przekonywał Jarosław Kaczyński podczas ubiegłotygodniowej konferencji prasowej. Gdy głos zabrał minister obrony Mariusz Błaszczak, by przedstawić szczegóły planowanych działań, wicepremier ds. bezpieczeństwa stracił wcześniejszą werwę. Technicznie rzecz ujmując, kilka razy oddał się mikro-drzemce, co bezlitośnie uchwyciły kamery i o czym złośliwie dywagowała później opozycja. Kaczyński ma swoje lata, ponoć sporo pracuje i nie jest okazem zdrowia. Ale przysypiając podczas prezentacji projektu nowej Ustawy o Obronie Ojczyzny, stworzył wrażenie, że się nudzi. Gdy głowa prezesa co rusz opadała w stronę blatu, Błaszczak mówił o pomysłach szeroko zakrojonej militaryzacji, które będą nas kosztować co najmniej 50 mld zł. Rocznie. Przez wiele lat. Zakładając oczywiście, że mamy do czynienia z rzeczywistą wolą podnoszenia potencjału obronnego Polski. A może jednak nie? Może Ustawa to tylko propaganda na użytek własnego elektoratu? Kolejny przykład mówienia, że coś się zmienia, bez wprowadzania realnych zmian. W takim kontekście drzemki Kaczyńskiego, choć pewnie niezaplanowane, urastają do rangi symptomatycznych.

„Ustawa (o powszechnym obowiązku obrony – dop. MO) z 1967 r. wymaga zmiany. Kolejną przesłanką są potrzeby obronne naszego państwa (…), które leży na granicy NATO i UE i musi mieć poważną siłę odstraszającą. Musi w razie potrzeby mieć możliwość naprawdę skutecznej obrony, także samodzielnie. Ponieważ mechanizm prowadzący do uruchomienia sił NATO trochę trwa” – uzasadniał procedowanie nad nową regulacją Kaczyński. I dodał: „Odrzucamy koncepcję, która dziś jest modna, że armia powinna być niewielka, za to bardzo dobrze uzbrojona. Powinna być możliwie duża i dobrze uzbrojona – wtedy ma tę moc odstraszania, skłania ewentualnego przeciwnika do przemyślenia (zamiaru agresji – dop. MO)”. Konkretną liczbę podał Błaszczak – docelowo Wojsko Polskie ma liczyć 250 tys. żołnierzy zawodowych i 50 tys. „wotowców”. Dziś liczba mundurowych w Wojskach Obrony Terytorialnej nie przekracza 30 tys., zawodowców zaś mamy 112 tys. Mowa zatem o ponad 100-procentowym wzroście, któremu – wedle deklaracji prezesa PiS – towarzyszyć będzie zwielokrotnienie potencjału bojowego armii.

Więcej kasy i nowy rodzaj wojsk

Jak ten cel osiągnąć? „Nie przywracamy obowiązkowej służby wojskowej (…), ale wprowadzamy dobrowolną” – mówił szef MON. Ochotnicy będą mogli liczyć na uposażenie w wysokości 4400 zł brutto miesięcznie oraz gwarancję stałego zatrudnienia w armii po odbytej służbie. Potrwa ona rok i będzie podzielona na dwa etapy: 28-dniowe szkolenie podstawowe i 11-miesięczne szkolenie specjalistyczne. Błaszczak zapowiedział rozszerzenie programu Legii Akademickiej. Wedle jego słów, MON będzie dotowało wybrane kierunku studiów cywilnych, pieniądze – w ramach stypendiów – otrzymają również studenci, którzy w zamian, po ukończeniu nauki, zgodzą się na odbycie co najmniej pięcioletniej służby. Projekt ustawy zakłada comiesięczne świadczenia motywacyjne – 1500 zł po 25 latach służby i 2500 zł po 28 latach i sześciu miesiącach w mundurze. Będzie także możliwość wypłacenia odprawy mieszkaniowej z najbardziej korzystnego okresu służby. Rezerwiści zaś otrzymają pierwszeństwo w zatrudnieniu w administracji państwowej. Szef resortu zdradził, że powstanie nowy rodzaj wojsk – obrony cyberprzestrzeni. W związku z tym w ustawie znajdują się zapisy dopuszczające do służby osoby niepełnosprawne – by tym sposobem pozyskać specjalistów, którzy nie spełniają norm zdrowotnych, obowiązujących obecnie w armii.

Ale ludzie, nawet najlepsi, to nie wszystko – nowa, wielka armia będzie potrzebowała sprzętu. „To nie zostanie zrobione z dnia na dzień, ale mówimy o procesie stosunkowo krótkotrwałym” – takie ramy czasowe transformacji wyznaczył Kaczyński. „Oczywiście broni nie kupuje się jak samochodu w sklepie, trwa to znacznie dłużej. (…) Z całą pewnością bardzo dużą rolę będą odgrywały dostawy amerykańskie, ale nie rezygnujemy także z innych kierunków, nie rezygnujemy z zakupu broni od naszych sojuszników europejskich” – zapewniał wicepremier. Kogokolwiek miał na myśli, jedno jest pewne – realizacja wspomnianych zapowiedzi będzie nas słono kosztować. Skąd wziąć pieniądze? Finansowaniem rozwoju armii ma się zająć Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych. Będzie on prowadzony przez Bank Gospodarstwa Krajowego, a źródłem dochodu mają być skarbowe papiery wartościowe, środki z obligacji wyemitowanych przez BGK, objętych gwarancją skarbu państwa, wpłaty z zysku Narodowego Banku Polskiego i wpłaty z budżetu państwa. O jakiej średniorocznej wysokości? Z jakim udziałem konkretnych narzędzi finansowych? Możemy tylko przypuszczać, bo takich informacji politycy nie podali.

Jak mocarstwa atomowe i kraje Zatoki

– Nie jest tajemnicą, że w budżecie pieniędzy nie ma – przypomina prof. Witold Orłowski, ekonomista z Akademii Finansów i Biznesu Vistula. – Zatem program trzeba będzie sfinansować przede wszystkim z pożyczek. Zakładając, że mówimy o wojsku dwa razy większym niż obecne, musimy przyjąć, że udział wydatków zbrojeniowych wzrośnie z nieco ponad 2 do 4% PKB. Sporo… Politykom wydaje się, że jeśli przeniosą dług na BGK, to tak, jakby go nie było. A to nieprawda – przepisywanie zobowiązań do innego zeszytu nie sprawia, że one znikają. Tymczasem już teraz nasz dług publiczny zbliża się do granicy 60% PKB. W przeliczeniu na jedną osobę to 30 tys. zł, z czego 5 tys. przyrosło tylko w jednym, 2020 r. A 2021 r. przyniesie kolejne wzrosty. Więc wyobraźmy sobie, że czteroosobowa rodzina ma 120 tys. długu i perspektywę znaczącego wzrostu zobowiązania w najbliższych latach. Proszę mnie dobrze zrozumieć – bezpieczeństwo jest ważne i w razie potrzeby wymaga zaciskania pasa. Ale czy taka potrzeba istnieje?

– Nie – odpowiada zdecydowanie Janusz Zemke, były wiceminister obrony w rządzie SLD-PSL. – 300-tysięczna armia to megalomański pomysł, oparty o wydumane zagrożenia. Bo przecież nie ma sygnałów, by ktoś chciał najechać zbrojnie Polskę. Mamy za to zagrożenia hybrydowe – na granicy z Białorusią, w cyberprzestrzeni. Ale odpowiedzią powinna być budowa wojsk cybernetycznych oraz wzmocnienie ludźmi i sprzętem Straży Granicznej. Nie zaś budowa armii, na którą wydamy rocznie grubo ponad 100 mld zł. Te 300 tysięcy ludzi trzeba będzie nie tylko opłacić, ale i uzbroić, więc wzrost do poziomu 4% PKB należałoby uznać za zjawisko długotrwałe. A tyle pieniędzy na wojsko wydają mocarstwa jądrowe – za wyjątkiem Wielkiej Brytanii i Francji – oraz leżące na petrodolarach kraje Zatoki Perskiej – wylicza wieloletni europoseł. I przyznaje, że z niepokojem przyjął krytyczne uwagi Kaczyńskiego w stosunku do NATO. – Nawet jeśli zbudujemy półmilionową armię, to i tak bez wsparcia Sojuszu niewiele wskóramy. Nonszalanckie było to bajdurzenie o samodzielnych możliwościach obronnych.

Komponent kultury strategicznej

Nieco inaczej widzi sprawy gen. Bogusław Pacek, dyrektor Instytutu Bezpieczeństwa i Rozwoju Międzynarodowego. Zgadza się z ideą, że wielkość armii powinna zależeć od okoliczności, ale zwraca uwagę na zmiany zachodzące w świecie.

– Na wiarygodności Sojuszu opieraliśmy założenia dotyczące obrony kraju przez dwie ostatnie dekady – mówi. – Ale NATO to głównie USA, a one przesuwają punkt ciężkości swoich zainteresowań na Pacyfik, przygotowując się do konfrontacji z Chinami. Tymczasem Rosja nie próżnuje. Nie mamy co prawda sytuacji wojennej, ale są powody do niepokoju. Nie na dziś czy na jutro, ale wojskowi muszą myśleć także o tym, co pojutrze. Zresztą – dodaje były komendant-rektor Akademii Obrony Narodowej – takie rozumienie uwarunkowań geopolitycznych ma miejsce nie tylko w Polsce. Sytuacja międzynarodowa skłania także inne kraje do rozbudowy własnych możliwości obronnych.

Jak zauważa politolog dr Michał Piekarski, w przypadku naszego kraju presja na militarną samowystarczalność ma głębsze korzenie. – Niepewność w odniesieniu do sojuszników to trwały komponent polskiej kultury strategicznej – przekonuje naukowiec z Instytutu Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego. – Z racji doświadczeń historycznych, lękamy się zdrady i porzucenia niezależnie od opcji i poglądów politycznych.

Na takim gruncie pomysł licznej armii wydaje się czymś naturalnym. Ale czy liczna oznacza silna?

– Czekam na informacje, jak przy wzroście stanów osobowych, zwiększy się potencjał obronny – mówi gen. Pacek. – Ogólniki o kupowaniu sprzętu za granicą to za mało. Nie wiemy, w jakich obszarach będziemy budować większe zdolności – czy kompleksowo, czy z naciskiem na wojska lądowe, a może na siły powietrzne.

– Z pewnością nie może być tak, że nałapiemy ludzi do koszar, a potem coś się dla nich kupi i jakieś zadania przydzieli – dodaje gen. Waldemar Skrzypczak, były dowódca Wojsk Lądowych. – Najpierw musi powstać koncepcja rozwoju i modernizacji sił zbrojnych, a zwiększaniu stanów osobowych powinno towarzyszyć kupowanie kolejnych systemów uzbrojenia. By nie skończyło się na tym, że damy ludziom stare kałachy i stalowe hełmy. Sprzęt, jakim już dysponuje wojsko, ma wartość kilkuset miliardów złotych. My tymczasem mówimy co najmniej o podwojeniu potencjału. Przed nami zatem naprawdę wielkie zakupy.

W zderzeniu z demografią

Mechanizm kredytowania nie wystarczy do realizacji wszystkich potrzeb, zresztą kiedyś pożyczki trzeba będzie spłacić. A państwo – zauważa gen. Pacek – to system naczyń połączonych. Żeby gdzieś dać, gdzieś trzeba zabrać.

– Mamy obecnie inną wojnę, z covidem – przypomina Janusz Zemke. – A system ochrony zdrowia ledwie zipie. Mamy zapaść w edukacji, kłopoty w starzejącej się energetyce. To tam w pierwszej kolejności powinny pójść większe pieniądze.

Pójdą tymczasem – trzymając się zapowiedzi Kaczyńskiego – przede wszystkim za granicę.

– Jest dla mnie czymś niezrozumiałym, że nasze podatki w tak wielkiej skali pożera amerykański przemysł zbrojeniowy – przyznaje gen. Skrzypczak. – I to w czasie, gdy nasza zbrojeniówka się cofa. Wbrew bowiem optymistycznym komunikatom i jaskółkom typu moździerze Rak, z polskim przemysłem jest źle. Nie potrafimy nawet samodzielnie, od początku do końca, stworzyć amunicji, bo nie produkujemy, a kupujemy potrzebny do tego proch wielobazowy. W razie wojny to przepis na klęskę. Tak jak przepisem na klęskę jest kupowanie sprzętu za granica, bez możliwości remontowych, modernizacyjnych, bez dostępu do kodów źródłowych w przypadku najbardziej skomplikowanych systemów uzbrojenia. Sprawa odbudowy zbrojeniówki to kwestia państwowotwórcza, bez rozwiązania której nie ma sensu zwiększanie stanu osobowego armii.

W tym miejscu warto dodać, że Polska wysłała właśnie za ocean grupę szkoleniowców. „Rozpoczęliśmy przygotowania do przyjęcia czołgów Abrams w Siłach Zbrojnych RP. Pierwsi polscy żołnierze są już w drodze do Idaho w USA, by zdobywać niezbędne know-how do szkolenia przyszłych załóg tych maszyn”, ujawnił w miniony czwartek szef resortu obrony. Przypomnijmy: rząd RP nie podpisał jeszcze z Amerykanami żadnej umowy ws. Abramsów. Tak bardzo chcemy te czołgi mieć, że jeszcze przed wystawieniem na sprzedaż deklarujemy chęć ich kupna. Niezależnie od ceny (z góry założyliśmy, że będzie najwyższa) i bez jakichkolwiek prób poprawienia własnej pozycji negocjacyjnej. Jeśli tak będą wyglądać w przyszłości kontrakty wojskowe (w branży mówi się o nich „kupowanie na Błaszczaka”), źle to wróży zarówno naszemu budżetowi, jak i zbrojeniówce.

Ale problemem może się okazać również demografia, o której Kaczyński i Błaszczak nie wspomnieli ani słowem. Polska się wyludnia i za 30 lat ma nas być o 3 mln mniej. Widoków na odwrócenie trendu nie ma, potencjalnych zagrożeń, które mogłyby przyśpieszyć depopulację – od zmian klimatycznych po kryzysy gospodarcze – jest za to sporo. Dość wspomnieć o pandemii, która w półtora roku doprowadziła do 150 tys. nadmiarowych zgonów. A i bez tego rekrutacja idzie wojsku jak po grudzie. Wedle MON, stan liczebny zawodowej armii na przestrzeni ostatnich lat wyglądał następująco: 2011 r. – 93923 żołnierzy, 2012 r. – 95318, 2013 r. – 97055, 2014 r. – 96611, 2015 r. – 96248, 2016 r. – 98586, 2017 r. – 101578, 2018 r. – 104946, 2019 r. – 107704, 2020 r. – 110100, 2021 r. – 112326. Wraz z nastaniem rządów PiS, liczebność armii zaczęła rosnąć, trudno jednak mówić o imponującym tempie. Fakt, iż wojsko nie cieszy się wielkim zainteresowaniem, najlepiej widać w przypadku WOT. W 2021 r. miały one liczyć 50 tys. żołnierzy, a jest ich o 20 tys. mniej, mimo obniżenia kryteriów zdrowotnych i nachalnej wręcz kampanii rekrutacyjnej. Czy zachęty finansowe, o których mówili Kaczyński z Błaszczakiem, wystarczą?

– Proszę pamiętać, że mówimy o projekcie rozpisanym na lata – zwraca uwagę gen. Pacek. – Służba ochotnicza potrwa rok, przygotowanie nowych oficerów to pięć lat, jeszcze więcej czasu wymaga modernizacja. Myślę, że pierwsze namacalne wyniki zobaczymy za dwa-trzy lata, pełniejsze po co najmniej pięciu, a za dziesięć lat będzie już można mówić o konkretach.

Strategia oblężonej twierdzy

Mundurowi, z którymi rozmawiałem, generalnie są pomysłowi rozbudowy armii przychylni. I nic w tym dziwnego. Ich percepcja zagrożeń jest inna od cywilnej, nie bez znaczenia pozostają czynniki ambicjonalne i utylitarne – oni również chcieliby pracować w atrakcyjnej „firmie” i dobrze zarabiać. Politycy często podzielają racje wojskowych, dotyczące potencjalnych zagrożeń, ale czy tymi przesłankami kierowali się autorzy Ustawy o Obronie Ojczyzny? To polityczne dziecko Kaczyńskiego – co sam podkreślał – oraz projekt, który wzmacnia prerogatywy ministra obrony (kosztem szefa MSWiA). Janusz Zemke wskazuje na zapowiedź większej elastyczności w obsadzaniu stanowisk w armii. Odejście od powiązania etatu ze stopniem sprawi, że dla przekładu pułkiem będzie mógł dowodzić major, podpułkownik, jak i pułkownik. – Ta elastyczność oznacza uznaniowość, ale wedle jakich kryteriów? Czy aby nie politycznych, towarzyskich, lojalnościowych? – niepokoi się Zemke. I przyznaje, że nie dziwi go inicjatywa Kaczyńskiego. – Dla PiS państwo to aparat administracyjno-urzędniczy, a aparat to przede wszystkim struktury siłowe. Reszta jest mniej istotna, bo nie stwarza tak dobrych pretekstów do skupienia elektoratu wokół zagrożenia.

Na ten rodzaj kalkulacji politycznej zwraca uwagę prof. Roman Bäcker z Wydziału Nauk o Polityce i Bezpieczeństwie Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

– PiS już od lat, a ze szczególnym nasileniem od kilku miesięcy, kreuje zagrożenie ze strony UE i Niemiec, czyniąc to wbrew elementarnym faktom. Unia przeszkadza rządowi we wszystkim, zwłaszcza w reformie systemu sprawiedliwości, zaś zwykłym ludziom chce odebrać prąd i pracę, jak mówi się o sprawie Turowa. Niemcy w tej narracji pełnią rolę czynnika sprawczego, a współpraca z nimi zasługuje na miano zdrady narodu polskiego. Mamy tu do czynienia z typowymi niedemokratycznymi strukturami myślowymi. Chodzi głównie o kreowanie sztucznego wyobrażenia życia w oblężonej twierdzy.

W pisowskiej narracji Rosja nie zajmuje tak wiele miejsca. Zdaniem prof. Bäckera, jest wręcz traktowana ulgowo w porównaniu z Niemcami.

– Nikt nie formułuje postulatu odszkodowań wojennych od Rosji, nie ma dyskusji o zwrocie wraku Tupolewa – wskazuje profesor. – Dlaczego? Bo gdyby pierwszoplanowych wrogów było zbyt wielu, w szeregach zwolenników pojawiłby się defetyzm. Ponadto Niemcy i Unia świetnie pełnią swoje role, bo dają szanse na choćby symboliczne zwycięstwo. Bruksela wciąż wyciąga dłoń do rządu PiS, niemiecka kanclerz do końca prowadziła politykę, w ramach której władze RP traktowano jako mimo wszystko przewidywalnego partnera, z którym można się dogadać.

Ale Niemcom nie da się „wlepić” zarzutu czyhania na zdobycze terytorialne w Polsce. – Figura nazisty już się zgrała. Od pół wieku mamy z Niemcami dobre relacje, a i czas robi swoje. Osób, które doświadczyły okupacyjnych prześladowań, jest już mało. Za mało, by osiągnąć efekt masowej mobilizacji wokół władzy.

Rosja – szczególnie Rosja Putina – nadaje się do tego celu znacznie lepiej. I może o to w tym wszystkim chodzi?

—–

W jakich obszarach będziemy wzmacniać nasz potencjał? Czy będą to wojska powietrznodesantowe? Nz. desant żołnierzy 6. Brygady Powietrznodesantowej podczas ćwiczeń Puma, jesień 2010 r./fot. Marcin Wójcik

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 45/2021

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Łup

Rozmowa z generałem broni Waldemarem Skrzypczakiem, byłym Dowódcą Wojsk Lądowych.

– Podczas ostatniej kampanii wyborczej niewiele mówiło się o wojsku i jego potrzebach.

– Nic nadzwyczajnego. Minęło ponad 30 lat od zmiany systemu, ale na dobrą sprawę niewiele dla armii w tym czasie zrobiono. Generalnie wojsko służy politykom do tego, do czego aktorzy używają ścianki.

– Ma stanowić tło, przy którym warto się zaprezentować.

– Dokładnie tak. Proszę zauważyć, że choć było już kilka planów rozwoju sił zbrojnych, to żaden rząd nie wykazał się tu konsekwencją. Każdy chciał robić po swojemu, psuł i dewastował to, co zrobili poprzednicy. W efekcie, zamiast kompleksowych zmian, mamy w Polsce szereg programów wyspowych. Dziś kupujemy Patrioty, jutro HIMARS-y, a pojutrze wrzucimy sobie jakiś nowy temat. Bierzemy po trochu, bo drogie, i co gorsza, w oderwaniu od realnych potrzeb armii.

– Warunki gry dyktują lobbyści?

– To oni przekonują polityków do zakupów. Ci z kolei wydają dyspozycje wojskowym, by znaleźli uzasadnienie dla konkretnych wydatków. Doskonale to widać po niektórych ważnych politykach , którzy wręcz chodzili i nadal chodzą na pasku lobbystów. Nie są przy tym zupełnie bezwolni, bo godzą się na takie warunki świadomi propagandowych korzyści, jakie da się uzyskać na zakupach. Niech pan sobie przypomni, jak ograno medialnie zakup dwóch baterii Patriotów.

– Jakbyśmy nagle skoczyli do militarnej ekstraklasy…

– A nic się nie zmieniło, bo wyrzutnie otrzymamy za kilka lat, w takiej liczbie, że będą one mogły bronić co najwyżej same siebie. Rozwój sił zbrojnych winien być podporządkowany planom wojennym. Narodowym i sojuszniczym. Opartym o wiedzę i doświadczenie wojskowych, nie polityków.

– Ten polski, i dla Polski, zakłada, że największym zagrożeniem jest dla nas Rosja. I że w razie ataku mamy wytrzymać rosyjski napór do czasu rozwinięcia głównych sił NATO. To realistyczne zadanie?

– Nie lubię słowa „wytrzymać” w tym kontekście, za bardzo przypomina mi 1939 rok. Wtedy też mieliśmy wytrzymać pierwsze uderzenie niemieckie i czekać na operację zaczepną sił francusko-brytyjskich…

– …która nigdy nie nastąpiła.

– Cóż, zdradzono nas. Świadomi tych doświadczeń, winniśmy mieć potencjał zdolny nie tylko przyjąć pierwsze uderzenie. Nie mamy zginąć między Bugiem a Wisłą. Mamy przetrwać, czyli zachować istotną część armii dla prowadzenia dalszych operacji. Oczywistym jest, że dziś – w przypadku zaskakującego uderzenia – nie sprostamy tej roli. Wojsko Polskie jest za słabe, no i nie stacjonują u nas znaczące komponenty innych armii NATO. Amerykańska obecność jest w tej chwili symboliczna…

– To odpowiednik jednej brygady.

– Czyli nic, co mogłoby Rosjan odstraszyć i zatrzymać. Rosjanie dojdą do Wisły w ciągu 2-3 dób, Odrę osiągną po 9-10. Tymczasem Amerykanie potrzebują 60 dni, by przerzucić do Europy odpowiednio silny kontyngent. A na dziś ani Niemcy, ani Francuzi, Hiszpanie czy Włosi, nie są w stanie poderwać w trybie alarmowym i przesunąć do Polski przed upływem tych 10 dób, wojsk o wystarczającym potencjale. Ktoś powie: „no dobra, ale NATO dysponuje rakietami, ma bomby jądrowe i samoloty”. Prawda, tylko wiemy, czym skończyłoby się użycie broni atomowej.

– Strach pomyśleć…

– Zwłaszcza, gdy uświadomimy sobie, że natowscy wojskowi nie posługują się w ćwiczeniach doktrynami rosyjskimi. Jednostki grające w manewrach Rosjan, rozwijają działania w oparciu o strategie i taktyki NATO. A przecież to droga donikąd.

– Amerykanie nie znają rosyjskich doktryn?

– Znają je słabo. My też, czego dowodem demonizacja Przesmyku Suwalskiego. W efekcie, jako Sojusz, źle uczymy sztaby i dowódców. Istotą działań rosyjskich wojsk lądowych są operacje zaczepne. Szybkie uderzenia, których celem jest rozbicie przeciwnika i wyjście na określoną rubież. Blitzkrieg, którego Rosjanie nauczyli się od Niemców.

– W tej sytuacji łatwo o argument, że nie warto nic robić, bo i tak przegramy…

– Warto, ale najpierw NATO musi się otrząsnąć z okresu miłości do Władimira Putina…

– Nie otrząsnęło się jeszcze?

– Nie, co widać po kolejnych redukcjach sił zbrojnych. U nas, za ministra Bogdana Klicha, zmniejszono wojska operacyjne o blisko 30 proc. Gdyby politycy na serio myśleli o bezpieczeństwie państwa, zadbaliby o rozwój armii i przemysłu zbrojeniowego.

– Zbrojeniówka po 2015 roku stała się obiektem ciągłych restrukturyzacji. Co rusz zmieniały się zarządy poszczególnych firm i całej Polskiej Grupy Zbrojeniowej…

-To relikt z poprzedniej epoki. Scentralizowany i zależny od polityków. Tylko ekipy się wymieniają, traktując zbrojeniówkę jak „ujeżdżalnię”, z której doi się pieniądze. Bez prawdziwej i głębokiej restrukturyzacji wciąż będziemy mieli przemysł, któremu zrobienie karabinu zajęło kilkanaście lat, a samobieżnej armatohaubicy niemal ćwierć wieku.

– Zastanawiam się na powodami nonszalancji polityków. Czy aby nie chodzi o przekonanie, że przecież Amerykanie nas obronią, a samo ryzyko wojny jest niewielkie?

– Atlantyku nie da się zasypać, trzeba go przepłynąć – co byłoby nie lada wyzwaniem. Dlatego byłbym ostrożny z tym optymizmem, że Stany nam pomogą. A wiara w to, że wojny nie będzie, jest nieuzasadniona. W ciągu dekady musimy się liczyć z konfrontacją chińsko-amerykańską.

– To chyba nie nasze zmartwienie.

– Jak najbardziej nasze. To Chińczycy trzymają w ryzach Putina, nie pozwalają mu na wywołanie kolejnych konfliktów, bo naraziłoby to stabilność ładu gospodarczego. Ale gdy USA na serio zagrożą chińskim interesom w Afryce, Azji czy Ameryce Południowej, Pekin zwolni hamulce.

– Peryferyjność nas nie uratuje?

– Nie, bo Moskwa chce odzyskać dawne strefy wpływów w Europie Wschodniej.

Z Donaldem Trumpem, jako prezydentem USA, może być jej łatwiej.

– Polityka Trumpa jest za bardzo konfrontacyjna w stosunku do Unii Europejskiej, najbliższego sojusznika. Ten człowiek błądzi, bo w pewnym momencie Niemcy i Francuzi przestaną z nim rozmawiać. A jak z nim, to i z nami, bo powiedzieć o naszej polityce zagranicznej, że jest proamerykańska, to jakby nic nie powiedzieć.

Trump chyba nie wygra listopadowych wyborów…

– Ma poważne kłopoty. Widać to po reakcji Pentagonu na groźby prezydenta, że użyje wojska do tłumienia demonstracji. „Nie ma takiej opcji” – usłyszał od sekretarza obrony. Przeczy to politycznej charyzmie Trumpa i pokazuje siłę amerykańskiej demokracji.

– No właśnie, Amerykanie przetrwają Trumpa, a czy my przetrwamy Jarosława Kaczyńskiego?

– Młodzież nie da się zbałamucić – jestem tego pewien.

– A armia? Coś złego stało się w ostatnich latach z jej morale…

– W zbyt dużym stopniu zależy ono od tego, czy żołnierze dostaną podwyżki, czy nie. Wojskowi zarabiają dziś bardzo dobrze – i to nie jest złe. Lecz gdy zestawimy ich pensje z innymi sektorami budżetówki, widać jak na dłoni intencje polityków. Ci, po prostu, kupują sobie lojalność wojska.

– Rządy PiS pokazały, że w armii jest wiele giętkich kręgosłupów. Warto przypomnieć Bartłomieja Misiewicza.

– Za obrzydliwą służalczość, z jaką zachowywali się wobec niego niektórzy oficerowie, powinno się wyrzucać z wojska. Ale czy to znaczy, że armia stanie przy władzy i zwróci się przeciwko narodowi? Wielokrotnie mówiłem kolegom-generałom: „nie wolno powtórzyć sytuacji z 1981 roku. Jeśli ktokolwiek chciałby użyć wojska w taki sposób, to macie powiedzieć ‘nie’ i zostać w koszarach”.

– Zostaną?

– Wszystko może się zdarzyć. Rządzą nami ludzie o zapędach autorytarnych, a tacy łatwo stołków nie oddają. No i w wielu z nas, Polakach – a więc i również w wojskowych – wciąż tkwi ta paskudna uległość wobec władzy. Pozostałość chyba jeszcze z epoki rozbiorów.

– Raczej efekt tego, że 90 proc. społeczeństwa ma chłopskie korzenie, a chłop – właściwie aż do nastania PRL-u – traktowany był niczym niewolnik. Jednak dziedziczony społecznie rys osobowościowy to za mało – muszą być jeszcze ludzie władzy w samych szeregach.

– Pełno ich w wojskowych służbach – wychowanków Antoniego Macierewicza.

– Czym się zajmują? Bo łapanie szpiegów nie bardzo im wychodzi…

– Rosyjski szpieg jest sto razy mądrzejszy od polskiego kontrwywiadowca. Ci panowie od Macierewicza to amatorzy, bez dostępu do najważniejszych tajemnic NATO. Nie ufano Macierewiczowi, nie ufa się też im. I nie tylko o profesjonalizm tu chodzi. Za dużo dziwnych historii się wokół tego towarzystwa wydarzyło. Afganistan jest klinicznym przykładem zdrady polskiej racji stanu. Macierewicz w sposób zamierzony doprowadził tam do osłabienia odporności naszych oddziałów na zagrożenia (kontr)wywiadowcze. Efektem było Nangar Khel, skandaliczne śledztwo w tej sprawie, oraz późniejsze straty w ludziach, które poniósł nasz kontyngent.

– Użyteczny idiota, agent…?

– …albo amator. Kim był Macierewicz, zanim został szefem SKW, a później ministrem obrony? Co wiedział o wojsku? Albo ludzie, którymi się otoczył? Nic. Wciąż za to płacimy. Od lat powtarzam, że w Polsce działają rozległe sieci wywiadowcze, które penetrują nasz przemysł i scenę polityczną. Swoboda, z jaką agenci rosyjscy poruszają się wśród elit politycznych i biznesowych, to dla nas obecnie największe niebezpieczeństwo.

– Kandydat na prezydenta RP, Rafał Trzaskowski, chciał Macierewicza postawić przed Trybunałem Stanu.

– Boże broń! Żaden polityczny trybunał ani sąd. Nic, czego decyzje można podważyć w sejmie, co daje możliwość kupczenia podczas politycznych targów. Wszystkich, którzy szkodzili Polsce i armii, trzeba postawić przed czymś w rodzaju sądu narodowego, niezależnego od kaprysów i gierek polityków. Mam nadzieję, że kiedyś do tego dojdzie. To jeden z warunków odpolitycznienia armii. I przywrócenia jej szacunku.

– Polacy cenią sobie wojsko.

– Ale ich polityczni przedstawiciele nie. Pamiętam ministra Jerzego Szmajdzińskiego – to, z jakim szacunkiem odnosił się do wojskowych. Z jaką uwagą wysłuchiwał ich opinii. W czasach Aleksandra Szczygły było podobnie. To za Klicha pojawiła się arogancja w stosunku do mundurowych, dzielenie ich na „swoich” i „nie-swoich”. A wojskowi dali się wciągnąć w te personalno-polityczne gierki, co jest największą tragedią Wojska Polskiego po 1989 roku. Rozerwano bowiem spoistości armii, zawodową lojalność ludzi, którzy jadą na tym samym wózku. Zaczęło się budowanie koterii – krakowskiej, warszawskiej – co później przeniosło się na niższe poziomy. Dziś łatwiej zastanie pan lokalnego dowódcę na kawie u starosty, niż na poligonie z wojskiem.

– I łatwo znajdę generała bez należytego przygotowania.

– Dowódcami są często ludzie, którzy nigdy nie wyprowadzili całej brygady czy dywizji w pole. Nie przeszli żmudnej ścieżki kariery, od dowódcy plutonu, kompani, batalionu i pułku. Dziś generałem zostaje się z automatu, bez ćwiczeń, testów, doświadczenia. Trzeba przywrócić właściwą rangę temu stopniowi.

– I skończyć dwuwładzę – mamy w tej chwili w armii dwóch czterogwiazdowych generałów – „prezydenckiego” i „ministerialnego” – których kompetencje w wielu obszarach się pokrywają.

– Radziłbym szefowi sztabu generalnego i dowódcy generalnemu, by spotkali się przy wódce i między sobą rozwiązali patową sytuację, w jaką wpakowali ich politycy. Bo wojsko na dole patrzy i się demoralizuje. Ale rozumiem intencje polityków.

– Walczą o wpływy w wojsku.

– …i celowo generują konflikty, bo skłóconymi koteriami łatwiej się steruje.

– Dlaczego USA i NATO pozwalają na taki stan rzeczy?

– Znam Amerykanów, chociażby z Iraku, i dobrze wiem, że oni Wojsko Polskie obserwują. I wyciągają często srogie dla nas wnioski. Ale niczego nie narzucają, bo oczywistym jest dla nich, że sprawy narodowe układamy sobie po swojemu. NATO z kolei powinno rozliczać Polskę za poziom zdolności do realizacji wspólnych zadań. I jakkolwiek jest on niski, nic nam z tego powodu nie grozi. Sojusz znajduje się bowiem w głębokim kryzysie, zawłaszczony przez polityków, trawiony przez zbytni pacyfizm, a od kilku lat regularnie turbowany przez Trumpa, który kompletnie nie rozumie idei NATO. Jako struktura wojskowa, Sojusz za długo nie brał udziału w wojnie z prawdziwego zdarzenia.

– Zardzewiał.

– Tak, jak rdzewiejący, poradziecki sprzęt w naszej armii.

– Potrzeba nam zatem wojny?

– Wojny, albo determinacji, z jaką działają nasi sąsiedzi z basenu Morza Bałtyckiego – Szwedzi, Norwegowie i Finowie. Którzy sukcesywnie rozbudowują potencjał sił zbrojnych, na przekór zachodnioeuropejskim tendencjom. Wzorem – chyba niedościgłym – jest tu Finlandia. Tam nie dość, że wciąż inwestuje się w wojsko, to jeszcze nie ma zmiłuj dla polityka, który popełnia rażące błędy w obszarach dotyczących zbrojeń i bezpieczeństwa. Taki ktoś wylatuje ze stołka z dnia na dzień.

– W Rosji nieudolność nie jest kryterium, z którego jakoś szczególnie rozlicza się polityków, co nie zmienia faktu, że Moskwie determinacji w budowaniu potencjału militarnego nie brakuje.

– Putin szkoli, modernizuje, stawia przed wojskiem trudne zadania. A do dyspozycji ma twardego żołnierza. W dawnych czasach, podczas wspólnych ćwiczeń, przeprowadzałem kolumnę czołgów koło rosyjskiej regulacji ruchu. Radzieccy czekali na swoje pułki, które miały wziąć udział w manewrach. W nocy wracaliśmy tą samą drogą – a tam wciąż stali ci sami żołnierze. Następnego dnia sytuacja się powtórzyła. Zaintrygowany zatrzymałem kolumnę, podchodzę i pytam: „jak długo tu jesteście?”. A oni, że trzy dni. „A co jedliście?” – zaciekawiło mnie. „Mieliśmy jedną tuszonkę na dwóch, na trzy dni” – usłyszałem. Zebrałem trochę prowiantu od moich żołnierzy i daliśmy go tym chłopakom. Nie było w tym żadnej polityki – ot, zwyczajny żołnierski gest.

– Dziś walczylibyśmy z synami tych chłopców.

– Ale byliby to tacy sami twardziele. Jakiś czas temu obejrzałem rosyjski film instruktażowy, zdobyty pewnie przez sojuszników, w którym brygada pancerna forsowała Don lub Dniestr. Szeroką jak diabli rzekę. Czołgi się zatrzymały, załogi przygotowały wozy do przeprawy po dnie. 45 minut później wszystkie trzy bataliony były już na drugim brzegu.

– A ile zajęłaby to nam bądź Amerykanom?

– I my, i oni, czekalibyśmy na most, który następnie trzeba byłoby rozwinąć. Przypuszczam, że przeprawa potrwałaby dwa dni.

– No to nie mam więcej pytań. Dziękuję za rozmowę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to