Skradzione

Rozmawiam z dr Alicją Bartnicką, badaczką nazizmu, o germanizacji polskich dzieci w czasie II wojny światowej i grabieży nieletnich jako formie ludobójstwa, oraz o tym, że współczesna rosja idzie tropem III Rzeszy. Wywiad ukazał się w styczniowym wydaniu magazynu „Polska Zbrojna” – tu publikuję tylko jego fragmenty. Nim zaproszę Was do lektury, dodam tylko, że rozmowę wieńczy taka refleksja mojej rozmówczyni: „Trudno mi pogodzić się z myślą, że to znów się dzieje…”. Ano trudno…

W marcu 2023 roku Międzynarodowy Trybunał Karny wydał nakaz aresztowania władimira putina. Zarzuca się mu popełnienie zbrodni wojennych, w tym grabież tysięcy ukraińskich dzieci. Znamy z najnowszej historii tę metodę działania agresorów, prawda?

To, co robi rosja, tożsame jest z działaniami podejmowanymi przez III Rzeszę. Niemcy także rabowali dzieci z terenów podbitych.

Po co putinowi mali Ukraińcy?

Oddani w adopcję do rosyjskich rodzin, z czasem staną się „pełnoprawnymi rosjanami”. Przymusowa rusyfikacja, jak kiedyś germanizacja, jest metodą pozyskiwania nowych członków wspólnoty. Ale to także sposób na prowadzenie wojny, anihilacji przeciwnika. Niszczenie nie odbywa się tylko na froncie, pod postacią zabijania żołnierzy. Kradnąc małych obywateli napadniętego państwa, robimy coś równie dotkliwego – kradniemy przyszłość narodu, który to państwo tworzy.

W odniesieniu do rosjan sprawa wydaje się prostsza – oni nie uważają Ukraińców za „gorszych rasowo”. W III Rzeszy przekonanie o wrodzonej wyższości Niemców miało rangę faktu. Jak w ten schemat myślenia o narodzie wpisuje się pomysł germanizacji obcych dzieci?

Tysiącletnia Rzesza miała być rozległa, sięgająca aż po Ural. Do ziszczenia tej wizji 60-milionowy naród niemiecki był za mały. Naziści potrzebowali 90-milionowej wspólnoty Aryjczyków, której dodatkowo miały służyć narody „gorsze”. Problem w tym, że nie dało się w krótkim czasie „wyprodukować” kilkudziesięciu milionów nowych Niemców. Już u zarania nazistowskiej państwowości uruchomiono różne programy prodemograficzne – jak zasiłki rodzinne czy preferencyjne kredyty dla małżeństw – ale one nie przyniosły pożądanego efektu. Kompletnie też nie wypalił pomysł „hodowli rasy panów”, realizowany przez podległą Heinrichowi Himmlerowi SS. Esesmani się nie żenili – przed wybuchem wojny tylko 30-40% z nich była w związku małżeńskim, z rzadka realizowali nakaz posiadania czwórki dzieci. Niewypałem okazała się niesławna instytucja Lebensborn, w której placówkach do końca 1939 roku przyszło w nich na świat dokładnie 1371 dzieci.

Dzietność w Niemczech wzrosła pod koniec lat 30., dobijając do progu zastępowalności pokoleń, a aneksja Austrii i czeskich Sudetów dała Rzeszy osiem milionów „pożądanych” obywateli…

To wciąż było za mało jak na ambicje nazistów. Tak zrodził się pomysł, by poszerzyć społeczeństwo o „najbardziej wartościowe rasowo” dzieci z podbitych krajów. U jego podstaw leżała wiara, że w każdym narodzie, na skutek różnego rodzaju okoliczności historycznych, rozsiana jest niemiecka krew – trzeba ją tylko „przywrócić” Rzeszy.

To zadanie wziął na siebie Himmler. Czy germanizacja dzieci to był jego autorski pomysł?

To raczej zbiorowe „dzieło” pracowników Urzędu Rasy i Osadnictwa [Rasse- und Siedlungshauptamt, RuSHA]. Ten, w listopadzie 1939 roku, stworzył dokument mówiący o konieczności wyszukania „dzieci o krwi niemieckiej” wśród Polaków. Zakładano, że część polskich sierot może mieć niemieckie pochodzenie – zaczęto więc od „kwerendy” w domach dziecka. Szybko jednak ta idea przerodziła się w jawną grabież dzieci, które wcale nie były sierotami. W lutym 1942 roku Ulrich Greifelt, jeden z zastępców Himmlera, wydał zarządzenie dotyczące systematycznego odbierania dzieci polskim rodzinom, żeby poddać je germanizacji.

Podstawowym kryterium był „aryjski wygląd” – co, jeśli żydowskie dziecko miało odpowiednie cechy?

Stwierdzenie kryteriów wizualnych – blond włosy i niebieskie oczy – było jedynie pierwszym etapem. Potem badano m.in. pochodzenie, co dyskwalifikowało Żydów, nawet jeśli „właściwie” wyglądali. Znamienna jest tu historia, którą poznałam, pracując w Bundesarchive w Berlinie nad książką o Himmlerze. Ten, podczas wizytacji na froncie wschodnim, spotkał rosyjskiego chłopca, który miał blond włosy i niebieskie oczy. „Jesteś Żydem?”, spytał go, a gdy dziecko zaprzeczyło, szef SS nakazał sprawdzenie papierów chłopca. W efekcie młody Rosjanin i jego brat trafili do Niemiec, co Himmler postrzegał w kategoriach osobistej zasługi…

Jakie były inne kryteria selekcji?

Dzieci przechodziły testy psychologiczne. Sześciotygodniowa obserwacja mogła zakończyć się odrzuceniem: wystarczyło jąkanie, moczenie nocne czy buntowniczość, by w dokumentach wpisano „wrodzony imbecylizm”. Takie dzieci kierowano do obozów koncentracyjnych, gdzie ginęły lub były wykorzystywane do pseudoeksperymentów, które w większości także kończyły się śmiercią.

A co z tymi, które pomyślnie przeszły selekcję?

Młodsze, między 2. a 6. rokiem życia, trafiały do placówek Lebensbornu, które w czasie wojny stały się ośrodkami adopcyjnymi – i stamtąd przekazywano je niemieckim rodzinom. Starsze kierowano do specjalnych szkół, gdzie intensywnie uczono je języka i dyscypliny. Dopiero po tym okresie – gdy uznano, że „rokują”, a ich germanizacja się powiedzie – były przekazywane rodzinom adopcyjnym.

Czy rodzice biologiczni wiedzieli, co się dzieje?

W większości przypadków – nie. Dzieci odbierano podczas wysiedleń i akcji pacyfikacyjnych, do których dochodziło w trakcie wojny. Ludzie ginęli, gubili się, tracili ze sobą kontakt, nie było jasności, co się z kim stało, gdzie jest, czy żyje.

Zaboru dokonywano także pod pretekstem np. badań lekarskich.

Rodzice dostawali wezwanie do stawienia się w placówce medycznej, zostawiali dziecko, po czym po kilku dniach wręczano im informacje o śmierci syna czy córki. Ciał nie wydawano, co czasami rodziło wątpliwości, lecz nie dało się ich zweryfikować. Nie było swobody przemieszczania się czy dostępu do informacji medycznej. A Polacy byli ludźmi gorszej kategorii, więc ich działania uznane przez Niemców za zbytnią dociekliwość groziły utratą życia. Dodajmy do tego celowe zacieranie śladów. Zrabowanym dzieciom jeszcze w Polsce zmieniano metryki i wpisywano inne imiona, nazwiska, często daty urodzeń. Formalnie stawały się Niemcami, zanim trafiły do Rzeszy. Oryginalne dokumenty niszczono, by w przyszłości nikt nie mógł się o te dzieci upomnieć, a one nie były w stanie zrekonstruować swojej historii.

Rozumiem, że świadomość społeczna dotycząca tego rabunku była w okupowanej Polsce szczątkowa?

Niemcy dobrze się z tą akcją kryli. Nie mamy też źródeł, z których wynikałoby, że Polskie Państwo Podziemne dysponowało informacjami o skali procederu. Zorganizowanych prób oporu nie było.

Czy dzieci grabiono wyłącznie w Polsce?

Rabowano też dzieci ukraińskie, rosyjskie, jugosłowiańskie, norweskie. Jednak w Polsce robiono to na największą skalę. Szacuje się, że wywieziono stąd od 50 do 200 tys. dzieci. Ten duży rozrzut liczb to skutek braku materiałów źródłowych, bo Niemcy nie tylko niszczyli dokumentację w Polsce. Gdy wojna miała się ku końcowi, spalono też wiele archiwów w samej Rzeszy.

Co działo się z dziećmi po tym jak trafiały do Niemiec? Co wiedzieli o nich rodzice adopcyjni? Co działo się po wojnie? Jakie były psychologiczne skutki tego, co zrobiono zrabowanym dzieciom? O tym dowiecie się z lektury całości wywiadu, który opublikowałem w „Polsce Zbrojnej”. Miesięcznik w papierowym wydaniu jest dostępny w salonikach prasowych, wersję elektroniczną możecie nabyć pod tym linkiem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

(Pra)wnuki

Spałem, zmęczony podróżą, jednak nie na tyle mocno, by przegapić ostrzeżenie kierowcy marszrutki.

– Dojeżdżamy do blok-postu! – krzyknął mężczyzna i zaczął zwalniać.

Westchnąłem. Byliśmy gdzieś między Debalcewem a Donieckiem, na terenie separatystycznej „republiki”. Kontrola dokumentów w zabitej dechami wiosce nie bardzo mi się uśmiechała. Na ruchliwej donieckiej ulicy wojskowym zwyczajnie brakowało czasu na wnikliwe oględziny dokumentów i rewizje. Tu zaś – kalkulowałem – choćby dla zabicia nudy mogli sobie pozwolić na przetrzymanie pasażerów autobusu. Zwłaszcza Polaków.

– Chłopaki, akredytacje na wierzch – zwróciłem się do kolegów. Michał i Darek dobrze wiedzieli, o co chodzi. Do tej pory kwity z tzw.: Ministerstwa Informacji DRL, podawane razem z paszportem, pozwalał nam uniknąć kłopotów. Lecz nie było pewności, że tak będzie i tym razem. „Chłopcy z batalionu Wostok różnie traktują akredytacje. Rozumiecie, gorąca, kaukaska krew, mogą was poszarpać”, ostrzeżono nas w urzędzie wydającym ów dokument. Niby lojalnie, ale jakoś tak z przekąsem, jakby kobieta wręczająca papier tego szarpania nam życzyła.

Do autobusu wszedł mężczyzna o europejskich rysach twarzy. „Dobrze, że nie Czeczen”, pomyślałem, choć lekko zaniepokoiła mnie rosyjska flaga na rękawie munduru.

– Jesteśmy dziennikarzami z Polski – powiedziałem, podając ruskiemu książeczkę z orłem na okładce.

Znudzona dotąd twarz sierżanta wnet spochmurniała.

– Wasze paszporty! – wysyczał w kierunku chłopaków.

Dokumenty Michała i Darka wylądowały w kieszeni rosjanina. „No to dupa”, uznałem. Za oknem trzech żołnierzy o urodzie zakapiorów paliło papierosy i spoglądało groźnie w szyby marszrutki. Miejscowi pasażerowie pokulili się dziwnie w fotelach, choć widać było, że ukradkiem zerkają w naszą stronę. Byłem pewien, że spodziewają się jakiejś draki. Tak zresztą jak i ja, pomny historii sprzed kilku dni. Wówczas to dwóch zagranicznych dziennikarzy dostało solidny łomot podczas przekraczania linii demarkacyjnej („granicy” Ukrainy i DRL). Rebelianci nie dość, że ich pobili, to jeszcze okradli.

Tymczasem podstarzały podoficer kartkował mój paszport.

– Gdzie byliście? – spytał, nie odrywając oczu od jednej z moich afgańskich wiz.

Do Debalcewa pojechaliśmy, by zrobić materiał na temat wracającego do życia miasta, poważnie zniszczonego podczas niedawnych walk.

– Uhmm – rosjanin pokiwał głową, słysząc to wyjaśnienie. – I tak pewnie nakłamiecie – odparł i oddał mi paszport. Następnie wyjął dokumenty chłopaków, obejrzał ich drugie strony i również zwrócił właścicielom. – Można jechać – obrócił się i ruszył ku wyjściu. Stojąc już w drzwiach, spojrzał w naszą stronę i głosem pełnym wyrzutu rzekł: – Wyjaśnijcie temu swojemu ministrowi, kto tak naprawdę wyzwolił obóz w Auschwitz…

—–

Trzy miesiące wcześniej – w wywiadzie dla radiowej Jedynki – ówczesny szef polskiego MSZ, Grzegorz Schetyna, powiedział: „(…) to pierwszy front ukraiński i Ukraińcy wyzwalali (Auschwitz). To żołnierze ukraińscy (…) otwierali bramy obozu”.

Wypowiedź miała miejsce w siedemdziesiątą rocznicę wyzwolenia Oświęcimia i wpisywała się w polityczny kontekst początków 2015 roku. Agresywne poczynania rosji w Ukrainie – jakkolwiek nie spotkały się ze zdecydowaną reakcją Unii Europejskiej i NATO – skutkowały szeregiem „prztyczków”, zadawanych także na płaszczyźnie symbolicznej. Słowa Schetyny mocno moskali ubodły, o czym świadczyły dyplomatyczne protesty na najwyższym szczeblu. Ale żal pojawił się także na najniższych poziomach – o czym przekonaliśmy się w Donbasie.

—–

Dekady agresywnej propagandy sprawiły, że rosjanie uwierzyli w mit jedynych zwycięzców II wojny światowej, zwanej przez nich wielką wojną ojczyźnianą. W mit wyzwolicieli, którzy wcześniej – to też niezwykle istotne – stali się ofiarą niemieckiej agresji. Kłamano na ten temat w czasach ZSRR, kłamano wraz z nastaniem ery putina. Po 2000 roku nawet bardziej – to wtedy ów mit stał się podstawą ideologii państwowej, a 9 maja, dzień zwycięstwa, najważniejszym świętem rosji. W tej opowieści nie tylko nie było miejsca na podkreślanie zasług zachodnich aliantów, nie było też przestrzeni dla refleksji o własnej współodpowiedzialności. Sojusz z Hitlerem, rozbiór Polski, zagarnięcie krajów nadbałtyckich, atak na Finlandię oraz brutalne czystki towarzyszące każdej z aneksji – te fakty pomijano, zakłamywano, na różne sposoby unieważniano. Wojna zaczęła się 22 czerwca 1941 roku, a skończyła zwycięskim szturmem Berlina w maju 1945 roku. Zaś po drodze dzielny Iwan otworzył bramy obozu koncentracyjnego w Auschwitz.

Ów Iwan był rosjaninem – putinizm dodatkowo skorygował wspomniany mit, rugując zeń sowieckie mniejszości etniczne. Tymczasem niemiecki obóz koncentracyjny w Auschwitz został wyzwolony przez żołnierzy armii, w skład której wchodzili przedstawiciele wszystkich narodowości zamieszkujących ZSRR. Z przewagą rosjan, to fakt, ale kolejną najliczniejszą grupę stanowili Ukraińcy. Możemy o tym mówić w kontekście pojedynczego wydarzenia, ale dotyczy to całości wojennego wysiłku podjętego przez sowiety. Próby przywłaszczenia sobie tej zasługi przez rosję i rosjan to ordynarne złodziejstwo. A reakcje przywołane w pierwszej części tekstu doskonale tłumaczy popularne u nas powiedzenie: „na złodzieju czapka gore”.

Ano gore.

No więc 27 stycznia 1945 roku obozowe wrota otwarte zostały przez żołnierzy wieloetnicznej armii czerwonej. Chwała im, wziąwszy pod uwagę to, czym było wyzwalane miejsce. Ale dziś, w 80. rocznicę tych wydarzeń, trudno uciec od niewesołych myśli. Miało być „nigdy więcej!”, a jednak nie jest – wnuki i prawnuki rosyjskich wyzwolicieli gotują koszmarny los wnukom i prawnukom ukraińskich wyzwolicieli. Nie zrównuję Holocaustu z rosyjską zbrodnią na Ukrainie – nie te cele i nie ta skala, ale metody często pozostają te same. Idzie mi o los ukraińskich jeńców w rosyjskiej niewoli, regularnie bitych, gwałconych, okaleczanych, karmionych paszą dla zwierząt albo niekarmionych wcale, pozbawionych elementarnej opieki medycznej. Ci ludzie, gdy wracają z „nieludzkiej ziemi”, wyglądają niczym więźniowie z Auschwitz. Są jak chodzące szkielety, pół żywe istoty, duchy; tylko pasiaków im brakuje…

—–

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Tomaszowi Krajewskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu i Monice Rani. A także: Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Adamowi Cybowiczowi, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Bognie Gałek, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Piotrowi Rucińskiemu, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie i Grzegorzowi Dąbrowskiemu.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Witoldowi Stępińskiemu i Julii Waleckiej.

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – osoby zainteresowane nabyciem mojej ostatniej pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.

Nz. Buty więźniów zgromadzone w Muzeum Auschwitz/fot. własne

(niedo)Godność

Gdy próbujemy zrozumieć czy wytłumaczyć działania naszych przodków, niemal zawsze wpadamy w pułapkę kontekstu. Przeżyłem w komunie kilkanaście lat, rozumiem istotę tego systemu, ale gdy przychodzi mi opowiadać córce o kłopotach codzienności czasów PRL, ta krzywi twarz i wymownie pyta: „cooo!?”. Mam wrażenie, że raczę ją historiami z innego wszechświata.

Z podobnym problemem mamy do czynienia, gdy usiłujemy zrozumieć motywację młodzieży idącej do Powstania. Kto nie zna wojska, nie czuje się usatysfakcjonowany wyjaśnieniem, że padł rozkaz. A żołnierz nie jest od tego, by rozkazy kwestionować. Zresztą, takie ujęcie nie wyczerpuje istoty zagadnienia. Co smutne, coraz częściej natykam się na opinie o zmanipulowanej młodzieży, która z gołymi rękoma poszła do walki. Naiwniakach, którzy dali się podejść szalonemu dowództwu. Mam bardzo krytyczny stosunek do tego ostatniego, niemniej taką interpretację uważam za mocno krzywdzącą. Dlaczego? Odpowiadając, spróbuję wynieść się ponad wspomniany kontekst, przenieść doświadczenie pokolenia Kolumbów w czasy nam współczesne.

Biegacie w parku, od lat ciesząc się efektami regularnego treningu. I któregoś ranka na waszej trasie pojawia się gość z bronią. I na waszych oczach zabija innego biegacza. Tylko za to, że ten biegał. Bo biegać NIE WOLNO. Władze, które nastały jakiś czas temu, uznały, że macie fizycznie skarleć. I już. Znacie brata zabitego, szybko poznajecie jego emocje. Poznajecie też innych, bowiem zabójstw w parkach jest dużo, dużo więcej. „Jak można zakazywać czegoś tak oczywistego!?” – pytacie samych siebie. „Jak, kurwa, można nas zabijać z byle powodu!?”. Tak, mimo przerażenia, rodzi się bunt. Którego z czasem jest już tyle, że musi znaleźć ujście.

Teraz już rozumiecie?

Można krytykować zemstę, dostrzegać jej kontrproduktywność, wszak często zwala na nas jeszcze większe kłopoty. Lecz kim będziemy, jeśli zrezygnujemy z prawa do elementarnej godności?

Kolumbowie zrzec się tego prawa nie zamierzali.

Dlatego zgadzam się z tezą, że Powstanie, po prostu, musiało wybuchnąć. Że było logicznym skutkiem nastrojów panujących pośród akowskiej (i nie tylko) młodzieży. Mającej dość wyjątkowo brutalnej polityki okupanta. Pozostając na gruncie przywołanej analogi – zgadza się, w wyniku buntu spłonął cały park. A w nim mnóstwo przypadkowych osób. Ale u licha, oceniając to wydarzenie nie zapominajmy, że to gość z bronią był tym złym. I że to on podkładał ogień. Co podkreślam, bo dziś, niektórym, bardzo łatwo przychodzi wręcz zrównywanie Powstańców z Niemcami.

—–

A propos przywołanej analogii – zakaz aktywności fizycznej był jednym z pierwszych dekretów okupacyjnej władzy. Wyobrażacie sobie, że za „haratanie w gałę” można było trafić pod ścianę? A to tylko jedna z tysięcy niedogodności, jakie Niemcy zafundowali Polakom.

Nie wiem, czy rosjanie – gdyby udało im się zająć Ukrainę – zakazaliby jej mieszkańcom joggingu czy spacerów po miejskiej zieleni. Pewnie tak daleko nie posunąłby się ich okupacyjny terror. Ale zapowiedzieli jasno, że zabiją część Ukraińców za to tylko, że są Ukraińcami. I tak też zrobili – w Buczy, Irpieniu, Izjumie. Więc płonie miejscami ukraiński park, co niektórym wydaje się bezsensownym marnotrawstwem. Tyle że jest to jedyny sposób, by wypędzić z alejek obcych łobuzów z bronią, którzy mają pozwolenie swojego przywódcy, by czasem postrzelać do spacerowiczów.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -